List od Jacka. ” Ruletka”

Chopper.jpg

Zdjęcie z netu. Chopper, największy australijski gangster…

 

Mój bratanek, Jacek Łukaszewicz opowiada o spotkaniu z Chopperem- oto cd.

 

“ Ruletka .

 

Kończyłem śniadanie z Lisą.

– dobra, masz wszystko, ale jak się nie spodobasz Chopperowi, to

wypadasz….

– zobaczymy…

Nie wiedziałem jak go ugryźć na początek. Na pierwszy wywiad wybrałem starą

cegielnię. W takich miejscach chłopcy grali w rosyjska ruletkę.

Chopper nie lubił cyrku, wiec poszedłem sam z kamerą, światłem i dźwiękiem. Wcześniej

kupiłem w sklepie pistolet, zabawkę, taki bębenkowiec. Ustawiłem „złom”,

pojawił się Chopper. Usiadł przy stole, wyciągnął piwo, whiskey i skręta

wielkości cygara.

– piwo?…

– może jak skończymy, w pracy nie piję….

– whiskey?….

– nie, no mocnych trunków w ogóle nie pijam….

– no to piwo….

Rzucił we mnie puszką. Dobre, zimne. Chopper wypił whiskey, zapalił skręta

i dmuchnął we mnie.

– no, to słucham….co cię interesuje?….co chcesz wiedzieć?….

Spojrzałem na jego mordę i pomyślałem, że te moje pytania nieprzespanej

nocy są gówno warte, bo nic mi nie powie. Popiłem papierosa piwem,

wyciągnąłem zabawkę i położyłem bębenkowca na stole.  Zerknął – jakiś

dziwny błysk. Chopper z zabawką w ręku, to dla niego kolejne pięć lat.

– co to jest?…

– to jest pistolet na kapiszony…..

– widzę…

– chcę zagrać z tobą….

Ten błysk, to było odbicie mojego światła w srebrnym uśmiechu Choppera. Po

butelce whiskey, kilku piwach, trzech cygarach i sześciu kapiszonach

wiedziałem wszystko o rosyjskiej ruletce.

– ….ale skąd wiedziałeś, kiedy odejść od stołu?….

Chopper oślepił mnie swoim uśmiechem.

– wyłącz to gówno, synku….

Wyłączyłem kamerę, światła, ale zostawiłem dźwięk. Chopper łyknął kolejną

whiskey i był już trochę wstawiony, ale dopiero wtedy był sobą. Wyjął

pistolet i położył na stole. Z drugiej kieszeni wyjął jedną kulę i postawił

obok bębenkowca.

– no, to teraz możemy zagrać….

Spojrzałem na jego oczy bazyliszka.

– nie…no słuchaj….ja nie potrafię….

– zaraz cię nauczę, synku…nie bój się, to nie boli….

Po czym włożył kulę do bębenka, zakręcił i zamknął. Położył rewolwer na

stole.

– kto kręci?….

– słuchaj, Mark, już wszystko wiem….zostawmy to….

– gówno wiesz…boisz się synku….gówniarzu pierdolony…chcesz kręcić

coś, czego nie rozumiesz…..mam nadpiłowany rewolwer….zawsze wiem, kiedy

kula jest w lufie…teraz też wiem….

Zakręcił. Lufa gdzieś obok. Zakręcił raz jeszcze. Padło na niego. Przyłożył

rewolwer do skroni. Po chwili uśmiechu położył broń na stole.

– …ale są wyjątki….

Wziął rewolwer i przystawił mi do czoła. Chwyciłem poręcze krzesła do bólu.

 

– ….jest kurwa pierdolona kula w lufie, czy nie jest?….mów,

szczeniaku….jest, czy nie jest?….

To niemożliwe, pomyślałem.

– …jest, czy nie?…

– …nie….nie ma kuli w lufie…..

Chopper przyłożył sobie bron do skroni i pociągnął za spust.

– ….no, to teraz możemy pogadać….słucham?….

– …na dziś wystarczy….muszę porozmawiać z Lisą….

Zadzwoniłem do Lisy.. Telefon zajęty. Dzwoni Lisa.

– cześć Jacek, no, będę za pięć minut…..idziemy na kolacje…..

