Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 27 ). Plan uszkodzenia sobie nogi …. jesień 1946 …budowa Mołotowska


zdjęcie własne ….symboliczne dla mnie …. jak te samotne świerki wspinające się mozolnie na zbocze Skalitego , by nigdy nie dojść do szczytu, do światła – było życie wielu łagierników …

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

         Były momenty, że już na drugi dzień pracy układałem przebieg , by sobie nogę uszkodzić łomem żelaznym, by pójść do szpitala . Bałem się robić tego, bo mogłem zostać bez nogi. Ale już było postanowione.

Tylko szczęście, że wieczorem podano do wiadomości, że już jutro idę do pracy z inną brygadą. A więc nie potrzebuję zadawać sobie cierpienia.

Do postanowienia skaleczenia siebie doprowadziła mnie beznadziejna praca – zlecono mi dłubanie dziury w fundamencie domu piętrowego dla przeprowadzenia kanalizacji. Dochodziłem do rozpaczy, bo w tym  murze- fundamencie – nie dawało się zrobić  w ciągu całego dnia dziury większej niż wielkość  głębokiego talerza .

     Nadchodziła już j e s i e ń  1 9 4 6  r o k u.

Chociaż było nieco lżej w tej nowej brygadzie.

Jednak  siły  mię opuszczały i musiałem często chodzić do przychodni po zwolnienie. Pierwszy raz dostałem trzy dni zwolnienia , bo miałem już popuchnięte nogi. A więc była cynga- brak witamin. Na lekarstwo dał mi doktór garść żyta paszowego. Zjadłem go z apetytem, będąc już wolnym od pracy.

Do tej cyngi przyplątało się mocne osłabienie- dystrofia.

O godz. 16, jeszcze przed przyjściem brygady z pracy , odczuwałem ból głowy i podnosiła się temperatura do 37,5 stopni C.

 Po trzech dniach zwolnienia, szedłem znowu do lekarza i ten powtórnie zwalniał mnie z pracy. Przy tym powiedział, że mam dystrofię ( niedożywienie) 2-go stopnia i że przyjdzie położyć mię w stacjonarze na trzy miesiące, jeśli ten stan nie polepszy się.

Zaznaczył przy tym, że zwolnienia więcej niż na 9 dni on nie może dać.

I wreszcie stało się to, do czego dążyłem przez cały miesiąc- zostałem przeniesiony do stacjonara na poprawę zdrowia na trzy miesiące.

       S t a c j o n a r-  z a k ł a d  l e c z n i c z y

W każdym łagrze był taki zakład leczniczy, w którym leczono zaburzenia odżywiania, powstałe  od słabego żywienia. Takie leczenie trwało przeważnie trzy miesiące, albo nieraz  i sześć miesięcy.

To zależało od poprawy – od przybycia na wadze pacjenta. Po każdym pobycie jednego miesiąca w stacjonarze ważono chorego. A po trzech miesiącach komisja badała i postanawiała co z pacjentem robić. Jeśli przybył na wadze, choćby 3 -4 kg, to go posyłała do pracy na zonę.

A jeśli chory nie przybył na wadze przez te trzy miesiące, pobyt jego w stacjonarze przedłużano jeszcze na trzy miesiące.

Po sześciu miesiącach już pacjentowi, choćby on i nie poprawił się, nie przedłużano leczenia. Pozostawiano go w zonie.

Jedzenie w stacjonarze było lepsze niż w brygadach.

Chleba otrzymywaliśmy po osiemset gramów , zupy i kasze były trochę lepsze- tłuściejsze. Cukru była ta sama porcja, którą dawali dla pracujących.

Całe szczęście dla nas, chudziaków – wycieńczonych do ostatnich granic  było to, że nas nie ganiano do pracy i dawano większą pajkę chleba- 800 gram.

 Leczenia żadnego innego nie było, oprócz odpoczynku na narach.

Właśnie ja, do takiego baraku- odpoczynku trafiłem.

O tym stacjonarze, ja długo marzyłem , bo nadchodziła okropna błotnista jesień , no i zima nie lepsza.

Oprócz odpoczynku w tym baraku, ja często chodziłem do pracy na kuchnię. Pomagałem tam obierać kartofle, myć naczynia kuchenne i sprzątać podłogę. Za te usługi otrzymywałem zapłatę – miskę kaszy , zupy i czasami kawałek ryby- tresoczki-  wątłusza- dorsza.

Spożywając swoją porcję wyżywieniową i dodatkowo w kuchni- ja prędko zacząłem poprawiać się.

Poczułem, że jeśli tak będę się odżywiał, prędko mogą mnie wypisać ze stacjonara.

A więc postanowiłem porcji chleba 300 gram nie jeść, a sprzedać ją.

Mój żołądek był zawsze pełny od tych zup i kasz, ale na wadze nie przybywałem. Postanowienie swoje realizowałem przez trzy miesiące.

Badałem swój ciężar każdego miesiąca i dochodziłem do wniosku, że na wadze przybywam bardzo powoli – po 300 -400 gram.

A wiadomym mi było, że jeśli za 3 miesiące nie przybędę co najmniej 3 -4 kg, ze stacjonara mnie nie wypiszą, a zostawią mię w nim jeszcze na 3 miesiące.

Kombinacja ta udała się.

Komisja uznała, że jeszcze muszę pobyć na leczeniu przez trzy miesiące.

Niezmiernie się cieszyłem z tego, że jeszcze będę odpoczywał i to w samą mroźną zimę.

W drugiej fazie mojego leczenia – odpoczynku- wziąłem się naprawdę leczyć- zjadać wszystko , co dawał stacjonar i kuchnia za moje usługi.

Ponadto zacząłem zaglądać i do swojej paczki, którą mi przysłała małżonka z Polski. Przysłała mi parę kilogramów cukru i mąki.

Był w paczce i czosnek , ale go w Moskwie wybrano- „ nie razreszajetsia” – ( niedozwolone).

Posiłki te, choć postne, ale dość obfite poprawiły moją kondycję.

Co miesiąc przybywałem na wadze po 2- 3 kg.

   Wreszcie minęły i te trzy miesiące.

Nadszedł koniec i ja musiałem pójść do pracy.

B y ł   t o  r o k  1 9 4 7

    Dni pracy po stacjonarze.

   Przydzielono mnie do brygady , która zajmowała się różnymi pracami w samym centrum miasta Mołotowsk. ( obecnie Siewierodwińsk)

W pierwszy dzień wygnano naszą brygadę na remont leżnikowki.

Wszędzie tundra, wiatr i to przenikliwie zimny, dmuchał tak silnie na tych polach , i ledwie można się było utrzymać.

Z wielkim trudem minął ten dzień.

Inny dzień był nieco lżejszy.

Pracowaliśmy przy oczyszczaniu brudów różnych toalet radzieckiej inteligencji – przeważnie leitenantów. Oddawali oni dług przyrodzie tam, gdzie znajdował się już dach na nowo postawionych domkach. Praca ta nie była męcząca, ale wstrętna.

Gdy trochę pocieplało na dworze, zaczęto nas uczyć, jak trzeba robić dachy na nowych  domkach fińskich . A więc siedziałem często na dachu i układałem – szyfier- obonit.

Praca ta nie była trudna i dość przyjemna.

Mogłem napatrzeć się na tundrę ciągnącą się setkami kilometrów w trzy strony: południe, wschód i zachód. Na północy widać było fale Morza Białego.

Tundra- to błotnista przestrzeń, porośnięta drobną roślinnością- jagodami różnego rodzaju- robiła smutne wrażenie.

Trudno tu żyć.

Może za parę lat, gdy wybudują tu Mołotowsk i stocznie i zahuczą tu syreny, ockną się tutejsi mieszkańcy i życie stanie się weselsze i przyjemniejsze.

 O b y  t a k  b y ł o  !

      Na razie jest tak, że morduje się tu dziesiątki tysięcy ludzi wolnych i uwięzionych. Wszyscy są półgłodni, a pracować muszą i pracują, bo żyć  pragną.

c.d.n.

2 Replies to “Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 27 ). Plan uszkodzenia sobie nogi …. jesień 1946 …budowa Mołotowska”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *