„A Maciek tańczy” z mojego cyklu ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 5 )

Grażyna tak pisze w swoim pamiętniku, który mi wreszcie kiedyś pokazała. Znałam dużo faktów z Jej życia, ale tu mamy intymną odsłonę Jej wnętrza…a może to nie Ona, tylko ja tak bardzo zaangażowana osobiście w tę opowieść, pamiętnik ten wymyśliłam. Nie wiem….

Kiedyś odkryłam, że Maciek kocha muzykę, a było to we wczesnym jego dzieciństwie, kiedy siadywał przed drzwiami wiodącymi na taras, gdzie ustawiałam radio i pieląc chwasty w ulubionym ogrodzie, czy dotykając moje rośliny , głaszcząc ich liście i podziwiając samotnie bujne  kwiaty, słuchałam muzyki, która koiła moją duszę. Wtedy zza szyby drzwi balkonowych widziałam, jak Maciek wprost przylega do szyby, rozpłaszczając na niej nos , wpatruje się w niebo z błogim uśmiechem . Tak długo tkwił w jednym miejscu i był tak intensywnie skupiony, że musiałam otwierać te drzwi i wówczas on, jeszcze wtedy nieporadnie, wychodził na środek tarasu i rozpoczynał taniec.

Mógł tańczyć od świtu do zmroku, nieustannie. Wpatrywałam się w niego, widziałam jego figury , niesamowite wyczucie rytmu i zachwyt w oczach wniesionych ku górze, jakby tak coś widział, jakby z kimś się komunikował…. To było szaleństwo , ten jego taniec.

Piszę było, ale tak  jest nadal , bo  Maciek tańczy nadal. Jest dla mnie łącznikiem pomiędzy Ziemią a zakrytym przed ludźmi, tajemnym  Niebem. Jest Tajemnicą Nieba. Przybyszem z obcej planety. Jest moim Jedynym Ukochanym Synem, którego przytulam.

Jego absolutny słuch muzyczny, poczucie rytmu i taniec to jest ten dar, który obiecał mi Anioł w proroczym śnie z mojej młodości, gdy dopiero się uczyłam być matką dziecka z głębokim upośledzeniem umysłowym.

Maciek jest Tańcem .

Maciek jest Muzyką. cdn

z naszego rodzinnego albumu… zdjęcia wykonał, wklejał i podpisywał mój Tato…ten podpis obok mnie nie dotyczy tego zdjęcia. W VII klasie na balu maskowym byłam przebrana za syrenę. Strój wymyśliła i samiuteńka wykonała Grażyna…najfajniejsze było zszywanie łusek – każda wycięta osobno, zszywana po lewej stronie, potem przewracana na właściwą- w tym brałam udział. Komu by się teraz chciało robić coś takiego ? Taka była i jest Grażyna…..

 

” A Maciek tańczy ” z cyklu moich ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 4 )

oto cd tej opowieści…

Jej głos przez telefon brzmi miękko ciepło, soczyście, czuje się jej piękne wydatne wargi które układają się w Uśmiech. Jej głos z tym uśmiechem daje siłę rozmówcom, choć ich życie jest zwykłe i właściwie dobre, to ona, tak ciężko doświadczona daje im siłę. Tak jej mówią –ty dajesz nam siłę . ….

Tylko w pamiętniku zapisuje kolejny dzień. Dzisiaj pisze:

„ A Maciek tańczy.

Patrzę na niego jak tańczy”.

I dalej zatapia się w to co było, w tamten czas, bez emocji, ale  pisze, bo jednak pamięta, wraca do tamtych dni, gdy jeszcze był obok niej mąż , choć ich małżeństwo umarło.

„Nasz syn pięknie tańczy  – prawda ?, mówię. Obok mnie obojętność i pogarda. A może tak mi się wydaje, a może to tylko męska maska lęku i przerażenia które ma w środku.

Dopiero teraz tak  myślę, gdy już minęło 48 lat o tamtego czasu, kiedy urodził się nam syn.

 Byliśmy młodzi i piękni , tak o nas mówiono- jaka piękna para. Świat stał przed nami otworem. Emil jeszcze nigdy nie miał żony , więc nie tylko że znany architekt, ale też kawaler- znakomita partia mówiła mama.

