Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 10 ). Wspomnienie o Teresie Gawrońskiej.

Kochani !

Jeśli Ktoś z Was już tu zajrzał wczoraj, może się zdziwić, że dołączyłam do Leszka.

Wybaczcie Wszyscy.

Miałam zamiar zostawić Go samego z tą opowieścią, ale obudziłam się rano z postanowieniem, że nie mogę. To nic, że ta „ kartka „ z Leszkowego pamiętnika jest długa, ale chcę Mu towarzyszyć. To jak spotkanie i wspólny spacer pod rękę – jakże inny niż samotność – teraz to doceniam. Albo jak intymna rozmowa wieczorową porą i bliskość i opowiadanie o sobie i swoich bliskich …rozmowa ….

Dziwnym zrządzeniem Losu tu się spotkaliśmy – Mariolka, Jurek, Ty Leszku i ja. Zadziwiające jak bardzo jesteśmy do siebie podobni – mamy tę samą potrzebę rozmowy –  o sobie, swoich losach i o Kolegach , szczególnie tych, którzy przedwcześnie nas opuścili – zapamiętaliśmy tych samych ludzi  – pomimo licznego roku. I chcemy utrwalać pamięć , by Ci którzy odeszli nie rozpłynęli się w niebycie – właściwie żyjący tylko w naszej i swoich Bliskich pamięci – by istnieli dalej . I czuję radość, że wróciłam do Was i  widzę  że te nasze  trzy pierwsze lata na wspólnej uczelni ( potem wyjechałam )  – Akademii Medycznej w Poznaniu stały się tak intensywne i tak dla nas Wspólne i że mogę za pośrednictwem tego blogu te nasze wspomnienia wysyłać w wirtualną przestrzeń ocalając od zapomnienia ….

O Teresce – tragicznie zmarłej w młodości naszej koleżance –  rozmawialiśmy już od pewnego czasu – a właściwie od momentu  naszego powtórnego spotkania po 50 latach  –  Leszek z czułością, Jurek , z męską oceną , że piękna, silna, zdecydowana , zawsze z planem na życie a jednocześnie z głosem w którym była i stal, szkło i aksamit.  Nigdy nie byłam z Nią blisko – ale mam Ją stale w oczach – bo była  zjawiskowej urody –  krucha i właściwie przezroczysta – z bardzo jasną karnacją i półdługimi prostymi włosami w kolorze nici babiego lata – blond ale z jakimś światłem –  jawiła się jak istota nieziemska  – jak Anioł będący tu tylko na chwilę ….. i tak też było …..

Leszek już dawno napisał o Niej Wspomnienie , i tak jak ja swoje opowieści – wysłał koleżance z roku – Irenie, która przygotowuje wersję papierową naszych pamiętników . Nie wiem dlaczego przed rokiem też dostałam od Niego ten tekst. Czytałam ze wzruszeniem, bo tyle w nim było ciepła i osobistego zaangażowania. Gdy teraz, po przeszło roku od odnowienia naszej znajomości przyszła pora na zamieszczanie pamiętników w tym blogu –  okazało się, że nikt z nas, tu piszących tego tekstu nie ma. Wszystkim zaginął w starych laptopach. Prosiliśmy Irenę, by nam wysłała tę pierwotną wersję  , ale odpowiedziała, żebyśmy szukali w „ chmurze”. Więc poszukaliśmy ……

Leszek wpatrując się w chmury , odnalazł tę właściwą i w różnych pociągach angielskich – bo stale podróżuje wykonując operacje plastyczne w wielu miastach w Anglii – od czasu lata spisywał swoje wspomnienia po raz drugi . I jak każda wersja poprawiona i uzupełniona – ta jest  znakomita …..znacznie lepsza niż poprzednia, którą dobrze pamiętam. Oddaję Ci głos Leszku – opowiadaj ….   