Minutę później pojechaliśmy do jakiejś knajpy.

– no i jak?….słyszałam, że zdjęcia dobre….

– jakie kurwa zdjęcia?….słuchaj, ja nie będę tego robił….dzisiaj prawie

się posrałem….

– tu jest plan, kontrakt, bilety, kasa na wydatki itd.….

– Lisa, weź kogoś innego….

– co ty, popierdoliło cię?….dzwonił Chopper i powiedział, że jeśli ty nie

będziesz tego robił, to nie będzie dokumentu….powiedział, że nie srasz ze

strachu….

….

 

List od Jacka. ” Fryzjer”

IMG_0336.jpg

Kadry z filmu Jacka…przyleciało z Sydney…

 

Kolejna historyjka napisana przez bratanka, Jacka Łukaszewicza. Zapraszam…..”

 

  “Fryzjer”

 „Napisałem krótką etiudę pt.: “Filip’.

Przed wyjazdem z Paryża musiałem zrobić jakiś krótki film, aby zaliczyć rok.

Napisałem to na siłę, bo nie miałem pomysłu.

Krótka historyjka jakiegoś gościa zagubionego gdzieś w swojej piaskownicy. Potrzebowałem statystów do scenki nad rzeczką. Potrzebowałem dwóch wędkarzy, ale takich jakich pamiętałem z Łagowa. Przejrzałem katalogi statystów, tudzież aktorów charakterystycznych. I nic.

Nikogo w Paryżu nie ma z Łagowa.

No i poszedłem do Kościoła. Na Rue St Honoere w centrum kasowym znajduje się Kościół który należy do Polski. Lubiłem czasem przesiadywać w kafei po drugiej stronie ulicy i obserwować rodaków kloszardów. Kościół był zamknięty nocą, więc koledzy spali na schodach. Co jakiś czas przyjeżdżała jakaś Nyska z ofertę pracy za dwieście franków w kamieniołomach. Poszedłem do kościoła i wmieszałem się w tłum.

Po kilku minutach znalazłem gości z Łagowa. Lezki z więzienia, zęby przedwojenne, zarost sprzed wojny i włos wojenny. Podchodzę.

– cześć, macie może ognia?…

– a masz może fajkę?….

Wyciągam Guluasy.

– proszę bardzo…

– no, nareszcie dobre fajki…drogie, kurwa….

– a ile płacisz w sklepiku…15 franków….ja sprzedaję po pięć, ale mam tylko pięć paczek….możecie mieć….

– no to przynieś jutro….

Następnego dnia kupiłem pięć paczek Guluasów po 15 franków. Razem 75 franków – kilka dni mojego życia. Pojechałem do kościoła. Władek i Zbyszek już czekali.

– cześć, masz?, spytał Władek.

– mam….macie kasę?…

– mamy 20 franków, mówi Zbyszek.

– to macie tylko na cztery paczki….

– słuchaj, daj tą jedną paczkę na kredyt, my uczciwi jesteśmy…

Spojrzałem na nich i zobaczyłem  swój strach w ich oczach.

– no to mamy 20 franków, żeby się upić….

– tutaj jest taki sklepik….

I kupiliśmy wino, którego najnędzniejszy kucharz wstydziłby się dodać do czegokolwiek. Władek uciekł od żony z Krakowa i siedzi w Paryżu bez ważnej wizy i paszportu. Szuka jakiejś pracy aby zarobić na bilet do peerelu. Zbyszek to była recydywa, nie ma żadnego dokumentu i w ogóle chce wrócić do Polski. 

– robię krótki film, potrzebuję was jako statystów do sceny nad rzeczką….

– jak to, do filmu?….

– to taka etiuda studencka….

– ale film?….

-…no tak można powiedzieć….nie mam kasy, nie mogę wam zapłacić, ale gwarantuję dobrą zabawę i picie i żarcie całodzienne.

– co mamy robić?….

– za tydzień przyjadę po was vanem, pojedziemy nad rzeczkę, dostaniecie wędki i będziecie pili polskie piwo….

– czyli na ryby jedziemy?….a ubranie?…

– tak jak jesteście….no to jesteśmy umówieni…

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi do mnie dwóch gości w garniturach, lakierach, ostrzyżonych i ogolonych pachnących kradzioną wodą po goleniu. 

