Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 7 ). Życie nauczyciela i perypetie z pierwszym rowerem :) .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

Przez sześć miesięcy pracy w szkole zaoszczędziłem ponad 600 zł. Pobory moje wynosiły 165 zł miesięcznie plus 25 zł na mieszkanie. Postanowiłem wydać je na święta Wielkanocne i kupno roweru.

Za połowę tej sumy ( 300 zł) kupiłem dla mamy wełny na suknię, tacie- ubranie, bratu starszemu- buciki, 6- ciu siostrom- materiału na sukienki i dwóm braciom młodszym- materiał na koszule. Oprócz tych podarków , zakupiłem dla taty dwie paczki papierosów i parę paczek machorki. Ponadto dla wszystkich przygotowałem cukierków i obwarzanek plus butelkę wódki.

Ze wszystkimi tymi prezentami wyjechałem na święta do swojej rodziny- do rodzinnej wsi Kołpiei- do rodziców. Jechałem pociągiem ze stacji Bieniakonie do Wilna, a z Wilna do Smorgoń. Dalszą drogę tj. ze stacji Smorgonie do swego celu podróży do Kołpiei odbyłem furmanką ze starszym bratem – Michasiem.

Na przyjazd mój z niecierpliwością czekali nie tylko rodzice, siostry i trzech braci, ale i sąsiedzi. Cieszyli się wszyscy z mojego przyjazdu. A największą radość sprawiłem im prezentami , którymi ich obdzieliłem. Tato był dumny ze swego „ Jaśki” ( tak mnie nazwano). Przybyłych do mieszkania sąsiadów częstował tabaką i papierosami, a ja częstowałem cukierkami dzieciaki i wszystkich domowników.

    Pierwszy dzień Świąt Wielkiejnocy, spędziłem u rodziców, na drugi dzień wyruszyłem do swojej  ukochanej „ siostrzyczki” Helusi, która mieszkała od naszej wsi o 15 km. ( Wielka Jedyna Miłość i późniejsza żona Jana – przyp. Z.K. ). Drogę tę przebyłem sam kierując czarnym  rumakiem, wyhodowanym przez mego starszego brata Michasia. Spotkanie było radosne z niewinnymi uściskami i pocałunkami. Obdzieliłem wszystkich prezentami i cukierkami. Po uroczystym przyjęciu  grałem wszystkim na skrzypcach różne utwory wesołe i smutne. Na drugi dzień mojego pobytu w gościnie odwiedziliśmy z Helusią p.p. Piątych, małżeństwo naszych dobrych znajomych- bliskich mi  po fachu- nauczycieli. Do rodziców wróciłem w trzecim dniu. Wróciłem szczęśliwy i zadowolony.Trzy dni ostatnie spędziłem w swojej wsi. Tu spotkałem się ze swoimi rówieśnikami- kolegami ze szkoły podstawowej. Bawiłem się z nimi na ich zabawach tanecznych. Z wielkim szacunkiem odnosili się do mnie. Starsi wiekiem ode mnie zwracali się do mnie na „Pan Jan”, a nie jak przedtem „Jaśka”.

    Powrotną drogę do szkoły z gościny odbyłem tą samą trasą- koleją żelazną – ze Smorgoń przez Wilno do stacji Bieniakonie. W drodze powrotnej widziałem się z kolegami ze szkolnej ławy w seminarium . Opowiadali mi o ciężkiej pracy w swojej szkole. Ja natomiast myślałem że u mnie w szkole była zabawa nie praca. Z  11 osobową  grupką uczniów to był oddech. Chociaż musiałem łamać głowę przez kilka godzin nad przygotowaniem się do lekcji.

                        Nauka jazdy na nowym rowerze.

      Kupiłem sobie rower Wanderer w Wilnie. Przywiozłem go furmanką ze stacji do Bil- swojego miejsca pracy. Zaraz po wyładowaniu „ tej maszyny – lśniącego ładnego roweru” zabrałem się do nauki jazdy na nim.