Ja po traumie rozstania z pierwszą szaleńczą miłością , porzucona przez Swawolnego Dyzia, jak nazywałam Zenona , samiutka z maleńką córeczką. Odszedł od nas, a  przecież tak bardzo chciałam kochać i być dobrą żoną . Cyklinowałam wiórkami aluminiowymi podłogę naszego nowego mieszkania na wzgórzach, pastowałam z przejęciem. Zawsze było czysto, pachnąco a nowe zaprojektowane przeze mnie meble cieszyły oko oryginalnością. Poza tym pichciłam  coś tam, co mu zwykle nie smakowało, bo żywił się byle gdzie, najczęściej w knajpach. Mówił, że musi poznawać życie od podszewki, by potem o tym pisać. Faktycznie pisał, coś mu nawet drukowano, był znanym w Gorzowie , Nadodrzu , Twórczości literatem dziennikarzem i redaktorem. Ale cóż, nikt go nie nauczył jak kochać kobietę, tak zwyczajnie po ludzku ciepło i codziennie….A może ja nie potrafiłam dać mu kobiecego ciepła. Nie wiem jak było. Jak było tak było, fakt, że porzucił mnie i naszą dorodną wtedy 2 letnią córkę…..ale to było życie jakby obcej innej kobiety , nie moje. Tamten rozdział zamknięty.

 Teraz patrzę na syna który tańczy pięknie.

Ma wielkie wyczucie rytmu , jest cały Muzyką i Tańcem. Tak od maleńkości. Jest jakby przybyszem z obcej planety, nie zna naszego ziemskiego języka, tylko zapatrzony w niebo tańczy.

Czasami tylko zbliża się do mnie, przytula i wtedy wiem że mnie rozpoznaje i kocha. Ale  jest to miłość nienazwana,  Miłość bez słów, bo syn  nigdy nie powiedział do mnie mamo, nawet nic innego nie powiedział…

A mówiłam Emilowi, gdy ktoś nam powiedział, że dziecko ma skośne oczy, powiedziałam, faktycznie, nasz syn jest jakiś inny, a mój mąż, ojciec dziecka odparł z uśmiechem miłośnie na mnie patrząc- toż on ma twoje oczy…. Czułam że coś nie jest tak. Lekarze wyraźnie ociągali się z powiedzeniem nam prawdy.  Może chcieli nas przygotować na te hiobową informację, kluczyli, wysyłali do Warszawy na badania. Więc jeździliśmy, nie raz i nie dwa.  O nie chcę do tego wracać, a opisuję to już drugi raz, ale jednak wracam. Opowiadam pisząc ten pamiętnik. Nikomu nie zawracam głowy, ludzie mają swoje problemy, stale z nimi do mnie przychodzą, więc doradzam im  ja mogę.

Najlepszą radą jest by się do siebie uśmiechnęli. Gdy tak robią, pękają bariery ruszają lody i staje się między nimi jasność. Tak mam, mam taki dar, by pomagać ludziom , tak mi mówią, dar którego nauczył mnie Maciek. Tylko czułość i uśmiech. Żadne rozdrapywanie ran, szukanie win w sobie i w tym drugim, psychoterapie, tylko Uśmiech  Przytulenie i Zapomnienie o tym co było.

To wystarczy, wiem, wiem od Maćka, głęboko upośledzonego umysłowo mojego syna z  zespołem Downa. cdn 

zdj własne

 

 

” A Maciek tańczy” z cyklu ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 3 )

I oto dalszy odcinek mojej opowieści, opartej na faktach, które dobrze znam, bo Grażyna jest pierwszą moją bratową i utrzymujemy stałe ciepłe kontakty. 

Własnoręczny podpis Grażyny na powyższym zdjęciu. Stale się zachwycam Jej malarskim pismem 🙂

” A Maciek tańczy” z cyklu ” Opowieści o ziemskich Aniołach”

(….)  Więc przychodzą ci znajomi, bo ją lubią i nic to, że czasem się skarżą na swój los . Ona zawsze uśmiechem i pogodą ducha Pomimo Wszystko łagodzi napięcia i wychodzą z jej domu szczęśliwi.  

