Na medycznej ścieżce. Z niewielkimi przygodami urodziłam drugą córeczkę.

Po zaliczeniu internatu, zgłosiłam się do Kliniki przeze mnie wybranej i tam zostałam przyjęta jako ciąża przeterminowana. Miałam już doświadczenie, bo tak było z pierwszym porodem. Rozpoczęły się przygotowania do wywołania porodu. I w końcu wyznaczono dzień, kiedy to znajdę się na porodówce , założą mi kroplówkę i będziemy czekali na efekty. Leżałam na twardej leżance, a moja córeczka fikała w brzuchu  koziołki, nie miała zamiaru ustawić się główką do dołu, bano się , że wypadnie rączka lub nóżka i będzie kłopot. Wobec tego zalecano leżenie na wznak, co było straszliwą udręką. Dodatkowo zabroniono mi jeść, gdyż dalszy przebieg porodu mógł zadecydować o konieczności cesarskiego cięcia. Mijały godziny , stopniowo rozwijała się jakaś słaba akcja porodowa. Po południu odwiedzili mnie całą chmarą koledzy, którzy odbywali w tej klinice internat. Mieszkali w pomieszczeniach piwnicznych i chyba to miejsce działało na nich tak depresyjnie, że musieli się wzmacniać napojami procentowymi. Gdy więc nagle wpadli na porodówkę, wionęło świeżym podmuchem ich oddechów, obsiedli moje łóżko i chcieli jakoś pomagać. Ja poprosiłam o kawałek suchego chleba, gdyż mimo cierpień po prostu umierałam z głodu. Przynieśli mi chyłkiem swoją kolację, którą połknęłam najszybciej jak mogłam a w tym czasie koledzy zagadywali położną, żeby nie zauważyła mojego przestępstwa.

Poczułam się  od razu lepiej, ale za to nagle wystąpił drugi okres porodu, który u mnie przebiegał jak nawałnica, po prostu huragan. Skurcze parte mojej macicy były gwałtowne i zjawił się lekarz, który przykazywał, bym je wstrzymywała, bo rozwarcie szyjki jest jeszcze niewystarczające. Jednak czy komuś udało się wstrzymać tsunami. Mnie się nie udało i wkrótce, po 13 godzinach całości wydarzenia, wyskoczyła Ewa, decydując się w ostatniej chwili na skok na główkę, cała zdrowa i rozwrzeszczana. Ja tak popękałam, że zlitowali się nade mną i uśpili do szycia. Na szczęście mój przepełniony żołądek stanął na wysokości zadania i cierpliwie utrzymał zawartość w czasie znieczulenia.

Ewa nie była planowaną córką. W ogóle ta ciąża nie była planowana. Ale jeśli już kolejne dziecko, to uważaliśmy zgodnie, że tym razem będzie to chłopiec i otrzyma imię Marcin. Podobnie było też z pierwszym dzieckiem. Imię dla dziewczynki nie było wybrane, chciałam, by nazywała się Marta, ale odwiedziły mnie koleżanki, m. in Jola o której już pisałam, które autorytatywnie stwierdziły, że Marty są nieszczęśliwe więc moje dzieciątko  powinno się nazywać Ewą. Mnie właściwie było wszystko jedno, cieszyłam się, że jest już na świecie, cała i zdrowa.

I jesteśmy zadowoleni, że została Ewą, myślę, że ona też. Pasuje do niej, do tego wulkanu energii i wiecznej pierwotnej młodzieńczości, mimo, że w grudniu tego roku ukończy 42 lata.

 

Na medycznej ścieżce. Druga moja ciąża…

  Na szóstym roku byłam znowu w  ciąży. Justyna miała wtedy zaledwie 6 miesięcy. Gdy powiedziałam o tym fakcie koleżankom z roku, od razu napadły na mnie , bym tę ciążę usunęła. W tamtych czasach takie zabiegi były popularne i nie budziły takich emocji jak dzisiaj. Nie było badań USG, więc nikt nie widział jak wygląda płód kilkutygodniowy, który był  zabijany w ramach aborcji. Ale ja chciałam mieć dużą rodzinę i nie dopuszczałam myśli o przerwaniu ciąży. Kiedy poszłam do ginekologa studenckiego i ten potwierdził fakt, że jestem w ciąży towarzyszyła mi Teresa Mroczek- obecnie Babiasz i ona pierwsza i jedyna spośród koleżanek rzuciła mi się na szyję i szczerze się cieszyła . Dla nas to też była radość, i nie zastanawialiśmy się nad tym, jak to dalej będzie z dwójką maleńkich dzieci i ich matką studentką

Na medycznej ścieżce. Pierwsi znajomi w warszawskiej Akademii Medycznej.