Uwaga: jest to druga uzupełniona wersja o Teresce. Proszę Irenę, by wycofała poprzednią, choć zgadza się w zarysach.

             Egzamin wstępny zdawałem w sali Anatomii Patologicznej na Przybyszewskiego. Nie bałem się. W końcu same piątki ze wszystkiego i tylko 4 z matematyki przez potwierdzoną pomyłkę  w zadaniu, w Dąbrowszczaku w Kutnie.  Nie miałem komu dotychczas się tym pochwalić i jak widać lubię dobrze mówić o sobie, zwłaszcza, że u dzieci mam opinie repetenta, bo powtarzałem drugą klasę Szkoły Muzycznej w Kutnie. Będzie z tego historia o ksywie „Krowa”.

Zaliczyłem jeszcze kurs przygotowawczy na WySRolu. ( czyli Wyższej Szkole Rolniczej na poznańskich Winogradach – przyp. Z.K. )

Egzamin wstępny to konsekwencja poprzednich decyzji. Trzeba dać z siebie wszystko.

Biologia to niewiadoma, rosyjski lubiłem jak i niemiecki i angielski na które Mama mnie posyłała. Mówiła, że trzeba znać języki sąsiadów, wrogów i przyjaciół. Sama znała  francuski i niemiecki. Ojciec tylko niemiecki. Zgadnijcie o kim myślała po pobycie w obozach koncentracyjnych i jako nauczycielka historii zmuszona omijać milczeniem prawdę w  tamtej „świetlanej” rzeczywistości? . Zadania z fizyki i chemii trzeba rozwiązać.

             W tłumie oczekujących  znalazłem się przypadkiem obok ślicznej blondynki. Takiej typowej, o jakich dziś się mówi „mądra jak blondynka”.  Naprawdę cała trzęsła się ze strachu co się rzucało w oczy bardziej niż u innych. Złapała mnie za ramię. Teraz już się nie przyznam – czy przypadkiem nie z chęci Jej poderwania nawet w tak krytycznej chwili – ale wtedy raczej w moim naturalnym odruchu chęci pomocy potrzebującym , pokazałem swoją spolegliwą (za Kotarbińskim)  stronę.  ( Leszek już kilkakrotnie wspominał, że w tak młodym wieku przeczytał wszystkie dzieła profesora Kotarbińskiego – przyp. Z. K. )

– Niech Pani się nie boi. Przecież przygotowywała się Pani przez całą szkołę średnią, zdała Pani maturę, zrobiła Pani wszystko żeby do egzaminu przystąpić i musi Pani zdać. Chyba trochę się uspokoiła.

– Na sali nie mogłem Jej znaleźć. Mimo własnych problemów ciągle szukałem Jej wzrokiem. Mi przeszkadzał jakiś facet, który i tak się nie dostał. Widocznie był krótkowzroczny bo ciągle pokazywałem mu moje odpowiedzi.  🙂 

„Biologia a medycyna”-  zabrakło mi czasu. Genetyka, budowa komórki, nauka zachowań i odruchów ( bez Łysenki!) , doświadczenia na zwierzętach… trans pisania. Chyba  nawet zdania nie dokończyłem z braku czasu.

           Po kilku dniach rozmowa. Siedziało kilku poważnych facetów, a ten najważniejszy w środku spytał się skąd jestem.” – Z Kutna”.  „-. A, to tam stoi ten słup milowy?”

A ja bezczelnie:  „Nie, proszę Pana. Słup milowy stoi w Koninie w połowie drogi między Gnieznem a Kaliszem. Postawił go komes Dunin za czasów Władysława Hermana”.

Wtedy nie skojarzyłem, dlaczego pozostali członkowie komisji odwrócili głowy i jakoś miny im się zmieniły. Ja bylem zbyt napięty. Więcej pytań nie było. Tak to stałem się lepszy od Pana Rektora Michalkiewicza o czym dowiedziałem się później.

