Czas na życzenia…

 

 

PC250073.JPG

 

 

I czas Wigilii nadchodzi. Za oknem bardziej wiosennie niż zimowo. Katary z Inowrocławia przywieźliśmy, ale to nic. Widać już nie powinno się wyjeżdżać o tej porze roku i w duże zgrupowania ludzi. Ale to tylko margines….

Dzień wstał, obok drzwi wejściowych do naszego domku kula zakupiona na Kujawach światłami błyska. Przypomina tamte ziemie, gdzie goni Mama się urodziła a Ona spędzała wakacyjny czas w Szymborzu. Bliskie są mi te Kujawy….

Ale to margines. Jak co roku zbierze się o 15 rodzinka. Oto ona na zdjęciu  grupowym z 2009 roku , kiedy to jeszcze dwojga wnucząt nie było na świecie, a Leza nie myślała o tym, że zostanie mamą żywiołowego Pola. Przesyt dań świątecznych spowodował przymus wyłożenia się na naszym legowisku. Fajne to zdjęcie….błogostan…

Barszcz już ugotowany. I kompot z suszonych owoców i mak zmielony trzykrotnie spoczywa w wazie razem z bakaliami. Ryby i sałatki przybędą z dziećmi. … Niedługo przyjdą starsze wnuki i będą choinkę stroiły. Na razie zdjęcie zeszłoroczne tu wrzucam z życzeniami dla Wszystkich którzy tu zajrzą. Niezależnie od poglądów politycznych, sympatii czy antypatii dziś jednoczmy się. Może stanie się cud zrozumienia Innego , porozumienia, może stanie się cud….

ŻYCZĘ WAM KOCHANI ZDROWIA MIŁOŚCI, DZIECIĘCEJ, RADOŚCI I DZIECIĘCYCH ZACHWYTÓW POMIMO TEGO, ŻE JUŻ DOJRZAŁOŚĆ PRZYSZŁA. A PRZEDE WSZYSTKIM SZCZĘŚCIA, BO MOŻNA MIEĆ WSZYSTKO I STRACIĆ PRZY BRAKU SZCZĘŚCIA….

SPOKOJU I SAMYCH DOBRYCH DNI W NADCHODZĄCYM NOWYM 2016 ROKU…

 

cyganie.JPG

Michałowice, 2009, zdjęcie robił Mirek, więc go tu nie ma. No i dwojga najmłodszych wnucząt bo jeszcze się nie urodziły. Nieodłączna Leza nie wie, że będzie mamą…..

Oczekiwanie

Leonardo_da_Vinci_-_AnnunciazioneZwiastowanie.jpg

Zwiastowanie. Ponoć pierwszy obraz Leonardo da Vinci (1472-75)

 

 

Jeszcze Matka Boska jest w ciąży. Zadziwiająco ludzkiej jak na niepojęte Niepokalane Poczęcie. Od ponad 30 lat  wiem co czuła czekając na poród. Miałam tak cztery razy. I radość że dziecko porusza się w łonie i oczekiwanie na poród pomimo wiedzy o mającym nadejść bólu. Bo najważniejsze było spełnienie macierzyństwa. Przytulenie do pachnącego mlekiem oseska. Na krótko tylko , bo potem przychodziły problemy o których się nie myśli. Wtedy tylko przytulenie…..

Wybaczcie tę dygresję i niejaką butę porównania z tym co czuła Maryja. Może to nawet świętokradztwo. Mam nadzieję, że niebiosa w swojej łaskawości mi wybaczą.

Zwiastowanie pięknie przedstawił Leonardo da Vinci na swoim chyba pierwszym obrazie. Maryja na nim już raczej brzemienna dowiaduje się, że urodzi Boże Dziecię ….prawda to, czy legenda. Nieważne. Wiara to nie wiedza udowodniona, namacalna. Tajemne piękno wiary….

Dzisiaj jest taka pora Oczekiwania, czyli Adwentu. Jak co roku.

Lubię te krótkie  dni. Gdy  jesień zmęczona swoim złotym szałem zasypia.

Wtedy otulona ciemnością bezpiecznie przytulam się do świata. Nie jest już tak  jaskrawy, wyrazisty, drapieżny. Wydaje się daleko i właściwie jakby nie istnieje. I wtapiają się w mroczne tło wszystkie równie mroczne problemy. Polityka, rozmyślania co nas czeka i takie inne podniety zamierają. Jest ciepło i cicho.

     Pomaga mi w tym zapomnieniu codzienności powrót do obrazów i zapachów dzieciństwa.

I jestem w moim Gorzowie, gdzie przyszłam na świat. Właśnie nadchodzi tak jak teraz- Adwent. Piękna to i tajemna nazwa zaczerpnięta z łaciny. Oznacza zbliżanie się. Uwielbiam oczekiwanie, zawsze, do dziś. Jest ciekawsze i piękniejsze niż spełnienie. I dotyczy to nie tylko ważnych wydarzeń życiowych ale też zwykłych np. wycieczek. Te przygotowania, skupienia, wybory wciągają, pochłaniają myślenie. I zanim dojdzie do realizacji jest czas oczekiwania z możliwością  zmiany decyzji. Czyli istnieje wybór. A wybór to wolność. Potem przychodzi to, na co się czekało. I wtedy wszystko jest dokonane i jednoznaczne. Tak, zdecydowanie bardziej lubię oczekiwanie….Odbiegłam od tematu. A ta dygresja oczywiście nie dotyczy spełnienia macierzyństwa.Bo tego nie planowałam, nie dokonywałam wyborów, przyjmowałam z radością pomieszaną z pokorą….

I kiedyś dzieciństwo . Urok oczekiwania. Właśnie Adwent . Dziś już spowszedniały przez ponad półwieczne powtarzanie, chociaż stale miły. Adwent to roraty. Nie zwykła msza poranna, a właśnie patetyczna przez niezrozumienie  nazwa roraty. Potem będzie  wybuch Bożego Narodzenia. Radość przygotowań, zapach ciasta w domu, choinka ozdoby na niej, prezenty, żłobek i w nim mały Jezus  dopiero co urodzony… …Ale wtedy, w moim Gorzowie, gdy mam może 7 lat o tym nie myślę. W ogóle dzieci chyba mniej myślą o przyszłości, zastanawiam się dziś….