 

Mój pierwszy Sylwester w Warszawie. Jesteśmy w Krokodylu. Od lewej fragment Jolki, Anka Brczak, Maciek W. i my

 

 

 

W 1968 roku rozpoczęłam nowy rozdział życia- małżeństwo i przeniesienie z Poznania do warszawskiej Akademii Medycznej. Właśnie rozpoczął się IV rok studiów , gdy już na pierwszym wykładzie przysiadły się do mnie dwie  koleżanki. Była to skromnie i gładko uczesana Jolka Chmielewska( potem Wanatowicz a potem Zdanowicz) i Baśka Lubaszewska. Wypatrzyły mnie w tłumie ludzi z roku i przygnały by się dowiedzieć, skąd przybyłam i w ogóle kim jestem.

Może wypatrzyły mnie dlatego, bo miałam bardzo ładną sukienkę.

O sukience muszę teraz napisać, bo była tego warta. Proszę wybaczyć tę dygresję.

A było to tak. Gdy wyszłam za mąż, Mama uznała, że powinnam posiadać jeszcze jakieś ciuchy poza ciemnozieloną koszulą frotte. Jak już pisałam wcześniej zupełnie nie dbałam o stroje. I teraz Mama postanowiła trochę mnie odziać.  Mieliśmy wówczas znajomą, panią Gorską, która prowadziła sklep z dewocjonaliami  w Gorzowie przy ul. Hawelańskiej.   Mama uczyła jej synów, którzy chyba teraz są stomatologami w Gorzowie. Ta pani miała rodzinę w Szwecji i często tam wyjeżdżała. Kiedyś Mama poprosiła panią Gorską o przywiezienie stamtąd jakiegoś materiału i ew gotowego ciuszka.  Wówczas to otrzymałam dwie garsonki, które uszyła krawcowa gorzowska pani Szczepańska oraz sukienkę ze świetlistoszarej  wełnianej dzianiny . Była prosta, a w poprzek w okolicy biustu  miała stonowany , ale barwny szeroki  wzór, nazywany kiedyś norweskim. Ta sukienka była naprawdę bardzo ładna i nic dziwnego, że przyciągała moje koleżanki.

Znajomość a w pewnych okresach nawet przyjaźń z Jolką przetrwała do tej pory. Mirek bardzo polubił Jolkę a nawet jej ówczesnego narzeczonego Maćka W.    

Potem  dołączyła do nas para z naszego roku-  Anka Brczak i Igor Polański.  Anka miała urodę Japoneczki i cerę jak najwyższej klasy porcelana. Igor był niski, rudowłosy z brodą rudą także i wydawał się przybyszem z innych stron. Byli pięknie zakochani , pobrali się po studiach i przetrwali w tym związku do tej pory. Zostali ginekologami, mają dwóch synów. Kontaktu z nimi nie mam i nie poszukuję. Byli epizodyczną znajomością na mojej drodze.

Jednak w roku 1968, 1969 w tym towarzystwie spędzaliśmy z Mirkiem sporo fajnych chwil.

Na załączonym zdjęciu od strony lewej niewielki fragment Jolki, Anka, Maciek i my.

Jest to nasz pierwszy sylwester w tym gronie, a mój pierwszy w Warszawie. Urzędujemy w piwnicy Krokodyla, lokalu na Rynku Starego Miasta . 

Młodość i uroda aż bije z tego zdjęcia.

Oczywiście oceniam nas z perspektywy minionych ponad 40 latJ.

Przecież wtedy tak się nie myślało o sobie, wszystko było fajne ale przyjmowaliśmy naszą młodość w sposób naturalny,  nie zastanawiając się nad  tym jedynym, niepowtarzalnym okresem w życiu…..dopiero teraz przyszła świadomość, że  już wszystko” przeminęło z wiatrem”…

 

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Bogdanek.

      Bogdanek J. był niewysokiego wzrostu, energiczny i sympatyczny. Miał  ładną  śniadą  skórę, ciemne bystre oczy. Lubiłam go, mimo, że jako chłopak nie budził mojego zaciekawienia.

Od pierwszych dni studiów zajmował się adorowaniem dziewczyny z naszego roku, ale z innej grupy , która należała do tzw. wyższych sfer.

Bo po pierwsze była poznanianką i chyba miała w rodzinie kogoś ważnego w  świecie medycznym.

Już kiedyś pisałam, że ta grupa trzymała się razem, znali się już wcześniej i nawet nie próbowaliśmy się z nimi przyjaźnić, bo wydawali się zarozumiali.

Ale może tak naprawdę nie było, tylko tak ich postrzegaliśmy.

Gdy z jakiegoś powodu pojawiłam się na chwilę wśród dawnych kolegów na początku 4 roku studiów, byłam już  po ślubie  i  z decyzją przeniesienia się do Warszawy, od razu koledzy mi donieśli,  że Bogdanek jest wolny, bo właśnie rozstał się  ze swoją dziewczyną. Pamiętam, że staliśmy wszyscy na dziedzińcu Anatomicum, gdy zjawił się Bogdanek i zaczął ze mną żwawo rozmawiać, pusząc się niby kogucik.  Dostrzegłam jakby zainteresowanie w jego oczach, ale bez słowa pokazałam mu swoją dłoń. Zapytał dlaczego pokazuję mu rękę- wskazałam na obrączkę i powiedziałam, że to jest obrączka –  bo pierścionek był ozdobny, rzeźbiony i ze srebra, wyglądał nietypowo , więc mógł budzić wątpliwości. I wtedy Bogdanek spochmurniał , popatrzył spode łba rozczarowany i wyraźnie zniechęcony a po chwili odszedł.

Oczywiście już go potem nigdy nie spotkałam. Ale pozostał w mojej pamięci jako fajny kumpel…

Nie ma jak przyjaciele.

 

Wszystko splata się wg jakiegoś centralnego niebieskiego planu.

Im dłużej żyję, tym coraz częściej dochodzę do takiego wniosku.

No na przykład mój powrót do Gorzowa. Niespodziewany, wcale nie upragniony. Przypadkowy nieomal.

Wedzia ( czyli wnuczka Weronika) namówiła mnie by zakupić laptop, potem łącze internetowe, a następnie  zapisała mnie do Naszej Klasy. Ot, była taka moda, ja na emeryturze, więcej wolnego czasu. Czasu bardzo cennego, bo przeznaczonego wyłącznie dla siebie. Przez całe moje dość intensywne życie nie miałam takiej okazji i teraz cieszyłam się tym własnym, wolnym czasem jak dziecko pierwszą zabawką.

Gdy już się znalazłam w portalu Nasza Klasa pomyślałam do dawnych kolegach. Oczywiście poszukiwania rozpoczęłam od czasów licealnych, gorzowskich. Znalazłam kilka osób, napisałam maile. Odpowiedzieli.

I czułam , jak powoli wsysa mnie moja przeszłość. Ożywa , pulsuje i wzywa do konfrontacji. Konfrontacji tego co zapamiętałam, z rzeczywistością .

 

I właśnie dlatego przed czterema laty, po 40 latach nieobecności,  wróciłam do Gorzowa .  Spotkanie z kolegami ze szkolnej ławy było miłe, ale zresztą tak, jak w czasach szkolnych, co mnie stale zadziwia- ludzie których kiedyś lubiłam nadal byli bliżej niż ci, którzy kiedyś byli obojętni. Jednak z nikim nie znalazłam wspólnych, interesujących i porywających mnie tematów.