          Z rodzeństwem i Rodzicami pojechaliśmy pod namiot nad Bug. Do najbliższego telefonu było ponad 5 kilometrów. W dniu ogłoszenia wyników poszliśmy całą piątką do Siemiatycz by od Stryjka dowiedzieć się  o wyniki. Poczta, międzymiastowa, słabo słychać  ale radosny glos mojego Ojca Chrzestnego:

„Jesteś przyjęty”  . Moje pytanie::”- A na którym miejscu?. ” I dumna odpowiedz: „-  na 21-szym” 

We mnie jakby strzelił piorun. Co? dopiero na 21-szym? co źle napisałem? A tylko pierwsza dwudziestka ma odebrać indeksy na podium Filharmonii. I mnie tam nie będzie! Wakacje popsute do samego końca.  🙂

           Po przyjeździe do Poznania pierwsze kroki do Collegium Maius .  Tłumek przed tablica i jest moja blondynka! Znów się cala trzęsie. Ja spokojny choć przybity podchodzę i pytam: – Może ja pomogę Pani się znaleźć ? Jak Pani się nazywa?” ” – Teresa Gawrońska, a Ty?” „- Leszek”. Ja zaczynam ciągnąć palcem od góry, Ona od dołu coraz bardziej zdenerwowana i trzęsąca. Jest! spotkaliśmy się w połowie.

          Jaka odmiana! Rzuciła mi się na szyje, zaczęła całować – „to dzięki tobie, Lechu”. a ja ciągle myślałem o swojej „klęsce”. – Poczekaj na mnie chwile, muszę wejść do Sekretariatu. „Tylko Lechu się pospiesz” – odtąd już  tak zawsze mnie nazywała.  W sekretariacie pytam, czy można sprawdzić jakie wyniki mam z poszczególnych przedmiotów. Można.. wszystko pięć, tylko fizyka cztery pada odpowiedź..

– A czy ja mogę zobaczyć swoją pracę z fizyki, bo chcę wiedzieć gdzie popełniłem błąd?

– A uciekaj mi smarkaczu i ciesz się że jesteś przyjęty” rozbawiona Pani sekretarka wyrzuciła mnie z pokoju.

Jeszcze bardziej przybity i z depresją wychodzę  w czarnym nastroju, Tereska czeka a ja zamiast zaprosić Ją do kawiarni, odprowadziłem na przystanek i pojechałem smutny w drugą stronę.

          Potem znaleźliśmy się w jednej grupie. Zawsze się denerwowała – ale gdy wymienialiśmy na anatomii spojrzenia, to już ani Kiersz, ani Woźniak nie potrafili Jej zniszczyć. Dobrze się przygotowywała, choć ja już nie miałem do Niej serca za to, ze była świadkiem mojej „klęski”.

Potem szalona anatomia z Zosią w Palmiarni i Andrzejem R i o Teresce już nie myślałem. Gdzie mi tam do tak pięknej kobiety. Ma na pewno wielu lepszych ode mnie wielbicieli.

Zresztą Zosia była na pierwszym miejscu. Konkretna, logiczna, z dobrą pamięcią i wyobraźnią. Dobrze mi się z Nią uczyło i nie myśleliśmy o „głupotach” bo nie było czasu.. Nie wyobrażałem sobie możliwości nauki z Tereską. Zosia była najlepszą partnerką!

            Tereska zawsze wydawała mi się taka uduchowiona, naiwna,  egzaltowana, błądząca w obłokach blondynka na której próbował się mścić najpierw Woźniak na anatomii, a potem pewnie i inni asystenci zwracający uwagę na Jej urodę. Na pewno nie miała lekko, ale milo mi myśleć, że w pewności siebie i racjonalnego rozpoznania swoich możliwości  pomogło spotkanie ze mną. O ile wiem, nigdy nie powtarzała żadnego egzaminu, ale wyglądała na zawsze zdziwiona. Typowa „blondynka” z wyglądu  i na pierwszy rzut oka jak to się dziś mówi. Była w rzeczywistości zaprzeczeniem tego epitetu.

