Na medycznej ścieżce. Sprawność i skuteczność dr Madejczyk.

Muszę w tym miejscu jeszcze bardziej się cofnąć  w czasie, ale ta historia też wiąże się z moją ukochaną dr Madejczyk. 

Kiedyś miałam dyżur, jeden z pierwszych w tym szpitalu.

Jak zwykle dyżurowałam na Izbie przyjęć, gdyż tam kierowano młodych lekarzy , coby zbierali doświadczenia. Przywieziono tam dziecko z napadem drgawkowym , z którym nie umiałam sobie poradzić, Wiedziałam, jakie stosować leki, pomagała doświadczona pielęgniarka, ale efektu nie było widać.

W tym momencie wniesiono do Izby Przyjęć kolejne gorączkujące  dziecko z biegunką . Wyglądało na szczęście nie najgorzej, więc poprosiłam rodziców, by chwilę poczekali. Jednocześnie na moją prośbę pielęgniarka już dzwoniła do oddziału, gdzie była dr Madejczyk, która ze mną dyżurowała. Po połączeniu nieomal rozpaczliwie zawyłam  do  słuchawki prosząc o  pomoc . Chyba jednak nie zawyłam, bo nie miałam takiego zwyczaju, zawsze potrafiłam się opanować, ale ogólnie sytuacja była niewesoła. Dr Madejczyk najspokojniej w świecie oznajmiła, że właśnie reanimuje dziecko oddziałowe, ale żebym natychmiast przybiegła z tym moim, drgającym do niej.

Moje drgające dziecko w tym momencie się uspokoiło, widać zadziałały podawane leki, ale wymagało jakiś kolejnych działań.

Wysłałam pielęgniarkę z tym już uspokojonym drgającym przedtem dzieckiem na drugie piętro do głównego gmachu, gdzie działała dr Madejczyk . Ponoć zadecydowała, by położyć to dziecię w nogach reanimowanego i  przejęła stery. Na szczęście jej działalność była skuteczna, o czym się dowiedziałam kilka godzin później . … życie dyżurowe było zwykle spędzane w ogromnym pędzie, wyciskało ze mnie emocje jak cytrynę, do suchości, wszystkiego brakowało- rąk, nóg, mózgu, czasu…

Na medycznej ścieżce. Dwie Zosie.

Doktor Zosia Madejczyk miała jedyną córkę , oczywiście też Zosię . Dziewczyna była bardzo zdolna. Ukończyła matematykę na Uniwersytecie Warszawskim i z chłopakiem , też matematykiem, wyjechała za ocean. W Stanach prawie natychmiast dostała ciekawą pracę. Amerykanie słynęli z tego i nadal słyną, że mają dar wyłapywania młodych talentów i dają im szansę. Może nie wszyscy tego doświadczają, ale znam bardzo wielu ludzi, którym się udało zatrudnić się w zawodzie i nawet zrobili tam kariery.

Doktor Madejczyk z mężem, też lekarzem, bardzo przeżywali wyjazd córki i za nią tęsknili. Zosia miała niewielką kawalerkę w sąsiadującym z nami bloku. Kiedyś dr Madejczyk zaprosiła mnie bym razem z nią tam wstąpiła. Pewnie chciała wywietrzyć mieszkanie, albo sprawdzić czy rury nie przeciekają a przy okazji pokazać jak fajnie jest urządzone to mieszkanko. Z niejakimi oporami tam poszłam, bo nie lubiłam odwiedzać cudzych mieszkań. Ale warto było. Maleńkie mieszkanko było urocze, zwracały uwagę ramy okienne pomalowane chyba na żółto. W tamtych przaśnych czasach lat 70 ubiegłego wieku było to zadziwiające. Maleńka łazieneczka nie mieściła umywalki, więc ulokowano  ją w bardzo dziwnym miejscu, bo podwieszoną pod sufitem . Gdy była potrzeba, by z niej skorzystać, należało stanąć na desce klozetowej i pociągnąć za sznur. Wówczas umywalka majestatycznie zjeżdżała w dół i nie schodząc na podłogę można było umyć ręce.

 Potem, po śmierci mojej doktor, widywałam jej męża, gdy kroczył do kawalerki Zosieńki. Ale nie śmiałam pytać o losy córki, zresztą po co? 

    Ostatni raz widziałam doktor Zosię w jej mieszkaniu. Już było wiadomo, że ciężko choruje i jest bez szans. Wybrałam się do niej, mieszkała w sąsiedztwie ,  po drugiej stronie ulicy Broniewskiego. Powitała mnie serdecznie, potem przycupnęła na brzegu krzesła, jak zawsze lekka i prosta jak piórko i ledwie łapiąc oddech, uśmiechała się, wypytywała co u mnie i zachowywała się tak, jakby było to normalne towarzyskie radosne spotkanie….Pożegnałyśmy się serdecznie.

Teraz widzę jej zwiewną sylwetkę, rozżarzone bardzo błękitne oczy , porozumiewawczy szelmowski w nich uśmiech i słyszę jak coś opowiada swoim cichym , niskim , zmatowiałym głosem przerywając opowieść w ważnych momentach  znaczącym delikatnym chrząknięciem.

Zachowałam Ją i jej uśmiech.

Uśmiech małej dziewczynki ufnej i niewinnej.

Pokochałam ją od pierwszego spotkania. Nie można  było Jej nie pokochać.

Bezkrytycznie, szczerze i na zawsze…

Na medycznej ścieżce. Doktor Zosia.

Dr Madejczyk, zdjecie nr 1 -001.jpg Dr Zofia Madejczyk ( z mężem) z wizytą u dzieci. Pensylwania, wczesne lata 80 XX wieku. Dziękuję córce pani doktor- Zosi- za udostępnienie rodzinnego zdjęcia.

 

 

W narracji celowała dr Zosia Madejczyk. W jej rodzinie wszystkie kobiety otrzymywały imię Zofia. Tak więc jej prababcia, babcia, wszystkie ciotki i mama oraz córka nosiły to imię.

Nasza Zosia była wspaniałą kobietą. Miała posturę drobną i prawie suchą jak szczapka. Za to emanowała energią , aktywnością  i pogodą ducha. Wpadała do dyżurki  z bardzo tajemniczą miną, wytrzeszczając niewinnie wielkie, niebieskie oczęta, chowając coś za plecami. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że ukrywa tam zapalonego papierosa, gdyż była spowita wielką chmurą dymu. Ona zaś udawała, że to nie ona trzyma papierosa za plecami i że w ogóle nie wie o co chodzi. Niestety, w późnych latach 80 zmarła z powodu raka płuc, już po moim odejściu. W czasie, gdy ją poznałam, była zdrowiutka i pełna  sił witalnych. Opowiadała o swoim udziale w Powstaniu Warszawskim i późniejszym pobycie w obozie  koncentracyjnym w Ravensbruck, gdzie była królikiem doświadczalnym. Leżała na wspólnej pryczy z dziewczyną, która przytulona do niej umierała na gruźlicę. Ale dr Madejczyk  nie zachorowała a nawet nie miała żadnych śladów w płucach które mogłyby świadczyć o przebyciu  gruźlicy .

To ona organizowała tajne spotkania na Powązkach , 1 sierpnia, w rocznicę Powstania. W przeddzień tego wydarzenia , z tajemniczą miną , szeptem oznajmiała, że spotykamy się tam gdzie zawsze. Oczywiście uległam magii tego dnia i chodziliśmy tam , by zapalić świeczkę i położyć maleńki kwiatek na grobie powstańców a także na poletku, zaklęśniętym niewielkim terenie, który był symbolicznym grobem tych, którzy zginęli w Katyniu. W tamtych czasach o tej zbrodni sowieckiej w ogóle mówić nie było wolno. Ponoć czasami milicja urządzała naloty na Powązki i organizowała spektakle aresztowania kogoś z zebranego potajemnie tłumu. Nie byłam świadkiem takiego wydarzenia, ale wiedziałam, że tak może być. Wieczorem oglądałam z ósmego piętra naszego żoliborskiego bloku, gdzie mieszkaliśmy, jaśniejące niebo od światełek na  Powązkach. 

Zaglądaliśmy też na żoliborską ulicę Suzina, gdzie przy istniejącym wtedy kinie Tęcza była tablica upamiętniająca wybuch Powstania Warszawskiego. Właśnie w tym miejscu wszystko się zaczęło.

 Idąc ulicą Krasińskiego, prawie na rogu ze Stołeczną- obecną Popiełuszki wdychałam fetor unoszący się nad studzienką kanalizacyjną. Nad nią też była tablica informująca, że tędy wchodzili powstańcy kierując się siecią podziemnych kanałów na Starówkę. Nie jestem pewna, ale sądzę, że te tablice powstawały tuż po wojnie, kiedy się wydawało, że Polska jest wolnym krajem. W późniejszych latach zaczął się prawdziwy stalinowski terror …

 

 

Dr Madejczyk, zdjecie nr 2 -002.jpg

 

Dr Zofia Madejczyk ( z mężem) z wizytą u dzieci. Wyprawa nad wodospad Niagara w przydzielonym płaszczu p/deszczowym. Wczesne lata 80 XX wieku. Dziękuję córce Pani doktor – Zosi- za udostępnienie rodzinnego zdjęcia.

 

 

Na medycznej ścieżce. Spotkanie z Anią.

W tym oddziale poznałam dr Annę Jung. Była wytworna, reprezentowała siłę spokoju, uroku i dyplomacji. Zręcznie mną kierowała, przydzielając sale gdzie leżały najbardziej nieznośne małe dzieci z domu dziecka z wieloma problemami zdrowotnymi. Oczywiście się nie buntowałam, gdyż otrzymywałam dobrą lekcję pediatrii. Chętnie służyła mi pomocą i jednym słowem czułam się jak pod skrzydłami Anioła Stróża.

Lubiłyśmy się, wkrótce zaprzyjaźniły się nasze rodziny. Bywaliśmy razem na przyjęciach, balach karnawałowych . Wówczas miała jednego syna, w wieku zbliżonym do naszych dzieci, co ułatwiało kontakty, gdyż miałyśmy podobne problemy.

W niedługim czasie dowiedziałam się, że ona ma propozycję pracy w Centrum Zdrowia Dziecka, w zespole nefrologii organizowanym przez Panią Profesor Teresę Wyszyńską. Ania już była po obronie doktoratu, który wydziergała pracując na Siennej i miała mieć ważną pozycję w CZD. Od razu zapytała mnie, czy zdecydowałabym się na pracę w Centrum, oczywiście gdyby była taka możliwość. Zastanawiałam się. Ale ziarenko zostało zasiane. Było mi miło, że ocenia mnie pozytywnie i chce protegować. ….

Chciała mnie umówić na rozmowę z Panią Profesor, ale chwilowo wekslowałam ten temat, wykręcając się jakimiś mniej lub bardziej istotnymi powodami….

Na medycznej ścieżce. Doktor Benendo i jego teoria planowania płci dziecka.

Dr Kapuścińska opowiadała  nam, że jest córką starego doktora Benendy. I właśnie  wtedy dowiedziałam się o jego bardzo ciekawych obserwacjach.

Franciszek Benendo  urodził się w 1906 roku w Świdrach. Zmarł jesienią 2001 roku.

Ukończył studia medyczne w Warszawie, brał udział w wojnie obronnej Polski w 1939 roku, po czym powrócił na Podlasie, gdzie praktykował jako lekarz i zaangażował się w działalność Armii Krajowej. Po wojnie zamieszkał we Wrocławiu, zajmując się radiologią i pulmonologią.

W 1957 roku przeniósł się do Płońska, gdzie przebywał i pracował do końca życia.

Zajmował się naukowo zagadnieniem determinacji płci. W 1965 roku obronił pracę doktorską pt. „ Zagadnienia determinacji płci u ludzi w świetle własnych badań „.

Mimo, że był działaczem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego, był przeciwnikiem  kościelnego zakazu antykoncepcji a nawet  korespondował w tej sprawie z papieżem.

 

Dr Benendo  był świetnym obserwatorem życia i twórcą uznanej za zgodną z poglądami nauki metody planowania płci dziecka. 

 „Oto jego teoria: plemniki są dwojakiego rodzaju – z męskim chromosomem Y i żeńskim X. Jajo ma zawsze żeński chromosom X. Jeżeli pierwszy do jaja dostanie się plemnik z Y, to z układu XY powstanie chłopiec. Gdy zaś w komórce jajowej zagnieździ się plemnik z X, z układu XX rozwinie się dziewczynka. Plemniki męskie – Y są bardziej ruchliwe, lżejsze, mniej żywotne. Żeńskie – X są zaś powolne i cięższe, za to bardziej wytrzymałe. Jajeczko żyje około doby, czasem nawet do czterech dni.

Tak więc, jeśli się marzy o synku, to należy współżyć kilka godzin przed lub tuż po owulacji, gdy jajeczko jest już gotowe i czeka. Wtedy są większe szanse, że pierwsze dotrą do niego plemniki  z męskim chromosomem Y.

Natomiast o Zosię najlepiej starać się 2-3 dni przed owulacją. Im dłużej trwa czekanie, tym więcej zostaje żeńskich plemników – tych z X. I kiedy jajo wreszcie się uwolni, to one je zapładniają.”

Kilkanaście lat temu zespół ginekologów-endokrynologów pod kierunkiem prof. Jerzego Tetera z Akademii Medycznej w Warszawie przetestował metodę dr Benendo.  Badania kliniczne w kilkuset przypadkach potwierdziły jej skuteczność – jeżeli chodzi o dziecko płci męskiej w 90%, a żeńskiej – w prawie 60%..

 

Mimo , że dzięki studenckim kontaktom wiedziałam od córki doktora Benendo o jego metodzie planowania płci dziecka, nie skorzystałam z niej. Nasze dzieci rodziły się bez żadnego planu. Wszystkie były pożądane i kochane niezależnie od płci. Zresztą moje cykle miesięczne były bardzo zaburzone m. innymi przez system pracy,  częste dyżury całodobowe, noce poświęcane pacjentom i tak minęło życie….

 

wiadomości od dr  Bogusławy Benendo- Kapuścińskiej i z internetu

Na medycznej ścieżce. Przygoda doktor Kapuścińskiej.

Jak już napisałam wcześniej na VI roku studiów mieliśmy zajęcia w IV Klinice Chorób Wewnętrznych AM w Warszawie , którą kierował Prof. Z. Askanas uznawany za ojca współczesnej kardiologii.

W tym zespole panował nastrój luzacki, mimo, że sam profesor wydawał się nam dostojny i  poważny. Po zakończeniu porannych obchodów, ustaleniu zleceń i opisaniu stanu pacjentów w ich historiach chorób, nadchodziła pora na niewielką przerwę kawową i wówczas to można było  sobie pozwolić  na pogaduszki.

Spośród wielu dowcipnych i gadatliwych lekarzy zapamiętałam dr. Kapuścińską. Pewnie nie należała do zespołu kardiologów, może była tam tylko na stażach- nie wiem, bo później została profesorem i szefem zakładu radiologii AM.

Opowiadała, że ona i kilka jej przyjaciół z tej kliniki w każdą sobotę  wyjeżdżają  nocnym pociągiem do Zakopanego na narty . Wracają w niedzielę również nocnym pociągiem, a z dworca mają nieomal rzut beretem do pracy. Tak więc w poniedziałek raniutko ze świeżymi siłami, startują do swoich pacjentów.

Nie byłam pewna, czy faktycznie po podróży sławną „ rzeźnią” czyli nocnym pociągiem z Warszawy do Zakopanego i odwrotnie można być wypoczętym, ale opowiadali o tym z taką werwą i radością, że w końcu uwierzyłam.

Jedna historyjka dr Kapuścińskiej pozostała w mojej pamięci. Otóż kiedyś na stoku poczuła nieprzepartą potrzebę fizjologiczną. Nie miała wyjścia, więc wypatrzyła kilka gęstych i niskich smreczków powyżej trasy narciarskiej i tam rozpoczęła żmudne rozpinanie i zdejmowanie kombinezonu. Nie wiem jak wyglądają one teraz , ale w owych czasach stanowiły jednolitą całość i wysiusianie się nawet w dogodnym miejscu wymagało zdjęcia całej góry  co zajmowało sporo czasu. Nasza przemiła dr Kapuścińska dokonała tej sztuki niezwykle sprawnie, oczywiście nie zdejmowała przy tym nart, bo takiej potrzeby nie było ,  po czym nagle straciła grunt pod nogami. I z wielkim wrzaskiem zaczęła gwałtownie zjeżdżać w dół.

 Oczywiście wszyscy  się zatrzymali i myśleli, że trzeba przyjść z pomocą. Ale po chwili ryczeli ze śmiechu, pokładał się cały stok narciarzy. A dr gnała coraz szybciej w dół w przysiadzie  usiłując nawlec na siebie rozwiewające  się połacie kombinezonu . Na dole zaryła się w kopny śnieg i jedynie jej biała pupa wskazywała na miejsce ostatecznej klęski. 

Ale wszyscy byli młodzi, mieli wielkie poczucie humoru i to wydarzenie było przez nich powtarzane wielokrotnie jako świetny przerywnik trudów i niepokojów codziennej pracy….