A Emil, niespełniony ojciec, z Ameryki przysyła pieniądze na utrzymanie Maciunia, choć przez długie lata kontynuował to zrodzone pomiędzy nimi Milczenie. Tylko zza oceanu przychodziły  pieniądze.

I to przełknęła.

Jedna porażka w życiu więcej czy mniej nie miała już znaczenia. Bo Maciek któregoś dnia wstał w łóżeczku. Wprawdzie później niż inne dzieci, ale znalazł w sobie siłę i wstał. Jakże była szczęśliwa. Złapała Maciusia i zatańczyła z nim szalony taniec. I wtedy, tak to było wtedy poczuła jak dziecko rytmicznie się porusza w takt muzyki. Wyrzucał łapki w górę i pokrzykiwał po swojemu.

Ona wiedziała, bo kiedyś się dowiedziała, że jej syn , głęboko upośledzony jak orzekło gremium psychologów, stanie się jej dumą radością, bo on był czystą Miłością, wzorcem Miłości, diamentem, którego nigdy nikt nie oszlifuje, bo nie ma do niego dostępu.

Chyba nikomu nie wyznała o tamtym  ważnym wydarzeniu , kiedy się o tym dowiedziała, bo i tak nikt by nie uwierzył, a może pomyślałby w duchu, że zaczyna tracić rozum. Bo w ogóle nie opowiadała o sobie i swoich problemach ludziom, po co? i tak by nie pomogli, nawet jeśli byliby w stanie zrozumieć co ona czuje.

A było tak , o czym nikomu nie opowiedziała- którejś nocy odwiedził ją we śnie Anioł. Był to niewątpliwie Anioł chociaż bezskrzydły ale urodziwy i dziwnie szumny i rzekł- nie smuć się Piękna. Dostałaś największy podarunek, ciebie wybrał dobry Bóg byś doświadczyła Miłości, Jedynej takiej na świecie, Bezgranicznej, Bezkrytycznej, Niezmiennej. Masz syna, który jest samą najczystszą Miłością, jej kwintesencją, samym wykwintnym Jej smakiem. Bóg nie dał mu wady serca, byś musiała jeździć na operacje , więc jednak cię oszczędził. Bóg nie dał mu krzty rozumu rozumianego jako ludzki, by nie czuł tego, że jest inny. Byś nie musiała walczyć o jego edukację i czekać na efekty. Masz sytuację komfortową Piękna bo on ci pokaże jeden swój talent, którym będzie zachwycał tylko ciebie. Otóż Piękna, dobry nasz  Bóg się zgodził byśmy my, wszystkie Anioły oddały twojemu synowi  cząstkę naszej muzycznej duszy. To jest  od nas specjalna premia za to że go urodziłaś , wychowujesz i za to, że już nie chcesz układać sobie życia. Od dzisiaj  czuj, że swoje życie masz już  przez nas poukładane.

Jeszcze rano, gdy jak zwykle wstała o świcie, słyszała słowa Anioła i zastanawiała się nad ich znaczeniem.  Nie wierzyła wtedy, bo była jeszcze nieszczęśliwa, ale teraz wie. Anioł miał rację.  Maciunio jest osłodą jej starości, choć  stale wymaga opieki bo nie przystaje do tego świata. Jest mieszkańcem innej odległej planety.  Że dla niego musi żyć . Zdecydowała się więc na dializy, bo pierwsze  wysiadły jej nerki. Serce choć bolejące i samotne, jakoś wytrzymywało. Nie zapisała się do kolejki by uzyskać  przeszczep nerki, choć ją namawiano, bo Maciunia nie zostawi na dłużej.  ani nie podda się operacji serca, które jednak też wysiadło, operacji, która jest ponoć niezbędna, bo z kim gdy pójdzie na tę operację zostawi syna. Nie wie co będzie dalej, nie myśli, wierzy że Pan Bóg to jakoś za nią poukłada. Ma 77 lat, Maciek 48.

Mój Boże wzdycha, a może w ogóle o Bogu nie myśli bo nie bardzo wierzy. W ogóle nie myśli co będzie dalej.

