„Kto nam dał skrzydła”. Spotkanie w Koninie z naszym śp. kolegą – Niezwykłym Lekarzem – Piotrem Janaszkiem .

Piotr Janaszek z córkami – Zuzanną i Olgą na zorganizowanym przez siebie obozie harcerskim dla dzieci z niepełnosprawnością . Zdj otrzymałam od Olgi.

Niedawno wróciliśmy z Konina, gdzie   w Sali Kinowej miejscowego Domu Kultury  – 30.11. 2019 roku odbyła się premiera filmu o skromnym tytule „ Doktor Piotr ” . Była to  skrótowa opowieść  o naszym tragicznie zmarłym przed 20 laty koledze z poznańskiej Akademii Medycznej (wspólne  lata 1965- 1971)- Piotrze Janaszku . Były też opowieści ludzi o Piotrze i mnóstwo zdjęć oraz filmików o niebywałej wartości dokumentalno –  sentymentalnej.  Na to spotkanie dotarła zaledwie garstka kolegów z roku – bo 5 osób – Urszula Mejer , Jerzy T. Marcinkowski, Hieronim Głowacki , Leszek Milanowski , Jacek  Rajewski z żoną Jolantą – młodszą od nas  także absolwentką AM. Przybycie do Konina nie oznaczało, że pozostali koledzy nie byli emocjonalnie związani z Piotrem. Po prostu rozliczne problemy, także zdrowotne , co w naszym wieku nie jest rzadkością, były przyczyną nieobecności. Ale na pewno wielu z nas uczestniczyło duchowo w tej Uroczystości, daliśmy temu wyraz w mailach do głównych Organizatorek – kontynuujących tę Wielką  Ideę – Córek Piotra- Zuzanny i Olgi. Otrzymaliśmy od nich list następującej treści :

Szanowni Państwo,pięknie i z całego serca dziękujemy wszystkim, którzy przyjechali na premierę filmu „Doktor Piotr”. To były niezwykłe spotkania!

Życzymy zdrowia tym z Państwa, którym nie udało się być z nami w sobotę. Wiemy, że byliście myślami!

Gorąco zapraszam do Konina do Fundacji PODAJ DALEJ, gdzie codziennie dzieje się dużo dobrego. 

Życzę Państwu zdrowia i sił do dalszych działań i dziękuję, że jesteście z nami!

Polecam serdecznie materiał przygotowany przez Telewizję Wielkopolską: TUTAJ

Na Facebooku jest album ze zdjęciami: TUTAJ. Zachęcam również do zaglądania na nasze strony internetowe: https://osadajanaszkowo.pl/ oraz https://podajdalej.org.pl/

Olga Janaszek-Serafin Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ KRS 0000 197 058   601 758 333  olga.janaszek@podajdalej.org.pl www.OsadaJanaszkowo.pl ul. Południowa 2a, 62-510 Konin    

Z poważaniem,

A oto nasze myśli i wrażenia z tego Niezapomnianego Spotkania .

Po seansie, kiedy nie mogliśmy opuścić foteli, bo film był przejmujący Starsza córka Piotra- Zuzanna Janaszek – Maciaszek zaprosiła nas na małe kameralne spotkanie z Przyjaciółmi Piotra, dawnymi Współpracownikami i Podopiecznymi . Właśnie wtedy, na prośbę Zofii Łukaszewicz – Konopielko, odczytała fragment jej wspomnień które już wcześniej zamieściła w blogu. Jest to krótka opowieść o pierwszym  spotkaniu z Piotrem w lipcu 1965 roku, w Dziekanacie Akademii Medycznej przy ul. Fredry 10 w Poznaniu,  pod tablicą ogłoszeń, gdzie zamieszczono listę przyjętych na studia medyczne .  Ten Nieznajomy wówczas chłopak – który przypadkowo znalazł się obok, po przeczytaniu swojego nazwiska na liście przyjętych na studia  ( tak jak i ona) – przedstawił się i rzekł odchodząc – „ Teraz mogę realizować swoje marzenia ” . Tak, mając zaledwie 18 lat, Piotr wiedział co chce robić w życiu i to konsekwentnie realizował do końca…

Po spotkaniu napisał do nas Hieronim Głowacki ( Hirek ), który mieszkając od wielu lat w Niemczech, przebył setki kilometrów by się” spotkać” ze swoim Przyjacielem – Piotrem. Oto  wspomniany list Hirka ( cytuję dosłownie )  :

Halo Janaszkowie & co
Z pamięci napisałem dzisiaj moje refleksje o Piotrze, które spontanicznie przedstawiłem na waszym spotkaniu 30.11.19 w Koninie. Możecie to włożyć do waszego blogu, internetu, albo gdzie potrzebujecie. Pozdrawiam Hirek.

…. koleżanka pisała o marzeniach, które miał Piotr. Mówię Piotr, bo on dla mnie zawsze zostanie Piotrem. Ja jestem jego kolegą ze studiów. Moje nazwisko jest Hieronim Głowacki.
Tak jak koleżanka napisała Piotr marzył. To żeby coś osiągnąć, to trzeba marzyć. Bo z marzeń powstają wizje, dalsze cele, plany, realizacja. I tak też było u Piotra – marzenia, wizje, cele, plany, realizacja.
Ale to jest tylko połowa sukcesu. Ażeby coś osiągnąć, trzeba wierzyć w siebie, w swoje postępowanie, we właściwość swoich planów.
Piotr wierzył w siebie.
On pracował w czasach, w których tacy jak Piotr, nie mieli poparcia. W tamtych czasach były powiedzenia, które ja też słyszałem –
„nie rób tego, to ci się nie uda. Innym się nie udało, to i tobie też się nie uda”.
Ale Piotr wierzył w siebie i w słuszność swoich postępowań. I dlatego udało mu się ten cel zrealizować.
Dlatego droga młodzież, drogie dzieci. Bierzcie przykład z Piotra. Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć, musicie  marzyć, bo z tego powstaną wizje, cele, plany i realizacja. I musicie wierzyć w siebie, że wam się to uda, tak jak Piotr wierzył w siebie i w swoje marzenia.

I teraz nasze ( tzn. moje – Z. K. ) myśli, trochę błądzące w przestrzeni fantazji, ale uporczywie powracające . Jest to  próba odpowiedzi na pytania dlaczego odszedł tak nagle, w pełni sił ……dlaczego ???