           Gdy przez Olę  zmieniłem grupę ( o tym nieporozumieniu , hańbiącym  a po latach śmiesznym wydarzeniu Leszek opowiedział w poprzednich wpisach – przyp. Z. K. ) , widywaliśmy się rzadziej, ale ta nić porozumienia i wsparcia została. Po dyplomie wyszła za mąż za naszego starszego o rok Kolegę, z którym zresztą jakiś czas potem pracowałem u Wojnerowicza.  Mieszkali po sąsiedzku na Obozowej w domku, w którym potem mieszkała Ela Wojnerowicz z Andrzejem Pawlakiem.

           

        W czasie ciąży uporczywe wymioty ciężarnych. Dostała Dolargan, zapaść, tragiczne odejście. Bylem świadkiem tragedii Zdzicha M. A mnie też to mocno przybiło. Jakby wtedy skończył się okres studiów, który z Nią się zaczął..

 

    Tereska była piękną kobietą, jednocześnie życzliwą, otwartą, nikomu nigdy źle nie życzyła. Nie była w stanie. To nie było w Jej charakterze. Ja będę Ją pamiętał zawsze i chciałbym, by pamięć o Niej przetrwała.  Choć to już ponad pół wieku od kiedy Ją poznałem. Nie wiem gdzie jest pochowana. Chciałbym postawić dla Niej świeczkę.

 

Dla mnie Tereska była taka „anielska”. Nie wiem, dlaczego się wokół Niej nie zakręciłem. Walka z anatomią wspólnie z Zosią w Palmiarni doprowadziła nas w wyższe sfery wzajemnej fascynacji. Nie było czasu na romanse. Niestety także z Zosią. Ale byłem głupi! Po zawale i reanimacji w Kilonii u Profesora Hammelmanna w 32 roku życia zmądrzałem. Zdecydowanie za późno…

 PS : pisane w pociągach między Londynem, Birmingham, Norwich, Chesterfield latem 2018 roku.

zdjęcia własne

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 10 ). „Poznań przywitał deszczem”.

Jak już kiedyś pisałam, Mariola zostawiła mi ” wolną rękę” w redagowaniu i  nadawaniu tytułów poszczególnym częściom Jej pamiętnika. Oczywiście wszystko mogę poprawić, jeśli nie będzie odpowiadało.

Dzisiejszy tytuł przyszedł sam, bo zapowiadało się łzawo, ale jak w życiu bywa, po deszczu słońce, więc potem będzie już tylko lepiej …

Kiedyś  Mariolka napisała do mnie, że zagląda do mojego pamiętnika w blogu, gdzie m.in. opisuję swój poznański czas – właściwie tylko wspomnienie z dzieciństwa i trzyletni, wobec długości całego życia –  epizod, ale jakże ważny jakościowo –  studiów na Akademii Medycznej  a latach 1965 – 1968.  

I niedługo potem przysłała ten list, który kopiuję jak zwykle bez ingerencji w tekst, tylko pogrubiam czcionkę i nie mogę się powstrzymać od wstawienia  odpowiedniej „ buźki”, tam, gdzie temat przygnębiający lub miły. Mam nadzieję, że to mi wybaczasz, Mariolko  …

Maria J. Nowakowska w maju 2018 roku. To zdjęcie dostałam od Jurka, który nie tylko uwiecznił naszą Koleżankę, ale tworząc w messengerze Grupę , pozwolił na nasze spotkanie i tak piękny rozwój opowieści Marioli – tu zamieszczanych …

Teraz oddaję Jej głos  :  