Muszę się przyznać, że nigdy dotychczas nie miałem do czynienia z takim środkiem komunikacji. Nie umiałem nawet go prowadzić za rączki- kierownicę. Toteż naukę rozpocząłem od opanowania umiejętności chodzenia z nim, prowadząc go za rączki. A tu trzeba jeszcze dodać, że ulica w tej wiosce nie była nie tylko asfaltowana, ale nawet pełna błota. Więc  z trudem zaciągnąłem swój rower za wieś, gdzie było nieduże poletko ziemi, co prawda mające nieduże bruzdy, ale lepszego już znaleźć nie było można i na takim skrawku ziemi pchałem tam i z powrotem swój piękny rower. Z kolei w tymże samym dniu zacząłem stawiać lewą nogę na pedale i pchać do naprzód. Szło to z wielkim trudem. Zmęczyłem się i spociłem, chociaż byłem cały czas w trakcie tego ćwiczenia w jednej bluzie. Upadłem, wywróciłem się kilka razy w ciągu tej nauki. Podarłem spodnie i poszarpałem sobie ręce do krwi padając na rower. Ćwiczenie  jazdy na lewym pedale zostawiłem na następny dzień i wróciłem do swego mieszkania z wielkim apetytem na jedzenie. Zjadłem kolację i zaraz położyłem się do odpoczynku. W następnym dniu zaraz po śniadaniu udałem się na swoje „ boisko” , miejsce ćwiczeń ( jeszcze trwały ferie wielkanocne) i zacząłem przedłużać naukę jazdy. Od razu rozpędziłem rower trzymając jedną ( lewą) nogę na pedale, spróbowałem zarzucić prawą nogę za siodełko. I bęc, na młodą zieloną trawkę. Nie udało się. Spróbuję drugi, trzeci raz , wszystko mi się nie udaje, ale bez przewracania się. Zjechałem kilka razy z pochyłej grzędy na jednym pedale. Próbuję innego sposobu. Prawy pedał nastawiam pionowo. Prawą nogę przekładam przez ramę , lewą nogę stawiam na pedale i podnoszę się na rączkach kierownicy w górę, siadam na siodełku padając jednocześnie w przód całym swoim ciałem. Rower potoczył się, a ja zdążyłem prawą nogą nacisnąć na pedał najpierw prawy a później lewy. Rower się toczył.  Jeszcze raz nacisnąłem na pedały , ale straciłem równowagę i upadłem. O, jakaż była radość w mym sercu z przejechania na siodełku tych 6 metrów. Ten pierwszy sukces dodał mi ochoty do kontynuowania tej nauki. Teraz powtarzałem raz za razem ten sposób siadania na rower i za każdym razem szło mi coraz lepiej i lepiej. Przez dwa tygodnie ćwiczyłem się w tej jeździe. W końcu próbowałem jeździć po drodze suchej, którą kroczył koń, ciągnąc wóz. Ścieżką, którą chodzili ludzie  trudniej mi było jechać, gdyż wpadałem do rowu, ścieżka była  dużo węższa od dróżki zrobionej przez konia. Ciężka to była droga, ale bezpieczniejsza- rzadziej się wywracałem. Gdy opanowałem siadanie na siodełku przy pomocy unoszenia się na rękach, zacząłem ćwiczyć siadanie, stawiając lewą nogę na pedał i zarzucając prawą nogę za siodełko przy rozpędzonym rowerze. Ten sposób był o wiele trudniejszy do opanowania. Po paru tygodniach i ten przyswoiłem.

   A więc po trzech tygodniach jeździłem już dość możliwie. Pierwszą drogę na pięknym rowerze odbyłem ze swej szkoły do szkoły w Konwaliszkach znajdujących się o 3 km. Prawdę mówiąc, nie obeszła się ta jazda bez przygód. Kilka razy wywróciłem się i poszarpałem do krwi łydkę. Jednak ta przykrość nie powstrzymała mnie od następnych przejażdżek. Robiłem je niemal każdego dnia po obiedzie po lekcjach. Po miesiącu jazdy, całkowicie opanowałem jazdę na rowerze i zacząłem już odwiedzać swoich kolegów mieszkających i pracujących  w gminnym miasteczku Dziewieniszkach, położonym o 12 km od Konwaliszek. Wszędzie , gdzie się zjawiłem, moim rowerem zachwycali się koledzy i młodzież.

Po godzinach zajęć najczęściej jeździłem do Konwaliszek do księdza Brzozowskiego. Od niego dowiedziałem się, że on pracował- był księdzem w Popowcach osiedle gminy Wojstom pow. Wklejka. Ja przypomniałem , że w jego parafii przystępowałem po raz pierwszy do spowiedzi i komunii świętej.

Część wolnego czasu poświęcałem Kołu Młodzieży Wiejskiej, które założyłem w tej wsi. Z tą młodzieżą urządziłem jedno przedstawienie , na które zaprosiłem księdza i nauczyciela. Przedstawienie zakończyło się zabawą taneczną.

c.d.n.

Losy moich Rodziców. Ulotne wspólne chwile Stefy i Wacława .

Każda  wizyta Wacka w Rakowie  to było wielkie wzruszenie serca .

Mama wspominała, że jej ukochany natychmiast po przybyciu z Wilna, zaglądał do domu swoich rodziców ale potem  biegł  pod Jej okno, pukał w znajomy sposób i wówczas Jej świat wirował.

Często przynosił kwiaty, najbardziej zapamiętała moment, kiedy to podał jej swoją czapkę  napełnioną króciutko obciętymi wilgotnymi kwiatami jaśminu.

Przesiadywał w jej pokoiku, zabawiając koleżankę, która też go uwielbiała, rysował piękne wzory na tkaninach, na których dziewczyny dziergały swoje hafty .

Umiał rysować, miał duszę artysty.

Malował ślicznie delikatne akwarele, które oddawały stan Jego romantycznej duszy. Do tej pory zachowały się tylko dwie.

Jedną,  przedstawiającą ostatnie jesienne śliwki ma Marcin, druga wisi na ścianie naszego mieszkania. Kiedyś Tato oprawił ją w skromną sosnową ramkę własnej produkcji i tak zostało. Są to dojrzałe dwie gruszki na tle liści. Zrobiłam zdjęcie, ale z powodu szybki, która zakrywa akwarelę, zdjęcie nie oddaje jej uroku. Tak więc musicie mi wierzyć na słowo, albo zapraszam do siebie….Namalowane zostały w 1932 roku, w tym roku, kiedy Rodzice brali ślub.

Nie wiem , czy malował je dla Stefanii, czy tylko tak sobie, dla swojej przyjemności. Nigdy o to nie zapytałam i już się nie dowiem.

Ale fakt, że Mama je przechowała , uratowała z pożogi wojennej , przywiozła  z Wileńszczyzny, w straszliwych warunkach bydlęcych wagonów, starannie przechowywała wśród przedmiotów najpotrzebniejszych może być świadectwem, że obrazki te miały dla Niej szczególne emocjonalne znaczenie. …

Na medycznej ścieżce. Pierwsze dni, tygodnie i miesiące z Ewcią…

Zdjęcie wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz w dniu  7.02.1971 roku. Ewcia ma 6 tyg.

Justyna przyjęła Ewę radośnie, miała wówczas 1 rok i 2 miesiące, dreptała wokół łóżeczka z noworodkiem i powtarzała z zachwytem dzidzia, dzidzia.

Nam się wydawało, że jest już całkiem dużym samodzielnym człowieczkiem i niewątpliwie była przez nas traktowana jak bohater drugiego planu.  

Bo pierwszy plan zajęła  Ewcia. Ten maleńki człowieczek dawał się nam srodze we znaki.

Po powrocie ze szpitala wykonała wielki kich i wówczas  zobaczyliśmy z przerażeniem, że wykichała z nosa ogromny kłąb ropy. Ale ona się tym nie przejmowała, miała w dzień całkiem dobry humor, który kompensowała nocnymi rykami. Zmywałam makijaż etapami do godziny 24, od 3 zaczynałam malowanie powiek.

W międzyczasie usiłowałam nakarmić małą piersią, którą ona wypluwała z niesmakiem.  Zresztą awersję do mojej piersi demonstrowała już od 3 doby życia. Każda moja propozycja karmienia naturalnego kończyła się a właściwie zaczynała całkowitą odmową, wielkim wrzaskiem,  unoszeniem tułowia na piętach z podpieraniem na części potylicznej małej kształtnej główki. Uspokajała się natychmiast, gdy rezygnowałam z takiego sposobu karmienia. Ponieważ przy takim systemie odżywiania się, nie ubywała na wadze, było całkiem prawdopodobne, że troskliwe ciocie- pielęgniarki z oddziału noworodkowego dostarczały jej wielkiej przyjemności wlewając przez wielką dziurę w smoczku sztuczne mleko z butelki.

