zdjęcie z Wikipedii – widok na Siewierodwińsk (gdy Jan brał udział w budowie tego miasta nazywało się Mołotowsk)
Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei,
zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .
Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej
żony-
Heleny z d. Wojciul
Podczas sprawdzania personelu – więźniów przez
naczelnika często padały dla humoru takie oto odpowiedzi:
Stacja?- Stanskaja
Basznia.
Srok? ( wyrok ? )- piać Stalinowskich
piatiletek. ( „pięciolatki” to od 1928 roku nazwa planów gospodarczych ZSRR –
w rzeczywistości oznaczały wielki głód, bo gospodarka była katastrofalna )
Koniec sroka? ( koniec wyroku ?) – Prychod Trumana. ( żartowano, że gdy przyjdą Amerykanie – co
było raczej nieprawdopodobne – w
latach 1945 – 1953 Harry Truman był prezydentem USA )
A do słów naczelnika
konwoju: szag ( krok ) w prawo, szag w
lewo- my dodawaliśmy i niżej wwerd-
strelajem.
Te humorystyczne
dodatki podtrzymują nasz nastrój, chociaż konwojenci na szczęście ich nie
słyszą, bo gdyby się dowiedzieli , toby izolatka ( tu oznaczała celę gorszą
niż samo więzienie ) była pełna nas.
Za pół godziny
byliśmy przed wrotami zony budowniczej, do której wpuszczają tylko za
przepustką.
Konwój oddał nas pod
kierownictwo cywila – dziesiętnika. Ten zaprowadzał nas już na miejsce pracy.
Pokazał nam pagórek
ziemi, z której będziemy wybierali grunt
do taczek i wieźli go do stoczni budującej się nad brzegiem Morza Białego o 50 m.
Wytłumaczył nam, że od ilości wyniesionej ziemi będziemy
otrzymywali odpowiednią ilość gramów
chleba i kawy po obiedzie.
Kto wyrobi normę na
100%- ten otrzymuje granbijke: tj . 650 gram chleba, 27 gram cukru, 500 gram zupy rano i na
obiad, litr kawy wieczorem, ryby 60 gramów na obiad.
Kto natomiast wyrobi normę 115% , ten otrzymuje chleba 750 gram, 500 gramów kaszy (
naszej rzadkiej zacierki).
A jeśli kto wyrobi normę na 130-140 %, otrzymuje chleba 850
gram- a więc dużą pajkę. Największą pajkę otrzymują ci pracownicy, którzy
wyrobią normę powyżej 150%.
Brygadzista otrzymuje pajkę w zależności od procentów zarobionych
ogólnie.
A więc brygadzista stara się podganiać swoich
robotników do wyrobienia jak najwięcej procentów.
Dziesiętnik określa
ilość procentów za daną pracę, a już brygadzista rozdziela między swoich
robotników procenty wg swojego uznania.
Uznanie to często
zależy od łapówki, którą otrzymuje od członka brygady albo od sympatii do
danego członka.
Niesprawiedliwości tu
pełno, a więc i nienawiści moc.
Z tych rozgoryczeń
robotników rodziła się zemsta: często takich niesprawiedliwych brygadzistów
zabijano, gdy siedzieli w porze obiadowej przy ognisku. Walili toporem w głowę.
Gdy takie wypadki
zaczęły się powtarzać coraz częściej- Stalin wydał prykaz, skazywać na śmierć
tych zabójców.
To spowodowało, że w
łagrach zapanował spokój.
Po tych paru słowach o niesprawiedliwości brygadzistów
przystępuję znowuż do opisania prac, które myśmy wykonywali pod komendą
kierownika robót.
Ułożyliśmy deski od
swoich stanowisk pracy aż do miejsca wyładowywania ziemi z taczek. Otrzymaliśmy
łopaty do ładowania ziemi do wózków- taczek na jednym kółku. Naładowaliśmy
wózki.
I zaczęliśmy pchać ,
każdy po swojej kładce- desce.
Pcham i ja, ale co
kilka kroków kółko taczki spada z deski. Stawiam je na deskę i znowu pcham.
Kilka metrów przejechałem i znowu zjeżdżam z tej deski. No cóż, nie umiem
utrzymać równowagi .
Takiej pracy –
pchania taczek po dość wąskiej desce nie
wykonywałem przedtem. Jeśli coś woziłem taczką, to ją pchałem po twardym
gruncie.
A tu, po tej ziemi
nie jest możliwością, bo koło zapada się w błoto.
I stop!
Jeszcze kilka razy
spadała taczka z deski , dopóki
dopchnąłem ją do miejsca przeznaczenia. Drugą taczkę z piaskiem już było lżej
pchać i mniej razy zleciała mi z deski.
Do pory obiadowej mocno się zmęczyłem, ale już nabrałem
wprawy i po obiedzie robota poszła mi sprawniej.
Za osiem godzin pracy wywiozłem około 16 taczek, chociaż
niepełnych. Inni z mojej brygady potrafili za ten czas zapędzić po 20-25 taczek
i to napełnionych ziemią po brzegi. Tacy rekordziści otrzymają na pewno po 150
%, a więc pajkę 850 gram- a może nawet 950 gram chleba i proizwodstwiennoj (
gotowanej, wodnistej ) kaszy .
Ja chyba, będzie dobrze jak, otrzymam garantijkę za swoją pracę.
Taki wynik nie
zmartwił mnie , bo postanowiłem, że będę wykonywał zadania na 100% – nie
więcej.
300 gramów chleba dokupię sobie za gotówkę,
którą już zarobiłem podczas spekulacji. ( opisałem handel odzieżą )
W dni wolne,- wychodnyje- odpoczywaliśmy- .
Ja jednak
często zgłaszałem się na ochotnika do pracy przy rozładowywaniu wagonów
z rybą, albo tuleniami- fokami. Tam zawsze można było skombinować tłuszczu tiuleniego
, albo parę rybek.
Przyniesiony tłuszcz
w nogawkach spodni watowych przetapiałem w bańce sześcianej i przelewałem do
butelki.
Stąd po łyżeczce
wlewałem do zupy, lub kaszy, by były smaczniejsze i pożywniejsze.
Transportowanie
piasku za pomocą taczek, trwało około
dwóch- trzech miesięcy.
Nauczyłem się i ja,
jak prawidłowo ganiać taczkę, ale nie była ona nigdy nasypana do samych brzegów
tak, jak to inni moi towarzysze czynili.
W czasie tej pracy,
często zjawiali się u nas złodziejaszki – torbochwaty i żądali przejrzenia nam
kieszeni i zabierali wtedy cukier zawinięty w szmatkę czy uszytą torebkę albo
porcje chleba czy też szczyptę tytoniu.
Obserwowałem to
zjawisko, jak obierali takiego zdrowego Litwina i on płakał, bo się bał
postawić opór tym torbochwatom.
Pomyślałem, że torbochwaty
zbliżą się i do mnie.
Nie pomyliłem się.
Podchodzą, zatrzymują
taczkę i żądają pokazania tego, co mam w kieszeniach.
Natychmiast chwytam
łopatę z taczki i pokręcam się z nią wokół siebie.
Odskakują i mówią: o
kakoj srogi staryk. ( na tle innych więźniów Jan był już
niemłody – miał prawie 40 lat )
A ja na to: „ ubiju,
jeżeli podojdziecie bliżej ko mnie. „ .
Odeszli i już mnie
więcej nie zaczepiali.
U Łotyszów, Litwinów i Estończyków często
oni robili „rewizję”.
W czasie obiadu ci
szakale, często wyrywali z rąk chleb i uciekali.
Pewnego razu
wychwycił mi 200 gramową pajkę chleba ze stołu i uciekał , a ja pędziłem za
nim.
Dogoniłem go, ale
pajki nie było- zjadł w biegu.
Dostał kilka boksów,
ale pajki nie wrócił.
Na tym proziwodstwie – budowie miasta
stoczni i okręgu jednocześnie było nas więźniów około p i ę t n a s t u t y s
i ę c y oprócz cywilów.