Już kiedyś go zostawiła, swojego jedynego syna- Maćka, wtedy był mały, może kilkuletni. Bo tak chciał jego ojciec- oddajmy go, nic z niego nie będzie, niech sobie żyje w swoim świecie bez nas. Chciała ratować małżeństwo, poddała się. Odwieźli dziecko do Ośrodka opiekuńczego i porzucili jak bezdomnego psiaka. Przepłakała całą noc. Z małżeństwa i tak nic nie wydziergali, bo już dawno umarło. Wytrzymała 2 tygodnie i pojechała odwiedzić swoje dziecko. Powiedzieli jej tam – o Maciunio, nic nie chce jeść, są problemy. Gdy zobaczyła syna , który blady i zapadnięty w sobie , siedział nieruchomo na łóżeczku i nagle na nią popatrzył wzrokiem, którego nie zapomni, bez słowa zabrała Maćka i wróciła do domu.

Miłość macierzyńska z ogromną siłą do niej przyszła. Już wiedziała, już była pewna, że są związani na śmierć i życie. Ona i jej syn -Maciek.  cdn.

 

A Maciek tańczy ( 2 ). Z cyklu Opowieści o ziemskich Aniołach.

Jeśli Ktoś zajrzał tu po raz pierwszy i nie wie, to powtarzam  wstęp wyjaśniający do pierwszej części tej opowieści.

Tym razem przyszła pora na chwilową zmianę tematu. Wróciłam do „dziergania„ moich Opowieści o ziemskich Aniołach….zaplątana w jakieś artykuły które pomagam „ płodzić” moim poznańskim kolegom, tamten temat zostawiłam na uboczu. Jednak on stale żyje we mnie i odezwał się w czasie pobytu w Kalabrii na samej „palcowej podeszwie” włoskiego buta. Pewnie to, że nie było wycieczki do Pompejów , stało się zrządzeniem losu, gdyż miałam dużo czasu do rozmyślań i pewnej upalnej nocy zasiadłam na balkonie z laptopem. A gwiazdy mi się przyglądały. Oczywiście tak nie było , bo zbyt butnie uważam, że wszystko się dzieje pod wpływem imperatywu nieba i że gwiazdy mnie oglądają. Nie, oczywiście wiem, że jestem drobnym pyłkiem a nawet mniej niż pyłkiem, zupełnie niewidzialnym z Kosmosu….

I tak oto na włoskim balkonie , pod kalabryjskim niebem z Morzem Jońskim , gdzie Odyseusz się błąkał , powstała poniższa opowieść. Zapraszam do siebie, jest bezpiecznie , odpocznijmy od zgiełku tego świata , choć opisywana Osoba walczy o codzienność i jest bardzo dzielna. Trzymajmy za Nią kciuki….

 

Jest to opowieść o mojej pierwszej bratowej i jej dalszym życiu z głęboko upośledzonym synem ….znana mi  z „ pierwszej ręki”, gdyż pozostajemy w przyjaźni i jesteśmy w bliskich kontaktach. Spotkania z tą Niezwykłą kobietą czy rozmowy telefoniczne dają tak wielki ładunek energii, że człek odrzuca swoje miałkie problemy i chce krzyczeć z radości „ życie jest piękne”. Ona jest dla mnie istnym ziemskim Aniołem….

 

A Maciek tańczy. Taka Miłość (2).

Z cyklu  moich „Opowieści o ziemskich Aniołach”.

 

(…) Już wtedy,  gdy nosiła go w brzuchu, jak zwykle zwiewnie i lekko, tak jak pierwsze dziecko, czuła jednak że  jest inaczej, ruchy płodu nie były zbyt energiczne, ale myślała- jego ojciec Emil jest takim łagodnym spokojnym człowiekiem, więc nic dziwnego że jego syn będzie taki jak on. Tak, myślała wtedy, będzie tak doskonałym architektem jak ojciec. Może malarzem, bo takie zdolności widywała w członkach swojej rodziny Lubańskich no i u siebie naturalnie. Więc gdy urodził się syn, obydwoje z Emilem byli dumni ze szczęścia, bo któż się nie raduje z urodzin pierworodnego. Wprawdzie  ktoś powiedział tuż po porodzie, że radość bo syn, ale ma jakoś za bardzo skośne oczy. Wtedy Emil się roześmiał- to przecież oczy jego matki- Grażyny, mojej ukochanej.  Piękne, podłużne, barwy ciemnego miodu i lekko skośne. Ponoć jej babka była Włoszką i stąd fascynująco egzotyczna uroda mojej żony…cieszył się nią i nazywał Darem od Opatrzności, bo wszystko wskazywało, że zostanie starym kawalerem, choć jeszcze stary nie był.

Podbiegła do Maciunia, który nawet nie odwrócił wzroku od obiektu swojego wypatrywania, bo jak już mówiła, miał on  swój świat, wzięła go na ręce, jej smukłe delikatne palce o paznokciach w kształcie migdała  oplotły jego ramionka i  wtedy on się przytulił. Tak jak nigdy nikt.

Jest teraz tego pewna, żaden mężczyzna nie potrafił się tak do niej przytulać. Wszyscy pragnęli seksu wszyscy chcieli ją posiadać na własność. I sobie poszli. Załkała, wreszcie po latach rozpłakała się jak mała dziewczynka, którą ktoś bardzo skrzywdził. Maciunio trwał w przytuleniu, niczemu się nie dziwił ale czuła że on wie co  czuje ona, jego matka.

KTOŚ , ten Najwyższy  kto go przysłał i zasiał w jej łonie, obdarował dodatkowym chromosomem pary nr 21 –  wiedział co robi. Teraz i ona wie.

Bo lekarze mieli wątpliwości. Może bali się jednoznacznego wyroku, wysyłali do Warszawy do dwóch instytutów na badania. Więc jechała ona i jej mąż, ze swojego Świnoujścia , długo pociągiem, jechali po nadzieję. Więc jechali tam z optymizmem, który stopniowo umierał.

Co przeżywali, jak się z tym czuli, ona chyba już nie pamięta, albo wyparła to z umysłu, bo nie chciała pamiętać. Nie chce pamiętać tego milczenia pomiędzy nimi, rodzicami, ciężkiego jak kamień który teraz czuje w piersi, tego milczenia które zabiło ich miłość. Miłość piękną i delikatną z zachwytami i nocami przegadanymi miłośnie. Umarła ich miłość gdy urodził się Maciek….cdn.

 

Grażyna, moja pierwsza bratowa, bohaterka tej opowieści…właśnie taką Ją poznałam w roku 1959….zdjęcie wykonała mój Tato- Wacław Łukaszewicz

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. A Maciek tańczy…

Tym razem przyszła pora na chwilową zmianę tematu. Wróciłam do „dziergania„ moich Opowieści o ziemskich Aniołach….zaplątana w jakieś artykuły które pomagam „ płodzić” moim poznańskim kolegom, tamten temat zostawiłam na uboczu. Jednak on stale żyje we mnie i odezwał się w czasie pobytu w Kalabrii na samej „palcowej podeszwie” włoskiego buta. Pewnie to, że nie było wycieczki do Pompejów , stało się zrządzeniem losu, gdyż miałam dużo czasu do rozmyślań i pewnej upalnej nocy zasiadłam na balkonie z laptopem. A gwiazdy mi się przyglądały. Oczywiście tak nie było , bo zbyt butnie uważam, że wszystko się dzieje pod wpływem imperatywu nieba i że gwiazdy mnie oglądają. Nie, oczywiście wiem, że jestem drobnym pyłkiem a nawet mniej niż pyłkiem, zupełnie niewidzialnym z Kosmosu….

I tak oto na włoskim balkonie , pod kalabryjskim niebem z Morzem Jońskim , gdzie Odyseusz się błąkał , powstała poniższa opowieść. Zapraszam do siebie, jest bezpiecznie , odpocznijmy od zgiełku tego świata , choć opisywana Osoba walczy o codzienność i jest bardzo dzielna. Trzymajmy za Nią kciuki….

Rok 1962. Mam 15 lat i jestem zauroczona moją pierwszą bratową- Grażyną o której będzie poniżej….zdj wykonał mój Tato, na balkonie mieszkania przy ul. dawnej Nowotki a teraz Orląt Lwowskich w Gorzowie Wlkp., gdzie przyszłam na świat i skąd wybyłam po maturze….