A może Piotr był za aktywny, za radosny , za bardzo kochany przez wszystkich, jakby spełniony bo zaszczepił swoją  ideę  Córkom   i tak wyrazisty że zauważył Go Pan i uznał że w tej sytuacji  jest  potrzebny bardziej w niebiesiech niż na zwykłym ziemskim świecie. Bo w tym drugim boskim Anioły były jakoś markotne a Dusze kalekie potrzebowały nieustannego wsparcia co było zadaniem zbyt nużącym nawet dla Pana Boga. On wolał efektowne cuda czy wielkie upadki rozpatrywać , ale codzienne podtrzymywanie nastroju to  nie było zadanie  na boską cierpliwość . Tu tylko potrzebny był odpowiedni CZŁOWIEK , dokładnie taki jak Piotr. Tak jak to robił zawsze na tym ziemskim padole łez, rozweselał smutnych –  zagrałby  na gitarze, zorganizował  kolonie , zabawy, sportowe zajęcia a może – tak jak swoich ziemskich Podopiecznych – za pomocą licznych zagranicznych kontaktów  i sponsorów – zabrał gdzieś daleko , nawet za ocean . Tu na pewno użyłby protekcji  Wszystkich Świętych  i  wycieczkę  duszyczkom cierpiącym  w międzygwiezdne przestrzenie czy  odlegle galaktyki zafundował  . Na tej naszej ziemi   wydobywał zastraszone dzieciaki z niepełnosprawnością z zamkniętych domów, komórek gdzie ukrywali je rodzice w tamtych latach 70 ub. wieku. W tym czasie Polska, daleko za Zachodem dawno otwartym na niepełnosprawność,  była mrocznym zaściankiem . Rodzice  nie tylko widzieli w nich przyczynę  gorszej jakości  swojego życia ale też się wstydzili, bo oglądano na ulicach takie dzieci i ich rodziny , wytykano a nawet jawnie wyśmiewano. W takim  to czasie Piotr, wychowanek profesora Wiktora Degi, ortopedy z Poznania, który pierwszy w naszym kraju doceniał wagę rehabilitacji  –  zaczął działać z wielkim rozmachem. Pozostawił Klinikę prof. Degi ,  gdzie stawiał pierwsze kroki po studiach , porzucił ścieżkę kariery zawodowej i naukowej bo  rozpierała  Go potrzeba skutecznego działania wśród ludzi, blisko ich domostw –  organizował więc  pierwsze kolonie dla dzieci z niepełnosprawnością, zwane wówczas kalekami,   utworzył Mielnicę – osadę dziecięcą i zawsze zabierał tam swoje maleńkie jeszcze córki . Jest obszerna dokumentacja zdjęciowa z tych czasów – Piotr z gitarą , małe córki w mundurkach harcerskich obok, Piotr dźwigający dzieci na ich wózki inwalidzkie …..Pokazał tym dzieciakom świat i ludzie zobaczyli że są wśród nas  i chcą żyć pełnią życia, może nawet bardziej uświadomioną i zawsze trudniej osiągalną  niż  przez dzieci sprawne w ich wieku . Wówczas działanie Piotra  było działaniem PIONIERA . Podawał im rękę , ale też ich rodzinom objaśniał  wartość tych dzieci , zresztą podawał Wszystkim rękę, kiedy trzeba głaskał po głowie i zawsze pokazywał , że życie jest piękne.  Właśnie taki był Piotr. Właściwy Człowiek na właściwym miejscu , na ziemi zrobił już wszystko co trzeba – uznał Pan Bóg i  wezwał  Go do siebie. A może właśnie taki był boski plan już wcześniej ułożony na szachownicy życia Piotra. …
Jechaliśmy  do Konina w andrzejkowe popołudnie 2019 roku , serdecznie zapraszani na premierę filmu pt. Doktor Piotr, ale ze smutą  , że przed ponad 20 laty utraciliśmy Kolegę ze studiów ,  którego właściwie nie zdążyliśmy dokładnie poznać, bo każdy z nas miał swoją drogę życia zawodowego która absorbowała nasz czas. Wydawało nam się , że tragiczna  , niesprawiedliwa śmierć Piotra była tylko zrządzeniem Przypadku czy Złego Losu.   Miał  wtedy zaledwie 51 lat gdy odszedł a nam zostało dane jeszcze żyć i nawet pracować . Jechaliśmy do Konina  mając w sobie obraz opowiedziany przez kogoś, ale tak bardzo wstrząsający że mocno zapamiętany, gdy pamiętnej czarnej grudniowej nocy mikołajkowego dnia roku pańskiego 1989 ziemia była lodem i śniegiem pokryta i tak lśniąca że zda się wabiła by przekroczyć przysłowiowy Rubikon. Noc tę dobrze zapamiętał  Leszek Milanowski, który wówczas wracał  z pracy do rodziny – nie wiedząc że całkiem niedaleko ginie Piotr w straszliwym wypadku . Leszek o tym pisał  we wspomnieniach o Piotrze  zawartych w blogu . Piotr  właśnie  wracał   z podwarszawskiego spotkania z dziećmi z niepełnosprawnością i na pewno unosiła go tamta niedawna radość, ale też myśli szczęśliwe, że niedługo przytuli ukochane , młodziutkie wtedy  Córeczki. Jednak One  czekały na próżno bo Piotr  „ przekroczył Rubikon ” bo został powołany do innych, może wyższych zadań. Kto wie …
Gdy już w konińskim Domu Kultury weszliśmy do Sali Kinowej, zanim ujrzeliśmy wielki tłum ( chyba ponad 500 osób ) poczuliśmy, że tu jest Piotr . Że jest ciepło, serdecznie i podniośle . I że dookoła wielka radość szumi skrzydłami ludzi i tych sprawnych i pozornie sprawnych i niesprawnych. Dziewczyny z tej ostatniej grupy pokazywały swe dorodne dzieci bo Piotr otworzył im kiedyś świat, pokazał że są piękne choć  inaczej , nauczył że życie, każde życie –  jest darem i że trzeba ten dar wykorzystywać do utraty tchu . Wszyscy fruwali i my też – bo to Piotr dał nam skrzydła. I towarzyszyły nam Jego dwa Ziemskie Anioły – Córki które wychowywał od maleńkości na obozach harcerskich, koloniach – były tam  zawsze z nimi dzieci które nie spełniały umownych przecież  rygorów ” sprawności „. To One – Zuzanna i Olga  stały się łącznikiem nieba gdzie rezydują nasi pobratymcy rozweselani przez Piotra i my którzy patrzą „w górę” i nic nie widzą. Bo jesteśmy za mali. To One przez swoje życiowe traumy i Piękny Nieziemski nieomal przykład Ojca  doświadczyły Daru Zjednoczenia Ziemi i  Nieba . I  teraz za Ich sprawą  wrócił do nas  nasz nieżyjący od dawna Kolega i był obok, nieomal na dotknięcie dłoni.
Piotr siedział obok nas i było cudownie.
Gdy już trwał film o Nim, On uzupełniał szeptem, jak zwykle skromnie, widząc wszystko szerzej i głębiej , nie przydzielając sobie zasług – jak kiedyś wspomniał Jego  Przyjaciel – nasz wspólny kolega  Hirek – Piotr więc do nas szeptał, że to przez Mamę, że Mama Go uczyła jak kochać ludzi. I opowiedzcie też o moich przodkach, szepnął. Bo bez nich może nie poznałbym  tak wcześnie swojego miejsca na ziemi, w zawodzie, w pasjach no i marzeniach.  Obiecaliśmy Piotrowi, że zaraz, zaraz opowiemy bo czytaliśmy i słyszeliśmy.   Piotr uspokojony poszybował dalej, do swoich bliskich i dalekich, bo wszyscy  chcą  opowiedzieć o Nim, ale też z  Nim  pogadać, dotknąć . A Ty  Piotrze lubisz wszystkich jednoczyć, organizować spotkania tak jak kiedyś ludzi z naszego roku  ponownie zjednoczyłeś po latach  . Jakie to szczęście nasze Piotrze, że wpadłeś  choć na chwilę do Konina, na ten film i Spotkanie .

Otwieramy więc na polecenie Piotra książkę którą  napisała wyśmienitym piórem pani Eugenia R. Dabertowa , zatytułowaną  ” Doktor Piotr . Pasje życia Piotra Janaszka „. A więc najpierw był dziadek, Piotr Niedziela – to po nim  nasz Piotr- co piękne w tej Rodzinie- otrzymał imię. A więc dziadek Piotr jako  pełen fantazji 16 latek, w 1900 r opuścił wieś rodzinną  Szelejew pod Gostyniem, wsiadł  do pociągu w Poznaniu by w Berlinie sposobić się do fachu murarza. Jednak niebawem uległ wypadkowi i przebywając w szpitalu zaczął rzeźbić figurki lekarzy. A ci, zauważywszy talent, skierowali go do fabryki protez w której  został uczniem. Zafascynowany tą pracą,  zaangażowany wielce , odważny do granicy ryzyka i przedsiębiorczy już  w 1910 założył w Berlinie własny warsztat . Po zakończeniu I Wojny Światowej znacznie wzrosła liczba ludzi okaleczonych a prace dziadka Piotra, szczególnie potrzebne w tej sytuacji, przyniosły mu sławę w zawodzie. Gdy Polska odzyskała  Niepodległość  Dziadek Piotr wrócił do Poznania i już w 1920 roku założył pierwszy w tym mieście – przy Al. Marcinkowskiego 24 – warsztat ortopedyczny i kolejny przy ul. Rzeczpospolitej 9. Jego liczne wynalazki opatentowano w Polsce i Berlinie. W czasie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu w 1929 roku zdobył trzy złote medale. Dziadek Piotr Niedziela potrafił tak  rzeźbić protezy z drewna  topolowego, starannie wydrążając wnętrze konara , by  były lekkie i nie uwierały kikuta nogi . Nowością były też ruchome stopy,  które wymyślił. Protezy tak starannie dopasowywał każdemu indywidualnie, że liczba przymiarek i poprawek często sięgała trzydziestu. W czasie II Wojny Światowej   Niemcy zniszczyli jego dorobek, aresztowany przez gestapo-  najpierw trafił  do katowni w Domu Żołnierza przy ul. Niezłomnych, potem do Fortu VII, a następnie do obozu koncentracyjnego w Dachau i ostatecznie Mauthausen – Gusen, gdzie skrajnie wyniszczony niedożywieniem i ciężką pracą zmarł.  Nieomal równolegle z aresztowaniem  Piotra Niedzieli  jego Rodzinę wyrzucono  z majątku i zesłano do Generalnej Guberni, do Wolbromia. Wrócili do Poznania gdy jeszcze broniła się Cytadela, a wycofujące się wojska niemieckie w 1945 podpalały miasto – to wtedy spłonął  warsztat  dziadka Piotra Niedzieli. Żona Piotra, dzielna babcia naszego Kolegi – Marianna ze starszą córką Zuzanną ( i tu ujawnia się myślenie w tej Rodzinie – kontynuacja nie tylko zawodu – ale też przekazywanie imion potomkom – starsza córka naszego śp. Kolegi nosi imię  swojej babci Zuzanny  ) wydobyła ze zgliszcz maszyny i niebawem te dwie kobiety otworzyły warsztat w rodzinnej kamienicy Niedzielów,  wybudowanej  w 1930 roku przy Dolnej Wildzie 20. Któregoś dnia ich warsztat odwiedził prof. Dega, który poszukiwał fachowców  bo  planował  otworzyć warsztaty ortopedyczne  w kierowanej przez niego Klinice Ortopedii w Poznaniu  na Wildzie. Od tej pory ożyła dawna znajomość Profesora  z Rodziną  naszego Piotra, którą już przedtem poznał dzięki pracom dziadka Piotra a teraz docenił Nieustraszoną i Świetną fachowo jego Córkę  Zuzannę Niedzielę – Janaszek i przy której nieodmiennie kręcił się mały nasz Piotr.   Oczywiście dziecko mogło nabrać niechęci czy nawet odrazy do tego zawodu i widoku ludzi niepełnosprawnych, okaleczonych i potem  wybierać własną drogę ( co  często się zdarza). Jakże wielka musiała być moc Idei Dziadka , Babci i Mamy, jaką magnetyczną siłę wpisującą się niewątpliwie w wielkie wrażliwe serce Piotra, że już wtedy  został „ zarażony” tematem rehabilitacji  i tę pasję, potrzebę , myślenie oraz serce  przekazał dalej swoim Córkom . Ta swoista międzypokoleniowa sztafeta trwa i pielęgnowany jest zapalony kiedyś niby Znicz Olimpijski – wiecznie płonący ogień Idei i Działań tej Rodziny ….
 Piotr, nasz Piotr, kiedyś napisał, że  po ojcu Janaszku  odziedziczył poczucie humoru i ” nieprzyzwoity ” optymizm a także za jego sprawą  otrzymał drugi po  genie Niedzielów –  gen społecznikowski . A dzięki mamie Zuzannie, która była przedwojenną harcerką , absolwentką Collegium Marianum a w czasie wojny sanitariuszką i  dzięki swojemu ojcu czyli dziadkowi Piotrowi –  uwrażliwiła się na ludzkie cierpienie . Piotr pisywał do Niej piękne listy, które można gdzieś przeczytać i zawsze podkreślał, że to po Niej odziedziczył wrażliwość na ludzi kalekich.
Piotr urodził  się 21 kwietnia 1947 r w czasie wielkiej powodzi, nie w szpitalu, lecz w mieszkaniu przy dolnej Wildzie , które było zagracone maszynami pospiesznie wynoszonymi ze zdewastowanej wodą piwnicy.  Pozwolę sobie rozwinąć czy zinterpretować (po swojemu)  te narodziny. Sama grzecznie urodziłam się w szpitalu, mama spokojnie  tam oczekiwała na poród. A jest bardzo prawdopodobne, że Mama Piotra nie miała czasu na myślenie o porodzie , bo przerażona powodzią , zdenerwowana , bardzo  zapracowana i – bez względu na wysoką ciążę  – tak zajęta ratowaniem warsztatu, że  urodziła Syna niejako przy okazji ? To też  mogło jakoś zdeterminować  cechy charakteru naszego Piotra –Jego  praca dowodem, praca  „ do utraty tchu”, a nawet życia …. Choć jak napisał Hirek – wspomniany już  najbliższy Przyjaciel naszego  Piotra – ta praca dawała Mu ogromną  radości, uskrzydlała a pasja pomagała „ przenosić góry „, gdy walczył z przeciwnościami, ze złymi zawistnymi ludźmi  a nagrodą był  uśmiech dziecka z niepełnosprawnością….  

