Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 27 ). Plan uszkodzenia sobie nogi …. jesień 1946 …budowa Mołotowska


zdjęcie własne ….symboliczne dla mnie …. jak te samotne świerki wspinające się mozolnie na zbocze Skalitego , by nigdy nie dojść do szczytu, do światła – było życie wielu łagierników …

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

         Były momenty, że już na drugi dzień pracy układałem przebieg , by sobie nogę uszkodzić łomem żelaznym, by pójść do szpitala . Bałem się robić tego, bo mogłem zostać bez nogi. Ale już było postanowione.

Tylko szczęście, że wieczorem podano do wiadomości, że już jutro idę do pracy z inną brygadą. A więc nie potrzebuję zadawać sobie cierpienia.

Do postanowienia skaleczenia siebie doprowadziła mnie beznadziejna praca – zlecono mi dłubanie dziury w fundamencie domu piętrowego dla przeprowadzenia kanalizacji. Dochodziłem do rozpaczy, bo w tym  murze- fundamencie – nie dawało się zrobić  w ciągu całego dnia dziury większej niż wielkość  głębokiego talerza .

     Nadchodziła już j e s i e ń  1 9 4 6  r o k u.

Chociaż było nieco lżej w tej nowej brygadzie.

Jednak  siły  mię opuszczały i musiałem często chodzić do przychodni po zwolnienie. Pierwszy raz dostałem trzy dni zwolnienia , bo miałem już popuchnięte nogi. A więc była cynga- brak witamin. Na lekarstwo dał mi doktór garść żyta paszowego. Zjadłem go z apetytem, będąc już wolnym od pracy.

Do tej cyngi przyplątało się mocne osłabienie- dystrofia.

O godz. 16, jeszcze przed przyjściem brygady z pracy , odczuwałem ból głowy i podnosiła się temperatura do 37,5 stopni C.

 Po trzech dniach zwolnienia, szedłem znowu do lekarza i ten powtórnie zwalniał mnie z pracy. Przy tym powiedział, że mam dystrofię ( niedożywienie) 2-go stopnia i że przyjdzie położyć mię w stacjonarze na trzy miesiące, jeśli ten stan nie polepszy się.

Zaznaczył przy tym, że zwolnienia więcej niż na 9 dni on nie może dać.

I wreszcie stało się to, do czego dążyłem przez cały miesiąc- zostałem przeniesiony do stacjonara na poprawę zdrowia na trzy miesiące.

       S t a c j o n a r-  z a k ł a d  l e c z n i c z y

W każdym łagrze był taki zakład leczniczy, w którym leczono zaburzenia odżywiania, powstałe  od słabego żywienia. Takie leczenie trwało przeważnie trzy miesiące, albo nieraz  i sześć miesięcy.

To zależało od poprawy – od przybycia na wadze pacjenta. Po każdym pobycie jednego miesiąca w stacjonarze ważono chorego. A po trzech miesiącach komisja badała i postanawiała co z pacjentem robić. Jeśli przybył na wadze, choćby 3 -4 kg, to go posyłała do pracy na zonę.

A jeśli chory nie przybył na wadze przez te trzy miesiące, pobyt jego w stacjonarze przedłużano jeszcze na trzy miesiące.

Po sześciu miesiącach już pacjentowi, choćby on i nie poprawił się, nie przedłużano leczenia. Pozostawiano go w zonie.

Jedzenie w stacjonarze było lepsze niż w brygadach.

Chleba otrzymywaliśmy po osiemset gramów , zupy i kasze były trochę lepsze- tłuściejsze. Cukru była ta sama porcja, którą dawali dla pracujących.

Całe szczęście dla nas, chudziaków – wycieńczonych do ostatnich granic  było to, że nas nie ganiano do pracy i dawano większą pajkę chleba- 800 gram.

 Leczenia żadnego innego nie było, oprócz odpoczynku na narach.

Właśnie ja, do takiego baraku- odpoczynku trafiłem.

O tym stacjonarze, ja długo marzyłem , bo nadchodziła okropna błotnista jesień , no i zima nie lepsza.

Oprócz odpoczynku w tym baraku, ja często chodziłem do pracy na kuchnię. Pomagałem tam obierać kartofle, myć naczynia kuchenne i sprzątać podłogę. Za te usługi otrzymywałem zapłatę – miskę kaszy , zupy i czasami kawałek ryby- tresoczki-  wątłusza- dorsza.