i  mam te 7 czy 8 lat gdy nadchodzi adwent i  wybieram się z naszego poprzedniego mieszkania przy ul. Kosynierów Gdyńskich na roraty. Chcę zmierzyć się z tą dziwną ostrą tajemną nazwą, tej mszy ciemnością i porannym dygotem wynikającym z wydobycia się spod ciepłej kołdry. Tak jak postanawiam, idę sama, odrzucając propozycję Mamy, że weźmie za rękę i pójdziemy razem. Nie chcę. Chcę sama. Pewnie taka zosiasamosia była ze mnie, myślę teraz. Ale może dzieci tak mają, tylko lęk dorosłych hamuje ich inicjatywę, właściwie podcina skrzydła. Mama pozwala bym poszła sama, tak jak na upragniony wyjazd kolonijny gdy miałam 6 lat. Wtedy też oznajmiła, że nie odbiorą w razie tęsknoty , ba, nawet nie odwiedzą. Oczywiście pojechałam i było super. Dziś trudno pojąć, że Mama się wtedy  godzi na moją samotną wyprawę do kościoła.  Przecież jestem ich późnym powojennym dzieckiem, wymarzoną córeczką Taty. To dzisiaj raczej niewyobrażalne by małe dziecko samo wyruszało w miasto. Chyba tamte czasy były jakoś bezpieczniejsze….a może były też niebezpieczne, ale wieści nie docierały tak szybko, bo przecież tylko radio, jakieś gazety o internecie nikt nawet nie myślał….

Opuszczam więc nasze mieszkanie przy ul Kosynierów Gdyńskich i zanurzam się w ciemność swojej uliczki odmierzając kroki na dużych granitowych płytach chodnikowych , potem skręcam w lewo gdzie ulica szeroka, wtedy zwana Wandy Wasilewskiej a teraz Sikorskiego. To nic, że nazwa ulicy stała się niepoprawna politycznie, ja jeszcze tego nie wiem. To nastąpi potem. Zbliżam się do wejścia do Parku Wiosny Ludów. W jego czeluści czarne parkowe drzewa wyciągają ku niebu nagie konary strasząc dziewczynkę. Ale się nie daję,  przekraczam mostek na szumną gorzowską rzeczką Kłodawką, z posadowioną na palach  wielką stodolastą kawiarnią  Wenecją zwaną. A potem przemykam pod ocalałymi z pożogi wojennej domami, nie patrząc na to, co po prawej. Bo po prawej mroczne ruiny spalonych kamienic. Ten pejzaż jest zwykły. Po prostu tak jest i tyle. Urodziłam się w takim mieście. Wszystko było zastane i dla nas, dzieci normalne.

Idąc tą pustą o świcie i wyczernioną krótkim późnojesiennym dniem ulicę nie myślę  o tym, że domy po jej prawej stronie zostały spalone dwa tygodnie po „ wyzwoleniu” przez sowieckich żołdaków. Nie myślę o tym, bo jestem za mała, by wiedzieć czy tym się interesować .

Jestem też za mała by zderzać się z wyobrażeniem, że tu wszędzie unoszą się duchy. Duchy dawnych mieszkańców, Niemców wypędzonych po II wojnie światowej, bo ich zwyrodniali władcy nabroili. Nie tylko władcy, oni nabroili gdy wznosili ręce w nazistowskim powitaniu i maszerowali ulicami tego miasta w zwartych szeregach Hitlerjugend w takt znanego marszu Landsberskiego kompozytora Carla Teitke..

Tak więc korzystam z niewinności, nieświadomości dziecięcej i brną szeroką czarną ulicą do Katedry. Już widzę zarys jej XIV wiecznego cielska z  wieżą przypominającą hełm jednookiego woja. Jest straszna, ale wiem, że tam , w jej wnętrzu czekają światła świec i  zapachy słodkie kadzideł  i ludziska już tam zmierzają po nadzieję na lepszy czas…Adwent, roraty to nazwy romantyczne, melodyjne nieznane wtedy tajemne . Ksiądz cały w fioletach intonuje po łacinie, bo wtedy tylko łaciny używa, „rorate cæli desuper”.  A potem śpiew narodu do nieba się wznosi, ludzie  śpiewają to samo , ale już po polsku –

                   „ Niebiosa, rosę spuście nam z góry;
                    Sprawiedliwego wylejcie, chmury.
                    O wstrzymaj, wstrzymaj Twoje zagniewanie
                    I grzechów naszych zapomnij już, Panie!….”

I zapalają się świece, każdy zapala i staje się jasność.

Wonna w mroku, pierwsza ,  jak wtedy wszystko …..

 

 

stare10.jpg

Tak było w latach 50 ubiegłego wieku, gdy miałam te kilka lat . Szłam do tej Katedry na roraty , a po prawej stronie ulicy straszyły ruiny niemieckich domów spalonych przez sowietów 2 tygodnie po ” wyzwoleniu”

 

 

Zdjęcie-0819.jpg

 

Gdy miałam 18 lat byłam już studentką AM w Poznaniu. Wtedy zostałam matką chrzestną córki kuzyna, Witka ( tego urodzonego na Syberii), Małgosi Łukaszewicz. Ojcem chrzestnym był brat Kazi, żony Witka. Małgosia  jest lekarzem w Australii. Lubię to zdjęcie. Powaga czułość i radość na naszych twarzach. Tylko skupienie na tym maleństwie. Bez myślenia co nas czeka. I dobrze….

 

 

przed porodem Justyny,IX.69.jpg

 Trzy lata później moje Oczekiwanie. Cud macierzyństwa. Bo dziecko to cud…Ostatni miesiąc ciąży z Justynką w brzuchu. Wtedy nie było USG, płeć dziecka nie była znana przed porodem….dużo się zmieniło….dzieci wyrosły, mają swoje życie. A nam zostają zdjęcia i przywołane nimi wspomnienia….magia….

      .   

Gorzów, Landsberg, ludzie we mgle…..

 

 

P1060002.JPG

Pani prezes Naszej Chaty a za nią podąża jej grupa wędrowców….goniu, mniemam, że wyrażasz zgodę na zamieszczenie tu tego zdjęcia….

 

koszry i katedra.JPG

Panorama Gorzowa, po lewej czerwony dach moich koszar. Widok z sąsiedniego wzgórza położonego na zachód od miasta.Od tej strony, chociaż nieco bliższej nadchodzi gonia. ( moje zdj z 2009 r.)

P1202192.JPG

Ze zbiorów michałowickiego minimuzeum Gorzowa ( eksponaty od goni i przez nią podpisane). Kamienie z dziedzińca koszarowego, gdzie dociera gonia ze swojego domu idąc na zbiórkę  turystycznej grupy- Naszej Chaty. Droga wiedzie zboczem wzgórza, magicznymi schodami i dalej w dół, pod pomnik Mickiewicza….