A teraz jeszcze opowieść o konińskim spotkaniu naszego wspólnego kolegi z poznańskiej AM  – Leszka Milanowskiego , który również uczestniczył w spotkaniu. Ba nawet specjalnie przyleciał z Anglii, gdzie od lat pracuje.  

 Wróciłem (…)  z premiery filmu skromnie zatytułowanego ” Doktor Piotr ” w Koninie.  Byłem ciekaw, co mówi się o naszym Koledze. Razem studiowaliśmy, zdawaliśmy egzaminy, mieliśmy tych samych wykładowców.  Początkowo byłem dumny, że studiowaliśmy razem  z Nim. Myślę, że i Hirek, i Ula Mikołajczak – Mejer , Jurek Marcinkowski , pewnie i Franek Rajewski wspierany przez wspanialszą od Niego samego Żonę, Jolę Twardowską mogli czuć się podobnie. Po filmie, nie byłem w stanie porównywać się z Piotrem. Ja mogłem tylko czuć jak mało zrobiłem w moim życiu dłuższym o dwadzieścia lat w porównaniu z krótkim życiem Piotra. A przecież mieliśmy jednakowy start. Wielkość Piotra pokazała się liczbą ponad 500 osób obecnych na prapremierze, w słowach o Nim wypowiadanych przez Jego sprawnych inaczej i dr Komorowskiego Ten film musimy zobaczyć my wszyscy. A był dla nas wszystkich bez wyjątku po prostu życzliwy. Nie znam nikogo  kto by nie uważał Piotra za swojego przyjaciela. Jako nie-Poznaniak z urodzenia miałem dystans do większości rodowitych Poznaniaków. Piotr „oswoił” mnie z Nimi. Właściwie od początku gdy Go poznałem nie spodziewałem się, że zajmie się innymi niż  niepełnosprawnymi gdy koło Kliniki Ortopedycznej profesora Degi zobaczyłem szyld „Niedziela – Janaszek Pracownia Sprzętu Ortopedycznego”. On miał we krwi świadomość konieczności pomocy osobom niepełnosprawnym gdyż stykał się z Nimi i Ich problemami na codzień.  Po 20 latach od Jego odejścia Jego Koleżanki i Koledzy, Jego „niepełnosprawni” Wychowankowie wciąż o Nim pamiętają i przychodzą ze swoimi sprawnymi dziećmi. Mówią  że nauczył Ich wiary w siebie. Piotra dobro trwa, przetrwa nas wszystkich. Piotr nigdy nie umrze. O nas będą pamiętać nasze Rodziny. Rodzina Piotra byli i są wszyscy, którym Piotr postawił wysoką dla sprawnych inaczej poprzeczkę  przetrwania i rozwoju. Piotr żyje i żyć będzie wiecznie . Jego Córki i Wnuki mogą być z Piotra niesamowicie dumni.  Nie ma porównania między moim życiem a skutkami działań i życia Piotra. Prawdziwie Wielki Człowiek odszedł wcześnie, lecz Jego dzieło nadal żyje.

Co mi opowiedział Wojciech Smarzowski w filmie „ Kler „

*

Nie poszłam do kina na film ” Kler ” z powodu ciekawości –  bo nie lubię filmów o brudach tego świata, a jestem na bieżąco ( prawie ) w informacjach nt, które zewsząd napływają.

Ale  ostatecznie wylądowałam w kinie, bo nalegał mąż ( ostatnio wszędzie Mu towarzyszę), ponadto  Jurek po obejrzeniu chciał dyskusji – a też po głębszym rozważeniu –   dla zamanifestowania , że jestem z tych którzy protestują przeciwko temu co się dzieje w Kościele. i chcą zmiany.

Więc byłam i piszę na gorąco.

Pomimo powszedniego dnia pracy i szkoły , wczesnej godziny 11, 45  oraz wielokrotnych seansów od niedzieli bodajże – nadal tłumy stały w kolejce do kas  Multikina w podwarszawskich Jankach. Przewaga starszych ludzi, o inteligentnych twarzach , świetnie ubranych –  sportowo, jak lubię – miłe towarzystwo. Jakaś więź niewidoczna – sympatyczne rozmowy –  byliśmy jednością. Nie widać twarzy wykrzywionych nienawiścią, wrogich. Ci zostają w domach i słuchają swojego proboszcza. Jednak może powoli i do nich dotrze, że źle się dzieje w naszym Kościele i że film nie jest przeciwko nim , ale ma przynieść Wielkie Oczyszczenie. Może to utopia, ale nawet kropla drąży skałę…..

Na widowni była cisza, tylko z różnych miejsc rozlegały się głośne śmiechy młodych , gdy biskup czy inny purpurat mówi k…a. Znamienne. Czyżby jak napisał jakiś komentator w internecie – młodzi  przychodzą , by potem opowiedzieć, że było zajebiście bo lała się wóda. Nie wiem. Może młodzi też czegoś szukają. Jakiejś prawdy. Chcą wiedzieć –  i to oni będą decydować w przyszłości – bo to ich życie. Wierzmy w to. !!!

Wszystko, no prawie wszystko co się dzieje w filmie znam z gazet –  więc żadnego zaskoczenia . No prawie żadnego, ale o tym później .

Jak napisałam do Grupy w Messengerze lubię filmy pokazujące Piękno. Wystarczająco dużo Zła i Brudu widzimy wokół. Piękno jest dla mnie. Ale ponoć tylko Prawda – nawet naga i okrutna  może nas wyzwolić. Niech tak się stanie !!!!

