Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 7 ). Życie nauczyciela i perypetie z pierwszym rowerem :) .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

Przez sześć miesięcy pracy w szkole zaoszczędziłem ponad 600 zł. Pobory moje wynosiły 165 zł miesięcznie plus 25 zł na mieszkanie. Postanowiłem wydać je na święta Wielkanocne i kupno roweru.

Za połowę tej sumy ( 300 zł) kupiłem dla mamy wełny na suknię, tacie- ubranie, bratu starszemu- buciki, 6- ciu siostrom- materiału na sukienki i dwóm braciom młodszym- materiał na koszule. Oprócz tych podarków , zakupiłem dla taty dwie paczki papierosów i parę paczek machorki. Ponadto dla wszystkich przygotowałem cukierków i obwarzanek plus butelkę wódki.

Ze wszystkimi tymi prezentami wyjechałem na święta do swojej rodziny- do rodzinnej wsi Kołpiei- do rodziców. Jechałem pociągiem ze stacji Bieniakonie do Wilna, a z Wilna do Smorgoń. Dalszą drogę tj. ze stacji Smorgonie do swego celu podróży do Kołpiei odbyłem furmanką ze starszym bratem – Michasiem.

Na przyjazd mój z niecierpliwością czekali nie tylko rodzice, siostry i trzech braci, ale i sąsiedzi. Cieszyli się wszyscy z mojego przyjazdu. A największą radość sprawiłem im prezentami , którymi ich obdzieliłem. Tato był dumny ze swego „ Jaśki” ( tak mnie nazwano). Przybyłych do mieszkania sąsiadów częstował tabaką i papierosami, a ja częstowałem cukierkami dzieciaki i wszystkich domowników.

    Pierwszy dzień Świąt Wielkiejnocy, spędziłem u rodziców, na drugi dzień wyruszyłem do swojej  ukochanej „ siostrzyczki” Helusi, która mieszkała od naszej wsi o 15 km. ( Wielka Jedyna Miłość i późniejsza żona Jana – przyp. Z.K. ). Drogę tę przebyłem sam kierując czarnym  rumakiem, wyhodowanym przez mego starszego brata Michasia. Spotkanie było radosne z niewinnymi uściskami i pocałunkami. Obdzieliłem wszystkich prezentami i cukierkami. Po uroczystym przyjęciu  grałem wszystkim na skrzypcach różne utwory wesołe i smutne. Na drugi dzień mojego pobytu w gościnie odwiedziliśmy z Helusią p.p. Piątych, małżeństwo naszych dobrych znajomych- bliskich mi  po fachu- nauczycieli. Do rodziców wróciłem w trzecim dniu. Wróciłem szczęśliwy i zadowolony.Trzy dni ostatnie spędziłem w swojej wsi. Tu spotkałem się ze swoimi rówieśnikami- kolegami ze szkoły podstawowej. Bawiłem się z nimi na ich zabawach tanecznych. Z wielkim szacunkiem odnosili się do mnie. Starsi wiekiem ode mnie zwracali się do mnie na „Pan Jan”, a nie jak przedtem „Jaśka”.

    Powrotną drogę do szkoły z gościny odbyłem tą samą trasą- koleją żelazną – ze Smorgoń przez Wilno do stacji Bieniakonie. W drodze powrotnej widziałem się z kolegami ze szkolnej ławy w seminarium . Opowiadali mi o ciężkiej pracy w swojej szkole. Ja natomiast myślałem że u mnie w szkole była zabawa nie praca. Z  11 osobową  grupką uczniów to był oddech. Chociaż musiałem łamać głowę przez kilka godzin nad przygotowaniem się do lekcji.

                        Nauka jazdy na nowym rowerze.

      Kupiłem sobie rower Wanderer w Wilnie. Przywiozłem go furmanką ze stacji do Bil- swojego miejsca pracy. Zaraz po wyładowaniu „ tej maszyny – lśniącego ładnego roweru” zabrałem się do nauki jazdy na nim.