Ponieważ nawyk ten przeniosła na grunt domowy, po kilku bezskutecznych próbach podawania piersi, zrezygnowałam całkowicie, wlewając do jej dzioba mleko sporządzone z proszku. W tamtych czasach nikt nie słyszał o super mieszankach mlecznych, sterylnych i wymagających jedynie wsypania do butelki i zalania wodą. Wówczas było dostępne jedynie tzw. mleko niebieskie. Należało je długo mieszać z zimną wodą, potem gotować i na koniec cedzić, gdyż znajdowały się tam różne kluski ze źle rozmieszanego proszku a także dziwne czarniawe paprochy o trudnym do ustalenia rodowodzie. Tak więc każdą wolną chwilę spędzałam   w kuchni gotując tę strawę, albo uspokajając wrzeszczące niemowlę. Nie wspomnę już o  praniu i gotowaniu oraz prasowaniu pieluch tetrowych, których dziennie schodziło ponad 40.

Katar Ewci  minął  po miesiącu, a do tej pory wyciągałam gruszką ropę z nosa i odwiedzałam lekarkę rejonową, by oceniła stan dziecka. Ta uważała, że noworodek jest w znakomitej formie i żadnego leczenia nie wymaga. W końcu lekarka powiedziała, że jestem studentką medycyny i muszę sobie sama radzić, bo ona ma wielu pacjentów i jest zajęta. Od tej pory starałam się sama radzić sobie z problemami zdrowotnymi dzieci z różnym oczywiście skutkiem. No cóż, nauka nie idzie w las.:)

Na medycznej ścieżce. Moja druga ciąża i zajęcia z medycyny sądowej.

Z wielkim już brzuchem odbywałam zajęcia z medycyny sądowej. Brzuch z wiercącym się maleństwem( Ewunią )  opierałam o stół , nieopodal leżącego na nim  nieboszczyka .

Asystent okazał się  niespodziewanie ludzki. O dziwo, sam z własnej woli zwolnił mnie z sekcji niemowlęcia. Nie zapomnę mu tego.

Już nie wiem co było bardziej okropne, czy leżące na stołach sekcyjnych zwłoki topielców , często zdeformowane wielomiesięcznym przebywaniem w wodzie, zanim je wydobyto czy wisielców , których zawsze było kilku po nocy wietrznej czy wreszcie wielkie muchy,  które unosiły się nad całością.  Nie wiem, jak się dostały do tych pomieszczeń , przecież były siatki w oknach.

Wrażenia z sal sekcyjnych medycyny sądowej były znacznie silniejsze  niż te w anatomicum. Ale tamte, w czasie pierwszego roku studiów były naszym pierwszym zetknięciem się z medycyną, teraz byliśmy już zahartowani. I odruchowo nie zwracaliśmy uwagi na niemiły widok czy zapach ale koncentrowaliśmy się  na istocie sprawy. A celem sekcji sądowych było ustalenie przyczyny zgonu. I to było naszym zadaniem wiodącym, które próbowaliśmy wykonać prowadzeni przez asystenta- lekarza medycyny sądowej.

Nie zapomnę , gdy po otwarciu czaszki denata , lekarz ten  polecił nam byśmy zbliżyli nos do jej wnętrza i powąchali . To samo mieliśmy uczynić gdy otworzyliśmy jamę brzuszną. Z tych przestrzeni unosił się dziwny zapach. Powiedziano nam, że to jest zapach narkomana.

 

 

Na medycznej ścieżce. dr Biskupska- kolejny przykład postępowania lekarza.

W czasie naszych  zajęć  studenckich w  I Klinice Internistycznej prof. Orłowskiego,  uczestniczyliśmy też w pracy poradni przyklinicznej.