Piękno, które wyłapuję jak spragniony wody –  znalazłam jedynie w  dwóch scenach – jednej , gdy pada wspaniały deszcz – zasłaniając  cały brudny  świat ….i w drugiej gdy jeden z księży, którego wspaniale gra, zawsze świeży, przekonywujący , pomimo tak wielu ról filmowych, w których możemy go oglądać  – Więckiewicz –  kocha się ze swoją kobietą .  Scena to krótka ale pełna czułości – choć zupełnie nie dynamiczna – ot, po prostu uroda ciała , delikatność uczucia i seksu – scena to bardzo ludzka – naturalna i wzruszająca.   No i jeszcze zachwyciły mnie zdjęcia pięknego kościółka –  maleńkiego, samotnego wśród pól na wzgórzach. Jakby symbol, że może być pięknie …..odezwała się wówczas tęsknota za dawnymi dziecięcymi przeżyciami, gdy wszystko wydawało się prawdą ….

Poza tym jest brutalna opowieść o mafii – to obrazy z naszego Kościoła, który zdominowali  ludzie niegodni zaszczytów, które pełnią, niegodziwi, przebiegli i pazerni . Jest też dużo o pieniądzu, który zupełnie niekontrolowany, chaotycznie wydobywany od wiernych rozsypuje się wokół i służy nie takim celom, na które powinien być przeznaczony. I opowieść o ustawionych przetargach oraz bezwzględnej  grze w staraniach  o wyjazd do Watykanu  ….

Jest to film dla mnie tragiczny, przerażający , film  o samotności księży , przeraźliwej, pustej, zalewanej wódą …

Aktorzy  :

– Janusz Gajos – jakoś mniej wyszedł ponad swoją „sztampę „ – choć tu dostał taką rolę – właściwie jednoznaczną moralnie , bez dylematów które mógł zaprezentować np.  w „Żółtym szaliku”. Może się już trochę opatrzył – widać, że rutyniarz.

Za to dla mnie nadal wspaniali i przekonywujący nieustanną świeżości są :

Robert Więckiewicz w roli księdza, który ostatecznie porzuca sutannę . Ale zanim to nastąpi przeżywa dramat – konflikt wewnętrzny  pomiędzy miłością do kobiety ( znakomita Joanna Kulig ) a tym, że kiedyś ślubował kapłaństwo  i celibat– czego nie mówi – ale za to z pełną szczerością oznajmia ukochanej, że umie tylko spowiadać. Szarpany tym konfliktem – zachowuje się jak większość pazernych księży – i „ zalewa robaka „ – jak się mawia wśród naszych …..ale gdy przychodzi wyzwolenie w postaci decyzji ostatecznej – porzucenia sukni kapłańskiej i rozpoczęcia nowego życia z rodziną – staje się innym człowiekiem. To piękne i budujące jest widzieć jak odzyskuje człowieczeństwo …..

I jeszcze Arkadiusz Jakubik – chyba przede wszystkim Jakubik – ksiądz pedofil. Gra przejmująco , jest samą prawdą. Jego bardzo zawiła ścieżka ku wyzwoleniu – zresztą zakończona tragicznie porywa. Powoli odwija się wątek sięgający czasów historycznych – gdy nastawała w Polsce wolność – jego dzieciństwo jako ministranta – proboszcz –  molestowanie.  I…. wybranie dla siebie życiowej roli księdza – seminarium – próba szlachetnego życia – i bagno w którym tonie – ratując się podejmuje beznadziejną walkę o ujawnienie prawdy – przegrywa, choć jeszcze symbolicznie żegna kolejnego młodego kleryka – który chyba pójdzie inną drogą – trzeba wierzyć, choć temat potraktowany jakby powierzchownie  ale jest w nim nadzieja na „światło” .  Przegrywając walkę –  sam wybiera śmierć –  odchodzi  w  samotności – zamknięty szerokim  kręgiem wiernych – gapiów , który układa się w kształt serca   – sam jeden  wśród  tłumów …….

Nie chcę opowiadać szczegółów – ale choćby dla tej roli warto obejrzeć ten film.

I warto obejrzeć także z powodu czegoś, czego się właśnie dowiedziałam –  choć może powinnam to wiedzieć – bo w psychologii i w życiu przecież zjawisko ojca tyrana maltretującego syna i niewidzialne przekazywanie „ pałeczki „ synowi, by zachowywał się tak samo – jest znane. Agresja rodzi agresję. Przemoc rodzi przemoc. Tak bardzo dziś tego dotknęłam. Smarzowski mi opowiedział o tym, jak bardzo są zniewolone  dusze ministrantów –   molestowani –  okrutnie doświadczani w dzieciństwie –  co dla mnie jest zbrodnią na tych młodych duszach – idą dalej drogą ku kapłaństwu. Jak ćmy lgnące do światła, pomimo śmierci które ono im przynosi. Zostają więc kapłanami i wkrótce sami czynią zło. Zło rodzi zło….. To nieco inne wytłumaczenie zjawiska, niż to o którym czytałam. Otóż kilkakrotnie pisali doświadczeni psychologowie, że pedofilia rodzi się w seminarium, gdzie  zabrania się kontaktu z kobietami, w przyszłości zalecając celibat, co powoduje zahamowanie w rozwoju emocjonalnym i lęk przed kobietami – łatwiej im zdobywać dzieci  i na to mają odwagę ….. a może jedno i drugie wytłumaczenia się ze sobą wiążą –  nie jestem psychologiem, ale wiem, że pedofilia powinna być karana tak jak zadanie komuś śmierci…

Pomimo wszystko ten film przynosi nadzieję – że Kościół będzie powoli się oczyszczał – ujawnianie skandali –  otwarte rozmowy – krok po kroku ……tylko wówczas już pewnie nie będzie chętnych do uczęszczania do kościoła – ludzie będą woleli tak jak ja modlić się w lesie ……

Dodałam 4.10.2018 : Dziękując Wam, Kochani za miłe komentarze – muszę niejako „ wybić „ to, co napisał Jurek :

„Wydaje mi się jednak, że gdy przegrywający walkę samotny kapłan wybrał śmierć przez samopodpalenie, to szeroki krąg wiernych – gapiów nie ułożył się w kształt serca, ale trójkąta a płonący w środku kapłan zbliżony był do „źrenicy” – to był znany symbol Boga – a scena właśnie pokazywała, że to samooczyszczanie jest bliskie Bogu „.

Faktycznie kształt kręgu ludzi i płonąca sylwetka księdza – choć dla mnie mająca kształt krzyża – może sugerować, że myślisz oryginalnie.

Nie interesowałam się tym tak dokładnie , choć tyle wiedziałam  to,  co podaje Wikipedia  https://pl.wikipedia.org/wiki/Oko_opatrzno%C5%9Bci :

Oko opatrzności (również wszystkowidzące oko) – symbol oka otoczonego przez promienie światła lub glorii, zwykle zamknięte w trójkącie. Jest czasem interpretowane jako symbol oka Boga pilnującego ludzi „ .

A na stronie otwierającej się  linkiem http://www.rozmawiamy.jezuici.pl/forum/107/n/3903  jest   ciekawe uzupełnienie, skąd nasza religia czerpie ten symbol .

Jednak nigdzie nie znalazłam informacji, na temat, że w tym wypadku samospalenie jest miłe Bogu . Ciekawa interpretacja Jurku . Może coś więcej dodasz na temat.

* zdj. własne

 

List od Jacka. ” Strach”

I ostatni już odcinek historii z Chopperem, naczelnym australijskim gangsterem. Opowiada syn mojego brata  Zenona- Jacek Łukaszewicz. Dla tych, którzy nie czytali poprzednich odcinków wyjaśniam, że Jacek jest moim bratankiem, operatorem i reżyserem z Sydney i miał zrobić kolejny film…..

 

Album5książekXhopperRead.JPG

Album 5 książek Choppera. Zdjęcie z netu…

 

“ Strach “

 

Wpadłem na pomysł, aby jeden z epizodów filmy był na temat filozofii tatuaży itd.

Ostatni dzień zdjęć, już nic nie miałem do stracenia. Siedziałem w hotelu z

Choppem i po raz wtóry słuchałem tych samych opowieści.

– słuchaj Mark….częścią tego dokumentu będą tatuaże, więc muszę sfilmować

twoje….

Mark spojrzał na mnie, zapalił skręta.

– nie..

– czego się boisz?….tatuaże to ty, bez nich byłbyś półchoperem

tylko…kogo się boisz?….

– ja się nikogo nie boje…..

– to ściągaj koszule…

Skręciłem jego tors.

– ściągaj spodnie…

Całe nogi w tatuażach. Został w majtkach.

– ściągaj majtki….

– ściągać to ty sobie możesz, smarku….jak zobaczę siebie na filmie w

gaciach, to cię zabiję….

Na koniec miałem Choppa w gaciach.

Przyjechałem do studia nazajutrz. Jakimś pogrzebem powiało. Zaglądam do

montażowni – żywego ducha. Wchodzę do Lisy.

– kto umarł?….

Wyciągnęła kopertę z szuflady. Nigdy nie była skora do płacenia w takim

tempie. Wyjąłem kasety.