Piszesz jaki pierwsze wrażenia miałaś z Poznania

ja przeprowadziłam się do tego miasta do 3 klasy  ogólniaka

pierwsza lekcja  z panią dyrektor

Hołoga była 8 w  dzienniku – byłam jasną blondynką, miałam gęste kręcone włosy spięte w  koński  ogon

pani dotarła do mnie przy czytaniu obecności i zaczęło się

         skąd jesteś ” Gniezno – no to pamiętaj że tu nie jest tak jak na prowincji

 jakie miałaś oceny z,,,

nie myśl że tu się dobre oceny daje za nieuctwo – w  Poznaniu trzeba się uczyć

i pamiętaj – ostatni raz tleniłaś sobie włosy i robiłaś trwałą – więcej ma się to nie powtórzyć !!!

na moje próby usprawiedliwienia się : nie bądź  bezczelna, nie przerywaj !!!

trzymała mnie na stojąco tak pytając i komentując aż do dzwonka  🙁

       Nie dziwisz się że Poznania nie lubiłam i bardzo prosiłam bym mogła wrócić do dziadków  do Gniezna i tam chodzić do szkoły

nie ulegli a i mnie się ułożyło w  klasie

ta pani nawet mnie z czasem polubiła, widziałam że bardzo starała się zmienić moją nieufność do siebie ale niewiele to dało

tak dalece że na studniówkę nie poszłam a wygoniona przez mamę  jeździłam tramwajami do ostatniego kursu 🙂

 w  klasie był wtedy Hirek Głowacki który  potem był z nami na roku i jako jedyny głośno odezwał się : co pani się jej czepia!

polubiłam go zaraz

Hirek miał buzię mocną, często się odzywał w  obronie innych aż w końcu musiał zmienić szkołę

spotkaliśmy się na studiach , teraz mieszka w Niemczech , jest ginekologiem i regularnie przyjeżdża na nasze zjazdy …na motorze ! 🙂

sprawdź

I jeszcze raz ten  uwielbiany przeze mnie kadr ze zdjęć w albumie Rodzinnym Marii J. Nowakowskiej, które mi przysłała . Oto Ona w opisywanych lub nieco późniejszych czasach. Co się czai w tym spojrzeniu ???. Częściowo poznajemy TO z Pamiętnika , ze sposobu narracji , zauważenia w tamtym – dziecięcym i wczesno młodzieńczym czasie –  i zapamiętania  ważnych wydarzeń życiowych, które teraz ” wyławia ze swej  dziurawej po udarze pamięci” – wielokrotnie  o tym pisała, co świadczy o  fantastycznym, nie zawsze spotykanym poczuciu humoru i dystansie do siebie  … 🙂

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej. Wstęp autorki bloga.

Kochani,  od dziś mam wielką przyjemność gościć w tym blogu moją Niezwykłą   Koleżankę z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, Wielce Szanowną i Poważaną panią doktor  Marię Jolantę Nowakowską, pediatrę, wieloletniego Ordynatora Oddziału Dziecięcego w Kępnie .  

Na marginesie tylko muszę dodać, że nie zapamiętałyśmy siebie nawzajem z czasów studenckich ( zresztą w Poznaniu studiowałam tylko przez 3 lata, o czym już w blogu wielokrotnie pisałam). Nasza znajomość i moja  fascynacja tą Dziewczyną  wybuchła nagle , zupełnie niespodziewanie. Ale po kolei.

Jeszcze niedawno, bo w maju tego roku,  Jurek Marcinkowski (JTM), którego pamiętnik  niedawno tu zamieściłam , napisał do mnie w kilku słowach ,  że nasz rok właśnie wraca z corocznego, odbywającego się od 25 lat zjazdu- wycieczki koleżeńskiej do Olsztyna i okolic i że siedzi w autokarze obok Marioli, z którą sobie mile gawędzi. Wprawdzie przebyła udar, ale jest w świetnej formie , choć twierdzi, że ma od tego czasu dziury w głowie.  Wtedy też  nic mi to nie mówiło- fajnie, że sobie gawędzą- a to ciekawe określenie, którego użyła też nie otworzyło we mnie żadnej klapki w mózgu- choć mi się spodobało. Bo spostrzegłam , że ma dystans do siebie i jakieś otwarcie na innych. Nie każdy tak ma. Bywa, że ludzie zamykają się w sobie, zwłaszcza po chorobie lub urazie. To, że wzięła udział w męczącej koleżeńskiej wyprawie też nie zapaliło we mnie żadnego światełka.   Nie kojarzyłam Dziewczyny. Obojętność, zamknięcie we mnie i tyle.

Potem , gdy  JTM stworzył ze swoich znajomych ( jak mówił , przypadkowo) grupę na Messengerze, zauważyłam, że jest tam też Mariola. Zapytałam więc Irenę, czy to Ta, z naszego roku- potwierdziła. Nadal zero zainteresowania z mojej strony. Mariola czasami się odzywała w Grupie, ja też coś wrzucałam. Było to raczej takie zwykłe ble- ble, jak kiedyś się mawiało. Ptaszki, kwiatki, niebo malowane stale inaczej. W mojej głowie, nieustannie krążył podtekst,  że wszystko to, co piękne na świecie to jest dzieło  Kogoś na górze i że jest celowo ułożone …Więc czasami wrzucałam taką myśl, która przechodziła w tym towarzystwie bez echa. Aż nagle…..stało się ….poczułam jak przysłowiowy grom z jasnego nieba” spadła” na mnie i zaistniała w moim życiu niezwykle intensywnie – Mariola,  do tej pory mi zupełnie obojętna . A stało się to za sprawą tego, co napisała , po moim lakonicznym –  wierzę w życie po życiu.  Poprosiłam o opowiedzenie. Po chwili dostałam tę krótką odpowiedź:

„No to było tak z udarem – zawsze byłam „ szkiełko i oko” a nie „ czucie i wiara” i nie wierzyłam w opowieści o zaświatach, a tu po udarze gdy byłam nieprzytomna, co wynikało z opowieści kolegów,  widziałam obok swojego łóżka szpitalnego wszystkich zmarłych kolegów i koleżanki ze szpitala- rysy znane ale przezroczyste- równo ubrani w jakieś zwiewne opończe, uśmiechnięci, ręce wyciągnięte po mnie dodawali mi otuchy- zaczęłam podnosić się by iść z nimi i spojrzałam na kolegę którego bardzo lubiłam ale nasze poprzednie , gdy jeszcze żył , rozmowy wyglądały na zaczepki. Widząc go teraz, też powiedziałam- odczep się nigdzie z tobą nie idę…Wtedy wszyscy uśmiechnięci odsunęli się w bardzo jasną świetlistą smugę- drogę . Gdy byłam w lepszej kondycji zaczęłam po raz pierwszy w życiu czytać o takich zjawiskach i wiele razy powtarzało się, że bliscy przeprowadzają na drugą stronę zmieniło mnie to trochę i nie jestem już taka ostro na NIE no i jeśli  tak jest   to nie ma się czego bać…………… „

Dotarło do mnie tak nagle, wyraziście,  jakby zobaczyła Anioła, że „stoję” przed  Świadkiem, jedynym jakiego znam, który dotknął Drugiej Strony Życia . Bo czytałam opowieści różnych ludzi, o podobnych doznaniach, które niektórzy tłumaczą zwykłym wytworem niedokrwionego mózgu .….a ja wierzę, że jest inaczej, że te opisywane przez wszystkich, którzy wrócili do naszego świata,  podobne doznania, obrazy i odczucia są prawdziwe , bo towarzyszyłam umieraniu trzech najbliższych osób, w domu- byłam przy Nich sama……ale to inna opowieść…..

