Moje góry pamiętają, choć nieme (5)

Michał wraca do Godziszki, do swojej chałupy pełnej dzieciarni.  Ma trochę czasu na samotne rozmyślania. Musi przebyć ok. 20 km, droga jest trudna. Pokonuje  wysokie wzniesienia, ostre zakręty a najgorzej jest, gdy czasami bryczka niebezpiecznie przechyla się na jeden bok. Nie mieści się ona na wąskiej drodze i koła z jednej strony unoszą się  wysoko na strome bardzo wysoko uniesione pobocze. Tutaj często się zdarzają takie wąskie, głębokie drogi, gdyż zwykle na ich dnie płyną niewielkie strumyki, które w czasie ulewnych dni niebezpiecznie przybierają, pogłębiając koryto drogi. Teraz to już  są asfaltowe, wijące się jednak szosy pomiędzy wsiami….ale wracam do tamtego czasu….

Gdy konie z trudem utrzymują równowagę bryczki, Michał rozmyśla, wyobrażając sobie dalsze życie. Może jest zadowolony, że wreszcie podjął decyzję i jego życie będzie łatwiejsze. Może ma wątpliwości…. 

Ale po swojemu, po chłopsku , po góralsku przecina takie myśli, teraz patrzy w niebo, czy pogoda dopisze, czy będzie mógł wyjść w pole. Sianokosy już blisko.

Pewnie wtedy właśnie zbliżały się  pierwsze sianokosy, bo pierwsze dziecko z tego nowego małżeństwa – moja Matka urodziła się w kwietniu roku 1907.

W rojnej chałupie dzieciska garną się do niego.

Tylko dlaczego najstarsza córka jego i zmarłej żony, Teresa, siedzi w kącie i  ma takie złe oczy…..

Opowieści mojej Mamy. Dziadek Marianny opowiadał…

Marianna, moja przyszła babcia, mieszkała od urodzenia w dużej wsi Radziechowy. Tutaj znała wszystkich, miała koleżanki i dość niechętnie pomagała matce w domu i na polu.

W zimowe wieczory cała rodzina przesiadywała w jednej izbie. Matka cerowała odzienie i dziergała na drutach ciepłe swetry .

Marianna szyła sobie nowe spódnice, ale gdy dziadek zaczynał opowiadać, jej robótka  spadała na kolana a dziewczyna nieruchomiała zasłuchana. Uwielbiała te opowieści. Wprawdzie dziadek się powtarzał, ale stale lubiła jego wspomnienia.

Wiedziała, że ich wieś jest bardzo stara, najstarsza na ziemi żywieckiej . Już  wtedy miała około 500 lat. Najważniejsze wydarzenie, które miało tutaj miejsce, to było gromadne podążenie dorosłych chłopów- górali na pomoc Jasnej Górze  gdy Szwedzi zalewali kraj i zagrożona była Matka Boska. I udało się, dziadek opowiadał ze szczegółami jak wyglądała obrona klasztoru. Pewnie opowieść przekazał mu jego pradziad, który szedł w pierwszej linii grupy górali żywieckich. Niedługo  potem  Szwedzi w odwecie wymordowali prawie wszystkich mieszkańców.  

Jednak rodzina Marianny ocalała, gdyż mieszkali na skraju wsi, pomiędzy licznymi tutaj wąwozami , pod wielkim lasem i zdążyli ratować się ucieczką w góry. Cudem przeżyli- jak uważali na pewno za sprawą Matuchny Przenajświętszej (tak wzdychała moja Mama gdy cierpiała gdy było Jej ciężko). Gdy po wielu dniach schodzili z gór, okazało się, że tak samo postąpiło jeszcze kilka rodzin. Wrócili do swojej wsi i rozpoczęli ją odbudowywać liżąc rany otrzymane od Szwedów i lecząc choroby, których się nabawili siedząc w ukryciu  zimnych i  mokrych lasów swoich gór.

Dziadek był dumny z tego, że górale tak odpowiedzialnie stanęli murem za swoją ojczyzną i za Matką Boską Częstochowską.

Marianna w ten sposób uczyła się patriotyzmu i wiedziała że jest Polką. Mimo tego, że ojczyzna w jej czasach była zniewolona.

Moja babcia- Marianna urodziła się około 1890 roku, gdyż  jej pierwsze dziecko przyszło na świat gdy miała 17 lat. A był to 14 kwiecień 1907 roku.  Tym dzieckiem była moja Mama- Stefania ….

