Wyjechaliśmy o 4 rano. Autobus był wypełniony ludźmi.
Trasa była prosta i niedługa. Bo wyruszyliśmy z przygranicznego Horyńca Zdroju- miejsca malowniczego z wodami siarczkowymi.
Wpatrywaliśmy się z ciekawością w krajobraz za oknem. Na stosunkowo płaskim terenie domy nanizane na zieleń okalającą szosę były dość ładne , świeże i zadbane. Wokół nich czyste ogródki z pierwszą wiosenną zielenią. Okolica sprawiała wrażenie dostatniej, co podobno było prawdą, i wynikało z niezłych dochodów uzyskiwanych z legalnego handlu oraz przemytu towarów z Ukrainy. Podobnie zresztą było po drugiej stronie granicy. Różnice w cenach, braki towarów przez wiele lat nabijały ludziskom kabzy. Może i dobrze, że korzystali, gdy mogli. Teraz ponoć się zmieniło, powoli wyrównują się różnice pomiędzy Polską a Ukrainą.
Godzina spędzona na granicy i dwie w drodze powrotnej w oczekiwaniu na odprawę paszportową i celną wydawała nam się trochę sztucznie spreparowana. Wszak byliśmy we Lwowie zaledwie parę godzin, więc chyba nie wyglądaliśmy na przemytników.
Ale cóż, widocznie prestiż zawodu celnika mógłby ucierpieć, gdyby cała operacja odbyła się w sposób sympatyczny i co najważniejsze , w jakimś sensownym tempie.
A może służby graniczne mają jakieś wytyczne, albo problemy, których nie znamy.
Szosa gładka, świeża lśniąca po porannym deszczu prowadziła nas prosto do Lwowa. Wszystko tutaj było nowiutkie, bo już czeka na Euro 2012. Po drodze zajazdy, z czystymi WC- ami, w dali wioseczki z dominującymi złotymi kopułami cerkwi.
Potem pojawiły się nieciekawe przedmieścia Lwowa , jakieś umarłe domy, gruzy , i wszechobecne śmieci.
Nie dziwiłam się, wszak widok takiego nieładu i śmietniska nie jest mi obcy. Bo cóż innego oglądam , wyglądając przez okno mojej ukochanej kolejki WKD na wysokości warszawskiego Dworca Zachodniego.