            Teraz, po wielu mailach , które do mnie  napisała Mariola , wiem, że  jest  Osobą Pogodną, z Poczuciem Humoru, z dystansem do siebie , empatyczną i ma bardzo dużo do opowiedzenia. Pytana przeze mnie a  nawet nie-  wrzuca   historie ze swojego życia, które układają się w Pamiętnik – spisując je  na gorąco,  bo jak mówi-  otwierają się  klapki w Jej mózgu 🙂 trochę pozamykane przebytym udarem, ale też zwykłą naturalną ludzką-  często gdzieś ukrytą , przycupnięta, czekającą na ujawnienie- pamięcią zdarzeń…..

Dziękuję Ci, Mariolu, że pojawiłaś się w moim życiu i zechciałaś gościć tym blogu…..

Dziękuję też Jurkowi, bo  od Niego Wszystko się zaczęło i że jest  naszym Przywódcą  🙂

Zdjęcia własne.

 

 

Opowieści mojej Mamy. Wieczorne zajęcia w wynajętym pokoiku.

Mama razem z młodziutką koleżanką też nauczycielką , która przybyła tutaj z Ukrainy , zamieszkała w wynajętym pokoiku niewielkiej chałupki. Gospodarze byli dobrymi, gościnnymi ludźmi  i Mama czuła się tam dobrze.

W długie jesienne wieczory siadywały z koleżanką przy stoliku, na którym ledwie się tliła lampa naftowa, poprawiały prace domowe uczniów a w wolnych chwilach wyszywały. Ukrainka nauczyła Mamę wyszywać krzyżykami, i po wojnie w naszym nowym gorzowskim domu mogłam podziwiać prace Mamy. Były to serwety, serwetki, bieżniki a nawet cudny bardzo kolorowy kilim  wyszyty na bordowej aksamitnej tkaninie .

Podziwiałam kunszt i precyzję tych prac a także fakt, że Mama uratowała je z pożogi wojennej i przywiozła do Gorzowa.

 

Na medycznej ścieżce. Siły witalne mogą czynić cuda.

 Do interny, którą zdawałam w październiku 1970 roku  czasami  uczyłam się z Teresą Mroczek. Albo w jej mieszkaniu na Sadybie albo w naszym nowym jeszcze pustym mieszkaniu.

Teresa dobiła do naszego roku studenckiego po rocznym pobycie w szpitalach. Nie obyło się bez różnorodnych ciekawych powikłań o których opowiadała ze śmiechem. Ma niesamowitą pogodną naturę, co pozwala jej przetrwać straszliwe kataklizmy. Wstępnie rozpoznano u niej obustronny przerost nadnerczy .  W tamtych czasach możliwości diagnostyczne były niewielkie i endokrynologia była właściwie w powijakach. Była jedną z pierwszych pacjentek kliniki w Szpitalu bielańskim, gdzie rozpoczęto rozpoznawać tę  chorobę a następnie jedną z pierwszych pacjentek z takim rozpoznaniem, które operował prof. Nielubowicz. Dopiero po wielu latach zorientowano się , że pierwotną przyczyną był gruczolak przysadki, którą usunięto jej z dostępu przez nos, co było w Polsce operacją pionierską. Muszę przypomnieć, że w końcu lat 70 ubiegłego wieku nikt nie słyszał o tomografii komputerowej ani rezonansie magnetycznym.

Teresa przez całe życie musiała spożywać hormony i przysadki i nadnerczy. Tabletki te czasami nie zawierały w ogóle leku. Manifestowało się to m.in. spadkami ciśnienia tętniczego, wstrząsem i szeregiem straszliwych objawów. Teresa była żywym testerem leków Polfy, gdyż po jej objawach orientowano się, że z lekami coś nie jest w porządku. Rozpoczynano badania i okazywało się, że faktycznie serie leków są nieczynne.

W czasie, gdy się razem uczyłyśmy, wielokrotnie obserwowałam, że Teresa nagle zapadała się, traciłam z nią kontakt i wówczas gwałtownie ją potrząsając przypominałam, że pewnie zapomniała zabrać leki. Gdy zdołała połknąć swoje pigułki , po chwili wszystko wracało do normy.