Spożywając swoją porcję wyżywieniową i dodatkowo w kuchni- ja prędko zacząłem poprawiać się.

Poczułem, że jeśli tak będę się odżywiał, prędko mogą mnie wypisać ze stacjonara.

A więc postanowiłem porcji chleba 300 gram nie jeść, a sprzedać ją.

Mój żołądek był zawsze pełny od tych zup i kasz, ale na wadze nie przybywałem. Postanowienie swoje realizowałem przez trzy miesiące.

Badałem swój ciężar każdego miesiąca i dochodziłem do wniosku, że na wadze przybywam bardzo powoli – po 300 -400 gram.

A wiadomym mi było, że jeśli za 3 miesiące nie przybędę co najmniej 3 -4 kg, ze stacjonara mnie nie wypiszą, a zostawią mię w nim jeszcze na 3 miesiące.

Kombinacja ta udała się.

Komisja uznała, że jeszcze muszę pobyć na leczeniu przez trzy miesiące.

Niezmiernie się cieszyłem z tego, że jeszcze będę odpoczywał i to w samą mroźną zimę.

W drugiej fazie mojego leczenia – odpoczynku- wziąłem się naprawdę leczyć- zjadać wszystko , co dawał stacjonar i kuchnia za moje usługi.

Ponadto zacząłem zaglądać i do swojej paczki, którą mi przysłała małżonka z Polski. Przysłała mi parę kilogramów cukru i mąki.

Był w paczce i czosnek , ale go w Moskwie wybrano- „ nie razreszajetsia” – ( niedozwolone).

Posiłki te, choć postne, ale dość obfite poprawiły moją kondycję.

Co miesiąc przybywałem na wadze po 2- 3 kg.

   Wreszcie minęły i te trzy miesiące.

Nadszedł koniec i ja musiałem pójść do pracy.

B y ł   t o  r o k  1 9 4 7

    Dni pracy po stacjonarze.

   Przydzielono mnie do brygady , która zajmowała się różnymi pracami w samym centrum miasta Mołotowsk. ( obecnie Siewierodwińsk)

W pierwszy dzień wygnano naszą brygadę na remont leżnikowki.

Wszędzie tundra, wiatr i to przenikliwie zimny, dmuchał tak silnie na tych polach , i ledwie można się było utrzymać.

Z wielkim trudem minął ten dzień.

Inny dzień był nieco lżejszy.

Pracowaliśmy przy oczyszczaniu brudów różnych toalet radzieckiej inteligencji – przeważnie leitenantów. Oddawali oni dług przyrodzie tam, gdzie znajdował się już dach na nowo postawionych domkach. Praca ta nie była męcząca, ale wstrętna.

Gdy trochę pocieplało na dworze, zaczęto nas uczyć, jak trzeba robić dachy na nowych  domkach fińskich . A więc siedziałem często na dachu i układałem – szyfier- obonit.

Praca ta nie była trudna i dość przyjemna.

Mogłem napatrzeć się na tundrę ciągnącą się setkami kilometrów w trzy strony: południe, wschód i zachód. Na północy widać było fale Morza Białego.

Tundra- to błotnista przestrzeń, porośnięta drobną roślinnością- jagodami różnego rodzaju- robiła smutne wrażenie.

Trudno tu żyć.

Może za parę lat, gdy wybudują tu Mołotowsk i stocznie i zahuczą tu syreny, ockną się tutejsi mieszkańcy i życie stanie się weselsze i przyjemniejsze.

 O b y  t a k  b y ł o  !

      Na razie jest tak, że morduje się tu dziesiątki tysięcy ludzi wolnych i uwięzionych. Wszyscy są półgłodni, a pracować muszą i pracują, bo żyć  pragną.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 26). W łagrze – budowa Mołotowska ( obecnie Siewierdodwińska ) – na tundrze – przy kole podbiegunowym – nad Morzem Białym.


zdjęcie z Wikipedii – widok na Siewierodwińsk (gdy Jan brał udział w budowie tego miasta nazywało się Mołotowsk)

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

     Podczas sprawdzania personelu – więźniów przez naczelnika często padały dla humoru takie oto odpowiedzi:

Stacja?- Stanskaja Basznia.