Pewnie ja już nigdy nie dotrę ale może któreś z moich dzieci lub wnucząt odnajdzie w  księgach parafialnych w Radziechowach ślady chrztu Marianny i jej ślubu  z Michałem Jakubcem. Może tak, a może nie . I pozostanie tylko ta opowieść….

Weselisko Michała Jakubca i Marianny odbyło się w jej rodzinnej wsi- Radziechowy. Dziewczyna wypłakała już oczy za swoim ukochanym i biernie poddawała się obrzędom ślubnym z obcym, starszym od niej choć młodym i jurnym ale już ciężko doświadczonym wdowcem.

Jeszcze do niej nie docierało, że będzie musiała dźwigać bagaż obowiązków żony, gospodyni domowej i ciężko pracować na polu i w obejściu.

Nie zdawała sobie sprawy, jak trudne będą jej relacje z dziećmi męża, z których najstarsza córka- Tereska była  nieomal jej równolatką.

Może to i dobrze, że człek nie zawsze wie co go czeka, wówczas żyje bez lęku i stale ma nadzieję…

zdjęcie własne. Grzbiet Skalitego – magicznej góry graniczącej Szczyrk i Godziszkę…

Zapiski z mojego życia. Moi Rodzice…

Kochani, jeśli już tu zajrzeliście, możecie się zdziwić, że zmieniłam tytuł na ten ogólny, już podjęty przy okazji opisu mojej Mamy…

To tylko prolog, bo dalej już będzie o mojej ścieżce zawodowej co nieco…..

Jak wspomniałam, Stefka z d. Jakubiec , góralka beskidzka natury twardej choć po swojemu romantycznej ,  gdy w roku 1923  przybyła jako nauczycielka, by nieść „kaganiec oświaty „ na wschodnie rubieże Polski- do Rakowa, miasteczka położonym w tzw. międzywojniu przy samej granicy polsko- rosyjskiej, słynnego ze szlaku przemytniczego co bardzo ciekawie opisał Sergiusz Piasecki w swojej powieści „ Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy”, zakochała się w miejscowym , choć przebywającym na edukacji w Wilnie chłopaku- Wacławie Łukaszewiczu i wówczas zapłonęła pomiędzy nimi Miłość. Ba Miłość Ich ogarnęła totalnie i pomimo wielu zda się nie do pokonania przeszkód przetrwała Wszystko.  …..

Rodzice Wacława to Stanisława z d. Rodziewicz i Tomasz Łukaszewicz.

Rodzice Staśki byli   kresową szlachtą tzw. mieszczanami co ponoć oznaczało jakiś ważniejszy szczebel, bo mogli pełnić służbę u boku najważniejszych w kraju. Ojciec Staśki, Bolek Rodziewicz był organistą w Rakowie ( obecnie Białoruś). Jego ojciec walczył i zginął w  Powstaniu Styczniowym, żonę wywieziono na Sybir i słuch po niej zaginął a władze carskie skonfiskowały majątek . Niestety nie znam imion  tych moich prapradziadków.

Jedyny ich syn, wspomniany Bolek , późniejszy mój pradziadek  został sam . Przygarnął go przyjaciel rodziny ksiądz Eustachy Karpowicz, wychował i wykształcił.  Bolek ożenił się z Michaliną Dowhopouł. Ich córka, a moja babcia Stasia Rodziewiczówna była  kuzynką Marii , pisarki. O jej wykształceniu nic nam nie wiadomo, prowadziła dom,  zajmowała się  liczną rodziną i ogrodem pełnym ziół i kwiatów.

Babcia Stasia, jak już napisałam wyszła za mąż za  Tomasza  Łukaszewicza,  zubożałego kresowego szlachcica.  Zajmował się produkcją mleczarską na dużą  skalę. Ponoć sery jego firmy były  sprzedawane nie tylko w okolicy ale też daleko w głębi Rosji.

Z tego związku Stasi i Tomasza, w 1908 roku. w Rakowie urodził się mój Tata . Już  w dzieciństwie zakochał się w pociągach  i był  wierny tej miłości do końca swoich dni. Ukończył Wyższą Szkołę Techniczną w Wilnie, a dopiero po wojnie studia. Był   inżynierem dróg i mostów a w Gorzowie i stopniowo awansując ,  został  Naczelnikiem  Oddziału Drogowego PKP ( potem zmieniono te kolejowe struktury). W tamtych czasach  w moim Gorzowie było to stanowisko najwyższe na kolei.