– dzień dobry panie Jacku…jesteśmy gotowi….

– panowie, co kurwa jest, przecież nie jedziemy na wesele….

– no ale do filmu….

– panowie, kto was tak kurwa ostrzygł?….

– tam na siódmym stopniu, na schodach mieszka fryzjer z Polski…mówił, że ładnie będzie….daliśmy mu paczkę fajek….

– panowie, nic nie możemy robić….macie tu 50 franków i doprowadźcie się do poprzedniego porządku na przyszły tydzień….

– przepraszamy….chcieliśmy dobrze, mówi Waldek.

– to ten kurwa fryzjer, mruknął Zbyszek.

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi Waldek.

– a gdzie Zbyszek?

– nie ma….

– co znaczy nie ma….byliśmy umówieni….

– policja go zabrała rano….blue police….

– to znaczy imigracyjna?….

– raczej tak, ale tak naprawdę, to Zbyszek połamał fryzjera….

– gdzie go zabrali?…

– fryzjera do szpitala….

– Waldka gdzie zabrali?….

– tu za rogiem jest prefektura….

No i poszedłem na policję.

 

List od Jacka. ” Coca cola”

oto kolejny list z Australii, od bratanka, Jacka Łukaszewicza. Przyfrunął na skrzydłach internetu, niezwykłe……

 

R0011329.jpeg

Zdjęcie Jacka…..

 

 

Coca Cola.

 

Samoloty to martwa forma przewozu bydła mięsnego pozbawiona wszystkiego, czego potrzebuje Homo sapiens.

Dlatego ktoś po samolotach wymyślił tramwaje i pociągi. Zawsze jest jakiś film za oknem, tudzież teatr na scenie przedziału.

Poza tym w latach siedemdziesiątych zbierałem systemy kolejkowe TT z moim przyjacielem, Tomkiem, a zakochałem się w miniaturkach tramwajowych widząc je z perspektywy balkonu u Dziadków i Wujków na warszawskim Żoliborzu.

Moje wspomnienia z Broniewskiego?! są trochę mgliste. Lubiłem te ich dwa mieszkania na jednym piętrze.

Podobał mi się nieustanny ruch młodych oraz zadowolenie starszych. Patrzyłem na Ciocię pracującą w rytm ambicji, shumaherskie wręcz działania Wujka Mirka, przenikliwe Oczy Babci, pod którym to spojrzeniem nic nie można było ukryć, a jednocześnie Ona nie potrafiła ukryć zadowolenia z życia, którym jest otoczona –  w wielkiej mierze dzięki zaradności Wujka Mirka i opiekuńczości Cioci Zosi – no i oczywiście przyszłości narodu jeszcze co niektórzy w pieluchach wokół.

Myślę, że trochę wszyscy mieliśmy jakieś tam Coś, bo chyba fajnie byłoby żeby do tego wszystkiego przyklejony był Ojciec, oczywiście razem z Iwoną ( przyrodnia siostra Jacka- przyp. zk) , a właściwie dlaczego nie z Iwony Mamą?, z którą nota bene od kilka lat gawędzę regularnie podczas moich prób rozmowy z Iwoną –  i już wiem czym Ojca zauroczyła…..

Ale z drugiej strony On był zawsze tylko i wyłącznie zauroczony wygodną sytuacją. Po prostu nie był stworzony do jakichś tam upierdliwych obowiązków rodzinnych…mam to chyba po Nim. I to mnie przeraża, bo kto nie potrafi utrzymać rodziny, nie potrafi zająć się samym sobą – tak sądzę.

Uwielbiałem rozmowy z Babcią.

Ale moim idolem był Dziadek. Jeszcze z obozu miał taki nawyk obracania głowy wokół szyi, ponieważ to ćwiczenie masowało Mu kręgi, a przy okazji widział świat w ruchu – tak mówił. On też lubił tramwaje i po przeprowadzce z Gorzowa był bardziej Warszawski niż jakikolwiek Warszawiak z Dziada-Pradziada.

Z dumą pokazywał mi filmy o Warszawie z ekranu okien tramwajowych. Z jego komentarzem to były wykwintne filmy dokumentalno -edukacyjne.