Muszę się przyznać, że nigdy dotychczas nie miałem do czynienia z takim środkiem komunikacji. Nie umiałem nawet go prowadzić za rączki- kierownicę. Toteż naukę rozpocząłem od opanowania umiejętności chodzenia z nim, prowadząc go za rączki. A tu trzeba jeszcze dodać, że ulica w tej wiosce nie była nie tylko asfaltowana, ale nawet pełna błota. Więc  z trudem zaciągnąłem swój rower za wieś, gdzie było nieduże poletko ziemi, co prawda mające nieduże bruzdy, ale lepszego już znaleźć nie było można i na takim skrawku ziemi pchałem tam i z powrotem swój piękny rower. Z kolei w tymże samym dniu zacząłem stawiać lewą nogę na pedale i pchać do naprzód. Szło to z wielkim trudem. Zmęczyłem się i spociłem, chociaż byłem cały czas w trakcie tego ćwiczenia w jednej bluzie. Upadłem, wywróciłem się kilka razy w ciągu tej nauki. Podarłem spodnie i poszarpałem sobie ręce do krwi padając na rower. Ćwiczenie  jazdy na lewym pedale zostawiłem na następny dzień i wróciłem do swego mieszkania z wielkim apetytem na jedzenie. Zjadłem kolację i zaraz położyłem się do odpoczynku. W następnym dniu zaraz po śniadaniu udałem się na swoje „ boisko” , miejsce ćwiczeń ( jeszcze trwały ferie wielkanocne) i zacząłem przedłużać naukę jazdy. Od razu rozpędziłem rower trzymając jedną ( lewą) nogę na pedale, spróbowałem zarzucić prawą nogę za siodełko. I bęc, na młodą zieloną trawkę. Nie udało się. Spróbuję drugi, trzeci raz , wszystko mi się nie udaje, ale bez przewracania się. Zjechałem kilka razy z pochyłej grzędy na jednym pedale. Próbuję innego sposobu. Prawy pedał nastawiam pionowo. Prawą nogę przekładam przez ramę , lewą nogę stawiam na pedale i podnoszę się na rączkach kierownicy w górę, siadam na siodełku padając jednocześnie w przód całym swoim ciałem. Rower potoczył się, a ja zdążyłem prawą nogą nacisnąć na pedał najpierw prawy a później lewy. Rower się toczył.  Jeszcze raz nacisnąłem na pedały , ale straciłem równowagę i upadłem. O, jakaż była radość w mym sercu z przejechania na siodełku tych 6 metrów. Ten pierwszy sukces dodał mi ochoty do kontynuowania tej nauki. Teraz powtarzałem raz za razem ten sposób siadania na rower i za każdym razem szło mi coraz lepiej i lepiej. Przez dwa tygodnie ćwiczyłem się w tej jeździe. W końcu próbowałem jeździć po drodze suchej, którą kroczył koń, ciągnąc wóz. Ścieżką, którą chodzili ludzie  trudniej mi było jechać, gdyż wpadałem do rowu, ścieżka była  dużo węższa od dróżki zrobionej przez konia. Ciężka to była droga, ale bezpieczniejsza- rzadziej się wywracałem. Gdy opanowałem siadanie na siodełku przy pomocy unoszenia się na rękach, zacząłem ćwiczyć siadanie, stawiając lewą nogę na pedał i zarzucając prawą nogę za siodełko przy rozpędzonym rowerze. Ten sposób był o wiele trudniejszy do opanowania. Po paru tygodniach i ten przyswoiłem.

   A więc po trzech tygodniach jeździłem już dość możliwie. Pierwszą drogę na pięknym rowerze odbyłem ze swej szkoły do szkoły w Konwaliszkach znajdujących się o 3 km. Prawdę mówiąc, nie obeszła się ta jazda bez przygód. Kilka razy wywróciłem się i poszarpałem do krwi łydkę. Jednak ta przykrość nie powstrzymała mnie od następnych przejażdżek. Robiłem je niemal każdego dnia po obiedzie po lekcjach. Po miesiącu jazdy, całkowicie opanowałem jazdę na rowerze i zacząłem już odwiedzać swoich kolegów mieszkających i pracujących  w gminnym miasteczku Dziewieniszkach, położonym o 12 km od Konwaliszek. Wszędzie , gdzie się zjawiłem, moim rowerem zachwycali się koledzy i młodzież.

Po godzinach zajęć najczęściej jeździłem do Konwaliszek do księdza Brzozowskiego. Od niego dowiedziałem się, że on pracował- był księdzem w Popowcach osiedle gminy Wojstom pow. Wklejka. Ja przypomniałem , że w jego parafii przystępowałem po raz pierwszy do spowiedzi i komunii świętej.

Część wolnego czasu poświęcałem Kołu Młodzieży Wiejskiej, które założyłem w tej wsi. Z tą młodzieżą urządziłem jedno przedstawienie , na które zaprosiłem księdza i nauczyciela. Przedstawienie zakończyło się zabawą taneczną.

c.d.n.

6 Replies to “Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 7 ). Życie nauczyciela i perypetie z pierwszym rowerem :) .”

  1. Zdjęcie z rodzinnego albumu Heleny i Jana Konopielkow. Nie chcialam odklejac by nie zniszczyć , nie wiem czy jest na nim data. Ale z całą pewnością zdj odnosi sie do tego wpisu. ( lata 20- 30 ubieglego wieku ). A w tle domy … chyba Konwaliszki gdzie Jan byl nauczycielem

  2. Wspaniały i jakże ambitny był Pan Jan.
    Takich we współczesnym swiecie, a przede wszystkim u nas nie ma.
    Te cenne pamiętniki niech beda przykładem dla dzisiejszej mlodziezy.
    Siła woli, wytrwałość i mądrość szły razem przez całe życie z Panem Janem., brawo.

  3. Nie chcę się chwalić ale ja nauczyłam się jeździć na rowerze w jeden dzień 🥰 ale muszę przyznać , ze teść Jan był bardzo ambitny 🙂 czy ja dobrze naliczyłam ? Miał on dziesięcioro rodzeństwa ??? I wszystkim kupił prezenty! Szacunek🙂

  4. Trudna była ta nauka jazdy,ale jak to ,mówią : bez pracy nie ma kołaczy 😉 Z niecierpliwością czekam na kolejną część .Pozdrawiam

  5. Jak zawsze pełna podziwu dla wytrwałości nie tylko w dążeniu do nauki ale i jeździe na rowerze. Teraz wszystko dużo prostsze ,ale co łatwo przychodzi nie zawsze daje taką satysfakcję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *