Jedziemy do Lwowa ( 2)

 

Wyjechaliśmy o 4 rano. Autobus był wypełniony ludźmi.

Trasa była prosta i niedługa. Bo wyruszyliśmy z  przygranicznego Horyńca Zdroju- miejsca  malowniczego  z wodami siarczkowymi.

Wpatrywaliśmy się z ciekawością w krajobraz za oknem. Na stosunkowo płaskim terenie domy nanizane na zieleń okalającą szosę  były dość ładne , świeże i zadbane. Wokół nich czyste ogródki z pierwszą wiosenną zielenią. Okolica sprawiała wrażenie dostatniej, co podobno było prawdą, i  wynikało z niezłych dochodów uzyskiwanych z  legalnego handlu oraz przemytu towarów z Ukrainy. Podobnie zresztą było  po drugiej stronie granicy. Różnice w cenach, braki towarów przez wiele lat nabijały ludziskom kabzy. Może i dobrze, że korzystali, gdy mogli. Teraz ponoć się zmieniło, powoli wyrównują się różnice pomiędzy Polską a Ukrainą.

Godzina spędzona na granicy i dwie w drodze powrotnej  w oczekiwaniu na odprawę paszportową i celną wydawała nam się trochę sztucznie spreparowana. Wszak byliśmy we Lwowie zaledwie parę godzin, więc chyba nie wyglądaliśmy na przemytników.

Ale cóż, widocznie prestiż zawodu celnika mógłby ucierpieć, gdyby cała operacja odbyła się w sposób sympatyczny i co najważniejsze , w jakimś sensownym tempie.

A może służby graniczne mają jakieś wytyczne, albo problemy, których nie znamy.

Szosa gładka, świeża lśniąca po porannym deszczu prowadziła nas  prosto do Lwowa. Wszystko  tutaj było nowiutkie, bo już czeka na Euro 2012. Po drodze  zajazdy, z czystymi WC- ami, w dali wioseczki z dominującymi złotymi kopułami  cerkwi.

Potem pojawiły się  nieciekawe przedmieścia Lwowa , jakieś umarłe domy, gruzy ,  i wszechobecne śmieci.

Nie dziwiłam się, wszak widok takiego nieładu i śmietniska nie jest mi obcy. Bo cóż innego oglądam , wyglądając przez okno mojej ukochanej kolejki WKD na wysokości warszawskiego Dworca Zachodniego.

Jedziemy do Lwowa.

 

Losy naszych  rodzin nigdy nie były związane z tym miastem, ani regionem.

Mieliśmy swoje Wilno.

Potem powiedziano, że to już nie jest Polska. 

A więc nasi rodzice zajęli miejsca w wagonach bydlęcych i po wielu dniach podróży znaleźli się w obcych stronach ,  które teraz nazywano Polską.

Odtąd to było ich miejsce na ziemi.   

Przygarnęły nas dwa miasta:   Lidzbark Warmiński  ( Rodzice Mirka)  i Gorzów Wlkp. ( moi Rodzice ).

Te tereny  opustoszały po wypędzeniu dotychczasowych mieszkańców- Niemców.

Poznaliśmy smak mieszkania w cudzych domach.

Ludzie ludziom zgotowali los wysiedleńca, zwykły ludzki świat zamieniono w piekło.

Była wojna.

Oby już nigdy, jak mawiał mój Tata.

W moim Gorzowie spaliśmy w cudzych łóżkach, chodziliśmy po ulicach, które kiedyś pielęgnowali  Niemcy, my, dzieciaki, bawiliśmy się na przewróconych nagrobkach cmentarzach poniemieckich. Piękne kamienice miasta powoli umierały.

Minęło już tyle lat od czasu wysiedleń, urodziły się kolejne pokolenia w swoich nowych domach.

Czas pędzi do przodu.

Nikt nie chce wracać na stałe do dawnych miejsc .

Ale one są.

Pozostały.

Są naprawdę.

Tam mieszkają duchy naszych przodków.

 

Przyjechaliśmy do Horyńca Zdroju, by odpocząć, zażyć kąpieli siarczkowych i poznać Roztocze Wschodnie.

Ale nadrzędnym moim myśleniem było odwiedzenie pobliskiego Lwowa.

Tylko przeskoczyć bliską granicę z Ukrainą i dalej już prosta droga do tego kiedyś bardzo Polskiego miasta.

Lwów przyciągał nas swoją aurą , którą stworzyła historia i tęsknoty ludzi , dawnych mieszkańców….