Któregoś dnia odbieraliśmy Marcinka ze Szkoły. Słońce podkreślało złoto jesieni. Mówię że fajne kolory. Dziadek dał mi aparat. Zrobiłem Marcinkowi jedno zdjęcie. Wiem, że gdzieś jest, bo Mama wszystko trzymała. Pamiętam tylko Jego spojrzenie w obiektyw z pół uśmiechem.

I raptem zdałem sobie sprawę, że jest to uśmiech spojrzeniowy mojej Babci, która zawsze wiedziała co myślę, niezależnie od tego co mówię. Moja mama to potwierdziła.

Po południu wrócił z pracy Wujek Mirek ze skrzynką Coca Coli. W życiu nie widziałem takiej ilości Coli na raz. Wkładając butelki do lodówki powiedział, że tej swojej prawej ręki nie będzie mył przez miesiąc. Ktoś Go spytał, dlaczego?. Dzisiaj poznałem Gierka, który mi pogratulował, powiedział Wujek otwierając butelkę Coli. ”

 

 

 

– Czas który wspomina Jacek to  lata 70 ubiegłego wieku. Mieszkaliśmy przy

ul. Broniewskiego na warszawskim Żoliborzu. Moi Rodzice a dziadkowie Jacka na tym samym piętrze. Było to piętro 8 i mieliśmy piękny widok z okien na ruchliwą ul. Broniewskiego widzianą z dość odległej perspektywy, gdyż oddzielał ją od bloku parking. Jacek dość często nas  odwiedzał….miło, że tak wspomina tamte czasy ,….

 

–  ta historia z colą zdarzyła się po oddaniu do użytku jakiejś ważnej budowy , którą prowadził wtedy Mirek- przyp.zk.

 

 

 

List od Jacka. „Lekcja geografii”

Oto kolejny list od Jacka. trochę zagmatwana treść, ale po wnikliwym przeczytaniu zabawna. Zapraszam…..

DSC03066.jpeg
Chłopaki pod swoim LO w Zielonej Górze, po latach ……

 

 

“Lekcja geografii historycznej”

 

W wolną sobotę wieczór skończyłem nagrywanie drugiej strony ostatniej płyty Beatlesów z Trójki, kiedy przyszedł Tomek.

–  cała strona?

– zmieściła się na jednej szpuli.

– świetnie, przegramy u Golego. 

ZK-147 zamerdał ogonem rozbiegówki furczącej na zakończenie taśmy Orwo.

 Tomek usiadł.

 

– Fredzia wróciła…widziałem ją na śmietniku dzisiaj.

– znów będzie wesoło – ile?

– jak zawsze składamy się po piątce

– ostatnio było po trzy….

– ale to na powitanie – musi być po pięć

– a może ją uprowadzić?, Tomek…

– ona się nie boi – pamiętasz jak nam opowiadała, że dostawała telefony z pogróżkami….

– nie bardzo…..

– bo miałeś zatoki – dostałeś datkę ( objaśnienie poniżej)

– no wiem, nie musisz mi przypominać….

– ktoś ci musi przypominać, bo jak cię zapyta za trzy miesiące…to musisz pamiętać….

– no dobra, mów….

– dzwoni do Fredzi. Telefon. Odbiera jej syn,  Edek. W słuchawce jakieś wypociny syczące żądzą zemsty pachną. 

– dobre, no i co?….

– nic, Edek mówi, mamo, do Ciebie….po czym podchodzi Fredzia do telefonu. 

– wiem, co chcesz powiedzieć, mówi Fredzia….nie męcz się…. 

– umrzesz, umrzesz…

– poznaję cię przez ten zniekształcony bełkot ignoranta, Wojtuś….wiem, że masz datki i przygotuj się lepiej….ty też umrzesz, tylko trochę później….pozdrów mamę…

– no i co?, pytam

– jajco, Goly wkuwał swoje datki przez rok, a ona zapytała go o ostatnią lekcję….

– czyli po piątce….kto wręczy?

– Grześ, bo się dobrze prezentuje z Ewą….

–  a potem?

– jak zawsze, skałki  , datki i kolejna zrzutka.