Pracował tam pan, niestety nazwiska nie pomnę, który prowadził pacjentów z przewlekłą niewydolnością nerek , był małomówny i właściwie przekazał nam niewiele swojej wiedzy . Ale za to  pani dr. Biskupska , która zajmowała się chorymi z nadciśnieniem tętniczym, była istnym wulkanem wiedzy i zawojowała nas zupełnie. Bardzo dużo mówiła, ale było to ciekawe, każdego pacjenta informowała bardzo szczegółowo o swoich ew. wątpliwościach i celowości kolejnych badań czy zmiany leku. Podobał mi się ten sposób rozmowy z pacjentem, który stawał się nieomal partnerem lekarza w całym procesie diagnostyczno- terapeutycznym.

Wymagało to wielkiej umiejętności ze strony lekarza, by nie przekroczyć bardzo cieniutkiej linii wzajemnej zażyłości i zachować ledwie widoczną ale wyraźną przewagę  w tym procesie.

Gdy po ukończeniu studiów rozpoczęłam pracę , starałam się postępować podobnie. Nie wiem czy mi się to w pełni udało, ale nigdy nie otrzymałam sygnałów, że pomiędzy pacjentem a mną zaistniała dysharmonia.

Do tej pory pamiętam  porady dr Biskupskiej jak dokonywać pomiaru ciśnienia by uzyskiwać wiarygodny wynik, bardzo starannie omawiała z nami wszystkie przypadki, przeprowadzając różnicowanie.

Jestem jej bardzo wdzięczna, bo poświęcała nam dużo swojego czasu i energii.

Tej wiedzy było tyle, że początkowo odczuwałam chaos w głowie, jednak później problemy się porządkowały tym łatwiej, że uzyskaliśmy solidną podstawę w tejże poradni.

Na medycznej ścieżce. Pacjenci….

Już kiedyś pisałam o zajęciach na Akademii warszawskiej. Od 4 roku studiów dominowały zajęcia kliniczne.  Czuliśmy się coraz bardziej związani z zawodem, pacjentem. Jednym słowem można to nazwać aktywnym zaangażowaniem. Tak , czuliśmy jak pochłania nas życie innych ludzi i ich problemy . Jeszcze po zajęciach zawzięcie dyskutowaliśmy na różne medyczne tematy, próbując znaleźć własne złote  rozwiązanie diagnostyczno- terapeutyczne. Może to brzmieć śmiesznie, zwłaszcza po tylu przebytych latach w zawodzie, kiedy już wiadomo, że takiego złotego rozwiązania nie ma- zawsze są wątpliwości, które w dodatku się piętrzą….ale byliśmy bardzo młodzi , przejęci i ufni.

Już wtedy czułam, jak oplata mnie tajemna nić , która łączy i przywiązuje mnie do moich pacjentów. Myślę o nich często, widzę ich twarze, dłonie, czasami bezradne ciała, wracam do ich problemów i losu który pokierował ich życiem. …

 

Śladami mojego Taty . Tomasz Łukaszewicz…

Rodzice Staśki, widząc, że ten pracowity spokojny dobry chłopak adoruje ich córkę, zaczęli go zapraszać na popołudniowe rodzinne spotkania przy samowarze. Początkowo nieśmiało przyjmował zaproszenie, ale wkrótce zadomowił się w domku organisty. Bo Bolek nadal grał w Rakowskim kościele . I to jak grał. Tomasz przychodził na wieczorne msze i z ukrycia wsłuchiwał się w muzykę, którą czarował Bolek.

Tomasz Łukaszewicz był synem wytwórcy serów. Jego ojciec doskonale wyczuwał zapotrzebowanie ludzi i sam dopilnowywał produkcji żółtych serów , które znane już były w okolicy i w dalszych regionach kraju. Tomasz mu pomagał, zajmował się też dystrybucją. Często wyjeżdżał, zawsze udawało mu się sprzedać własne wyroby , bo sery były przednie a chłopak budził zaufanie.

Tomasz lubił te wyjazdy. Najbardziej interesowały go koleje żelazne. Gdy obok drogi przejeżdżał ze świstem i buchającą parą pociąg, zatrzymywał swój wóz i długo się wpatrywał w parowóz i mijające go wagony, aż znikały na horyzoncie. W Rakowie nie było kolei, więc ten widok był dla niego bajkowy i zaczarowany.

Tomasz uwielbiał wieczory na tarasie domku Rodziewiczów. Siadywali tam ze Staśką. Wdychali zapachy maciejki , słuchali śpiewu słowików. Tomasz opowiadał o swoich podróżach i powoli , ostrożnie oswajał dziewczynę z myślą, że może kiedyś będą razem. Ona  czuła się w jego towarzystwie dobrze i bezpiecznie.