Srok? ( wyrok ? )- piać Stalinowskich piatiletek.  ( „pięciolatki”  to  od 1928 roku nazwa planów gospodarczych ZSRR – w rzeczywistości oznaczały wielki głód, bo gospodarka była katastrofalna  ) 

Koniec sroka? ( koniec wyroku ?) – Prychod Trumana. ( żartowano, że gdy przyjdą Amerykanie – co było raczej nieprawdopodobne  –  w latach 1945 – 1953 Harry Truman był prezydentem USA  )

A do słów naczelnika konwoju: szag ( krok )  w prawo, szag w lewo- my dodawaliśmy  i niżej wwerd- strelajem.

Te humorystyczne dodatki podtrzymują nasz nastrój, chociaż konwojenci na szczęście ich nie słyszą, bo gdyby się dowiedzieli , toby izolatka ( tu oznaczała celę gorszą niż samo więzienie ) była pełna nas.

Za pół godziny byliśmy przed wrotami zony budowniczej, do której wpuszczają tylko za przepustką.

 Konwój oddał nas pod kierownictwo cywila – dziesiętnika. Ten zaprowadzał nas już na miejsce pracy.

Pokazał nam pagórek ziemi, z której będziemy wybierali  grunt do taczek i wieźli go do stoczni budującej się nad brzegiem Morza Białego o 50 m.

Wytłumaczył nam, że od ilości wyniesionej ziemi będziemy otrzymywali odpowiednią  ilość gramów chleba i kawy po obiedzie.

Kto wyrobi normę  na 100%- ten otrzymuje granbijke: tj . 650 gram chleba, 27 gram cukru, 500 gram zupy rano i na obiad, litr kawy wieczorem, ryby 60 gramów na obiad.

Kto natomiast wyrobi normę 115% , ten otrzymuje chleba 750 gram, 500 gramów kaszy ( naszej rzadkiej zacierki).

A jeśli kto wyrobi normę na 130-140 %, otrzymuje chleba 850 gram- a więc dużą pajkę. Największą pajkę otrzymują ci pracownicy, którzy wyrobią normę powyżej 150%.

 Brygadzista otrzymuje pajkę w zależności od procentów zarobionych ogólnie.

 A więc brygadzista stara się podganiać swoich robotników do wyrobienia jak najwięcej procentów.

Dziesiętnik określa ilość procentów za daną pracę, a już brygadzista rozdziela między swoich robotników procenty wg swojego uznania.

Uznanie to często zależy od łapówki, którą otrzymuje od członka brygady albo od sympatii do danego członka.

Niesprawiedliwości tu pełno, a więc i nienawiści moc.

Z tych rozgoryczeń robotników rodziła się zemsta: często takich niesprawiedliwych brygadzistów zabijano, gdy siedzieli w porze obiadowej przy ognisku. Walili toporem w głowę.

Gdy takie wypadki zaczęły się powtarzać coraz częściej- Stalin wydał prykaz, skazywać na śmierć tych zabójców.

To spowodowało, że w łagrach zapanował spokój.

Po tych paru słowach o niesprawiedliwości brygadzistów przystępuję znowuż do opisania prac, które myśmy wykonywali pod komendą kierownika robót.

Ułożyliśmy deski od swoich stanowisk pracy aż do miejsca wyładowywania ziemi z taczek. Otrzymaliśmy łopaty do ładowania ziemi do wózków- taczek na jednym kółku. Naładowaliśmy wózki.

I zaczęliśmy pchać , każdy po swojej kładce- desce.

Pcham i ja, ale co kilka kroków kółko taczki spada z deski. Stawiam je na deskę i znowu pcham. Kilka metrów przejechałem i znowu zjeżdżam z tej deski. No cóż, nie umiem utrzymać równowagi .

Takiej pracy – pchania taczek po dość wąskiej  desce nie wykonywałem przedtem. Jeśli coś woziłem taczką, to ją pchałem po twardym gruncie.

A tu, po tej ziemi nie jest możliwością, bo koło zapada się w błoto.

I stop!

Jeszcze kilka razy  spadała  taczka z deski , dopóki dopchnąłem ją do miejsca przeznaczenia. Drugą taczkę z piaskiem już było lżej pchać i mniej razy zleciała mi z deski.

Do pory obiadowej mocno się zmęczyłem, ale już nabrałem wprawy i po obiedzie robota poszła mi sprawniej.