– zbankrutujemy wszyscy, a tetetka?

– poczekamy….i tak musimy jechać do NRD po szyny…w Składnicy nie ma….”

 

Po przeczytaniu tego listu poprosiłam Jacka o wyjaśnienia a oto odpowiedź:

” – Trójka to program 3 polskiego radia dzięki któremu odkryliśmy Beatlesów kilka lat po ich rozpadzie.

-Tetetka to hobby kolejowe miniaturowe takiego rozmiaru. 

-Fredzia to Profesor Alfreda Dobosz – wykładowczyni geografii miała trzy słabości. Jedna zawodowa, jedna sadystyczna i ta trzecia lustrzana.

 

Słabość zawodowa:

Pani Alfreda była urodzoną turystką. W związku z czym wybrała sobie profesję adekwatną do poślubienia Pana jakiegoś pracującego w ministerstwie kultury, czy coś takiego. W związku z czym po każdej podróży przywoziła ze sobą worek skałek, a la scena z “Misia”. No i oczywiście musieliśmy zgadywać z jakiego okresu na przykład pozalogicznego pochodzą te kamienie. No i same tróje.

 

Słabość sadystyczna:

Datki. Zapisana nieobecność. Przepytanie trzy miesiące po dacie w ramach tematu. Uczniowie byli przywożeni ze szpitala na noszach, aby nie mieć datek. 

 

Słabość lustrzana:

To była słabość cudownie pachnąca, bajeczna i kolorowa.  Kosztowała nas mniej więcej dwieście złotych na miesiąc. Po wręczeniu bukietu kwiatów, Fredzia zwykle mówiła. Dziś nie będzie skałek, datek, tylko moja opowieść. Po czterdziestu pięciu minutach zastanawiałem się, czy nie lepiej rzeczywiście wydać na większe bukiety….

 

W końcu znalazłem się po drugiej stronie geografii w Liverpool.

Siedziałem w ławce z kolegą, tu urodzonym, wychowanym itd. od jakiegoś tam zesłanego ( do Australii- przyp. ZK) piątego pokolenia. Nachylam się nad nim podczas wykładów :

– słuchaj, co to jest z tą waszą najwyższą górą – jakaś kozyjosko, czy coś….skąd to się wzięło, ta nazwa,,,,

– nie wiesz? – moja babcia opowiadała, że dawno temu wszedł na tą górę Aborygen z jakiegoś plemienia i tam zamarzł na śmierć. Znaleźli jego szczątki po jakimś czasie i ochrzcili tę górę mianem Kozjosko – czyli tego Aborygena.

Powtórzyłem tę historię wyrywkowo na mieście – większość przytaknęła,

i tak zostałem pierwszym, drugim polskim „Aborygenem „ po Kościuszce.”

 

 

 

Fajny ten list, szczególnie gdy się rozczytać. Nauczycielka  geografii Jacka niezwykła niezapomniana…..

A dla Was Kochani, dociekliwych choć nie za bardzo a przede wszystkim cierpliwych kilka słów o tej górze oraz zdjęć.

Oczywiście z Wikipedii. Przy okazji sama się dowiedziałam. Na wszelki wypadek gdybym usłyszała będąc jakimś cudem w Australii – góra kozyjosko…

 

 

Mount_Kosciuszko01Oct06.JPG

 

Góra Kościuszki Australia. Aż dziw, że tam też śnieg, ale wtedy gdy u nas lato…

TriangułSzczyt.JPG

Triangul na szczycie Góry Kościuszki w Australii

TablicaInfoSzczyt.JPG

 Tablica na szczycie Góry Kościuszki w Australii…

Poza zdjęciami, skrót tekstu z Wikipedii poniżej…..

Góra Kościuszki jest  najwyższym szczytem  Australii ( 2228 m. n. p. m. ), położonym w Parku Narodowym Kościuszki Gór Śnieżnych

 

Odkryta i zdobyta w 1840 roku przez polskiego podróżnika Pawła Strzeleckiego i dla uczczenia pamięci gen Tadeusza Kościuszki jego imieniem.