Śladami mojego Taty . Moja przyszła Babcia- Staśka i kwiaty..

Michalina zajęta prowadzeniem zajęć z dzieciakami i młodzieżą, oraz rodzeniem i kołysaniem kolejnych swoich dzieci, zaniedbała swój ogród. Drzewa i krzewy rodziły pięknie, ale kwiaty zdziczały a grządki zarastały chwastami.

Czasami Bolek włączał się do prac ogrodowych, ale wolał duże prace, jak kopanie, grabienie, wycinanie niepotrzebnych pędów. Nie przepadał za wyrywaniem chwastów.

I wkrótce  Staśka przejęła te obowiązki.

 Rodzice patrzyli z przyjemnością, widząc ją wśród kwiatów, gdy schylona nad ziemią, drobnymi łapkami detalicznie wyrywa nawet najdrobniejsze chwaściki.

Bolek lubił zakupy. Z wypraw do Wilna , zawsze przywoził  nasionka i cebulki kolejnych kwiatów.

Nie było takiej potrzeby, bo Staśka sama hodowała nowe roślinki.

Na oknie w jej pokoiku w doniczkach zasiewała w lutym zebrane jesienią nasionka. Lubiła obserwować jak pojawiają się maleńkie zielone wąsiki a potem już całe listki. Jej rodzeństwo uwielbiało wpadać do tego pokoiku i zawsze zaglądało do tych doniczek. Cieszyły się, gdy mogły z dumą obwieścić, że już widać zieloną kropeczkę na tle brunatnej ziemi. Bardzo pilnowała, by żadne z nich nie wyciągało łapki i nie dotykało roślinek. Ponieważ była najstarsza, zdecydowana, stanowcza , trochę się jej bały i nie miały odwagi by przy niej psocić.  Ponieważ jednak się bała, że któreś wpadnie w czasie jej nieobecności i wyrwie roślinkę, co było tak kuszące, któregoś dnia zakupiła haczyk i sama zamontowała go do drzwi swojego pokoju. Specjalnie usadowiła go wysoko, tak by żadne z maluchów tam nie dotarło. Była już spokojna o losy swoich roślinek.

Mogła się zajmować ogrodem. Przed domem powoli wyrastał istny gąszcz stale kwitnących roślin. Kwitły zapamiętale, zarażone entuzjazmem swojej pani. Gdy przekwitały jedne, natychmiast pojawiały się następne. Jakimś cudem barwy ich cudnie z sobą harmonizowały, bywało, że układały się jedynie wszystkie odcienie czerwieni lub błękitów.

Jednego dnia siostry Staśki  podsłuchały, że w kwietnym ogródku ktoś rozmawia. Przybiegły jak zwykle zaciekawione. Ale była tam tylko ich siostra. Usłyszały jak przemawia do roślinek. Stały i z rozdziawionymi buziami się dziwowały.

 Taka była moja Babcia.

Śladami mojego Taty. Wspólne życie Michaliny i Bolka Rodziewiczów( moich pradziadków)

 

 

Rozpoczęło się codzienne życie, ich wymarzone wspólne życie.

Dość szybko okazało się, że dziewczyna jest świetną gospodynią, niezwykłą czułą żoną i właściwie ona przejęła stery w rodzinie.

Bolek z radością oddał palmę pierwszeństwa ukochanej żonie. Zarabiał dość dobrze, grając w kościele. Mieli ogród i niewielkie gospodarstwo, gdzie  wkrótce pasła się krowa oraz ulubiony koń, wykorzystywany jedynie do  ulubionych przejażdżek pani domu. Wszystko było tak, jak wymarzył Bolek. Michalina była wspaniałą żoną i czułą idealną kochanką. Pewnie była to duża zasługa księdza, który przedtem pouczył Bolka, jak należy postępować będąc u boku żony.

Bardzo się cieszyli, gdy Michalina poczuła pierwsze ruchy dziecka. Bolek z czułością dotykał jej brzucha, snuli marzenia o przyszłości dziecka. Samotny przez całe życie, tak bardzo pragnął mieć dużą szczęśliwą rodzinę.