Nie wychodzę z podziwu i radości, że pomimo tych wszystkich problemów, w roku 1981 urodziła syna. Opiekujący się nią profesorowie, bardzo pragnęli , żeby miała dziecko. Długo nie zachodziła w ciążę, ale Mirek przy każdym spotkaniu, mówił, że trzyma za nią kciuki. Byłam zniesmaczona jego brakiem delikatności, ale gdy po latach udało się, Teresa się zaśmiewała, że zaszła w ciąże przez kciuki Mirka. Chłopiec jest wspaniały, a Teresa z mężem i wielkimi plecakami wędrują po świecie.  Nadal pracuje, wybrała specjalność diagnostyki laboratoryjnej i jest specem w ocenie szpiku. Dzięki jej badaniom, rozpoznawane są różne schorzenia , w tym białaczka oraz możliwe jest monitorowanie efektów leczenia.

Kiedyś . przed wielu laty rozmawiałam z naszą wspólną koleżanką Heleną i wyrażałam niepokój o zdrowie Teresy. I wówczas Helena powiedziała znamienne słowa. Ty się martw o siebie, a nie o Teresę….

Teresa jest dowodem, jak wielka jest moc siły witalnej i pozytywnego myślenia.

Na medycznej ścieżce. Czasy warszawskie się rozpoczynają…

 Na innym wykładzie przysiadła się do mnie kolejna dziewczyna. Była średniego wzrostu,  bardzo pulchna , ale o delikatnej ładnej buzi i bystrych ciemnych oczkach. Zapytała, skąd się wzięłam itd. Opowiedziałam o sobie. Była to Helena Lenkiewicz. W tym czasie była już z Wojtkiem Muszyńskim, z którym zawarła związek małżeński na 6 roku naszych studiów.   Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i rozpoczęły się spotkania poza uczelnią. Bywaliśmy u siebie w domach,  w kawiarniach, teatrach. Wspólnie spędzaliśmy noce sylwestrowe. Nie zapomnę drugiego mojego sylwestra w Warszawie . Był to bal  w Urzędzie Rady Ministrów, przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie wtedy pracował Paweł, brat Mirka i w związku z tym miał możliwość załatwienia  biletów. Oczywiście był tam też i Paweł ze swoją żoną Grażyną. Już kiedyś opisywałam Grażynę, ale teraz ponownie o niej.  Była to dziewczyna oryginalnej urody o pięknie wykrojonych ciemnych oczach , przypominających oczy madonny ze  starych ikon. Zresztą nadal, mimo upływu lat i ostatnio trudnego życia zachowała tę zadziwiającą urodę, świetną dziewczęcą sylwetkę. Ubiera się w ciuchy młodzieżowe, z wysmakowywanymi dodatkami. Z przyjaciółkami biega na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, do kin i teatrów. Kilkakrotnie mnie zapraszała, bym uczestniczyła w jej życiu towarzyskim, ale jakoś nie mogłam się zebrać. Pewnie wrodzone lenistwo się  wtedy odzywało;-(

Wracam do tego balu.  W Urzędzie Rady Ministrów  było wytwornie, ale też bardzo zabawowo. Grał  świetny zespół i hasaliśmy tak, jak to tylko młodzi potrafią. W czasie jakiejś przerwy w tańcach, opadliśmy na krzesła konsumując znakomite wiktuały i popijając winko.

 I wtedy Wojtek patrząc rozmarzonym wzrokiem na bardzo pulchną Helenę, którą niedawno poślubił,  rzekł: Tyle tego i wszystko moje. Było to piękne i zapamiętałam na całe życie.

Jednak ich dalsze losy nie potwierdziły znaczenia tych znamiennych słów, bo po wielu małżeńskich latach doszło do ich rozwodu