Wczoraj pozwoliłam sobie śladem wielu uczestników mediów społecznościowych wrzucić do Instagrama (jako KlaraSzara0) i Facebooka (jako Klara Klon) swoje selfie. Dobre było światło i o dziwo po raz pierwszy w życiu uznałam że zdjęcie jest niezłe tzn. wyglądam nieźle pomimo bliskiego już terminu ukończenia 77 wiosny życia J. Dałam hasztagi trochę prowokujące: #życie #zapisane #na # twarzy. Na zasadzie „uderz w stół a nożyce się odezwą” w krótkim czasie pojawiały się przemiłe komentarze, z które Wszystkim dziękuję. Np. Małgorzata Jancelewicz napisała, jak przystało na dr stomatolog widząc szczegóły: „I oczy, jak u Demarczyk, w ,, Groszkach i różach”…
A najbardziej wzruszający jest komentarz krajana mojego Taty
i Brata z Rakowa – Yana Roslevskij’ego. Od razu poczułam tę wschodnią rzewność
liryczną, którą też czasem lokalizuję w swoim sercu i umyśle…. Yan napisał tak: „Życie ma to do siebie, że
przykłada dłuto do twarzy, ale nie do każdej, tylko do godnych tego dłuta”. Od
razu poczułam się wyróżniona Yanie, choć to oczywiście Twoja licentia poetica
jedynie J
„Zosiu, nigdy się nie
chowaj…. Dzisiaj dojrzałość jest piękna i jeszcze na dodatek trendy” napisała
Iga Borowska- Krajnik
Tak więc podzieliwszy się najnowszymi moimi doświadczeniami
dla przypomnienia nota biograficzna.
Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz ur. 28.09.1947 r. w
Gorzowie Wlkp. – Studia : Akademia Medyczna – obecnie Uniwersytety Medyczne:
w Poznaniu (1965- 1968) a następnie w Warszawie (1968- 1971).
Praca: lata 1971 – 1975 Przychodnia Rejonowa ZOZ Warszawa Żoliborz;
lata 1975 – 1981 Szpital im. Dzieci Warszawy ( zakaźny) ul. Sienna 60
Warszawa; lata 1981- 2004 Klinika Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego IP-
Centrum Zdrowia Dziecka, Warszawa, adiunkt, kierownik Poradni Nefrologicznej
przy tej Klinice – aktualnie emerytura. 2 stopnie specjalizacji z
pediatrii i doktorat 1991 r. – granty i liczne publikacje z
dziedziny nefrologia, choroby metaboliczne (zaburzenia gospodarki wapniowo-
fosforanowej, osteoporoza u dzieci).
Aktualnie wespół z prof. Jerzym T. Marcinkowskim, córką
Pauliną Rosińską- dr psychologii i synem Marcinem Konopielko –
neurochirurgiem i innymi autorami pisze recenzowane książki z zakresu szeroko
pojętej higieny. Zostały wydane: 1. Przewodnik po rozległych obszarach higieny
i epidemiologii, 2. Ponadczasowa misja higieny i epidemiologii, 3. Tatuaże. Gdy
ciało staje się tłem, 4. Modyfikacja ciała. Kręta droga od urody do znaczenia
po śmierci, 5. Higiena psychiczna w krajobrazach miejskich. Poszukiwanie triady
Witruwiusza: trwałości, użyteczności i piękna, 6. Tajemnicze bóle kręgosłupa,
7. Odpoczynek w panoramicznym spojrzeniu higieny psychicznej. Ponadto wiele
rozdziałów w monografiach redagowanych przez innych badaczy.
Pasje – fotografia; od 2011 roku prowadzenie
wielotematycznego bloga ( zapiski rodzinne, ścieżki edukacji, historia Szpitala
im Dzieci Warszawy, przyroda, ciekawe miejsca w Polsce, książki, własne
fantazje itd. ).
Pochodzenie –ojciec, Wacław szlachta kresowa tzw.
dworzanie, bliski krewny Marii Rodziewiczówny , inżynier dróg i mostów
–matka, Stefania, góralka beskidzka, nauczycielka –Brat, Zenon, dziennikarz,
literat, krytyk literacki.
Rodzina – od 1. 06. 1968 zamężna, mąż Mirosław mgr
inżynier, 4 dzieci ( ekonomista, inżynier, neurochirurg, psycholog),
8 wnucząt i jedna prawnuczka.
Zapewne każdy ma swoje ulubione
miasto, ale najstarszej autorce monografii (Zofii Konopielko) najbliższy sercu
jest Gorzów Wielkopolski, gdzie przyszła na świat i spędziła czas do uzyskania pełnoletności.
Dawny Landsberg rozkłada się na siedmiu wzgórzach, do których przytula się
wielka Warta. Autorka urodzona dwa lata po pospiesznym wyjeździe Niemców, już w
Gorzowie, doskonale pamięta postaci, które wtedy żyły, były oryginalne i
wpływały na klimat miasta. Zaskoczeniem było, gdy po przybyciu po ponad 40
latach mogła się z nimi „spotkać”, gdyż zostały zaklęte w metal małych
pomniczków, posadowione w ciekawych miejscach nie tylko zaskakują, ale
powodują, że człowiek się zatrzymuje, ogląda, rozmyśla, zadaje tej postaci i
sobie pytania i ostatecznie cieszy że warto żyć. Niewątpliwie powrót do takich
miejsc to nabranie siły do dalszych zmagań z rzeczywistością, przyczynek do
„przytulenia” myślami do gniazda rodzinnego w chwilach trudnych.
A oto wspomniane pomniczki osób
zapamiętanych za życia, poza oczywiście innymi majestatycznymi pomnikami osób
ważnych w skali kraju.
Najbarwniejszą postacią Gorzowa od
czasów powojennych do 1998 r., zagadkową, owianą legendami, które sam wokół
siebie tworzył, był kloszard z wyboru Kazimierz Wnuk (1914-1998). Znany
gorzowski literat Zdzisław Morawski nadał mu przydomek Szymon Gięty. Szymon Gięty zajmował swoje miejsce w przestrzeni
miejskiej wypełniając ją swoją żywotnością, inteligencją i ogromnym poczuciem
humoru. Bez Szymona G. szarobure w czasie PRL miasto byłoby jak motyl bez
skrzydeł. Szymon G. dawał wszystkim skrzydła, by zrywali się do lotu, wiedzieli
możliwość pokazywania swojej indywidualności bez zahamowań, wstydu – z czego
oczywiście korzystało niewielu. Bo Szymon Gięty był tylko jeden jedyny taki.
Kiedyś miasto oferowało mu mieszkanie
– dokładnie nie wiadomo, czy zrezygnował czy je zamienił na garaż, w którym
zamieszkał. Zdarzało się, że na gorzowskim Rynku ustawiał centralnie swój
wózek, czasami z budą – i w nim zasypiał.
Według opowieści jego siostrzenicy
przed wojną uczęszczał do Technikum Ogrodniczego w Warszawie, na rowerze
przemierzał okoliczne wsie i tworzył kroniki, opisując ciekawostki, malował też
dworki i kościoły. Ponoć trzy albumy jego prac spłonęły we wrześniu 1939 razem
z ginącą Warszawą[1].
Był człowiekiem który charakteryzował się niezwykłym poczuciem humoru,
inteligencją i oryginalnością, dzięki czemu zyskiwał powszechną sympatię. Najstarsi
mieszkańcy zapamiętali jego pierwsze wcielenie – przebrany w dziwaczny sposób w
wielkim kapeluszu o podziurawionym rondzie ciągnął wózek dziecięcy taki, jakie
były jeszcze w latach 50. XX w. – głębokie, z okienkami z boku. Potem pojawiał
się z wózkiem na kółkach. Widywano go też, gdy środkiem ulicy toczył przy
użyciu pogrzebacza metalowe koło, co zostało uwiecznione na pomniczku powstałym
w 2003 r. „Był wyjątkową osobowością. Do legendy przeszło wiele żartów Szymona.