 

 

 

Jak opowiadałam przedtem, właśnie przebywam na emigracji wewnętrznej i dzięki temu swobodnie krążę po moim Gorzowie. Nikt mnie nie ogranicza, nie narzuca swoich  poglądów ani nie straszy przyszłością.  Jest pięknie tu, w krainie wiecznego dzieciństwa. Zapraszam do niej przyjaciół, spotykam dobrych znajomych. Spotykam tych, których lubię,

Oto pojawia się na horyzoncie gonia, widzę jej niewielką sylwetkę , wiatr figluje w jej świetlistych blond włoskach. Ofiarował  tę przyjaźń los, kierując mnie przed laty do portalu MM Gorzów, którego już nie ma, ale zostali dobrzy znajomi, których nigdy bym nie poznała, chociażby z  powodu różnicy wieku.

Gonia mieszka nieopodal mojej dawnej ulicy Orląt Lwowskich, ale za koszarowym wzgórzem. I dzisiaj lekka niczym ptak zbiega z niego jak co tydzień pod pomnik Mickiewicza, by spotkać się ze  grupą klubu Naszej Chaty , której jest prezesem i potem wędrować podgorzowskimi wzgórzami,  podziwiać urodę licznych  jezior pozostawionych przez lodowiec, zielonookich obramowanych rzęsami lasów……jak zwykle ma przy sobie aparat fotograficzny i potem wysyła mi zdjęcia. Wie jakie lubię, szczególnie smakowite są te na których  utrwala moje ukochane gorzowskie kąty . Zatrzymuje się na szczycie wzgórza pod dawnymi koszarami, gdzie teraz Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa.

Szkoła? Teraz jest tam jednak szkoła?

Tu się zatrzymuję i cofam w czasie. Bo wyczytałam w necie, że dawny burmistrz Landsberga ( obecnego Gorzowa) , Otto Gerloff, który sprawował swoją funkcję bardzo długo, bo w okresie 1915-1943 r.  proponował, by w latach 30 ubiegłego wieku na tym wzgórzu  wybudować właśnie szkołę. Jednak pomysł storpedowali nauczyciele, lękając się, że wiejące tu silne wiatry będą powodowały przeziębienia dzieciaków. Zabawne, prawda? Kto teraz tym się martwi? Na michałowickiej szkole strzelają w niebo jakieś masywne anteny przekaźnikowe i dzieciaki są osaczane niewidzialnymi ale na pewno wysoce szkodliwymi falami. Nikt się tym nie przejmuje….. jestem starej daty i widząc to, cierpnie mi skóra. Ale może przesadzam…..

Kończę tę dygresję, którą na pewno mi wybaczycie i wracam do Gorzowa .

Widzę jak gonia znajduje kamienie z właśnie rozbieranego dziedzińca koszarowego. Taszczy w plecaku i przywozi do mojego michałowickiego domku, gdzie tworzy minimuzeum gorzowskie. Na każdym litera k- co oznacza koszary. Widzę jak starannie  podpisuje …..

Gdy dzisiaj oglądam sobie  te kamienie nagle słyszę chichot. Rozglądam się, ale nikogo nie ma w domu.

I czuję, że znowu jestem w Gorzowie a właściwie w niemieckim Landsbergu. Są lata 30 ubiegłego wieku.

Z przyjemnością czytam to, co pisze Dariusz Barański w Gazeta. Gorzów cytując  zapiski Gerloffa ….

”  Landsberg, czyli nasz późniejszy Gorzów był miastem pięknym i wesołym. Stacjonowały tam liczne niemieckie wojska…”

„ Kiedyś do miasta przyjechał Erwin von Witzleben razem ze sztabem oficerów. Gościł na ratuszu i od początku miał dobre nastawienie do Landsberga. Jak sam opowiadał, przejeżdżał kiedyś przez miasto podczas manewrów i jego frankfurcki 8. pułk został bardzo serdecznie przyjęty przez mieszkańców, a gospodarz Piwnicy Rajców w podziemiach Sparkasse (dzisiejszy Urząd Miejski) przywitał go ze srebrnym kielichem wybornego wina. Powiedział sobie wtedy: ” Gdy tylko będę mógł o tym decydować, pierwszym miastem, które otrzyma garnizon, będzie właśnie Landsberg – miasto przyjazne”.

Gdy  von Witzleben został feldmarszałkiem, mógł urzeczywistnić tamto postanowienie. Nowe koszary miały powstać nieopodal starych. Ale wieloletni burmistrz Landsberga- Otto Gerloff miał inny plan lokalizacji. Gdy upadł pomysł wybudowania szkoły w jego ulubionym  miejscu na wzgórzu, wymyślił by tu posadowić nowe koszary.

      Właśnie dzisiaj na to landsberskie, jeszcze wtedy nagie wzgórze wieloletni burmistrz miasta- prawnik, historyk i regionalista w jednym-   Otto Gerloff   przywiódł  niemieckiego feldmarszałka- Erwina von Witzleben . I to oni chichoczą …

 „ jadąc na to wzgórze, przypomniał sobie opowieść o diable, który prowadzi na wysoką górę, by pokazać piękno tej ziemi”…….

”- Generał ujrzał na górze spory teren z pięknym widokiem na dolinę Warty.

Wróciliśmy bez słowa i dwa dni później dostałem list, że wojsko rezygnuje z rozbudowy starych koszar i dla dwóch batalionów będzie budować nowe nad Lugestraße ( obecnie Orląt Lwowskich )- wspominał burmistrz……i stało się. :

   To tyle na temat historii . I oglądam pocztówkę ze zdjęciem koszar z tego okresu ( Niemcy lubili pocztówki, na których dokumentowali najpiękniejsze widoki miasta, jest ich wielkie mnóstwo, na wielu są ludzie w strojach z epoki- cudne- żal, że teraz już tylko maile….). W koszarowych oknach piękne kwiaty  i hitlerowskie znaki nad wejściem…

A przecież i Gerloff i feldmarszałek pomimo tego, że byli aktywni i zajmowali ważne stanowiska w Rzeszy , byli przeciwni nazizmowi:  

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” . Ta struna fortepianowa mnie prześladuje, cóż za pomysł…..wyrafinowany, chyba długa śmierć, bo nie dochodzi do szybkiego przerwania rdzenia. I skojarzenie z tym narodem który kochał muzykę….brrr……..

Patrzę na zdjęcie burmistrza Landsberga- Otto Gerloffa.  Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do odejścia z urzędu . 1 grudnia 1943 roku  przestał być burmistrzem miasta . Później osiadł w Aschau Am Chiemsee (Niemcy), gdzie zmarł w 1956 roku.

Takie losy, ludzkie losy….dobrze, że człek nie zna przyszłości. Może żyć normalnie, nawet cieszyć się życiem. Tak, cieszyć się życiem, dopóki trwa…..