– tu masz ostatnie materiały….gdzie montażysta?…

– na razie wstrzymaliśmy produkcję….

– jak to, przecież to materiał na wczoraj….to złoto nie

materiał….słuchaj, ja zacznę montować…

– to nie o to chodzi…..

– a o co, o co chodzi?…

– chodzi o to, ze wczoraj przyleciała żona Choppa aby z nim pogadać. Po

pięciu minutach przyszedł do mnie Chop i powiedział, że żadnego filmu nie

będzie. Nie mieliśmy wyjścia. Zapłacił za nasze koszta i oddaliśmy mu cały

materiał….

– ….gdzie są kopie?…

– …nie ma….

– co znaczy nie ma?…

-….nie zrobiliśmy….

– ….podpisał zgodę?…..

– …nie podpisał….

Przez chwilę miałem wizję wydłubania jej oczu i naszczania w to tępe

bezmózgowie.

– oddaliście surówkę całą?….

Jacyś ludzie zaczęli się przewijać. Pochyliłem się nad nią i wyszeptałem.

– ….miałaś najlepszy materiał na hit pod każdym względem…..harowałem

jak wół….kretyna z siebie robiłem…wysłuchiwałem i tolerowałem jakieś

wyzwiska ćwierćinteligentów….robiłem to dla filmu, a nie dla jakiejś

twojej kasy….ten psychopata mało mnie nie zabił….

– ….on cię szanuje…..

– ….mam w dupie szacunek…..no i chuj….nie ma filmu….i ty jesteś

producentka?….ty jesteś tylko córcia swojego tatusia, ale bez jego

jaj….

-…Jacek, nie było innej możliwości….

– …bo co, baliście się, czego, kurwa, kogo?….

– …widzisz jak przyleciała żona Choppa, to on się przestraszył….”

 

 

List od Jacka. ” Słowo honoru”

IMG_0344.jpg

Kadry z innego filmu Jacka..

 

Oto cd. historii opisanej przez bratanka o paryskiej etiudzie filmowej i Polakach ……

 

“ Słowo Honoru

 

To był ostatni dzień na zdjęcia z wędkarzami. Poprosiłem Władka, aby zaczekał w Nysce pod kościołem.

Poszedłem do prefektury blue police. Zamęt jak u rzeźnika pod skarpą. Podchodzę do jakiegoś urzędasa w mundurze i kaleczę francuski.

– dzień dobry…

– słucham…..

Wyciągnąłem francuski dowód osobisty, paszport australijski oraz karty studenta szkoły filmowej jednej i drugiej. ( paryskiej i australijskiej- przyp. z.k.)

– jestem studentem…robię krótki film i otrzymałem informację, że zatrzymaliście przez przypadek jednego z moich aktorów, który jest niewinny….

– nazwisko?…

– no właśnie znam tylko imię – to statysta….Zbyszek….polski aktor….

– tak…przywieźli dziś rano….ponoć pobił kolegę, bo mu włosy obciął….

– no właśnie, ale to pomyłka….

– zgadza się, pomyłka, bo ten z połamanymi żebrami powiedział, że się przewrócił na schodach kościoła….

– no widzi, pan…..

– tak, ale ten Zbyszek nie ma żadnych papierów….więc musimy deportować do Polski….czekamy na tożsamość z polskiego konsulatu….to zajmie kilka dni….

– ja rozumiem, ale za kilka godzin mam zdjęcia, ekipa, itd….bez niego nic nie mogę zrobić….

– a kto to może potwierdzić?….

– czy mogę skorzystać z telefonu?….

– miejscowa?…

– oczywiście….

Dzwonię do Szkoły i proszę dyrektora.

– panie dyrektorze, tu Jacek….tak ten z Australii….tak, wiem, że ostatnio zaniedbałem zajęcia, ale mam problem, policja zatrzymała  mojego statystę, a bez niego ani rusz….nie, nie Francuza, tego Polaka…..rozumiem…., ale już jest za późno…poza tym ręczę za niego….dwie godziny….tak, za dwie godziny nasz goniec odwiezie go z powrotem…. rozumiem….już daję…. 

Przekazałem słuchawkę mundurowemu.

– rozumiem, panie dyrektorze….tak jest, czekamy na fax.

Przybiegł zdyszany fax. Mundurowy wyrwał go z rolki papieru.

– proszę bardzo, tu imię i nazwisko, adres, podpis….dyrektor potwierdził…pan Zbyszek jest oddany do potrzeb kinematografii francuskiej pod pana opiekę na dwie godziny zdjęć…..po czym pan Zbyszek zostanie przywieziony do nas…..tutaj pana podpis, a poniżej podpis pana Zbyszka, że się zgadza….przyprowadźcie tego pana Zbyszka….

Wszedł Zbyszek z obojętnym spojrzeniem, spojrzał na mnie i mrugnął lezka.

– słuchaj, Zbyszek….jesteś idiota….

– panie Jacku, czemu zaraz idiota…zjebał panu nasz film tym fryzem, to wszystko….

– mam dwie godziny, jak chcesz, ale musisz podpisać cyrograf, że wrócisz, a ja za ciebie poręczę wtedy…

– czyli robimy film dalej?, panie Jacku, tak się cieszę, już mojej córce w zeszłym tygodniu mówiłem przez telefon, że będę w filmie we Francji….nawet mamie swojej powiedziała….gdzie podpisać?….mogę zatelefonować?

– ja może jestem idiota, ale musisz dać mi słowo honoru….

– słowo honoru….

– że dobrowolnie wrócisz….

– oczywiście….

Spojrzałem na jego lezke prawdomówną. Zadzwonił do kogoś. Podpisaliśmy. Wsiedliśmy do Nyski, Władek się ucieszył. 

Dwie godziny później.

Władek i Zbyszek skończyli łowić ryby. Podchodzi Zbyszek.

– dzięki, panie Jacku, córka się ucieszy….no to do widzenia….

– jak to do widzenia?…didie odwiezie cię na policję, a Władka do kościoła….

– przykro mi, ale zmiana planów….

– a córka?…

– Sophie….Zosia….mieszka z mamą w Vichy – taki Ciechocinek…..

– mówiłeś, że w Polsce….

– nie…mówiłem tylko, że rozmawiałem z nią przez telefon….widzisz Jacuś, ty gówniarz jesteś, bo nie widzisz, co się wokół ciebie dzieje….robisz jakieś tam filmy, których nikt nie ogląda poza jakimś tam towarzystwem wzajemnej adoracji….kiedyś chciałem być aktorem, ale dałem w mordę reżyserowi, bo nie rozumiał przesłania mojej roli i chciał ze mnie zrobić idiotę….no i zostałem aktorem w puszce….jak skończyłem karierę w puszce, urodziła się Zosia – matka jej mówi na nią Sophie…..Rene, czyli moja Renia, matka Sophie, czyli Zosi, znaczy się, powiedziała, że wyjdzie za mnie jak jej pokażę, że jestem prawdziwym aktorem na planie filmowym…odwróć się Jacuś….tam jest dopiero film…

Odwróciłem się. Po drugiej stronie rzeczki stoi przepiękna dziewczyna z maciupcim dzieckiem. Dziewczyna robi kilka zdjęć i macha przyjaźnie z uśmiechem.

– widzisz Jacuś, przynajmniej one ciebie lubią….przyjechały specjalnie z Vichy już tydzień temu, bo im obiecałem, ale wtedy wyszła afera z fryzem, ale poprosiłem, aby dały mi jeszcze tydzień….wiec dzięki panie Jacku….

Przeszedł przez kładkę, uściskał Rene, czyli Renię, oraz Sophie, czyli Zosię i odwrócił się do mnie machając. 

– bon chance, Jacuś….

– dałeś słowo honoru….

– honor zostawiłem w Polsce….

Podchodzi Władek.

– no, to już możemy jechać do kościoła.”

 

List od Jacka. ” Fryzjer”

IMG_0336.jpg

Kadry z filmu Jacka…przyleciało z Sydney…

 

Kolejna historyjka napisana przez bratanka, Jacka Łukaszewicza. Zapraszam…..”

 

  “Fryzjer”

 „Napisałem krótką etiudę pt.: “Filip’.

Przed wyjazdem z Paryża musiałem zrobić jakiś krótki film, aby zaliczyć rok.

Napisałem to na siłę, bo nie miałem pomysłu.

Krótka historyjka jakiegoś gościa zagubionego gdzieś w swojej piaskownicy. Potrzebowałem statystów do scenki nad rzeczką. Potrzebowałem dwóch wędkarzy, ale takich jakich pamiętałem z Łagowa. Przejrzałem katalogi statystów, tudzież aktorów charakterystycznych. I nic.

Nikogo w Paryżu nie ma z Łagowa.