Za osiem godzin pracy wywiozłem około 16 taczek, chociaż niepełnych. Inni z mojej brygady potrafili za ten czas zapędzić po 20-25 taczek i to napełnionych ziemią po brzegi. Tacy rekordziści otrzymają na pewno po 150 %, a więc pajkę 850 gram- a może nawet 950 gram chleba i proizwodstwiennoj ( gotowanej,  wodnistej  ) kaszy .

Ja chyba, będzie dobrze jak, otrzymam garantijkę  za swoją pracę.

Taki wynik nie zmartwił mnie , bo postanowiłem, że będę wykonywał zadania na 100% – nie więcej.

 300 gramów chleba dokupię sobie za gotówkę, którą już zarobiłem podczas spekulacji. ( opisałem handel odzieżą )

 W dni wolne,- wychodnyje- odpoczywaliśmy- .

 Ja jednak  często zgłaszałem się na ochotnika do pracy przy rozładowywaniu wagonów z rybą, albo tuleniami- fokami. Tam zawsze można było skombinować tłuszczu tiuleniego , albo parę rybek.

Przyniesiony tłuszcz w nogawkach spodni watowych przetapiałem w bańce sześcianej i przelewałem do butelki.

Stąd po łyżeczce wlewałem do zupy, lub kaszy, by były smaczniejsze i pożywniejsze.

Transportowanie piasku za pomocą  taczek, trwało około dwóch- trzech miesięcy.

Nauczyłem się i ja, jak prawidłowo ganiać taczkę, ale nie była ona nigdy nasypana do samych brzegów tak, jak to inni moi towarzysze czynili.

W czasie tej pracy, często zjawiali się u nas złodziejaszki – torbochwaty i żądali przejrzenia nam kieszeni i zabierali wtedy cukier zawinięty w szmatkę czy uszytą torebkę albo porcje chleba czy też szczyptę tytoniu.

Obserwowałem to zjawisko, jak obierali takiego zdrowego Litwina i on płakał, bo się bał postawić opór tym torbochwatom.

Pomyślałem, że torbochwaty zbliżą się i do mnie.

Nie pomyliłem się.

Podchodzą, zatrzymują taczkę i żądają pokazania tego, co mam w kieszeniach.

Natychmiast chwytam łopatę z taczki i pokręcam się z nią wokół siebie.

Odskakują i mówią: o kakoj srogi  staryk. ( na tle innych więźniów Jan był już niemłody – miał  prawie 40 lat )

A ja na to: „ ubiju, jeżeli podojdziecie bliżej ko mnie. „ .

Odeszli i już mnie więcej nie zaczepiali.

    U Łotyszów, Litwinów i Estończyków często oni robili „rewizję”.

W czasie obiadu ci szakale, często wyrywali z rąk chleb i uciekali.

Pewnego razu wychwycił mi 200 gramową pajkę chleba ze stołu i uciekał , a ja pędziłem za nim.

Dogoniłem go, ale pajki nie było- zjadł w biegu.

Dostał kilka boksów, ale pajki nie wrócił.

     Na tym proziwodstwie – budowie miasta stoczni i okręgu jednocześnie było nas więźniów około p i ę t n a s t u   t y s i ę c y oprócz cywilów.

Tu nie było obserwatorów, jak w zonie łagiernej, w łagrze- gdzie w dzień i w nocy obserwują, jak zachowują się więźniowie. Zaznaczam, że w zonie przebywają oni bez broni.

Na tej budowie były też więźniarki, które wykonywały takie same prace jak i my, mężczyźni. Parę miesięcy mieszkały one razem z nami w jednym łagrze, ale w innym baraku. Niektóre z nich pracowały w zonie w charakterze kucharek i praczek.

Potem oddzielono kobiety od mężczyzn. Zorganizowano dla nich osobne łagry.

Władza sowiecka doszła do wniosku, że wydajność kobiet i mężczyzn przy wspólnym pożyciu jest mniejsza.

A więc dokonali podziału na łagry żeńskie i męskie.

Ten podział jednak nie położył kresu między spotkaniami młodych kochających się par.  Przychodzili przecież do pracy do jednej i tej samej zony roboczej.

K o m u ż  b y ł a  w  g ł o w i e  t a  m i ł o ś ć ?