I wówczas  dowiedziałam się, że istnieje portal społecznościowy o nazwie Moje Miasto Gorzów( MM Gorzów). Na fali uruchomionych wspomnień i obudzonej z wieloletniego uśpienia  sympatii do tego miasta rozpoczęłam pisaninię do tego portalu. 

W tym też czasie zauważyłam grupkę znakomitych ludzi, których artykuły i komentarze wyróżniały się na tle innych.

Po nitce do kłębka, dążąc z dwóch przeciwległych stron- ja z okolic podwarszawskich a Oni z mojego Gorzowa, spotkaliśmy się na tej drodze. I okazało się, że  znajomość była trafiona, poważna i trwała . A nawet mogę powiedzieć, że posiada cechy przyjaźni.

Teraz nasze MM- kowe relacje trochę się rozluźniły, zresztą nasz portal zmienił swój charakter. Ale cóż się na świecie nie zmienia, panta rei….

Z większością nowych znajomych nie mam stałych kontaktów , ale wiem, że gdzieś są w świecie, działają w swoich blogach, innych portalach.

Ale o nich czasami myślę i odnoszę wrażenie, że wystarczy telefon lub mail i znowu mogę być z nimi blisko.

Najważniejszą Znajomością z tego okresu jest gonia. Pewnie jeszcze nieraz będę o niej wspominała, bo jest wspaniałym przewodnikiem – nie tylko prezesem klubu turystycznego  o melodyjnej i ciepłej nazwie „ Nasza Chata” ale też wielkim znawcą naszego wspólnego miasta- Gorzowa. Tak więc przy okazji moich powrotów do tego miejsca urodzenia, na pewno będzie o goni.

Dziewczyna to poważna , aktywna i niestrudzona w znoszeniu moich wahań nastrojów i stawiania mnie do pionuJ

Jestem Jej za to bardzo wdzięczna.

Jednym z wyrazów tego stawiania mnie do pionu jest przysyłanie mi zdjęć z Gorzowa , z cudnej bujnej przyrody podgorzowskiego krajobrazu oraz zdjęć mojej ulicy, pobliskiego najpiękniejszego na świecie wzgórza oraz  domu, w którym mieszkałam.

W ogrodzie michałowickim rośnie gorzowski kasztanek i lipka wyhodowane przez gonię i przez nią przytransportowane.

A także posiadam ekspozycję kamieni brukowych mojego starego Gorzowa, zbieranych przez tę niewielką Dziewczynę do plecaka i również dostarczonych do naszego domu. W ten sposób spędzam czas wśród fragmentów mojego miasta i nie mogę o nim zapomnieć co nie pozwala mi wpadać w mazowiecki marazm.

Oczywiście wszystkich zapraszam do oglądania tej ekspozycji i wspólnej zadumy nad tematem dowolnym….

 

Tak więc po tym przydługim wstępie pragnę zaprezentować ważne cechy mojej bliskiej Koleżanki.

O Jej szybkości i skuteczności działania  świadczą zamieszczone pod tym wpisem zdjęcia.

Otóż po przeczytaniu mojej opowieści o siostrze Babci- Oli i gorzowskim domu jej dzieci, tego samego dnia pognała na odległą od Jej miejsca zamieszkania ulicę i ów dom obfotografowała, nawet przez dziurę w parkanie.

 

Więc mogę teraz wrzucić tutaj za zgodą autorki te prawie gorące zdjęcia .

Miałam  jedynie pewne wątpliwości, do jakiego rozdziału przydzielić ten wpis i zdjęcia.

Ale ostatecznie zdecydowałam, że gorzowskie klimaty znajdą się w rozdziale zatytułowanym „ Powroty”

Może kiedyś moje wnuki i bliscy oraz dalecy znajomi zajrzą do tego miasta, bo naprawdę warto …..

Jeszcze raz dziękuję goni za chęci, wysiłek i ostateczny efekt – bliskie mi zdjęcia …..oto one

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gorzów ( dawny Landsberg). Skrzyżowanie ulic Drzymały i Borowskiego. Dom poniemiecki a potem siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej, jej córki i zięcia- Maryni i Władka Nowickich Obecnie mieszka tam Władeczek Heyda- prawnuk mojej ciocio- babci.