Losy moich Rodziców. Marianna i jej pierworodna.

Może jednak Marianna, druga żona Michała Jakubca, mama Stefki drążyła jakimś nieodgadnionym sposobem kamienne serce męża.

Przecież zawsze  mówiła swoim dzieciom, że nigdy ich nie będzie zmuszała do zawierania związków małżeńskich z osobami , których nie kochają. Pewnie jej własne doświadczenie było tak bolesne, że nie chciała unieszczęśliwiać swoich dzieci.

A tymczasem jej najstarsza córka, Stefka tak bardzo walczyła o swoje szczęście, tak bardzo się starała przekonać ojca do swojej decyzji i spotkała odmowę, mur, milczenie.

Wyobrażam sobie, jak bardzo przeżywała tę sytuację  Marianna .

Na pewno bardzo kochała swoją pierworodną córkę.

Gdy umierała w 1946 roku, stale wypatrywała przybycia mojej Mamy. .

A w tym czasie moja Mama  leżała w gorzowskim szpitalu z zagrożoną ciążą.

Moja Mama do swojej śmierci  wspominała swoją Rodzicielkę  i przeżywała od nowa fakt, że się nie pożegnały.

Jak dobrze, że mnie się udało. Tak los zdarzył, że Stefa umierała w sędziwym wieku, w swoim domu i w otoczeniu dzieci i wnuków.  Przesadziłam, pisząc- w otoczeniu dzieci. Nie, tak nie było. Nie przybył mój brat, Jej pierworodny, Zenon. Miał jakieś swoje ważne problemy, mieszkał daleko, w Zielonej Górze i tak uzasadniał swoją nieobecność, gdy Mirek do niego wydzwaniał.

Zapamiętałam takie wydarzenie sprzed kilku lat od dnia pożegnania Mamy, była już wtedy unieruchomiona, źle słyszała i niewiele widziała.

Moje codzienne i całonocne przebywanie obok Niej traktowała jakby to był obowiązek. Ano,

był.

I wówczas przyjechał do Warszawy mój brat i po raz ostatni odwiedził rodziców.

Gdy się zjawił , ujrzałam wielką światłość w oczach Matki.

 Był krótko, zmęczył się i znudził  trudną rozmową z prawie niesłyszącą i odjechał.

Ale wiedziałam, że to dla Niej był najjaśniejszy dzień.

Potem już się nie pojawiał, wyczekiwany przez wiele lat. Jak już napisałam wcześniej …

Na medycznej ścieżce. Pierwsze dni, tygodnie i miesiące z Ewcią…

Zdjęcie wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz w dniu  7.02.1971 roku. Ewcia ma 6 tyg.

Justyna przyjęła Ewę radośnie, miała wówczas 1 rok i 2 miesiące, dreptała wokół łóżeczka z noworodkiem i powtarzała z zachwytem dzidzia, dzidzia.

Nam się wydawało, że jest już całkiem dużym samodzielnym człowieczkiem i niewątpliwie była przez nas traktowana jak bohater drugiego planu.  

Bo pierwszy plan zajęła  Ewcia. Ten maleńki człowieczek dawał się nam srodze we znaki.

Po powrocie ze szpitala wykonała wielki kich i wówczas  zobaczyliśmy z przerażeniem, że wykichała z nosa ogromny kłąb ropy. Ale ona się tym nie przejmowała, miała w dzień całkiem dobry humor, który kompensowała nocnymi rykami. Zmywałam makijaż etapami do godziny 24, od 3 zaczynałam malowanie powiek.

W międzyczasie usiłowałam nakarmić małą piersią, którą ona wypluwała z niesmakiem.  Zresztą awersję do mojej piersi demonstrowała już od 3 doby życia. Każda moja propozycja karmienia naturalnego kończyła się a właściwie zaczynała całkowitą odmową, wielkim wrzaskiem,  unoszeniem tułowia na piętach z podpieraniem na części potylicznej małej kształtnej główki. Uspokajała się natychmiast, gdy rezygnowałam z takiego sposobu karmienia. Ponieważ przy takim systemie odżywiania się, nie ubywała na wadze, było całkiem prawdopodobne, że troskliwe ciocie- pielęgniarki z oddziału noworodkowego dostarczały jej wielkiej przyjemności wlewając przez wielką dziurę w smoczku sztuczne mleko z butelki.

Ponieważ nawyk ten przeniosła na grunt domowy, po kilku bezskutecznych próbach podawania piersi, zrezygnowałam całkowicie, wlewając do jej dzioba mleko sporządzone z proszku. W tamtych czasach nikt nie słyszał o super mieszankach mlecznych, sterylnych i wymagających jedynie wsypania do butelki i zalania wodą. Wówczas było dostępne jedynie tzw. mleko niebieskie. Należało je długo mieszać z zimną wodą, potem gotować i na koniec cedzić, gdyż znajdowały się tam różne kluski ze źle rozmieszanego proszku a także dziwne czarniawe paprochy o trudnym do ustalenia rodowodzie. Tak więc każdą wolną chwilę spędzałam   w kuchni gotując tę strawę, albo uspokajając wrzeszczące niemowlę. Nie wspomnę już o  praniu i gotowaniu oraz prasowaniu pieluch tetrowych, których dziennie schodziło ponad 40.

Katar Ewci  minął  po miesiącu, a do tej pory wyciągałam gruszką ropę z nosa i odwiedzałam lekarkę rejonową, by oceniła stan dziecka. Ta uważała, że noworodek jest w znakomitej formie i żadnego leczenia nie wymaga. W końcu lekarka powiedziała, że jestem studentką medycyny i muszę sobie sama radzić, bo ona ma wielu pacjentów i jest zajęta. Od tej pory starałam się sama radzić sobie z problemami zdrowotnymi dzieci z różnym oczywiście skutkiem. No cóż, nauka nie idzie w las.:)

Opowieści mojej Mamy. Narodziny mojej Mamy.

 

Deszczowa Godziszka

 

 

Niebawem  okazuje się  , że Marianna jest w ciąży.

Może nawet Michał się cieszy, że dziewczyna jest płodna. Na pewno spodziewa się , że urodzi mu upragnionego syna. Ciąża mija dość spokojnie. Czas płynie na oczekiwaniu. Marianna wraca myślami do swojego Boga , pokornie błaga o syna.

Jej przybrane córki  patrzą ze swojego kąta i pewnie proszą swojego Boga o kolejną siostrę. Urodzenie brata , dziedzica ziem , nieomal następcy tronu, oznaczałoby odsunięcie dziewczyn na drugi plan.

 

Któregoś dnia zaczyna się poród. Pierwsze dziecko rodzi się długo. Już mijają kolejne wschody słońca nad Babią Górą i krwiste zmierzchy nad Skalitem. Wreszcie słychać krzyk noworodka. Kobiety, które pomagają rodzącej oznajmiają ojcu, że dziecko jest dorodne i zdrowe. Nie jest tym zainteresowany, czeka tylko na informację, czy doczekał się syna.

Pokazują mu niemowlę. Wstrzymuje oddech i patrzy. Patrzy długo , aż odrywa zimny , zły  wzrok i mówi lodowatym głosem. Mam kolejną córkę….

To dziecko urodzone 14. kwietnia 1907 roku otrzymuje imię Stefania.

 Pierwsze dziecko Marianny jest moją przyszłą  Matką….

 

 

Opowieści mojej Mamy. Najstarsza córka pierwszej żony dziadka Michała.

Pierwszym wrogiem Marianny jest najstarsza córka umarłej matki, Teresa. W tym czasie zdążyła już wyrosnąć i jest prawie rówieśnicą macochy . Dawno  przejęła władzę w domu, zanim dojrzała do bycia panią domu jej macocha- Marianna. Teresa jest piękna,  ale despotyczna .

 Zresztą po bardzo wielu latach , gdy odwiedzaliśmy ją w czasie pobytu w Godziszce, dom był pachnący czystością,  deski podłogowe  , jak zresztą u wszystkich ciotek , zawsze wymyte do białości ryżową szczotką . Na podłogach leżały ładne długie chodniki  wyplatane z pasków tkanin, i żadne dziecko nie mogło postawić kroku poza ów chodnik. By nie zabrudzić podłogi. Wystarczyło zobaczyć złowrogi wyraz oczu ciotki. Ja jej się po prostu bałam. A cóż dopiero ta młoda jej macocha, Marianna. …

 

Śladami mojego Taty. Panny Rodziewiczówny…Ola

Wkrótce moja przyszła Babcia- Stasia miała już trzy siostry.

Manię ( potem Grynkiewicz), Aleksandrę ( potem Drzewiecką) i Walerię ( potem Dzierżyńską).

 Stasia i Ola były  niskie i drobne ale kształtne jak ich  matka-  Michalina , a Walerka i Mania po ojcu , wysokie i smukłe .

Tutaj już działa moja pamięć. Wszystkie te ciotko- babcie dobrze zapamiętałam. Bywały w naszym gorzowskim domu.

Po II wojnie światowej Ola Drzewiecka była już wdową, mieszkała w Gorzowie w willi na skrzyżowaniu ulicy Drzymały i obecnej Borowskiego( wtedy KRN) z córką- Marynią Nowicką, jej mężem, Władysławem  i  wnuczką- Jadzią.

Mam  w oczach utrwalony od czasów mojego gorzowskiego dzieciństwa ten dom o miłej architekturze .Nieopodal wznosiło się jedno z pięknych gorzowskich wzgórz, z poniemieckimi instalacjami rekreacyjnymi.

Dom był bardzo ładny i świetlisty. Zbudowany na planie kwadratu , pięknie się rozkładał i przechodził w duży ogród. Miejscem tego przejścia była wielka przeszklona weranda. W ogrodzie kwitły dorodne drzewa i stały różnobarwne ule wujka.

Wejście zaplanowano szerokie, na wysoki parter prowadziły wygodne  schody .

Tam rozpościerał się duży hall.  Z niego po stronie lewej wchodziło się  do kuchni, wielgaśnej, za dużej jak na mnie, wówczas małą dziewczynkę. Na wprost schodów  było wejście do pokoju ciocio-babci Oli. Po prawej stronie  wejście do dużego salonu z dużym stołem w miejscu centralnym, kredensami i czarnym magicznym pianinem na przeciwległej ścianie od wejścia. Po lewej stronie otwierały się bardzo szerokie dwuskrzydłowe przesuwane , ozdobnie przeszklone  drzwi do kolejnego pokoju. Z tego salonu wchodziło się na obszerną werandę i stamtąd do ogrodu.

Po domu człapała wiekowa już wtedy ciocio- babcia Ola. Miała zwykle dość ponurą i  surową minę, Trochę  się jej bałam , zwykle na wszelki wypadek omijałam szerokim łukiem i na pewno nigdy nie zamieniłam z nią ani jednego  słowa. Ale Jadzia, jej wnuczka mówi, że była dobra i kochana.

Córka ciocio- babci Oli, Marynia Nowicka była jak ona  niewysoka i bardzo bardzo okrągła. Toczyła się po domu żwawo z nieodłączną przepaską- zrolowaną chustką z wiszącymi długimi końcami-  na głowie.

Gdy wtaczała się do naszego gorzowskiego mieszkania, razem z nią wpadał tuman wesołości. Jeszcze w przedpokoju rozpoczynała opowiadanie kawałów, z których sama się serdecznie zaśmiewała, śmiechem tak zaraźliwym, że po chwili wszyscy konaliśmy ze śmiechu, nie zawsze łapiąc sens opowiadanego kawału.

Jej mąż- Władysław, o zawsze wesołej twarzy, chyba nie pogardzał smakowitymi nalewkami , niezmiennie towarzyszył żonie , chociaż czasami gdzieś sam biegał po Gorzowie, bo był działaczem, nie bardzo wiem w jakiej dziedzinie. Muszę zapytać o to przyjaciółkę gorzowską Bajkę, bo ona pracowała z ciocią Marynią. Wujek zajmował się pszczołami i czasami widywałam go w siatce na głowie i przyrządem do wytwarzania dymu, gdy urzędował wśród roju pszczół. Dobrze poznałam ” smak ” kontaktu z tym milutki owadem, więc nigdy się nie zbliżałam do tej części ogrodu, a bohaterstwo wujka budziło mój podziw i wielki szacunek. 

Wnuczka siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej,  Jadzia po mężu Heydowa  nie odstawała poczuciem humoru i tryskającą radością oraz miłym bardzo uśmiechem na co dzień od swojej mamy.

Może mieli jakieś kłopoty, pewnie mieli, jak zresztą wszyscy, ale ja jako dziecko odczuwałam w  nich i w ich domu tylko dobrą aurę.

Marynia i jej córka Jadzia, miały jeszcze jedną wspólną cechę, dla mnie niezwykłą. Otóż obie posiadały przepiękny głosy, cudnie ze sobą harmonizujące i w dodatku lubiły śpiewać.

I zawsze czekałam na ten moment. Gdy siedzieliśmy przy stole w naszym mieszkaniu przy ul. Orląt Lwowskich, w czasie jakiejkolwiek uroczystości rodzinnej nadchodził ten moment, najważniejszy i najpiękniejszy.

Proszono obie panie, by zaśpiewały.

 One z chęcią przystawały na tę prośbę, sadowiły się obok siebie, przytulały i  zaczynały….. zamykałam oczy i słuchałam. Dwa głosy ich pieśni płynęły i wstrzymywałam oddech, by zaczarować tę chwilę, by nie uciekła….. nie uciekła, bo żyje w mojej pamięci. Dopóki żyję, żyje ta pamięć.

A może kiedyś ktoś zajrzy do moich zapisków blogowych i wyobrazi sobie tamte czasy i tamtych ludzi…..

 

Śladami mojego Taty. Urodziny pierwszej córki- mojej przyszłej Babci.


Gdy nadszedł czas porodu, Bolek postanowił, że musi towarzyszyć  żonie w tak ważnym momencie. Miał wprawdzie wątpliwości, czy zniesie widok rodzącej kobiety, ale uczucie zwyciężyło. Oświadczył , że nie opuści pokoju rodzącej. Miasteczkowa położna popatrzyła na niego ze zdumieniem, ale nie protestowała.

Tak więc przyszły ojciec,  Bolek był przy Michalinie  przez cały czas porodu . A trwało to długo, wszak rodziło się ich pierwsze dziecko.

Troskliwie opiekował się rodzącą, trzymał za rękę, przytulał jej głowę, zwilżał usta, przemawiał łagodnie . Gdy nadchodziła kolejna  fala bólu ściskał jej dłonie, a ona z całej siły przywierała do jego ramienia. Czuła ciepło najbliższej osoby- męża, czerpała od niego energię . W kulminacyjnym momencie porodu starał się nie patrzeć na rozwarte uda żony, bał się omdlenia a może intuicyjnie nie chciał tego widzieć.

Gdy usłyszał krzyk noworodka oniemiał. To był pierwszy krzyk jego  dziecka. Ktoś powiedział- urodziła się śliczna zdrowa dziewczynka.

Wtedy nieomal oszalał z radości, ale gdy zerknął na unurzanego we krwi, pokrytego białą mazią noworodka  entuzjazm nieco opadł. .

Pewnie sobie wyobrażał dziewczynkę z kokardą we włosach a tutaj krzyczał miękki, bezradny  żwawy człowieczek z długą zwisającą pępowiną . Gdy dziecko na chwilę otworzyło wielkie granatowe oczy , wydało mu się, że popatrzyło na Bolka . To była jego córka. . …i wtedy przyszła ojcowska duma.