Ale dzisiaj jeszcze tamci  nie wiedzą co będzie dalej, nawet chyba nie myślą , najpierw chichoczą stojąc na nagim jeszcze wzgórzu, potem patrzą w dal gdzie połysk szerokiej Warty w  zielonej kwietnej  dolinie. I milczą zachwyceni…..

Gonia właśnie zatrzymuje się w tym miejscu gdzie stali, a teraz byłe koszary. Wyjmuje aparat, robi zdjęcia, potem  wysyła. Dzięki goniu, mówię…..

Mgła otula dolinę Warty, widać tylko piękne elementy, najbliższe………magiczne….mgliste…..tylko mgła……mgła otula horyzont i tamten czas….

koszary.jpg

 

Koszary w 1935 r, nazistowskie oznaczenia i kwiaty w oknach….stara pocztówka z Landsberga

 

Erwin vinWitzleben przed sądem po zamach na hitlera 1944.jpg

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” .

gerloff_otto.jpg

Otto Gerloff, burmistrz Landsberga w latach 1915-1943 r. Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do ustąpienia ze stanowiska/ Oba zdjęcia z wikipedii

101_3542_1280x960.jpg

Ozdobna barierka oddzielająca dawne koszary od stoku wzgórza . Nie ma już mojej kosodrzewiny, ale mgła jak kiedyś……Zdjęcie od goni.

101_3543_1280x960.jpg

 I widok w dół gdzie we mgle ulica  Bohaterów Warszawy, opasująca wzgórze i dalej moja dawna  wtedy Nowotki, a teraz Orląt Lwowskich…moje kosodrzewiny już umarły, ale i tak jest pięknie…..zdjęcie od goni

 

Grudzień czyli grudnik zwiastuje bliskie Boże Narodzenie….

Zdjęcie-0240.jpg

Teraz….

 

Wśród straszliwych wydarzeń w świecie jak gdyby nic właśnie zakwita.

Na szczycie zielonych łodyg przypominających szeregowo ułożone rozwichrzone liście najspokojniej w świecie pojawiają się krwiste  kuleczki. Za kilka dni pękną bujną purpurą.

To znak , że niedługo Boże Narodzenie.

 Jak ten czas leci. Święta za świętami, grudzień kwitnie jak zwykle , lat nam przybywa, dobrze, że wnuki rosną, więc ciąg w przyrodzie zachowany. I nic to, że niedługo oglądać będziemy naszą znękaną ziemię z drugiego świata. Taka kolej, miejsce potrzebne dla potomków….ale dopóki tak się stanie sycimy oczy kwieciem czerwonym a w innej odmianie różowym , białym czy łososiowym niespodziewanie wykluwającym się z małych pączków…..

 Nazywamy ten kwiatek grudniem, ale to  właściwie grudnik lub  szlumbergera . Ostatnia , obco brzmiąca nazwa pochodzi od  F. Schlumbergera, wielkiego francuskiego pasjonata i zbieracza wszelakich kaktusów.  Do lat 90 ubiegłego wieku  grudnik bywał figlarnie zwany  Zygokaktusem. Należy do rodziny kaktusowatych ( Cactacea) i niektórzy wołają na niego kaktus Bożego Narodzenia.

Przybył do nas z tropikalnych lasów Brazylii gdzie żyje sobie na wolności porastając drzewa i skały. Nie widziałam, ale musi być piękny, dopiero tam, gdy zwiesza się nad głowami przechodzących i wabi urokiem kwiatów.  

      Gdy zakwita u nas w domu , oznacza, że już koniec listopada i choinka tuż tuż….

Grudnik lubi mieszkać u nas w domu, wybiera miejsca jasne, ale bardziej gustuje w rejonach półcienistych. Nie chce ostrego słońca, widocznie razi ono jego oczęta. Gdy się skupia nad kwitnieniem nie możemy go przenosić, dotykać ani w ogóle ruszać. Chce spokoju, jak kobieta przed porodem lub osoba przenosząca się do innego świata. Widziałam, uczestniczyłam w takim skupieniu bliskich-Teściowej i Rodziców, którzy odchodzili w swoich mieszkaniach , tak jak chcieli i byliśmy obok. Prosili o ciszę, nasłuchiwali a może już spotykali się ze swoimi, zawsze kochanymi pomimo wiecznej odległości. Wybaczcie, kochani tę dygresję, ale sama przyszła, więc i tu się pojawiła.

Wracamy więc do naszego miłego kwiatka który w ogóle nie posiada liści, a ma łodygę złożoną z szerokich zielonych elementów łatwo odrastających w nowej doniczce.

Zapewniamy mu spokój, półcień i niewysoką temperaturę otoczenia ( najlepiej do 20 stopni C) . Gdy po przekwitnieniu jego łodyga matowieje, to znak, że chce odpocząć. Następuje to od sierpnia do października i od lutego do marca. Wtedy rzadziej go podlewamy , tylko wtedy, gdy pojawi się niewielkie więdnięcie , kurczenie łodyg co jest oznaką pragnienia  i do chwili gdy wyrazi ochotę na kwitnienie, codziennie zraszamy liście. I tak jest co roku. Najstarszy kwiat w moim domu przywędrował od Rodziców i ma ponad 20 lat. Doczekał się już potomstwa, które zachowuje się jak rodzic. Ale zdarza się im niespodziewanie wyłamać z żelaznej zasady, jak to z młodymi bywa i  zakwitnąć poza swoją grudniową porą . Myślimy wtedy, że chce nam przypomnieć  dawne dobre czasy, gdy wszyscy byliśmy blisko. Jest dla nas  wysłannikiem z dalekiej niebiańskiej planety….upragnionym i zawsze wyczekiwanym.

Więc radujmy się, bo grudzień chce zakwitnąć….

 

4.JPGZdjęcie z zeszłego roku. Taki będzie….

A nasz Bug płynie, płynie…

gulsatelit.JPG

Zdjęcie z netu. Widok z satelity na Bug, cofkę i nasze działki pod lasem…

 

 

Przybyliśmy nad brzeg Bugu 37 lat temu i od razu się zakochaliśmy w tym miejscu. Trudno było się  nie zakochać.

Już droga  na działkę była wydarzeniem. Przeżywaliśmy bowiem trzy zjawiskowe odsłony. Powodowały one, że Warszawa wydawała się odległa, coraz bardziej nierealna, wszystkie problemy nikły, a otwierała się wolność. Piękną odsłonę pierwszą zwiastował niewielki  Nieporęt, bo za nim rozpościerały się rozległe wody Bugonarwi,  czyli tzw. Zalew Zegrzyński, z żaglówkami, ptactwem i porażającym błękitem, potem była szeroka Narew za Serockiem, z maleńkimi łódeczkami i nieruchomymi wędkarzami wyłaniającymi się z mgły  z niteczką szosy na wysokim brzegu i wreszcie ostry zjazd w dół w paszcze i objęcia szumnych  lasów za którymi czekał już na nas  Bug.