No i poszedłem do Kościoła. Na Rue St Honoere w centrum kasowym znajduje się Kościół który należy do Polski. Lubiłem czasem przesiadywać w kafei po drugiej stronie ulicy i obserwować rodaków kloszardów. Kościół był zamknięty nocą, więc koledzy spali na schodach. Co jakiś czas przyjeżdżała jakaś Nyska z ofertę pracy za dwieście franków w kamieniołomach. Poszedłem do kościoła i wmieszałem się w tłum.

Po kilku minutach znalazłem gości z Łagowa. Lezki z więzienia, zęby przedwojenne, zarost sprzed wojny i włos wojenny. Podchodzę.

– cześć, macie może ognia?…

– a masz może fajkę?….

Wyciągam Guluasy.

– proszę bardzo…

– no, nareszcie dobre fajki…drogie, kurwa….

– a ile płacisz w sklepiku…15 franków….ja sprzedaję po pięć, ale mam tylko pięć paczek….możecie mieć….

– no to przynieś jutro….

Następnego dnia kupiłem pięć paczek Guluasów po 15 franków. Razem 75 franków – kilka dni mojego życia. Pojechałem do kościoła. Władek i Zbyszek już czekali.

– cześć, masz?, spytał Władek.

– mam….macie kasę?…

– mamy 20 franków, mówi Zbyszek.

– to macie tylko na cztery paczki….

– słuchaj, daj tą jedną paczkę na kredyt, my uczciwi jesteśmy…

Spojrzałem na nich i zobaczyłem  swój strach w ich oczach.

– no to mamy 20 franków, żeby się upić….

– tutaj jest taki sklepik….

I kupiliśmy wino, którego najnędzniejszy kucharz wstydziłby się dodać do czegokolwiek. Władek uciekł od żony z Krakowa i siedzi w Paryżu bez ważnej wizy i paszportu. Szuka jakiejś pracy aby zarobić na bilet do peerelu. Zbyszek to była recydywa, nie ma żadnego dokumentu i w ogóle chce wrócić do Polski. 

– robię krótki film, potrzebuję was jako statystów do sceny nad rzeczką….

– jak to, do filmu?….

– to taka etiuda studencka….

– ale film?….

-…no tak można powiedzieć….nie mam kasy, nie mogę wam zapłacić, ale gwarantuję dobrą zabawę i picie i żarcie całodzienne.

– co mamy robić?….

– za tydzień przyjadę po was vanem, pojedziemy nad rzeczkę, dostaniecie wędki i będziecie pili polskie piwo….

– czyli na ryby jedziemy?….a ubranie?…

– tak jak jesteście….no to jesteśmy umówieni…

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi do mnie dwóch gości w garniturach, lakierach, ostrzyżonych i ogolonych pachnących kradzioną wodą po goleniu. 

– dzień dobry panie Jacku…jesteśmy gotowi….

– panowie, co kurwa jest, przecież nie jedziemy na wesele….

– no ale do filmu….

– panowie, kto was tak kurwa ostrzygł?….

– tam na siódmym stopniu, na schodach mieszka fryzjer z Polski…mówił, że ładnie będzie….daliśmy mu paczkę fajek….

– panowie, nic nie możemy robić….macie tu 50 franków i doprowadźcie się do poprzedniego porządku na przyszły tydzień….

– przepraszamy….chcieliśmy dobrze, mówi Waldek.

– to ten kurwa fryzjer, mruknął Zbyszek.

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi Waldek.

– a gdzie Zbyszek?

– nie ma….

– co znaczy nie ma….byliśmy umówieni….

– policja go zabrała rano….blue police….

– to znaczy imigracyjna?….

– raczej tak, ale tak naprawdę, to Zbyszek połamał fryzjera….

– gdzie go zabrali?…

– fryzjera do szpitala….

– Waldka gdzie zabrali?….

– tu za rogiem jest prefektura….

No i poszedłem na policję.

 

” Niczego nie żałuję”

 

C:fakepathpiaf-1.jpg

Zdj z Wikipedii

 

Jakże pięknie, inaczej niż po polsku brzmi to zdanie w języku francuskim. 

To drapieżne  „r „ brzmiące wieloznacznie toczące się jak echo z pięknym zwinięciem końcowym„ ę” . Cudna jest francuska wymowa ” rien” tego co po polsku miękkim ” nic” wyrażamy , w ogóle ten język ….ale koniec zachwytów nad językiem i jednym wyrazem …

    Każde słowo, każda piosenka Edith Piaf to niezwykłe zderzenie kruchej maleńkiej ( 147 cm wzrostu miała) delikatnej nieporadnej wielookiej istotki z potęgą jej drapieżnego głosu i ekspresją dramatu który nam przekazuje….

    O życiu tej Śpiewaczki i Pieśniarki, wszyscy już chyba wszystko wiedzą. Że była dzieckiem ulicy , porzucona przez matkę (która chciała być  artystką a w efekcie została upodloną narkomanką ) , wychowywana przez czułe prostytutki w domu publicznym ( tam  jej babka była szefową) , wędrująca z ojcem cyrkowcem ( który ją wydarł z tego burdelu) a potem z przyjaciółką z ulicznymi występami, gdzie zarabiała śpiewając.

I wreszcie zauważona na tej ulicy wydobyta  na salony , nauczona poprawnej wymowy i gry ciałem a szczególnie tym co miała piękne- dłońmi. I nazwana Wróbelkiem . Bo Piaf to nie jej prawdziwe nazwisko a Piaf w jej języku to właśnie wróbelek.  

Potem sławą owiana, uciekająca w to co było jej najbliższe- do przygodnych knajp i szemranego towarzystwa, zapadająca się i podnosząca. Z wielką swoją miłością, z tragicznym jej końcem…

    Tak wiele o niej wiemy, wszak żyła w dwudziestym wieku…

    I oto w 2007 roku Olivier Dahan napisał scenariusz filmu o Niej i go wyreżyserował. Wybrał do kreowania tej Wielkiej Postaci aktorkę Marion Cotillard, która wspaniale udźwignęła tę trudną rolę. Obejrzałam ten film wczoraj po raz kolejny. Zawsze z jednakowym wzruszeniem i zachwytem. Nie dziwię się, że aktorka otrzymała za tę rolę Oskara. Dla mnie powinna dostać Oskarów co najmniej – naście.

Nie wszyscy krytycy w pełni zachwycali się tym filmem. Ale nie chcę tego czytać, bo mam swoje odczucia…

    Piaf to też moje wspomnienie z wczesnej młodości, gdy siedziałam zasłuchana w czarny winylowy krążek po którym skrzypiąco wirowała igła. Głos i piosenki wciskały mnie w fotel. Młoda byłam, wrażliwa i chłonna wszystkiego a szczególnie emocji.

 I dzisiaj, pomimo, że jak to ładnie nazwał Wiesław Myśliwski „ dotkliwość wieku” znalazła się na mojej twarzy, burzę uczuć hoduję w sobie.

Młodzieńczą , a może mi się wydaje, że jest taka.

Może to tylko starcza skłonność do wzruszeń. Nie wiem.

       Ale jedno wiem, że kocham Piaf i pokochałam ten film o niej….

Na marginesie oglądanego filmu ” Papusza”.

 

Minione Święta i obserwacje nieba odsunęły trochę temat obejrzanego niedawno filmu pt.„ Pausza”. Ale dla zamknięcia  moich rozmyślań o Cyganach , filmie i gorzowskich czasach muszę wrzucić jeszcze kilka słów.

      W poprzednim omówieniu tego filmu, nie chciałam wpisywać tych treści, by nie zanudzać w tym dniu a także nie rozmyć podstawowego tematu, który miał być w końcu minirecenzją filmu. Może nieudolną, ale własną.

    Na wstępie jedno moje wspomnienie, uruchomione przy okazji.

Gdy przed kilku laty znaleźliśmy się w Nałęczowie, zobaczyłam afisz informujący, że w miejscowym kinie będzie wyświetlany film „ Nikifor” reżyserii tego samego małżeństwa, które „ Papuszę” zrealizowało- pp. Krauzów. Pomimo, że moja wiedza filmowa jest niewielka, nie śledzę i nie oglądam na bieżąco aktualnie realizowanych filmów, ten chciałam obejrzeć. Poszliśmy więc do kina.

I tutaj pełne zaskoczenie. Kino stareńkie, z estradą i czerwoną kurtyną, pachnące kurzem i tym nieuchwytnym trudnym do zdefiniowania zapachem kina po prostu, kina z mojego dzieciństwa.

I seans się rozpoczął i wchłonął swoją bezdyskusyjną urodą, piękną narracją. Opowiadanie o tym malarzu prymitywiście płynęło pięknie, harmonijnie, bez zawirowań, niespokojnych powrotów.

Płynęło jak czas, jak chmury na niebie, jak ludzkie życie .

Pewnie to  zasługa niezapomnianej roli Krystyny Feldman a może jednak lepszej realizacji .

     I teraz, gdy znalazłam się w Ciechocinku, film „Papusza” też  sam przyszedł do mnie. Ciechocinek  znajduje się w pobliżu Inowrocławia, gdzie zmarła i jest pochowana Papusza.