Z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach”.

Zofia Konopielko

Jest to opowieść o mojej pierwszej bratowej i jej dalszym życiu z głęboko upośledzonym synem ….znana mi  z „ pierwszej ręki”, gdyż pozostajemy w przyjaźni i jesteśmy w bliskich kontaktach. Spotkania z tą Niezwykłą kobietą czy rozmowy telefoniczne dają tak wielki ładunek energii, że człek odrzuca swoje miałkie problemy i chce krzyczeć z radości „ życie jest piękne”. Ona jest dla mnie istnym ziemskim Aniołem….

A Maciek tańczy. Taka Miłość….

Zbudziła się z długiego letargu. To nie był zły sen, to jest rzeczywistość, uświadomiła sobie. Skulona w kącie kanapy trwała w jednej pozycji nie wiadomo jak długo- może lata, może miesiące, może tylko kilka godzin. Straciła poczucie czasu, zdrętwiała , czuła swoje serce, biło, ale kamieniem zalegało w piersiach. Piersi miała piękne, nie za duże, nie za małe. Mężczyźni jej powtarzali, że jest cudem natury. Śniada, smukła, długonoga zwinna jak kobieta z plemienia Masajów. Miała w sobie coś z tajemnego cudnego zwierzęcia , za uśmiechem wiecznej dziewczyny, za soczystymi wargami kryła jakąś tajemnicę. Jednym słowem była zjawiskowa, powtarzali. Teraz wszystko jej się plącze, gdy się wybudza z letargu, z odrętwienia ciała i serca.

Dookolną ciszę  raczej  poczuła niż usłyszała.  Bo nagle sobie przypomniała, że ma syna. Wystraszona zerwała się ze swojego wytwornego legowiska- wszystko w jej domu było wytworne, starannie dobrane meble, które sama projektowała bo wszak była tzw. plastyczką. Okrągły duży stół ze szklanym blatem, na niskich metalowych cieniutkich, jakby muchy, nogach gdzieś tam kupiła- nie pamięta już gdzie. Bo to było w jej poprzednim życiu.

Ojej, czy Maciek nie rzucił czegoś ciężkiego na ten szklany stolik , wprawdzie nigdy tak nie było. Ale trzeba uważać, bo jest Maciek.

Maciuniu, gdzie jesteś zawołała przerażona, nie widząc syna w zasięgu wzroku. Nie odpowiedział, bo on przecież nic nie mówił. Wydawał tylko nieartykułowane dźwięki, które ona jedna jedyna na tym świecie rozumiała.

A Maciuś siedział spokojnie w kącie i wpatrywał się przez szyby drzwi wiodące na taras , wpatrywał się w przestrzeń, nieruchomo, tak potrafił, godzinami wpatrywać się w coś co tylko on sam widział. Nikt nie docierał do jego świata. Poza nią….. cdn.

 

Na medycznej ścieżce. O naszym ślubie.

 

W żoliborskim Urzędzie Stanu Cywilnego.Za nami od lewej: mój Tato, moja Mama i Teściowie. Za Teściową fragment głowy Grani.

 

Ten rozdział miał się znaleźć w planowanym opisie naszego wspólnego małżeńskiego życia, ale jest mi tak miły, że chcę się teraz podzielić swoimi wspomnieniami.

 

Różni chłopcy pojawiali się w moim życiu. Ale żaden nie budził mojego zainteresowania. Po prostu nie przychodziła miłość.

Aż nagle, w grudniu 1967 roku, mój świat zawirował.

Bo spotkałam Mężczyznę swojego życia. Kiedyś o tym opowiem, bo ta historia zasługuje na odrębny rozdział.

Zaplanowaliśmy termin ślubu, tym bardziej, że był już mężczyzną dojrzałym do małżeństwa. Ponieważ uczelnie poznańskie kończyły zajęcia w końcu maja, by zwolnić akademiki dla gości targowych , ostatni egzamin miałam 27 maja. Była to farmakologia, wielka kobyła, mnóstwo materiału do zrozumienia i wkucia. Ale poradziłam sobie bez problemów, zdałam na 4, co dało mi szansę zwolnienia z zajęć na uczelni warszawskiej gdzie nauka tego przedmiotu w odróżnieniu do akademii poznańskiej trwała nie jeden rok, a 2 lata.

