Śladami mojego Taty . Syn ciocio- babci Mani i akordeon

Może  moje ciocio- babcie działały wg swojego z góry ułożonego planu,  gdy do nas przyjeżdżały i nagle wyjeżdżały a może  tylko ulegały zmiennym nastrojom , nie wiadomo.

Czasy po II wojnie światowej, lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku to już przeszłość. Byłam wtedy niewielką dziewczynką, a teraz niebawem stuknie mi 65 lat. Jak to się stało, że te lata minęły jak jeden oddech? I fajnie, że czas płynie, stale coś się dzieje, „Dzień niepodobny do dnia  „ ….I wcale nie chciałabym cofnąć czasu i wrócić do dawnych wydarzeń. Dobrze jest tak , jak jest. Bylebym zdążyła spisać wszystkie wspomnienia, które się tłoczą pod moim sufitem…..

Wracam więc, do opowieści o naszej rodzinie….Ciocia Mania wyszła za mąż za Grynkiewicza, imienia niestety nie pamiętam.  Zamieszkali w Piotrkowie Trybunalskim. Duża ciepła i łagodna Ciocio- babcia Mania czasami  przyjeżdżała do nas  bez swojej siostry, Walerki , ale za to ze swoim najstarszym synem- chyba Stasiem. Niestety nie jestem pewna czy tak się nazywał.  Był dużo ode mnie starszy, więc odnosiłam się do niego z szacunkiem i nieśmiałością.

 To była dopiero radość, gdy przyjeżdżał. Wiedziałam dlaczego się cieszę. Do naszego dość smutnego domu wkraczała radość, bo  Syn Mani przywoził ze sobą  akordeon  i grał.

Siadał przy ogromnym stole w dużym pokoju naszego mieszkania przy ul. Kos. Gdyńskich i swój występ zawsze rozpoczynał  melodią „ Czerwone maki na Monte Cassino” . Nie wiem, czy był jakoś związany z armią Andersa, ale tyle uczucia było w jego muzyce, że podejrzewam jakieś związki. Szkoda, że byłam zbyt mała, by pytać o jego losy. A teraz już jest za późno. …

A może był tylko wrażliwym młodym człowiekiem z wrodzonym patriotyzmem  i wielką miłością  do muzyki .

Obserwowałam  moich Rodziców, w czasie gdy grał. Milczeli i byli bardzo wzruszeni. Od tej pory gdy słyszę tę  melodię, widzę nasze dawne gorzowskie mieszkanie, Stasia z akordeonem i zamglone oczy Rodziców.

W tamtych, stalinowskich czasach ta melodia to była wolność i inny piękniejszy świat…..

 

Będąc niedawno  w Horyńcu  Zdroju , spotkałam ładną dziewczynę. Rozpoczęłyśmy rozmowę. Powiedziała, że mieszka w  Piotrkowie Trybunalskim.  I wtedy mojej głowie  zapaliła się czerwona lampka . Piotrków Trybunalski to przecież Grynkiewicze. I film się rozwinął. Wróciły wspomnienia gorzowskie, pojawiła się miękka Ciocio- babcia Mania i jej syn. Oczywiście zapytałam tę dziewczynę, czy słyszała o takich mieszkańcach swojego miasta. Bez zastanawiania się, od razu wymieniła  Marka Grynkiewicza. Powiedziała, że jest uznanym obywatelem tego miasta, wykłada na miejscowej uczelni, jest aktywny społecznie i ogólnie ma ciekawą osobowość.  Niestety nie podała mi bliższych namiarów, bo nie znała. Zapytałam więc wujka Gogle. Znalazłam Marka Grynkiewicza. Wszystko się zgadzało, jest radnym w Piotrkowie i wykładowcą miejscowej uczelni.

Uznałam, że na pewno jest  wnukiem Babci Mani- moim równolatkiem i synem mojego uwielbionego akordeonisty. Znalazłam w necie jakiś adres mailowy . Nie namyślając się napisałam pod wskazany adres . Zapytałam wprost, czy  jest wnukiem Mani. Wyjaśniłam, że zbieram rodzinne  wspomnienia, i dlatego zależy mi na kontakcie z nim.  Ale nie doczekałam się odpowiedzi na ten mail. Rozważam możliwość , że  po prostu mojego listu nie otrzymał, albo uznał, że nie ma żadnych wspomnień, lub  nie ma ochoty na rodzinne kontakty. Trudno. Nie przeżywam tego szczególnie.  C’est la vie…

Przecież przeszłość już dawno odeszła. Ale  pozostały wspomnienia, stale świeże i bujne.

 I gdzieś z oddali słyszę  melodię unoszącą się w naszym gorzowskim domu , widzę młodego człowieka z akordeonem i moją wzruszoną rodzinkę skupioną nad stołem ….