Już na wstępie kino nie miało tej magnetycznej mocy jak to stareńkie w Nałęczowie.

   Nie taję, że w czasie oglądania „ Papuszy” przeszkadzał mi filtr , który nosiłam w sobie. Tym filtrem, który wyostrzał spojrzenie krytyczne było wspomnienie z dzieciństwa – konfrontacja tamtych Cyganów i filmu. Nikifora nigdy nie widziałam w realu, a  Cyganów widziałam i ich radość i smutę i Papuszę pamiętam…..

   Film został zrobiony na podstawie książki Angeliki Kuźniak. Stale się zbieram, by zakupić tę pozycję i poczytać i posmakować. Jak na razie jest to w sferze moich planów.  Bardzo ciekawie pisze na temat autorki i Papuszy przy okazji Krystyna Kamińska. Warto zajrzeć do tego, co tym linkiem się otwiera.

  

http://www.echogorzowa.pl/news/31/czytaj-ze-mna/2013-08-22/papusza-jak-dziki-zajac-5128.html

 

   I na koniec  jeszcze jedno.

W tym filmie nie znalazłam mojego miasta rodzinnego- Gorzowa. A przecież to tutaj Papusza spędziła 30 prawie ostatnich lat swojego życia …..

Twórcy filmu podają w wywiadach zmieszczonych w necie, że Gorzów jest położony nieomal przy samej granicy niemiecko-polskiej, więc dzieli go zbyt duża odległość od Warszawy. Umieszczenie tutaj choć części akcji byłoby zbyt kosztowne.  

Dlatego był realizowany tam, gdzie Papusza nigdy nie była, nikt jej tam nie znał i wcale nie blisko od stolicy, bo w Olsztyńskiem i Nowosądeckiem ( gdzie nota bene „ kręcono” Nikifora).  

     Nie wiem, czy jest to jedyna prawdziwa przyczyna nieobecności  Gorzowa w filmie.

I snuję  swoje spekulacje na ten temat.

Tutaj mieszkają pobratymcy Papuszy, jej rodzina i jeszcze żyje wielu ludzi, którzy ją pamiętają. To tutaj wróżyła mieszkańcom, spotykała się z niechęcią i wrogością swojego ludu za to, że wyszła ze swojego środowiska, była nagradzana przez władze a nawet jak twierdzą, zdradziła tajemnice cygańskie.

I może twórcom filmu to właśnie przeszkadzało.

Atmosfera Gorzowa jest zbyt nasycona emocjami do których należy poza dumą, że tutaj tworzyło się Terno i Papusza swoje poezje mówiła , niechęć a czasami nawet wrogość. Coś takiego gęstego i lepkiego  wisi w tutejszym powietrzu , wiem o tym od gorzowskich znajomych z którymi utrzymuję kontakt.

Może wreszcie w Gorzowie nie zaakceptowano by urody odtwórczyni głównej roli, pani Jowity Budnik, bo tak naprawdę nie przypomina Cyganki a tym bardziej Papuszy.

    Tak więc Krauzowie wybrali miejsca gdzie  wyczuwali chłodny dystans do tego tematu i łatwiej było pobudzić entuzjazm wśród uczestniczących w realizacji Cyganów.  

Jednak staram się znaleźć jakąś przyczynę zewnętrzną, być może bardziej obiektywną.

I wymyślam, że  w Gorzowie twórcy filmu, może nie znaleźliby takich starych wnętrz, jakie pokazano w filmie. Gorzów jest wprawdzie miastem poniemieckim ale stosunkowo młodym, więc i kamienice raczej duże, chłodne. Może gorzowianie ze mną się nie zgodzą i wskażą miejsca odpowiadające klimatem . Chociaż pisząc te słowa się zawahałam, bo jednak przypomniałam sobie jeden  stary dom na skraju ul. Kosynierów Gdyńskich . Przy tej ulicy mieszkała Papusza, ale nie w tym domu. Jest niewielki i mroczny. Do mieszkań wchodzi się przez bramę a dalej krętymi wąskimi ciemnymi schodami . Tam kiedyś mieszkali moi krewni.  Czyli można było filmować Papuszę w Gorzowie.

Tak więc ta  moja próba obiektywnego wytłumaczenia nieobecności Gorzowa w tym filmie odpada.

     Przyznam, że sama się wpędziłam w meandry tych rozmyślań, bo mam za dużo własnych emocji związanych z Cyganami i Papuszą i niestety za dużo pamiętam co niewątpliwie przeszkadzało w odbiorze filmu jak i przy obecnych rozważaniach.

Poddaję się, moja próba chłodnej oceny legła w gruzach…

      By poprawić sobie nastrój zaglądam do folderu, gdzie przechowuję zdjęcia które wykonałam w 2009 roku, czasie gorzowskiego festiwalu kultury cygańskiej pt. Romane Dyvesa. Zapraszam do tego świata który już jest artystyczną fikcją….a także znajduję gorzowskie ślady Papuszy, wyklętej poetki cygańskiej ….i wracam do Gorzowa, mojego Gorzowa….

 

 

aleĹź spĂłdnice.JPG

 

 

ładne.JPG

 

 

w_tancu(2).JPG

 

 

PapuszaTablica.JPG

 

 

P6120569.JPG

 

 

Papuszapomnik.JPG

 

 

Info z netu, zdjęcia własne już kiedyś zamieszczone w portalu MM Gorzów i blogu Jana

Film ” Papusza” i moje rozczarowanie.

 

 

Nie mam prawa pisać o rozczarowaniu. Przecież niczego nie oczekiwałam, hodowałam w sobie tylko zapamiętane z dzieciństwa widoki szczęśliwych kiedyś Cyganów. …

Barwy, zapachy ognisk , muzyka, radość nad beskidzką rzeką Żylicą, potem smuta i marazm osiedlonych w gorzowskich kamienicach. I Papusza, poetka wyklęta przez swoje środowisko, jej gorzowska legenda, niewielki pomniczek przed Biblioteką, twarz stamtąd zapamiętana o ostrych surowych rysach i nieco zamglonych oczach patrzących w nieznaną nam dal….

    I jestem w Ciechocinku. Czuję bliskość tej poetki. Przecież całkiem niedaleko, w Inowrocławiu spędziła ostatnie lata życia, umarła i tu został jej grób.

    I miejscowa, ciechocińska  muszla koncertowa, gdzie festiwale muzyki cygańskiej, afisze o koncertach w miejscowym teatrze don Wasyla, który zamienił piękno muzyki swojego narodu w jakieś disco. Jakże banalna jest jego twarz, zupełnie inna, niż brata- Edwarda Dębickiego, którego widziałam w Gorzowie, gdy ten młody piękny Cygan na długich nogach stawiał długie, lekkie kroki, zda się nie dotykając ziemi, ze skrzypcami pod pachą a Mama mówiła, że uczy się w szkole muzycznej. Pomimo, że w tych latach pięćdziesiątych zmuszono Cyganów do porzucenia taborów, zamieszkania w przydzielonych mieszkaniach starych kamienic jedno było dobre. Mogli się uczyć, oczywiście nie wszyscy tego pragnęli, ale ci, którzy chcieli- mogli. Tak więc zwiewna motylopodobna  Randia, wykształcony już Dębicki i stworzony przez niego pierwszy w Polsce cygański zespół Terno otwierali zwykłym ludziskom świat cygańskiej pieśni i tańca. Niektórych zarazili miłością do swojej kultury i to im zostało do starości, tak jak np. mnie  i podwórkowej przyjaciółce Bajce. Tak więc mamy w oczach tamte czasy, tamtych Cyganów.

   I właśnie jestem tego grudnia w Ciechocinku i jakby na zamówienie informacja, że w miejscowym kinie film” Papusza” będzie. Łopot serca, zaskoczenie tą niespodzianką i oczywiście decyzja, by tam zajrzeć i obejrzeć. Przedtem nie miałam na to ochoty, by nie psuć swoich wspomnień, wyobrażeń, ale jakaś siła wyższa zadecydowała za mnie.

Kino odnowione, szkoda, że nie takie stare z zapachami kurzu, ale trudno orzekłam, sadowiąc się w wygodnym fotelu.

   I się zaczęło. Opowieść jakby czytana z kartek starego pamiętnika, pisana czarno białą smutą, odwracanie kartek i zaburzenie chronologii cofaniem się w czasie. Tak pokrótce wygląda wizja państwa Krauze a właściwie pani Joanny . Nosiła w sobie ten film ponoć od 7 lat. Miała czas na rozmyślania, podejmowania decyzji, zmiany. W efekcie powstał piękny film, obrazy pana Staronia wysmakowane, wycyzelowane, nakładane w tempie  odmierzanym jak w dokładnym zegarze. Sceny grupowe z prawdziwymi Romami pełne dynamizmu z  wspaniałą galerią postaci autentycznych naprawdę zachwycają. W roli męża Papuszy- Dionizego Wajsa, znakomity   Zbigniew Wardyś, aktor o cygańskiej urodzie który potrafił oddać zmienność zachowań bohatera od brutalności do ciepła , postać to prawdziwie człowiecza. Młoda Papusza  jest śliczna, pełna życia, prawdy, czuje się w niej cygańską duszę. Nic dziwnego, bo odtwórcą tej roli jest Romka o cudnym imieniu Paloma. Dość przeciętny w swojej roli jest Pawlikowski, który przedstawia Ficowskiego.