Bezpośrednio po tym egzaminie wsiadłam do pociągu , którym już jechała z Gorzowa moja Mama , i wylądowałyśmy w Warszawie. Ślub miał się odbyć za 4 dni, tj 1 czerwca 1968 roku.

W ogóle nie była przygotowana do tej ceremonii, która wprawdzie była tylko tzw cywilna , tj przed urzędnikiem.

W ogóle się tym nie przejmowałam, a przecież nawet  nie miałam sukienki, butów etc. Chciałam tylko być razem i obok mojej Miłości.

Dobrze, że Grażyna – Bratowa Mirka, mojego przyszłego Męża, stanęła na wysokości zadania i przejęła opiekę nade mną, beztroską gapą .

Do tej pory , gdy wspominam ten okres, dziwię się sobie i jestem wdzięczna Grani.

Przez kolejne dni szlifowałyśmy warszawskie bruki, odwiedzając liczne sklepy, gdzie ja zachowywałam się jak beznadziejna ale radosna ofiara.

W rezultacie moja opiekunka zdecydowała, że pomarańczowa sukienka z pięknej żorżety , którą wypatrzyła w Modzie Polskiej, najelegantszym wtedy sklepie , będzie odpowiednia. Potem jeszcze wybrała buty w sklepie przy ul. Chmielnej, zamówiła najlepszego w Warszawie fryzjera, Gabriela .

Nie wiem co Grażyna sobie o mnie myślała, ale nie zasłużyłam na pochwałę.

I tak , w pomarańczowej sukience, z gerberowym bukietem  i lokach na głowie stanęłam u boku Mirka w Żoliborskim Urzędzie Dzielnicowym przy ul. Słowackiego.

Idąc tam, zauważyłam kątem oka, że na sąsiednich drzwiach wisiała tabliczka- rejestracja zgonów. Ale w ogóle się tym nie przejęłam, tak zresztą jak i ceremonią ślubną.

Grażyna i Mundek Niedziałek byli naszymi świadkami, i poza naszymi Rodzicami Mirek zaprosił paru swoich kolegów.

Przedtem wybraliśmy w ORNO ( kultowym wtedy sklepem , zakładem produkującym niepowtarzalne wyroby ze srebra) dość grube srebrne obrączki , które teraz założyliśmy sobie nawzajem i tym samym przypieczętowaliśmy nasz związek. Pewnie miały magiczny wpływ, bo przetrwaliśmy już razem 44,5 lata!!!

Potem wylądowaliśmy w Restauracji Hotelu Europejskiego, miejscu wytwornym, ale ogólnie dostępnym.

Szczęśliwie wydzielono nam ustronne miejsce i zasiedliśmy przy wspólnym stole.

Tańce odbywały się na parkiecie, gdzie tańczyli już inni ludzie.

Ale nam się zdawało, że jesteśmy tylko my i dla nas grają. Przytulałam się do Mirka, który był bardzo poważny i tańczył tylko ze mną.

Myślałam, że zawsze tak będzie. Ale szybko się przekonałam, że mój mąż jest osobą bardzo zabawową i towarzyską , lubi bawić się z różnymi kobietami.

Po początkowych dąsach, szybko się nauczyłam też takiego stylu zabawyJ .

A to niezwykłe zachowanie mojego męża w czasie bankietu ślubnego zrozumiałam po latach. Wtedy, gdy się przyznał, że bardzo źle się czuł z powodu ropnia na pośladku.

Chyba nie spędziliśmy typowej  nocy poślubnej, bo w jednym pokoju, który posiadał M. spali moi Rodzice. Ale potem nadrobiliśmy zaległości.

Następnego dnia pojechałam do Lidzbarka, gdzie rozpoczęłam praktykę studencką. Zadano nam bowiem takie zajęcia w szpitalu powiatowym. Wybrałam więc Lidzbark, gdzie mieszkali moi Teściowie, których znałam od dawna i uwielbiałam….