To był dla nas inny świat, bajkowy i jakby nierzeczywisty. Nasze dzieci wyrwane z blokowiska od razu szalały, kąpały się w odsznurowanym starorzeczu Bugu zwanym cofką. Potulnie nakładały  stare tenisówki, by ostre muszle zatopione w piasku nie poraniły stóp, i pływały wzdłuż szuwarów, bo tylko tam był wąski pasek gdzie  dno można było jeszcze wyczuć, a dalej czyhała głębia przepastna. I my pływaliśmy , nie lękając się , no cóż młodość nasza była niefrasobliwa. Nie to co teraz, czas kąpieli już za nami i nawet wielkie upały nie kusiły chęcią zanurzenia się w rzece.

     Teraz już sama tam chodzę i Bug oglądam. Wartko płynie, pomimo suszy trwającej od lata, przyniósł sobie łachy piaszczyste, które powoli stają się wyspami i jest to istny raj dla ptactwa.

I patrzę w dal, i widzę tamte czasy moje rodzinne, słodkie i ludzi którzy może tak jak ja teraz stoją na brzegu i wspominają . Może białoruskie babcie, czy ukraińskie, czy polskie, takie jak ja myślą o tym ile wody upłynęło, jak się zmieniły, i czy drugi brzeg już blisko. A może tak nie myślą, może tylko stoją w zachwycie ..

A nasz wspólny Bug płynie i płynie….

 

SAM_1778.JPG

 

SAM_1786.JPG

 

SAM_1782.JPG

 

SAM_1805.JPG

 

SAM_1794.JPG

 

 

SAM_1811.JPG

Pożegnanie z beskidzkimi sarenkami.

PA110132.JPG 

 

 

I przyszła pora pożegnania gór, Kotliny Żywieckiej zatopionej we mgle porannej, oświetlanej wieczornie migoczącymi światełkami na zboczach gór i chałupkami na grzbietach wzniesień dna kotliny.

I pora pożegnania z sarenkami przyszła. Codziennie nas odwiedzały. Wypatrywałam ich o poranku stojąc na tarasie naszej chałupinki . Wybiegały wielkimi susami z pobliskich zarośli, krzewów i drzew ułożonych linijnie wzdłuż strumyczka, który jedynie po ulewnych deszczach napełnia się szumem. Potem stawały w pewnej odległości i patrzyły. Smukłe , delikatne zwiewne, dla mnie były uosobieniem niewinności i powabu. Przed kilkoma dniami  pożegnałam się z nimi. Nie wiem, czy odebrały to pożegnanie, pewnie nie, bo mają swój świat swoje życie…

I tak o sarnach dalej rozmyślam, poczytując w necie, notując ciekawostki.

Sarny ponoć nie mają dobrego wzroku, ale odbiera on ruch otoczenia . Innymi zmysłami  wyczuwają bliskość  człowieka i wtedy pędzą dalej. To jedyna ich obrona przed zagrożeniem. Są narażone ma ataki drapieżników, jak wilki, rysie, niedźwiedzie ale także wałęsające się psy. Oj, widujemy ludzi, którzy nieopodal pól , zarośli i lasów wypuszczają ze smyczy psy. Rozumiem, że one muszą się wybiegać, ale co czują biedne dzikie zwierzątka. Jak bardzo biją ich małe przerażone serca. Szczególnie narażone na ataki są młode, jeszcze niezdolne do szybkiej ucieczki. Jednak łaskawa natura nie dała im jeszcze zapachu i ukryte w zaroślach mają szansę uniknąć zagrożenia. Zrozumieć można , że zwierzęta drapieżne polują. To ich walka o byt, stanowią łańcuch pokarmowy ustanowiony przez przyrodę. Ale  człowiek? Okrutny człowiek  poluje na sarny dla zysku. Dla delikatnego mięsa zwanego sarniną oraz miękkiej skóry służącej do wyrobu zamszu. Nigdy nie jadłam sarniny i jeść nie będę. Chyba w ogóle czas zostać wegetarianinem.  Postanawiam też ,  że żadnych butów ze skóry naturalnej ani zamszowych nigdy nie założę na nogi. Żadnych ciuchów ze skór i zamszu. Nigdy!!!

A moje sarenki nie otrzymały od matki natury żadnej możliwości obrony, tylko uciekać mogą.  Jedynie ucieczka. ….Może dlatego są takie miłe sercu…

Właśnie niedawno, bo w lipcu przeżyły swoje gody. Owoce tej letniej miłości urodzą się w maju lub czerwcu, po 10 miesięcznej ciąży.

 Ciekawostką jest to, że gdy do sarniego zbliżenia dojdzie w listopadzie czy grudniu, ciąża trwa tylko 4,5 miesiąca. A dzieciątko poczęte w lipcu przez ok. 150 dni pozostaje w zahamowanym rozwoju na etapie blastuli. Jest to zjawisko ciąży utajonej, obserwowanej także u dzika, rysia, wilka, borsuka, kuny, jelenia i daniela. Tak długo żyję, a jeszcze tego nie wiedziałam. Więc żyć warto, powtarzam jak zwykle w takich sytuacjach, przy okazji podobnych odkryć…

Ciężarna sarna, czując zbliżanie się porodu, ukrywa się w najbardziej odosobnionych miejscach , gdzie rodzi swoje dzieci.. Nie wiem, gdzie znajduje takie miejsca, zwłaszcza gdy mieszka w pobliżu ludzkich osiedli. Nikt jej nie ochrania, żaden troskliwy tatuś czy może mniej troskliwa, ale ludziom dostępna służba zdrowia. Jest sama ze swoim bólem i lękiem. Jednak nagrodą i radością są jej maleństwa. Bywa, że rodzi się jedno sarnie dzieciątko, ale bywa że dwa lub trzy. Siedzą sobie w ukryciu, a mama podchodzi do nich tylko w porze karmienia, by swoim zapachem nie zwabić drapieżników. Po 2 tygodniach małe już same pojadają zieleninę i wkrótce dołączają do stada . Jednak co najmniej przez rok trzymają się matki. Wtedy jeszcze mają wzdłuż grzbietu i boków ciała kilka rzędów żółtawych lub białawych plam, co pewnie ułatwia mamie ich rozpoznawanie. Po 2- 3 miesiącach zrzucają swoje niemowlęce ciuchy i otrzymują nowe szatki, teraz ich  suknia ma barwę dojrzałej letniej sukni mamy. Potem już dwa razy do roku , wiosną i jesienią podobnie jak rodzice zmieniają garderobę, przedtem gwałtownie liniejąc. I wreszcie jak to w życiu bywa, przychodzi czas ich dojrzałości. Sarnie dwulatki są już zdolne do podejmowania zalotów i rodzenia dzieci.