No i wreszcie tytułowa Papusza. Musiała być  inna niż wszyscy, bo jej oczy zamykały rozmarzenie, tęsknotę i cierpienie więc i twarz taka. Reżyserzy wyraźnie mieli problemy z dwoistością natury Papuszy- zwykłej Cyganki i poetki łaknącej wiedzy, książek ale zarazem leśnych pejzaży. I pewnie mieli problem ze znalezieniem osoby odpowiadającej tym warunkom. Właściwie nie wiadomo, kto był ojcem Papuszy, może jakiś poeta, czy inny artysta spoza tego narodu. Więc wybranie do tej roli pani Jowity Budnik, która jak sama pisała, nie przypomina Papuszy ani zewnętrznie ani emocjonalnie,  nie dziwi. Dla tych widzów, którzy Papuszy nigdy nie widzieli, jej typ urody nie powinien  budzić wątpliwości.

Mimo, że grała wspaniale, stale mnie uwierał jej brak cygańskiej autentycznej urody i duszy.  Przyznaję, że bardzo przeszkadzało mi w odbiorze wpatrywanie się w jej twarz w poszukiwaniu tego, co było moim wyobrażeniem. Często filmowany profil raził nie przystającym do tej twarzy nochalem i stale nieruchomo  zmarszczonym czołem. Wydawało mi się, że gra w masce.  Dopiero po obejrzeniu filmu, przeczytałam jeszcze jeden wywiad z Panią Budnik. I aż się zadziwiłam, bo powiedziała tam, że stale grała z przylepionym nosem. Nawet sprowadzono w tym celu speca z Hollywood. Po co to było? Doprawdy nie wiem. Przecież każda twarz ma organicznie przypasowany nos, jeśli ten aktorki był za mały, to czemu służył ten trik? I tak nie ma ona cygańskiego, papuszowego czoła, z którego jakby pięknie wyrysowaną linią spływa jej nieco orli nos. Twarz aktorki może przypomina zdjęcie Papuszy z młodości, ale czuje się jej sztuczność przez tę maskę .

Ale już koniec moich marudzeń.

Odtwórczyni głównej roli, pani Jowita Budnik poradziła sobie z tą trudną rolą  znakomicie. A ostatnia scena, gdy samotna Papusza patrzy z okna w stronę odchodzącego Ficowskiego, który był sprawcą jej tragedii poraziła mnie zupełnie, zniewoliła i wyzwoliła jednocześnie  z myślenia krytycznego.

    I jeszcze jedno na temat samej realizacji filmu. Żal mi było, że film nie spełnił mojego wyobrażenia, jaki powinien być. Powinien być kolorami grający, pełen autentycznej muzyki, wypełniającej obrazy szczęśliwych wędrujących Cyganów a potem przechodzący w smutną szarość albo sepię czasu ich  zniewolenia . Ale może wówczas obraz byłby cukierkowy, i pewnie tego pp Krauzowie chcieli uniknąć tworząc jedynie czerń i biel. Temu celowi miała służyć  zaburzona chronologia , która ponoć w filmie stopniowała emocje. Niestety tego nie dostrzegłam.

Ale niech tam.

Film wart obejrzenia, mimo, że ja zachowuję nadal to co się w mojej dziecięcej duszy utrwaliło przed przeszło półwieczem …

 

Parę słów o czarnych łabędziach – ptakach, balecie, filmie i ludzkiej naturze.

 

 

 

 

 

 

 

Może zaraz zatańczą….

 

 

 

Niedawno gonia  pokazała w portalu MM- Gorzów zdjęcia cudnych śnieżnobiałych łabędzi. Wówczas przypomniałam sobie o swoim tekście, który zamieściłam w tym samym portalu w marcu 2011 roku pod nickiem Klarka.

Wydaje mi się, że od czasu, gdy wrzucałam tam swoje teksty minęły lata świetlne.

Oto ten tekst i zdjęcia przeze mnie wykonane w czasie pobytu w Ciechocinku.

Na stawie , w Ciechocinku mieszkają czarne łabędzie. Może noszą jakąś mroczną tajemnicę. Jak w „Jeziorze łabędzim” czy w najnowszym filmie „Czarny łabędź”.

Gdy zobaczyłam rzadko u nas spotykane czarne łabędzie, zebrałam trochę informacji.
Ojczyzną łabędzia czarnego (Cygnus atratus) jest Australia. Do Europy zostały przywiezione jako ptaki ozdobne.
Ale często uciekają z niewoli i bardzo rzadko rozmnażają się na wolności. Jest ich w świecie mało, bo ok. 60 tys.
Należą do rodziny kaczkowatych.( Anatidea) .
Mieszkają na wodzie, unikają miejsc, gdzie woda płynie szybko albo tworzy fale.
Mają czarne pióra, z białym obrzeżem lotek i czerwony dziób.
Młode ptaki są ciemnobrązowe, tak jak u innych blaszkodziobych .
Długość ciała sięga 110-140 cm, ale prawie połowa długości to głowa i szyja. Ważą ok. 6 kg.
Porozumiewają się głosem przypominającym dźwięk trąby .
Żywią się głównie pędami i liśćmi roślin wodnych, trawą i ziołami. Dzięki długiej szyi mogą sięgać dna na głęb 1 m.

Nie zawsze są monogamiczne, czasami żyją w zgrupowaniach.
Składają 4-5 zielonkawych jaj. Wysiadywanie trwa 30-40 dni . W przeciwieństwie do innych blaszkodziobych , jaja wysiaduje samica ale też samiec. Młode po 150-170 dniach potrafią latać. Dojrzałość płciową uzyskują w wieku 3 lat.
W Polsce są spotykane od lat 90 XX wieku w woj. dolnośląskim, małopolskim, wielkopolskim , warmińsko- mazurskim i zachodniopomorskim.

Patrzę na wielkie ptaki pływające z królewską gracją na stawie w Ciechocinku.
Są czarne z krwistymi dziobami. Budzą niepokój mrocznym wyglądem.
I przypominam sobie balet „Jezioro Łabędzie „ ze wspaniałą muzyką Piotra Czajkowskiego . Właśnie tańczą śnieżno białe łabędzie. Wśród nich , zamieniona w łabędzia panna o imieniu Odetta. Może ją odczarować zakochany w niej człowiek. Tak się staje, zostaje ukochaną księcia. Ale jest bal . Pojawia się dziewczyna, przebrana za czarnego łabędzia . Jest piękna , uwodzicielska i zła. Książę ulega jej urokowi a nawet wydaje mu się, że to jego ukochana  Prosi ją o rękę. Wtedy Czarny Łabędź ukazuje swoją ludzką twarz. Czar pryska . Biała dziewczyna ponownie staje się łabędziem i wraca nad jezioro. Książę widzi swoją pomyłkę , ale jest za późno, szuka ukochanej i tonie w wodach jeziora.

Jest tak jak w życiu . Miraże, pomyłki, złe wybory i drogi bez powrotu.

Ostatnio Warren Aronofsky zrealizował film pt  „Czarny łabędź „ Uzyskał wiele nominacji do Oskara, ale statuetkę dostała tylko Natalie Portman. To filmowa Nina , najlepsza z zespołu tancerek . Trwają przygotowywania do wystawienia baletu „ Jezioro łabędzie” . Nina jest doskonała w roli białego łabędzia , ale ma trudności we wcieleniu się w rolę tego złego, czarnego. Pojawia się rywalka, Lilly.
( Mila Kunis). Jest bardziej zmysłowa i uwodzicielska. Nina próbuje desperacko odnaleźć swoją mroczną stronę. W tym czasie pada ofiarą brutalnego gwałtu, zaczyna miewać omamy. Odkrywa w sobie ciemniejsze strony charakteru i dzięki temu może zagra obie role – białego i czarnego Łabędzia.

Filmu nie widziałam i nie wiem czy zechcę obejrzeć.

Pozostawiam rozważania nad splątanym życiem ludzi .
Wracam do Ciechocinka, nad spokojną wodę, gdzie senne czarne łabędzie z krwistymi dziobami.

Dlaczego nie odwiedzają ich białe królewskie ptaki.
I dlaczego one nie pojawiają się wśród białych?
Nie przeszkadzają sobie wzajemnie.
Białe i czarne mają swój świat.
Czysty świat ptaków.

 Ostatnia aktualizacja w portalu MM- Gorzów: 31-03-2011, godz. 08.41. Wiadomości z internetu.