Tu nie było
obserwatorów, jak w zonie łagiernej, w łagrze- gdzie w dzień i w nocy
obserwują, jak zachowują się więźniowie. Zaznaczam, że w zonie przebywają oni
bez broni.
Na tej budowie były
też więźniarki, które wykonywały takie same prace jak i my, mężczyźni. Parę
miesięcy mieszkały one razem z nami w jednym łagrze, ale w innym baraku.
Niektóre z nich pracowały w zonie w charakterze kucharek i praczek.
Potem oddzielono
kobiety od mężczyzn. Zorganizowano dla nich osobne łagry.
Władza sowiecka
doszła do wniosku, że wydajność kobiet i mężczyzn przy wspólnym pożyciu jest
mniejsza.
A więc dokonali
podziału na łagry żeńskie i męskie.
Ten podział jednak
nie położył kresu między spotkaniami młodych kochających się par. Przychodzili przecież do pracy do jednej i
tej samej zony roboczej.
K o m u ż b y ł a
w g ł o w i e t a m
i ł o ś ć ?
Komuż była w głowie
ta miłość?
Była ona w sercach
tych, którzy nie pracowali i dobrze się
odżywiali , otrzymując paczki od swoich rodzin. Takimi byli brygadziści no i
Litwini, Łotysze i Estończycy. Ci ostatni otrzymywali z domu paczki – często 50
– kilogramowe. Pełno mąki, kaszy i tłuszczów. ( w tych krajach ludzie
potrafili omijać nakazy Stalina dotyczące uprawy ziemi i hodowli bydła – dzięki
temu nie doszło do dramatycznego spustoszenia kraju jak np. na Ukrainie )
Nie do miłości było
tym, którzy cały dzień tyrali i żyli o pajce.
( teść opowiadał –
bywało że kobiety proponowały seks za kromkę chleba, ale głodni nie mieli
ochoty – wygasały zmysły )
Była w łagrze i
jeszcze jedna grupa więźniów , których nazywano p r y m u s k a m i.
Oni, tworząc grupki więźniów , strachem, groźbą
przymuszali kucharzy, piekarzy do dawania im większej porcji chleba, kaszy,
ryby.
Byli także inni,
których nazywano błatnymi – tj. otrzymującymi
większe porcje przez protekcję.
Jak prymuski tak i błatnyje , często byli karani za
nieposłuszeństwo w wykonywaniu prac polowych. Sadzano ich do izolatek i
zmniejszano porcję chleba z 650
gram do 450
gram. Tłumaczyli oni, że ich skazano na więzienie, a nie
na roboty. Ganiano ich na roboty, ale oni tam nic nie robili.
Za czterema prymuskami
na robotę chodziło czterech konwojentów.
Takich to więźniów
bardzo często przenosili z jednego łagru do drugiego.
U b r a n i e w
i ę ź n i a w l e c i e,
j e s i e n i i z i m i e.
Lato:
Na głowie czapka z
płótna prostego. Na plecach kurtka z płótna szarego. Spodnie z płótna siwego.
Na nogach buciki albo buty z płótna szarego z podeszwą gumową.
Na plecach na bluzie
naszyta łata kwadratowa o rozmiarach jednego decymetra, a na tej łacie numer
więźnia podany przez władze obozowe – łagierne. Takaż sama łata z numerem jest
przyszyta do prawej nogawki spodni. Prawda, że te znaki upiększają
więźnia?.
Widać z daleka że to zakluczony.
Zima:
Na nogi dają wojłoki,
albo buty uszyte ze szmat z gumową podeszwą.
Na dolną część ciała spodnie watowe.
Na plecy ciałogrejka watowana i buszłat watowy – kurtka
nieco dłuższa od ciałogrejki.
Na głowę dawali czapki – uszatki.
Na ręce otrzymywaliśmy rękawice, które trzeba było każdego
dnia wychodnego cerować, kłaść łatę na łacie.
Jeszcze gorzej było z ciałogrejkami watowymi, które szybko
zapalały się od iskier i niejednemu z nas wypalały się ogromne dziury, które
trzeba było samemu latać.
Z obuwiem też mieliśmy niemało kłopotów.