I tak świat się kręci…

 

Żegnajcie więc dziś moje beskidzkie sarenki, do zobaczenia za rok, jeśli los będzie łaskaw i wyrazi zgodę na przyjazd w te strony ….

 

 

PA120153.JPG

 

 

PA040335.JPG

 

 

sarenki w centrum godziszkai.JPG

.

Moje na zawsze Beskidy.

 

Godziszka, wieś, w której urodziła się moja Mama- Stefania Łukaszewicz z d. Jakubiec….ul. Południowa od naszej chałupki……zdj. własne

Jak zwykle stoję na obrzeżach Kotliny Żywieckiej i podziwiam, podziwiam, podziwiam  , wdychając zapachy górskie i klimatów deszczowych, które nastały po niebywałej w tym roku suszy,  oczy nasycam widokami, które nie tylko piękne bardzo, ale też bliskie…to tutaj urodziła się moja Mama…

…i wracam do mojego dzieciństwa dziwiąc się jakie to proste. I nie przeszkadza mi lustro do którego nie zaglądam przewidując co pokaże oraz nogi coraz częściej obolałe i jestem małą dziewczynką z warkoczykami. Może to infantylne co piszę- ale w moim wieku wszystko jest dopuszczalne.

I są lata 50 ubiegłego wieku, właśnie dotarłam z rodzicami z naszego Gorzowa do Łodygowic. Uwielbiałam jazdę pociągami, pomimo tego , że było tłoczno i podróż trwała wiele godzin   z przesiadkami w Krzyżu a potem Bielsku. Zasypiałam od razu gdy ruszał pociąg a to na ławie wagonowej a to na tobołach ulokowanych na korytarzu, gdy miejsc w przedziale nie było. I prosiłam tylko, by mnie obudzono gdy będzie widać góry.

Tak się działo, Tato pilnował i gdy przez sen usłyszałam” już góry”- zrywałam się rześka i szczęśliwa na równe nogi, dopadałam okna i wgapiałam w zachwycie w przesuwający się leniwie widok.

 A tam właśnie z mgły wyłaniały się najprawdziwsze wyniosłe lesiste garbusy , moje Beskidy….

 

Historie splatane w Kazimierzu nad Wisłą .

 P8010765.JPG

domki przy ul. Krakowskiej, dla mnie najpiękniejszej w Kazimierzu, ukryte w zieleni zbocza Wietrznej Góry. Patrzą na Wisłę.

 

P8050898.JPG

Na pogańskiej, kultowej Wietrznej Górze znajduje się Klasztor oo Reformatów i kościół pod wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Marii Panny

 

P8021400.JPG

Celejowskie kamienice przy Rynku w Kazimierzu.

 

P8040872.JPG

 

Bruk ulicy Krakowskiej, dla mnie najpiękniejszej i najładniej położonej w Kazimierzu. Tam zwykle wynajmujemy kwaterę. Jakie tam widoki…..

 

 

Kilka lat temu to było, najstarsze wnuczki wtedy nastoletnie, chętnie z nami wyjeżdżały. Więc wymyśliłam Kazimierz i festiwal filmowy” Dwa brzegi”. Po roku powtórzyliśmy wyprawę, by się nasycić do pełna. I było pięknie, klimatycznie i magicznie.  Jak zwykle w Kazimierzu Dolnym  czyli w Kazimierzu nad Wisłą. . Różnobarwne i niesforne tłumy turystów wędrowały ulubionym deptakiem na grzbiecie wałów przeciwpowodziowych. Widok stamtąd był rozległy i piękny , że  dech zapierało….Aż nie chciało się wierzyć , że historia tego miejsca jest tak długa i zwykle tragiczna.

 

 Ale ta rzeka i zielone wypiętrzające się z niej wzgórza mogłyby długo opowiadać o tym co widziały…A było tak…

 

Na jednym ze wzgórz,  na kultowej pogańskiej Wietrznej Górze , gdzie od wieków zabijano i grzebano czarne koguty w  XI wieku powstała osada. Początkowo należała do benedyktynów. Tam dziś piękny klasztor stoi, który zasługuje na osobną opowieść i cmentarz rozciąga na grzbiecie. Ciekawe, jakże typowe nakładanie się miejsc kultu naszej religii na poprzednie, pogańskie. Coś w tym jest…

      W 1181 roku król polski, Kazimierz Sprawiedliwy przekazał osadę norbertankom z podkrakowskiego Zwierzyńca. Wtedy do początkowo używanej nazwy Kazimierz , dodano przymiotnik Dolny . W ten sposób odróżniano tę osadę od Kazimierza podkrakowskiego.

     Jednak dopiero za Kazimierza Wielkiego założono tutaj miasto, które rozkwitało. Wybudowano też zamek obronny.

    W 1406 roku Władysław Jagiełło  stosując prawa magdeburskie, dokonał lokacji miasta. Wtedy wytyczno rynek i  ulice. Pozostawiono niezabudowaną  północną część rynku.

Układ rynku  do dziś jest taki sam . Z tego właśnie miejsca najpiękniej oglądać można cały rynek z nadal czynną studnią w centrum, bajkowe kamienice oraz wyniosłe mury fary z otwierającą się drogą wiodącą do ruin zamku. Miejsce to zachwyca wszystkich , ale najbardziej artystów, malarzy….

     Od 1519-1644 roku miastem zarządzał znany ród Firlejów. W tym czasie przebudowano zamek oraz odbudowano zniszczone pożarami spichlerze i domy mieszkalne. Inne zasłużone rody to  rodziny  Czarnotów, Przybyłów i Celejów. Ci ostatni przybyli tutaj z Włoch. To wówczas powstawały piękne kamienice, które wielokrotnie rekonstruowano i które nadal podziwiamy. Zawsze wykorzystywano miejscowe, piękne śnieżno białe skały wapienne…

     Przez  wiele kolejnych  lat miasto i mieszkańców wyniszczały wojny polsko- szwedzkie oraz liczne zarazy.  

      W 1677 roku Jan III Sobieski pozwolił osiedlać się kupcom ormiańskim, greckim i żydowskim. Dzięki handlowi zbożem, miasto rozkwitało.  Jednak zapotrzebowanie Europy na zboże malało i stopniowo rozpoczął się upadek miasta.

Upadek ten przypieczętowały kolejne rozbiory Polski…W czasie powstania listopadowego , 18 marca rozegrała się tutaj jedna ze znacznych  bitew zwana bitwą pod Kazimierzem Dolnym.