 

Jednak dla Australijczyków nazwa jest trudna do wymówienia i na klawiaturach nie mają takich znaków jak „Ś”. Stąd ostatecznie używana jest tam nazwa Mount Kosciuszko co w wymowie mieszkańców brzmi „ kozyjosko”

 

I w dodatku prawie nikt nie wie skąd się wzięła taka nazwa. Jak pisze Jacek zwykle myślą o tajemniczych Aborygenach….

 

 

List od Jacka. Historia jednego zdjęcia.

I Jacek list napisał „…. wiosna, cieplejszy wieje wiatr, wiosna, znów nam ubyło lat, wiosna, wiosna

wkoło itd….

Te miniaturki, jak Ciocia je nazywa, to rzeczywiście takie Paciorki Jednego

Różańca. Wobec tego coś będę bazgrolił dalej….”

 

IMGP1913.jpeg

Jacek po prawej….

 

 

Jacek Łukaszewicz

Historia jednego zdjęcia

 

” W 1995 roku przyleciał do Sydney nasz Papież na beatyfikację Mary McKillop.

Wielkie wydarzenie.

Kręciłem dokument z pobytu Jana Pawła II dla TVP. Mieliśmy operatora z telewizji,  Wojtka, więc nie martwiłem się o materiały medialne.

Wszyscy akredytowani reporterzy mogli przebywać tylko w miejscach dla dziennikarzy, ogrodzonych  i otoczonych przez panów w garniturach ale bez poczucia humoru.

Więc cały świat oglądał wszystko z jednego punktu widzenia.

A ja z reguły lubię coś innego.

W parku – Domain – była odprawiana Msza przed beatyfikacją. Cały park otoczony był rusztowaniami dla snajperów.

Zmieniłem garnitur na moro, wziąłem kamerę, akredytację bezużyteczną i poszedłem do parku. Jakoś nikt nie zwracał na mnie uwagi. W związku z czym wspiąłem się na wieżę snajperską i miałem ciekawą perspektywę. Po czym po krótkiej rozmowie ze snajperem zszedłem na dół i dalej kręciłem. 

Następnego dnia Beatyfikacja wspomnianej Mary McKillop.

Stoimy wszyscy jak baranki w obozie dla dziennikarzy.

Wychodzą. 

Czapki Kardynałów i na końcu Nasz Papież.

Wojtek stał przy mnie. Powiedziałem, że za chwilę będzie skakał przez barierkę z kamerą. Nie bardzo rozumiał.  Ale skoczył.

Na niego ochrona, wtedy spokojnie przeszedłem przez barierkę i mam zbliżenie Ojca Świętego dotykającego kamerę błogosławiąc Polaków.

I w tym momencie skoczyła na mnie ochrona i zostałem aresztowany.

I znów pomógł mi polski paszport, bo po jakimś tam przesłuchaniu i pouczeniu puścili mnie wolno. No itd.”

List od Jacka. ” Światłomierz”

hp_scanDS_78151339464.jpeg

Jacek z kamerą….

 

List od bratanka, Jacka Łukaszewicza:

 

„Światłomierz

 

Przypomniała mi się taka mała scenka. Po przyjeździe do Australii  chciałem zrobić jakiś kurs fotograficzny podczas wakacji. Poszedłem na egzaminy. Dali nam aparaty oraz światłomierze – to było marzenie ściętej głowy w Polsce. Oświetlili jakąś scenę i musieliśmy zrobić serię fotek uwypuklając jakiś tam fragment. Chłopcy zaczęli rozgryzać tajemnicę światłomierzy, a ja wziąłem aparat i po pięciu minutach wyszedłem.

Po przejrzeniu fotek następnego dnia, wykładowca pyta dlaczego nie używałem światłomierza. 

– nie bardzo potrzebuję

– to skąd znałeś przesłony?

– Dziadek mnie nauczył…

– a jaki światłomierz miał dziadek?

– On nie miał światłomierza…On fotografował tak jak widział

 

No i później zamiast “studiować” w tym koledżu, dostałem wakacyjny pół etat wykładając podstawy fotografii, czyli dosłownie cytując mojego Dziadka i od tego czasu studenci dali mi ksywę Grandjack.

 

Skojarzyłem to, ponieważ dziś miałem wykłady ze studentami. Wyjąłem moje precjoza ze skrzyni i cisza.