Buty uszyte ze szmat , często jesienią albo wiosną rozmokły
do tego stopnia , że nie trzymały się na nogach. Trzeba było te szmaty
przywiązywać sznurami do podeszwy gumowych. A ponadto trudno te buty było
wyciągać z błota – gliniastej
ziemi syberyjskiej
Prace na różnych obiektach
Praca w zonie
miasta Mołotowska nie była w jednym miejscu.
Rzucano naszą brygadę na różne obiekty.
Pracowaliśmy przy
kopaniu rowów do kanalizacji, wbijaniu
słupów pod drewniane domki fińskie zamiast robienia fundamentów . Domki te
postawiono na tych słupkach. ( Rosjanie
dostali je po II wojnie światowej od Finów w ramach reparacji wojennych – Finlandia była związana z Niemcami – Polska w 1954 roku dostała część z nich jako „ dar”
– do tej pory na warszawskim Jazdowie zachowało się kilka – mieszkańcy walczą by je ratować – bo są już
zabytkiem a o innych opowiadała –
koleżanka – wtedy młoda mężatka – mieszkała w jednym z takich na osiedlu
studenckim na Jelonkach –i zimą budziła się
z przymarzniętymi do ściany
włosami – miała piękne, długie …)
Gdy tę pracę
wykonywaliśmy późną jesienią , albo wczesną wiosną, odwiedzała nas szkolna
młodzież przynosząc podarki nam swoje – drugie śniadanie , mówiąc:
„ proszu wziąć nasz
buterbrot, my znajem, szto wy gaładaicie, a my kogda wierniomsia damoj ,
pokuszjem tam”.
Pewnego razu, gdy
była śnieżna i zimna pogoda, ja i mój napornik, kopaliśmy rów w poprzek drogi.
Nie było widać, jak koło nas przemknęły sanie i w nasz rów spadł bochenek chleba
białego. Podniosłem go, podzieliłem się z towarzyszami. Jaka to była radość z
tego powodu. Byli tacy ludzie, którzy współczuli naszej niedoli.
Nieraz w czasie przerwy obiadowej zachodziłem do domków , w
których już żyli pracownicy cywilni. Zanosiłem im nazbieranego drzewa po zonie.
Za to otrzymywałem kawałek chleba, albo garść kaszy- krup owsianych.
Pajki moje często traciłem przez „ karantijki „. Często były mi dawane za to, że nie
dawałem łapówki brygadziście. Kto miał na trzy dni karantijkę- (co trzy dni wymierzano porcję chleba) , ten nie otrzymywał w porze
obiadowej kaszy 500 gram.
Niezmiernie trudno było przeżywać te 15- 20 minut gdy w
kiszkach, w żołądku, było nieznośne ssanie połączone z boleścią.
Czasami te przykre
pory obiadowe upływały mi na czytaniu książek, które przynosiła praktykantka na
tych robotach.
O wiele lepiej
upływał mi czas, gdy przeniesiono mnie do brygady , która pracowała przy
rozdrabnianiu kamieni- kamniedrobiłka.
Od tego obiektu o sto metrów był sklep – magazyn, ale można
było poprosić konwojenta, by kupił bochen chleba. Tak też i robiłem. Dawałem
pieniądze konwojentowi , a on przynosił mi bochenek chleba. Za tego rodzaju
usługę trzeba było także płacić. Nieraz prosiłem obywatela idącego do sklepu,
żeby mi kupił bochenek chleba.
Pewnego razu szła pani w kierunku sklepu – odziana w wytworny kostium i
elegancko wyglądająca. Przeprosiłem ją, że zatrzymuję i proszę o kupno chleba w sklepie. Powiedziała: „ K
pożaleniu nie mogu etoj prośby spełnić, potomu, szto spieszu k bolnomu”.
A razu pewnego porosiłem chłopca szkolnego o przysługę.
Zgodził się i przyniósł bochenek chleba. Za drugim razem tenże sam pacan, wziął
pieniądze na kupno chleba, ale po wyjściu z magazynu na ganek, rozejrzał się i
pomknął w inną stronę. Chyba dowiedział się od kogoś, że nam nie wolno
wychodzić poza zonę.