      W końcu XIX wieku Kazimierz został ponownie odkryty i stał się ulubioną miejscowością wypoczynkową .W  licznych wąwozach wśród ogromnej bujnej zieleni, budowano wille i pensjonaty .

         II wojna światowa przyniosła kolejne zniszczenia.

Wtedy też odeszli w zaświaty mieszkańcy , którzy stanowili koloryt , smak i zapach tego miasta-  Żydzi polscy. Obrazy ich świata zostały , obrazy stare i  nowe. We  wszystkich galeriach widzimy ciemne, poważne twarze, pejsy, kapelusze i wielki czarny smutek w oczach…Inne ich  ślady to kirkut . Zadbany . Na nagrobkach jacyś ludzie ze świata stale układają kamyki  jeden na drugim. Funkcjonuje niezwykła knajpa „ U Fryzjera „  gdzie dziwne nazwy dziwnych dań kuchni żydowskiej  znaleźć można. Jest Mały Rynek …..ale to jeszcze inna historia. Za chwilę…..

 

P8021313.JPG

 

Tłumy dziwnie nie przeszkadzają w oglądzie Kazimierza, bo nastrój podniosły filmowy

 

ap foto 326.jpg

 

Kawiarnia w festiwalowym Kazimierzu

 

 

 

 

W czasie wspomnianego festiwalu filmowego „ Dwa brzegi” filmy wyświetlano w wielkim namiocie, na Zamku i na Małym Rynku. Niezapomniane były seanse nocne na Małym Rynku. Rozpostarty wielki ekran usiłował porwać wiatr, niewiele osób siedziało na krzesłach a większość po prostu na ziemi, na bruku , niektórzy przynosili ze sobą koce. Ludzie starsi i tłum młodzieży. Bałam się wypuścić tam same wtedy kilkunastoletnie wnuczki, ale pani od której wynajmowaliśmy pokój przy jedynej tak magicznej ulicy Krakowskiej powiedziała, ze nie ma obaw. Że zawsze jest spokojnie. Na wszelki wypadek poszłam z moimi dziewczynami. Nawet tak lubiły, nie dawały do zrozumienia, że to może być obciach – wyprawa z babcią. Fajne były, zawsze czuliśmy się młodo i dobrze w ich towarzystwie. No, te czasy minęły. Teraz mają swoje życie, ale wspominają też miło tamte czasy… I byliśmy na Małym Rynku, i dookoła było milczenie, film na fruwającym ekranie zapraszał nas do innego świata. Jednego roku był to „ Wszyscy jesteśmy Chrystusami” następnego „Barcelona Barcelona”. Nie zapomnę tych filmów, bo oglądanych w takiej scenerii, obok  posępnie czerniejącej  dobrze zachowanej starej drewnianej jatki . Tak , to ta jatka z której kiedyś , całkiem niedawno, spływała drewnianymi rynsztokami krew rytualnie zabijanych zwierząt , by mięso koszerne było. Po zakończeniu seansu ludzie wracali do domów w skupieniu i ciszy, jakby z kościoła albo procesji świętej wychodzili. Nikt nie rozrabiał, rację miała nasza gospodyni. Takiego klimatu ze świecą szukać. I słów do opisania brak . Tam trzeba być, dotknąć. I pod boskim atramentowym namiotem z migoczącymi gwiazdami i wielkim księżycem dotknąć nieba.

I    jedno było tam  niezmienne . Od wieków takie samo , stale tajemnicze i niezbadane granatowe niebo nad głowami i   gwiazdy i księżyc…a może jak u Marii Kuncewiczowej” Dwa księżyce”…..

 

P8020793.JPG

 chwila zadumy…

List do Nieznajomej

WzgĂłrzaZoknaWieĹźy.jpgWidok z okna Hotelu Mieszko, gdzie się zatrzymałam odwiedzając Gorzów po 40 latach…było to 7 lat temu…teraz mam zdjęcia i podróże wirtualne tylko…

 

 

Grzebiąc w komentarzach blogowych, które trzeba wyłuskać bo się same nie pokazuję, nagle stanęłam przed wielką niespodzianką. Otóż wśród takich raczej związanych z reklamowaniem się ich autora miałam w dłoni prawdziwą perełkę. Może to fajnie, że w ogóle komentarzy u mnie niedostatek, bo mogę się delektować takimi, które są niezwykłe. Z powodu treści, ale też z powodu, że ktoś nieznany mi, przeczytał i znalazł tam „kawałek „siebie. To wielka przyjemność mieć gdzieś bratnią duszę.

Tym razem pod moim wpisem „ Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie” napisała do mnie tajemnicza Elżbieta. Odpisałam, podałam adres mailowy. Na razie czekam. Natomiast nie mogę się oprzeć wewnętrznemu imperatywowi by komentarz ten zamieścić w całości. Oto on, soczysty obrazowy i zadziwiające, że w tak niewielu słowach zawiera tyle emocji, też mi bliskich….

„.Gorzów. Trzyletni, niechciany epizod, który stał się przygodą życia, do którego z nostalgią od lat powracam .

Wczesne lata 50-te,Ojciec i nakaz pracy. Miałam niepełna 13 lat. Szkoła przy Estkowskiego, liceum na Zawarciu. Ukochane „górki” na które biegaliśmy, wprost z mieszkania na 3 piętrze (przy Drzymały), długim pomostem. Piękna, kameralna pływalnia i miasto dziwne, bo bez pamięci i ludzie odcięci od korzeni. Taki to był czas..

Wróciłam po latach. Pamiętałam miasto okaleczone przez wojnę , ale ze śladami dawnej zamożności i” urody”. Zobaczyłam chaotyczne „blokowisko” w centrum , coraz bardziej niszczejące secesyjne kamienice, zerwany pomost i zdewastowane „górki”. Patrzyłam na to ze ściśniętym sercem…

…i mimo wszystko wciąż tam powracam. Kilkakrotnie. Wirtualnie niemal codziennie. Ostatnio „spotkałam” Panią. Koleżankę ze szkół i ze studiów. Serdecznie Panią pozdrawiam z Poznania. Życzę wiele radości. Dużych i drobnych. Takich zwykłych, codziennych.

Elżbieta

Ps. Pogodę sprawdzam …w Gorzowie. Pada deszcz ? Za godzinę, dwie będzie padać w Poznaniu! „

      Pięknie to ujęłaś  Elżbieto, ja też często wracam do Gorzowa, oczywiście wirtualnie . Staram się widzieć tam tylko to co piękne. Inaczej się nie da. Postrzegam Gorzów przez swoiste różowe okulary zamazujące to, co nieurodziwe, zaniedbane. I widzę mój Gorzów i moją szaroburą tam młodość, ale pełną uroku i niewinności….