– co to jest?

– to są światłomierze…

– my nie potrzebujemy…

I tak skończyły się zajęcia.”

List od Jacka. „Komunista”

Jacek_Lukaszewicz 1991.jpg

Lata 80 ubiegłego wieku, właśnie Jacek opuścił Polskę…. Zdjęcie dostałam od Jego Kolegi, też Jacka, za co Mu dziękuję

 

 

 

A to tekst, który mi przysłał Jacek Łukaszewicz:

 

„Komunista

 

Któregoś dnia podczas kwarantanny paliłem z kolegą papierosa na piątym piętrze. bo tam można było wszystko, bo tam byli sami tzw. singles. Poznaliśmy ich dobrze.

Stoimy za cienką ścianką i podsłuchujemy.

 

Wchodzi Janek z uśmiechem debila na twarzy. 

– co jest Jasiu, pyta Krzyś…

– kurwa, kurwa, Jaś wyjmuje z kieszeni dwie flaszki i wznosi ręce do nieba….kurwa syn mi się  urodził, wykrztusił Jaś i opadł na krzesło. 

– to trza go ochrzcić, mówi Grześ.

– polej małolat…

– dlaczego zawsze ja?

– bo jesteś kurwa małolat, lej

– chłopaki kocham was, kurwa syn…

– no to jak go chrzcimy?, pyta Grześ.

– mnie się podoba “Zbyszek”, mówi Krzyś.

– ładnie….”Zbysio”, przytakuje Grześ.

– a mnie się podoba…”Bolesław”, mówi Jaś wpatrzony gdzieś w dal.

– jaki Bolesław, kurwa jaki Bolo, co ty kurwa takie imiona masz i skąd, kurwa?, pyta Krzyś.

– tak jest, przytakuje Grześ.

– co ty kurwa chcesz, aby dzieci na niego wołały Bierut.

Po pierwszej flaszce.

– jaki Bierut, mama mówiła sama, że za Bolesława, to był dobrobyt, odetchnął Jaś.

– co ty pierdolisz, dziecko jesteś, że mamie wierzysz….mamy zawsze, kurwa kłamią, zastanowił się Krzyś.

– polej małolat.

– żaden kurwa Bolesław, ma być Zbyś i huj, gdzie twoja mała żonka?, pyta Krzyś

– tak jest kurwa, gdzie jest? dopytuje się Grześ.

– a mnie się podoba imię “Bonifacy”, szepnął małolat do Krzysia.

– co ty, chcesz żeby pedałem był na starość? gdzie ta twoja dupa jest? pyta Krzyś.

– tak jest, gdzie jest? dodaje Grześ.

– wracam do Polski, chłopcy, napijmy się, mówi Jaś.

Nad Jasiem nachyla się małolat.

– co ty kurwa bredzisz, stul pysk tutaj, wyszeptał małolat.

– jak to wracasz do Polski? pyta Krzyś.

-syna mam w Malborku, rozumiesz, tłumaczy Jaś.

– jak to wracasz? pyta Grześ.

– kocham ten kraj, muszę lecieć, kurwa, mówi Jaś.

– najpierw Bolesław, teraz wracasz, do komuny, kurwa, do komuny chcesz wracać po tym co tutaj widziałeś, i co pewnie im opowiesz jak to jest tutaj w niebie, co kurwa?, mówi Krzyś.

– chłopaki, syn, bełkocze Jaś.

– patrz jaki skurwysyn, mówi Grześ.

– komunista jebany, mówi Krzyś.

Jaś zasnął na krześle.

– wszystkim o nas powie, kapuś jebany, mówi Grzes.

– co wy chłopaki, najebany jak wiewiórka, położymy go do wyra, podniósł się małolat.

– tak jest, komunista i kapuś, niech kurwa leci do peerelu….Grześ bierz go pod rękę, ja mam drugą, małolat bierz kurwa nogi, rozkazuje Krzyś.

– co was pojebało, płacze  małolat.

– bierz, bo polecisz razem z nim, warknął Grześ.

Niosą śpiącego Jasia. 

– co się dzieje, chłopcy? otwiera oczy Jaś.

– lecisz do Polski, wyszeptał Krzyś.