W tej brygadzie- chociaż ciężka była praca- łupanie kamieni,
rozbijanie, to jednak trochę pospekulowałem no i pajkę otrzymywałem większą.
Mojemu powodzeniu w tej brygadzie zazdrościli koledzy.
Mnie łupanie kamieni szło lekko.
Zrozumiałem, że łatwo jest rozłupać głaz, gdy się go ustawi
umiejętnie – słojem do twarzy. Jedno, dwa uderzenia młotem i już ogromny kamień
rozpadał się na części dwie lub trzy. A
te części już łatwo było rozłupać.
Rozłupane kamienie wrzucano do maszyny i tłuczono je na
trzebionkę , którą odwożono już jako materiał do posypywania nowo wybudowanych
dróg.
Po takiej dość ciężkiej pracy obiad zawsze smakował.
Zjadałem z apetytem te duże pajki chleba i kaszę owsianą.
Gdy tak spożywałem
obiad, podszedł do mnie” cygan” – więzień z naszej brygady. Rozpytywał mię,
skąd pochodzę i czym się zajmowałem na wolności.
Odpowiadając, zerknąłem za siebie, gdzie leżał buszłat z bochenkiem
chleba i spostrzegłem, że chleb mój już poniósł jakiś kolega. Rzuciłem się za
nim w pogoń. Dogoniłem, ale chleba już przy nim nie było. Schował za kamień.
Pokazał mi, gdy go zacząłem okładać kułakami. Ale już jedna trzecia część była
zjedzona. Jeszcze dostał ode mnie parę szturchańców. To był nędzny towarzysz
niedoli – Turek. Namówił go do tej kradzieży tenże „cygan” , który prowadził ze
mną rozmowę dla uśpienia mojej czujności.
Po przyjściu do baraku, znowuż go pobiłem, bo byłem od niego
silniejszy.
W tym czasie, w czasie bójki, spostrzegł nas brygadzista-
ruski diabeł – i ten tak mię obłożył kułakami , że długo odczuwałem ten ból w
bokach.
Tenże sam „cygan” , o którym już wspomniałem, szukał u mnie
w nocy pieniędzy. Wiedział, że mam je, ale odnaleźć nie mógł. Aż pewnego dnia
zapytał mnie , gdzie ja chowam pieniądze. Odpowiedziałem – że „w żapie”- tj w
dupie . On, że „ uwarował” u mnie i skorzystał z bochenka chleba i parą
bielizny. Cóż, nie złapałem go za rękę, bo to zrobił w nocy, kiedy ja spałem .
U mnie pod łóżkiem walizka stała zamknięta. Trudno było
schować coś do jedzenia od swoich złodziei. Ale kazano nam oddawać swoje
walizki do przechowalni tzw. kapciorka.
Były to najczęściej skrzynki zbite z cieniutkich deseczek i
miały zameczki. W kapciorku też były kradzione, chociaż miały numery przy
zamku. Mnie także skradziono z przechowalni walizeczkę , którą kupiłem, gdy
tylko znalazłem się w łagrze. To była rozpacz dla mnie. Meldowałem o tym
naczelnikowi łagru. Ten zdjął z pracy tego „ kapciorszczyka”, ale walizki z
całym moim bogactwem nie zwrócono mi.
Szczęściem jeszcze było dla mnie to, że pieniądze – jeszcze
parę rubli było przy mnie.
To ogołocenie mnie
doprowadziło do tego, że ja także zacząłem zdobywać kawałek chleba , gdzie
tylko była jakaś możliwość. Kradłem wszystko, co nadawało się do jedzenia.
Kradłem kartofle, które zdobywałem w ten sposób, że wyznaczany byłem do
skrobania ich w kuchni. Brałem bez pozwolenia rybę, tłuszcz fok, gdy chodziłem
na pracę- sortowanie . Nieraz znajdowali u mnie te produkty w nogawkach spodni.
Nieraz też bito mnie za takie postępowanie. Ale to nie powstrzymywało mnie, gdy
chciałem jeść , istnieć, żyć.
c.d.n.