I  tylko maki na Monte Cassino kwitną jak kiedyś…….

 

 

Ukraiński haft krzyżykowy.

 

 

Gdy zobaczyłam chorągwie w cerkwii Lwowskiej, a na nich haft krzyżykowy, doznałam rozczulenia serca. Odezwały się we mnie najpiękniejsze i najczulsze wspomnienia opowieści mojej Mamy. Miałam wtedy niewiele lat, siadywałam na podłodze przy łóżku często chorującej Mamy, w naszej złocistej poniemieckiej gorzowskiej sypialni i słuchałam. Mama lubiła opowiadać. Jej opowieści były barwne i zawsze miały wyraźny początek i ciekawe zakończenie.

Teraz został przywołany obraz dwóch młodziutkich nauczycielek, które rzucił los na Wileńszczyznę. Były tutaj samotne, więc wieczory spędzały w swoim maleńkim pokoiku i przy chybotliwym świetle dziergały sobie coś tam. Mama pochodziła z Beskidzkiej wsi, ukończyła seminarium nauczycielskie w Bielsku- Białej a koleżanka była Ukrainką. Mama uczyła ją ściegów, które poznała do zakonnic- Niemek, które prowadziły jej seminarium. Ale Ukrainka odkryła przed Mamą zupełnie nowy, barwny i piękny świat haftów krzyżykowych.

Koleżanka nauczyła Mamę  tej sztuki, i potem w gorzowskim domu rodzinnym mieliśmy sporo serwetek tak zdobionych.

Gdy miałam może 3-4 lata, krawcowa uszyła mi płaszczyk z białego sukna, który Mama obszyła z przodu dwoma pasmami tkaniny z wyhaftowanym krzyżykowym barwnym wzorem.  Całość była przepiękna, płaszczyk bardzo lubiłam . Nie był zapinany, ale miał dwa splecione kolorowe sznureczki, zakończone niewielkimi pomponikami.

I gdy teraz  tak stałam  przed chorągwią w tej lwowskiej cerkwi, przed oczami przesuwały  mi się obrazy z młodości mojej Mamy i z mojego dzieciństwa, zamglone już ale bardzo bliskie sercu i ciepłe.

Po powrocie ze Lwowa , zajrzałam do Wikipedii. I znalazłam nieco informacji nt tego haftu.

Ma on na Ukrainie zadziwiająco długą historię .

Otóż już Herodot, opisując najazd Dariusza w 513 r. p. n.e. na ludy trackie i dackie, , mieszkające na terenie dzisiejszych Bałkanów oraz Zach. Ukrainy, wspomniał o niezwykłych ozdobach stroju tych ludów. Opisał jak wygląda ów haft krzyżykowy.

W trakcie wykopalisk prowadzonych na terenie dzisiejszej Ukrainy, znaleziono haftowane stroje z I wieku n. e., ozdabiane właśnie takim haftem.

Inne wczesne przykłady  haftów, obejmujących motywy bogini przedchrześcijańskiej, takiej jak bogini Berehynia

Na XI wiecznych freskach i miniaturach w Soborze Mądrości Bożej w Kijowie, też znajdujemy ten element zdobienia szat.

Współczesne rękodzieła hafciarskie  wykazują wyraźne podobieństwo do lokalnego haftu tworzonego przez wieki.

Na Ukrainie, w XIX wieku, haftowanie było codziennym zajęciem mieszkańców.

Dekorowano nim stroje, tkaniny oraz domy i kościoły. Ozdobione haftem przedmioty , takie jak ręczniki, mają znaczenie symboliczne w wielu ceremoniach  i rytuałach na Ukrainie.

Haft wg wierzeń ludowych wiązał się z wierzeniami , mitami i przesądami, w tym również dotyczącymi ochrony przed złymi mocami jak również  płodności.

Teraz gdy pomyślę-  Lwów- mam przed oczami zdjęcia , które tutaj zamieściłam  –  chorągiew ze lwowskiej cerkwi z pięknymi krzyżykami oraz dzieciaki pląsające pod cerkwią z bliżej nam nie znanego powodu, w towarzystwie rodziców i pod uśmiechniętym okiem  kapłanów.  Dzieciaki mają bluzki i koszule zdobione haftem krzyżykowym. Udało mi się uchwycić takie ozdoby tylko u pojedynczego dziecka. I widać to na zdjęciach. Bałam się wykonywać zdjęcia , bo nie znałam miejscowych zwyczajów …..I gdy pomyślę Lwów, widzę dwie młodziutkie dziewczyny na Wileńskich polskich kresach , pochylone nad płótnem, w migotliwym światełku lampki , wyczarowujące haftowane kolorowe szlaki.

Krzyżykowe szlaki ……