Po czym otworzyli okno i wyrzucili komunistę z piątego piętra, a na piątym piętrze nie ma winnych, więc winny jest Bolesław, tudzież Zbyś.”

 

 

List od Jacka. Studia.

hp_scanDS_78151321735.jpeg

Nie mam zdj Jacka z okresu kiedy opuszczał Polskę. Jeszcze wtedy nie wiedział, że spełni się jego marzenie i zostanie operatorem oraz reżyserem. To zdjęcie, dzięki poczcie mailowej dostałam od Jacka niedawno….i nie muszę udawać, że jestem z Niego dumna….

W rozdziale  ” Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza” pisałam o nim, Jego Rodzicach „. Dzięki temu, niespodziewanie i ku mojej wielkiej radości ponownie nawiązaliśmy kontakt a z kolei Jego listy które zamieszczam w rozdziale ” Listy od Jacka” znalazł Jego dobry  licealny kolega z którym od lat nie mieli kontaktu ….i tak świat się kręci….

Jacek mnie prosił, bym Jego opowieści listowne zamieszczała tu nadal, bo myślał o ich papierowej publikacji, tzn myśleliśmy, ale jest zajęty nowym filmem. Więc ….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

” Studia.

 

Kolebka mojej młodości, to czteropiętrowy budynek Liceum VII w Zielonej Górze. Architektura z lat pięćdziesiątych z pomnikiem Korczaka na pierwszym tle. Jakiś taki bezręki im wyszedł ustawiony na baczność, ale ważna idea, bo lekko przygarbiony z pogodnym wyrazem twarzy w zacisznym uśmiechu martyrologicznym.

Dwa piętra to klasy,  trzecie piętro radiowęzeł i na górze aula. Oprócz różnych wymyślnych uroczystości, tudzież akademii, aula była synonimem tortur maturzystów.  Podczas matur na drugim piętrze siedział woźny, a toaleta była na tym samym piętrze co radiowęzeł.

Na drugim i trzecim roku prowadziłem radiowęzeł z moim przyjacielem Tomkiem. Różne imprezy itd. Po jakimś czasie zaczęliśmy sprzedawać dla wtajemniczonych papierosy oraz piwo, tudzież coś mocniejszego dla spragnionych studentów . Wtajemniczeni znali kod pukania do drzwi. Podczas matury siedzieliśmy przez cztery dni w radiowęźle i maturzyści spokojnie wpadali do nas po ściągi pod pretekstem wyjścia do toalety. Tak więc wszyscy byli zadowoleni. 

Jakoś w maju na trzecim roku siedziałem sam w radiowęźle puszczając w eter muzykę z serialu “Kariera Nikodema Dyzmy”. Paliłem papierosa popijając piwem. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Znany kod. Spokojnie otwieram. W drzwiach stoi postrach Liceum – Henryk Sikora – opiekun naszej klasy i wykładowca fizyki, dla którego wszyscy studenci mieli ksywę “dziadostwo”. Chowam papierosa, radiowęzeł zadymiony, itd.

– dzień dobry panie profesorze….

Sikora pociągnął nosem i ogarnął wzrokiem cały ten browar.

– no, dziadostwo….pięknie tu pachnie.

Wszedł do środka i odsłonił zielone płótno na biurkach kryjące nasza kontrabandę. 

– co chcesz studiować po maturze, Łukaszewicz?

– jeszcze nie wiem, panie profesorze….

– a ja wiem, dziadostwo….jesteś zawieszony w prawach ucznia i trója na maturze za sprawowanie….wiec nie męcz się, tylko przygotuj się na dwa lata wojska polskiego….

– panie profesorze, to praca społeczna….

– ta wódka też społeczna, Łukaszewicz, co? 

– może pan profesor się poczęstuje….

– dość, Łukaszewicz, do domu….ja tu zostanę….

Ktoś nas zdradził i tak skończyła się moja kariera licealna. Nie nadaję się do wojska, bo nie lubię idiotycznych rozkazów idiotów, więc wtedy narodził się pomysł wyjazdu. To nie jest próba rozgrzeszenia samego siebie, ale wydawało mi się, że nie mam wyjścia. I wyjechałem.”