Nieznajoma Elu pozdrawiaj swój Poznań, gdzie moje trzy lata urodziwe były, choć trudne, medyczne. Popatrz, nomen omen- moje poznańskie tak jak Twoje gorzowskie trzyletnie…..

Pozdrawiam Ciebie daleką i nieznaną…

 

nadchodzi noc nad G.1.jpg

I nadszedł wieczór…zdjęcie z tego samego okna…

Barwinkowe spotkanie z farmakologią

SAM_0095.JPG

 

 

SAM_0098.JPG

 

 

 

Barwinek  czyli Vinca  od dawna moją ulubioną rośliną. Czasem spotykam ją w lesie, ale chyba została tam przeniesiona przez ludzi, nie wiem. Jednak pamiętam, że tak jak konwalie jest pod ochroną.

Co innego mój ogródek. Właściwie też jest pod ochroną, bo niewiele w nim zmieniam. Wszystko sobie rośnie tak jak chce. Istna Natura 2000…

    Od dwóch tygodni w czasie tradycyjnych obchodów ogródka oko się samo zawiesza na uroczym błękicie ładnych kwiatków, prawie przytulonych do ziemi . Uwielbiam tę roślinę. Wdzięczną zimą, gdyż nie traci swoich nieco mięsistych liści, rosnącą na nawet najsłabszej glebie i w cieniu. Okrywa wyschłą bezbarwną ziemię swoją bujną zielenią a wiosną ozdabia kwiatkami. Jest wdzięczna, miła dla oka i budzi ciepłe uczucia.

Poza jego niewątpliwą urodą i wiecznie zieloną skromnością okazuje się być też lekiem. To niesamowite jak kiedyś ludziska potrafili wykorzystać towarzyszące im rośliny. Pewnie wiedza przekazywana była przez pokolenia jedni drugim ale też należało mieć pasję poznawania świata i dodatkową by nieść pomoc bliźnim. Zachwycające być taką babką co także czyni czary, które też pomagają. Mieć dodatkowy zmysł.  Oczywiście nawiązuję do wspaniałej roli zielarki i szamanki p. Grażyny Zielińskiej w serialu Ranczo. Nie ma jak seriale! Niech żyją z nami i czasem ciekawe problemy poruszają….

 

     O barwinku ciekawie pisze dr Henryk Różański. Pewnie w medycynie ludowej roślinka ta była stosowana od wieków, ale wzmianka o tym została znaleziona w literaturze niemieckojęzycznej z XIX wieku.  Ludziska zbierali kwitnące ziele lub same liście i suszyli je w normalnej temperaturze. Potem przyrządzali napary ( Infusum Vincae ) , nalewki( Tinctura Vincae) lub odwary ( Decoctum Vincae). Fajne nazwy tych „przetworów „ zielarsko-farmaceutycznych- Infusum, Tinctura, Decoctum. Dla mnie fajne, bo cofam się o 48 lat, kiedy to w Poznańskiej Akademii Medycznej zakuwam farmakologię. Jestem młodziutka, przejęta, bo niebawem za mąż wychodzę. A tu głowa puchnie od  wzorów chemicznych, nazw chemicznych i farmakologicznych, receptariuszy i bulgocze w niej od owych Tinctur…

 

   Ale wracam do mojego  barwinka. Preparatami z niego sporządzanymi płukano gardła i jamę ustną gdy dopadło człeka zapalenie, podawano przy biegunkach, nieżytach przewodu pokarmowego i układu oddechowego, krwotokach z nosa a także stosowano zewnętrznie w leczeniu wyprysków u dzieci. Ponoć barwinek obniża też ciśnienie tętnicze krwi, czyści krewa i działa rozkurczowo, leczy hemoroidy, zmniejsza nadmierne krwawienia miesięczne i skraca ich wydłużony okres.

Oczywiście należy podkreślić że jest to roślina  trująca, gdy zastosuje się większe dawki. I jest zabroniona kobietom w ciąży !

     We współczesnej medycynie oficjalnej nie są używane preparaty z ziela barwinka, ale nowoczesne leki zawierające alkaloidy obecne w tej roślinie. Zidentyfikowano ich 50.

Najbardziej popularne z nich to :

Winkrystyna ( vincristin) i winblastyna ( vinblastin). Jakoś do tej pory nie kojarzyłam nazwy tych leków z moim barwinkiem. Vinca. Nadal odgrywają one dużą rolę w terapii onkologicznej. Łączą  się  z białkiem zakłócając podział komórki, niszczą komórki w fazie M cyklu komórkowego i ostatecznie hamują nadmierny  rozrost tkanki nowotworowej.

Winblastyna stosowana jest w leczeniu  raka piersi, chłoniaków, raka jądra i mięsaka Kaposiego.

Winkrystyna używana jest w leczeniu ostrej białaczki limfoblastycznej , chłoniaków ziarniczych i nieziarniczych, zwojaka nerwowego współczulnego( neuroblastoma), mięśniko- mięsaka prążkowanokomórkowego ( rhabdomyosarcoma) i guza Wilmsa ( nephroblastoma).

Obecnie te alkaloidy  są syntetyzowane, gdyż należałoby do produkcji użyć pół tony liści barwinka by uzyskać np. 1 g winkrystyny.

Inny barwinkowy alkalotid to vincamine . Została wyizolowana z tej roślinki w 1953 r.i  ponoć znakomicie  obniża poziom glukozy we krwi,  podnosi też odporność na infekcje poprzez aktywację układu immunologicznego a także rozszerza naczynia krwionośne w mózgu, poprawiając jego ukrwienie. Podawany jest osobom w podeszłym wieku, w zaburzeniach krążenia mózgowego i ocznego, przy zawrotach głowy, osłabieniu pamięci, przy szumach usznych. Preparaty vincaminowe produkowane są w Szwajcarii, Francji i Niemczech w postaci kapsułek i tabletek powlekanych.

    Jak pisze dr Henryk Różański, oficjalnych dawek sproszkowanego ziela barwnika nie ma. Stosował on 1,5 g surowca dziennie, w kuracjach 2-3 tygodniowych z przerwą co najmniej 2 tygodniową. Tę dawkę rozdrabniał, zaparzał w 150 ml wody i zalecał wypijanie w trzech porcjach w ciągu dnia. W necie można też znaleźć różne domowe przepisy na preparaty z tej rośliny, ale należy pamiętać, że spożyta w większych dawkach jest trująca. Nie podano jakie są te” większe” dawki.

Tak więc nie warto eksperymentować.

A na razie trzeba się cieszyć właśnie kwitnącym najczystszym błękitem ciemno soczyście zielonym dywanom rozłożonym w cieniu drzew i cieszyć jeśli zdrowie dopisuje a myśl o leczeniu gdzieś daleko buja….

 

SAM_0097.JPG