Komuż była w głowie ta miłość?

Była ona w sercach tych, którzy  nie pracowali i dobrze się odżywiali , otrzymując paczki od swoich rodzin. Takimi byli brygadziści no i Litwini, Łotysze i Estończycy. Ci ostatni otrzymywali z domu paczki – często 50 – kilogramowe. Pełno mąki, kaszy i tłuszczów. (  w tych krajach ludzie potrafili omijać nakazy Stalina dotyczące uprawy ziemi i hodowli bydła – dzięki temu nie doszło do dramatycznego spustoszenia kraju jak np. na Ukrainie )

Nie do miłości było tym, którzy cały dzień tyrali i żyli o pajce.

( teść opowiadał – bywało że kobiety proponowały seks za kromkę chleba, ale głodni nie mieli ochoty – wygasały zmysły )

Była w łagrze i jeszcze jedna grupa więźniów , których nazywano p r y m u s k a m i.

Oni, tworząc  grupki więźniów , strachem, groźbą przymuszali kucharzy, piekarzy do dawania im większej porcji chleba, kaszy, ryby.

Byli także inni, których  nazywano błatnymi – tj. otrzymującymi większe porcje przez protekcję.

Jak prymuski  tak i błatnyje , często byli karani za nieposłuszeństwo w wykonywaniu prac polowych. Sadzano ich do izolatek i zmniejszano porcję chleba z 650 gram do 450 gram. Tłumaczyli oni, że ich skazano na więzienie, a nie na roboty. Ganiano ich na roboty, ale oni tam nic nie robili.

Za czterema prymuskami  na robotę chodziło czterech konwojentów.

Takich to więźniów bardzo często przenosili z jednego łagru do drugiego.

U b r a n i e  w i ę ź n i a  w  l e c i e,  j e s i e n i  i  z i m i e.

Lato:

 Na głowie czapka z płótna prostego. Na plecach kurtka z płótna szarego. Spodnie z płótna siwego. Na nogach buciki  albo buty z płótna  szarego z podeszwą gumową.

Na plecach na bluzie naszyta łata kwadratowa o rozmiarach jednego decymetra, a na tej łacie numer więźnia podany przez władze obozowe – łagierne. Takaż sama łata z numerem jest przyszyta do prawej nogawki spodni. Prawda, że te znaki upiększają więźnia?. 

Widać z daleka  że to zakluczony.

Zima:

 Na nogi dają wojłoki, albo buty uszyte ze szmat z gumową podeszwą.

Na dolną część ciała spodnie watowe.

Na plecy ciałogrejka watowana i buszłat watowy – kurtka nieco dłuższa od ciałogrejki.

Na głowę dawali czapki – uszatki.

Na ręce otrzymywaliśmy rękawice, które trzeba było każdego dnia wychodnego cerować, kłaść łatę na łacie.

Jeszcze gorzej było z ciałogrejkami watowymi, które szybko zapalały się od iskier i niejednemu z nas wypalały się ogromne dziury, które trzeba było samemu latać.

Z obuwiem też mieliśmy niemało kłopotów.

Buty uszyte ze szmat , często jesienią albo wiosną rozmokły do tego stopnia , że nie trzymały się na nogach. Trzeba było te szmaty przywiązywać sznurami do podeszwy gumowych. A ponadto trudno te buty  było  wyciągać  z błota – gliniastej ziemi syberyjskiej

Prace na różnych obiektach

   Praca w zonie miasta Mołotowska nie była w jednym miejscu.

Rzucano naszą brygadę na różne obiekty.

Pracowaliśmy przy kopaniu rowów  do kanalizacji, wbijaniu słupów pod drewniane domki fińskie  zamiast robienia fundamentów . Domki te postawiono na tych słupkach. ( Rosjanie dostali je po II wojnie światowej od Finów w ramach reparacji wojennych –  Finlandia była związana  z Niemcami – Polska  w 1954 roku dostała część z nich jako „ dar” – do tej pory na warszawskim Jazdowie zachowało się kilka  – mieszkańcy walczą by je ratować – bo są już zabytkiem  a o innych opowiadała – koleżanka – wtedy młoda mężatka – mieszkała w jednym z takich na osiedlu studenckim na Jelonkach –i zimą budziła się  z przymarzniętymi do ściany  włosami – miała piękne, długie …)

Gdy tę pracę wykonywaliśmy późną jesienią , albo wczesną wiosną, odwiedzała nas szkolna młodzież przynosząc podarki nam swoje – drugie śniadanie , mówiąc:

„ proszu wziąć nasz buterbrot, my znajem, szto wy gaładaicie, a my kogda wierniomsia damoj , pokuszjem tam”.