Mój brat –Zenon wbrew woli rodziców, został  dziennikarzem, pisywał jakieś małe formy i był  cytowanym krytykiem .

W całej rodzinie  byli m.in. nauczyciele, architekci, ludzie pióra,  ale nikt nie zajmował się  profesjonalnie  zdrowiem ludzi.

Tak więc jako medyk wyrosłam na ugorze…..

Mój Tato , Wacław Łukaszewicz na ukochanych torach kolejowych

Śladami mojego Taty. Życie Staśki i Tomasza.

 

 

To zdjęcie moich Dziadków jest sztywne i grube, ma kolor sepii….

 

I  rozpoczęło się wspólne życie moich przyszłych dziadków, Staśki z domu Rodziewicz i Tomasza Łukaszewicza.

Staśka zajmowała się domem, a Tomasz prowadził przetwórnię serów, zastępując swojego ojca w rozprowadzaniu wyrobów.

Rodziły się kolejne dzieci.

Staśka była drobną dziewczyną, niewysoką , szczupłą ale kształtną. Doskonale znosiła trudy ciąż , porody i wszystkie uroki macierzyństwa. Miała dużo pokarmu, więc dzieci rosły jak na drożdżach i były pulchne jak małe amorki.

Najstarszy syn, Witold, urodził się w 1898 roku. O nim i jego rodzinie już pisałam poprzednio. Potem urodziły się dwie  córki- Antośka i Bronia.

 Kolejnym dzieckiem był Wacław. Urodził się 14 czerwca  1908 roku. W odróżnieniu od swojego rodzeństwa, był dzieckiem dość mizernym. Wzrost osiągnął  średniowysoki , przez całe życie był szczupły, ale ruchliwy i sprawny nieomal do końca życia .

Znałam go dość dobrze, bo był moim Tatą.

 

Śladami mojego Taty. Ślub pierworodnej córki i niepowtarzalny koncert organowy w wykonaniu Bolka

Śladami mojego Taty. Weselisko Staśki i Tomasza

Czas szybko pędził. Ani się obejrzeli, gdy już za kilka dni miał się odbyć ślub Stanisławy i Tomasza. Byli zakochani i piękni.

Rodzice udzielili im swojego błogosławieństwa. Rozpierała ich duma i radość. Do kościoła było niedaleko, więc młodzi podążyli tam na czele orszaku wolnym wystudiowanym krokiem . Kiedy wielki wąż rakowian zniknął w czeluściach kościoła, z chóru runęła muzyka . To Bolek, ojciec panny młodej wyczarowywał najpiękniej jak umiał różne wariacje na tematy weselne. To był jeden z najpiękniejszych koncertów mojego pradziadka. Został zapamiętany i przechowywany w opowieściach rodzinnych.

Uroczystość przebiegała swoim tempem, spokojnie zbliżał się ostatni akord. Nastąpiło przypieczętowanie związku małżeńskiego.

Gdy tak stali przed ołtarzem, moi przyszli dziadkowie,  młodzi, uduchowieni , w pięknych kreacjach, na pewno nie myśleli o przyszłości, nie lękali się . Pewnie tak jak wszyscy nowożeńcy  cieszyli się chwilą, swoim szczęściem i wyobrażali sobie, że życie jest bajką.

Ich piękna bajka właśnie  się rozpoczęła….

Śladami mojego Taty . Najstarszy brat Ojca- Witold

 

Rodzice Taty( Stanisława i Tomasz) z dziećmi. Po lewej Witold, ciocia Ancia w pięknej sukience ( podobnie jak jej mama) , a ciocia Bronia to rozkoszne bosonogie niemowlę. Jest początek XX wieku. Zdjęcie ma ponad 100 lat !

 

Najstarszy brat mojego Taty , Witold , urodził się w 1896 roku. Był chyba miłym ciepłym chłopcem. Wzruszyłam się, gdy obejrzałam pocztówkę, którą wysłał w 1911 roku do swojej babci Michaliny Rodziewicz i właściwie podobnej treści, w 1916 roku  do swojej mamy- Stanisławy Łukaszewicz.  Pamiętał o kobietach swojego życia i to było miłe. Wyrósł na wielkiego bardzo tęgiego mężczyznę. Aż dziw bierze, że ten szczupły chłopiec u boku swojej mamy na 1 zdjęciu to ten sam ogromniasty człowiek  u boku swojej żony.