Pewnego razu, gdy była śnieżna i zimna pogoda, ja i mój napornik, kopaliśmy rów w poprzek drogi. Nie było widać, jak koło nas przemknęły sanie i w nasz rów spadł bochenek chleba białego. Podniosłem go, podzieliłem się z towarzyszami. Jaka to była radość z tego powodu. Byli tacy ludzie, którzy współczuli naszej niedoli.

Nieraz w czasie przerwy obiadowej zachodziłem do domków , w których już żyli pracownicy cywilni. Zanosiłem im nazbieranego drzewa po zonie. Za to otrzymywałem kawałek chleba, albo garść kaszy- krup owsianych.

Pajki moje często traciłem przez „ karantijki  „. Często były mi dawane za to, że nie dawałem łapówki brygadziście. Kto miał na trzy dni karantijkę-  (co trzy dni wymierzano porcję  chleba) , ten nie otrzymywał w porze obiadowej kaszy 500 gram.

Niezmiernie trudno było przeżywać te 15- 20 minut gdy w kiszkach, w żołądku, było nieznośne ssanie połączone z boleścią.

Czasami te przykre pory obiadowe upływały mi na czytaniu książek, które przynosiła praktykantka na tych robotach.

O wiele lepiej upływał mi czas, gdy przeniesiono mnie do brygady , która pracowała przy rozdrabnianiu kamieni- kamniedrobiłka.

Od tego obiektu o sto metrów był sklep – magazyn, ale można było poprosić konwojenta, by kupił bochen chleba. Tak też i robiłem. Dawałem pieniądze konwojentowi , a on przynosił mi bochenek chleba. Za tego rodzaju usługę trzeba było także płacić. Nieraz prosiłem obywatela idącego do sklepu, żeby mi kupił bochenek chleba.

Pewnego razu szła pani w kierunku  sklepu – odziana w wytworny kostium i elegancko wyglądająca. Przeprosiłem ją, że zatrzymuję i proszę  o kupno chleba w sklepie. Powiedziała: „ K pożaleniu nie mogu etoj prośby spełnić, potomu, szto spieszu k bolnomu”.

A razu pewnego porosiłem chłopca szkolnego o przysługę. Zgodził się i przyniósł bochenek chleba. Za drugim razem tenże sam pacan, wziął pieniądze na kupno chleba, ale po wyjściu z magazynu na ganek, rozejrzał się i pomknął w inną stronę. Chyba dowiedział się od kogoś, że nam nie wolno wychodzić poza zonę.

W tej brygadzie- chociaż ciężka była praca- łupanie kamieni, rozbijanie, to jednak trochę pospekulowałem no i pajkę otrzymywałem większą.

Mojemu powodzeniu w tej brygadzie zazdrościli koledzy.

Mnie łupanie kamieni szło lekko.

Zrozumiałem, że łatwo jest rozłupać głaz, gdy się go ustawi umiejętnie – słojem do twarzy. Jedno, dwa uderzenia młotem i już ogromny kamień rozpadał się na części  dwie lub trzy. A te części już łatwo było rozłupać.

Rozłupane kamienie wrzucano do maszyny i tłuczono je na trzebionkę , którą odwożono już jako materiał do posypywania nowo wybudowanych dróg.

Po takiej dość ciężkiej pracy obiad zawsze smakował. Zjadałem z apetytem te duże pajki chleba i kaszę owsianą.

 Gdy tak spożywałem obiad, podszedł do mnie” cygan” – więzień z naszej brygady. Rozpytywał mię, skąd pochodzę i czym się zajmowałem na wolności.

Odpowiadając, zerknąłem za siebie, gdzie leżał buszłat z bochenkiem chleba i spostrzegłem, że chleb mój już poniósł jakiś kolega. Rzuciłem się za nim w pogoń. Dogoniłem, ale chleba już przy nim nie było. Schował za kamień. Pokazał mi, gdy go zacząłem okładać kułakami. Ale już jedna trzecia część była zjedzona. Jeszcze dostał ode mnie parę szturchańców. To był nędzny towarzysz niedoli – Turek. Namówił go do tej kradzieży tenże „cygan” , który prowadził ze mną rozmowę dla uśpienia mojej czujności.

Po przyjściu do baraku, znowuż go pobiłem, bo byłem od niego silniejszy.

W tym czasie, w czasie bójki, spostrzegł nas brygadzista- ruski diabeł – i ten tak mię obłożył kułakami , że długo odczuwałem ten ból w bokach.

Tenże sam „cygan” , o którym już wspomniałem, szukał u mnie w nocy pieniędzy. Wiedział, że mam je, ale odnaleźć nie mógł. Aż pewnego dnia zapytał mnie , gdzie ja chowam pieniądze. Odpowiedziałem – że „w żapie”- tj w dupie . On, że „ uwarował” u mnie i skorzystał z bochenka chleba i parą bielizny. Cóż, nie złapałem go za rękę, bo to zrobił w nocy, kiedy ja spałem .

U mnie pod łóżkiem walizka stała zamknięta. Trudno było schować coś do jedzenia od swoich złodziei. Ale kazano nam oddawać swoje walizki do przechowalni tzw. kapciorka.

Były to najczęściej skrzynki zbite z cieniutkich deseczek i miały zameczki. W kapciorku też były kradzione, chociaż miały numery przy zamku. Mnie także skradziono z przechowalni walizeczkę , którą kupiłem, gdy tylko znalazłem się w łagrze. To była rozpacz dla mnie. Meldowałem o tym naczelnikowi łagru. Ten zdjął z pracy tego „ kapciorszczyka”, ale walizki z całym moim bogactwem nie zwrócono mi.

Szczęściem jeszcze było dla mnie to, że pieniądze – jeszcze parę rubli było przy mnie.

To ogołocenie mnie doprowadziło do tego, że ja także zacząłem zdobywać kawałek chleba , gdzie tylko była jakaś możliwość. Kradłem wszystko, co nadawało się do jedzenia. Kradłem kartofle, które zdobywałem w ten sposób, że wyznaczany byłem do skrobania ich w kuchni. Brałem bez pozwolenia rybę, tłuszcz fok, gdy chodziłem na pracę- sortowanie . Nieraz znajdowali u mnie te produkty w nogawkach spodni. Nieraz też bito mnie za takie postępowanie. Ale to nie powstrzymywało mnie, gdy chciałem jeść ,  istnieć,  żyć.

c.d.n.

Śladami mojego Taty . Aresztowania i wywozy…losy brata mego Taty- Witolda

Wkrótce rozpoczęły się wywozy Polaków  w głąb Rosji.  Starannie zaplanowano kolejność wywożenia mieszkańców.

Losy polskich wojskowych są dobrze nam znane.

Równolegle zabierano urzędników i nauczycieli. Perfidne działania Rosjan zmierzały do ostatecznej eliminacji polskiej inteligencji. Mój wuj, Witold znalazł się w pierwszej grupie aresztowanych. Dotarłam do ośrodka informacji Karta. Znaleziono tam jedynie zapiski, że w 1940 roku został osadzony w więzieniu w Wilejce, pod Wilnem. O dalszych losach nic nie wiadomo.  Podobno rodzina posiada list człowieka, który po wojnie zamieszkał  w Anglii i był współtowarzyszem niedoli wuja Witolda. Sowieci sfingowali proces, ustawili świadków , którzy zeznawali, że wuj jest wrogiem władzy radzieckiej. Otrzymał wyrok 10 lat łagru. Podobnie było w przypadku tego znajomego , który napisał list. Razem wylądowali na katordze w głębi Rosji , w  okolicach Wiatki. Pracowali na budowie. Mimo, że  mieli wyrok jako więźniowie polityczni, byli więzieni z różnymi bandytami. W warunkach skrajnego głodu, każda kromka chleba była na wagę złota. Któregoś dnia, do mojego wuja podeszło dwóch bandytów i zażądali by oddał im swoją porcję. Odmówił, i wtedy zaczęli go kopać. Stracił przytomność i wówczas ci współwięźniowie  wdeptali go w błoto, które było przepastne w tych i nie tylko tych rejonach.  Jego kolega cudem ocalał i dzięki temu mógł po wojnie zdać relację  rodzinie.