Gorzowianie do dziś pamiętają, jak rozkładał w centrum swój namiot, by za
drobną opłatą pokazać znajdująca się w środku małpę. Zaintrygowani ciekawscy
wchodzili, by zobaczyć tam… swoje odbicie w lustrze (choć prawdziwą małpkę
też jakiś czas miał w swojej menażerii). Innym razem Szymon oferował zobaczenie
ptaków egzotycznych, czyli różnobarwnie pomalowanych wróbli”.[2] „Kiedyś
przebrał się za astronautę. Nawieszał na siebie świecących szpargałów, starych
lornetek i tak ustrojony wdzierał się pomiędzy manifestujących na pochodzach
pierwszomajowych. Innym razem sporządził pochwałę sportu. Zrobił z kabla motor,
usadził na nim także wykonanego z kabla żużlowca, do ręki wziął tablicę i nawet
przedefilował z tym majdanem przed główną trybuną. Gorzowianie byli zachwyceni,
a władza wściekła. Od tej pory milicja zawsze na 1 maja starała się go gdzieś
wywieźć poza miasto. Ale Szymon i tak zawsze zdążył wrócić i z wózkiem
wypełnionym szpargałami pochód zawsze zamykał”[3]. Zostało to
uwiecznione na wielu zdjęciach.
W Gorzowie można też wędrować śladami innych niewielkich
pomniczków. Jednym z nich jest siedzący w swojej łodzi na
brzegu Warty – jak przed wielu bardzo laty, tylko teraz zaklęty w spiż – Paweł
Zacharek, który przez ponad 20 lat przewoził łodzią mieszkańców na przeciwległą
do centrum miasta stronę Warty. Urodził się na barce, gdyż jego rodzice
zajmowali się transportem wodnym. Gorzów pokochał jeszcze w czasach
przedwojennych, gdy płynąc z rodzicami do Berlina, oglądał wypiętrzający się
malowniczymi wzgórzami ówczesny Landsberg. Gdy w 1964 r. odbudowano most
kolejowy, stracił klientów i został kapitanem żeglugi śródlądowej, pływając do
Europy Zachodniej. Teraz „odpoczywa” na brzegu Warty w swoim ulubionym
Gorzowie, siedząc na łódce, zaprasza strapionych, chętnie słucha ich opowieści
i pociesza mówiąc że życie jest piękne. To oczywiście dzieje się tylko w
wyobraźni któregoś mieszkańca zdolnego do takich przeżyć. Ale niewątpliwie
jest faktem, że to miejsce i to spotkanie daje „drugi oddech” w pędzie
cywilizacyjnym, a więc wspomaga higienę psychiczną. Ponieważ Gorzów jest znanym
miastem żużla – entuzjaści tego sportu mogą powędrować na spotkanie i „wymianę
poglądów” z legendarnymi żużlowcami jak Edmund Migoś „Mundek” czy Edward
Jancarz. Wędrując po mieście można zajrzeć, co obecnie „malują” jak kiedyś,
dwaj malarze tego miasta jeszcze landsberski Ernst Henseler i już gorzowski Jan
Korcz. Łagodne pejzaże pierwszego potrafią niektórym ukoić duszę, a innym – wzmocnić
siły witalne. Dla pocieszenia serca i oczyszczenia duszy wędrując po mieście,
można dotrzeć do pomniczka ks. Prałata Witolda Andrzejewskiego. Tyle pytań
można mu zadać, bo wszak był kiedyś aktorem – przez 6 lat starsze pokolenie
oglądało go na scenie, ale widywano go też w Katedrze. Wtedy niezmiennie, nagle
w półmroku, ukazywała się czarna, klęcząca, pochylona postać, zatopiona w
modlitwie, która okazywała się aktorem oglądanym przed kilkoma godzinami na
scenie. Po latach dotarła wiadomość że został księdzem… Był duszpasterzem
akademickim, ludzi pracy i środowisk sybirackich… Wiadomość ta dla osób, które
go pamiętały ze sceny, gdzie odgrywał też frywolne role, była swoistym szokiem,
choć już wtedy wyczuwało się niezrozumiałą dwoistość tej osoby. Jak różne są
meandry ludzkiego życia…Teraz można zatrzymać się przy pomniczku, a może
pożalić się, pogadać, na pewno wskaże słuszną drogę, a jeśli nawet nie, to
pocieszy…
W różnych miejscach Gorzowa możliwe są też
„spotkania” z ludźmi pióra zaklętymi w metal. Gdy jeszcze żyli, nie wszystkim
byli znani i nie zawsze doceniani, ale z czasem nabrali wartości legendy. Są
przykładem, że warto żyć zgodnie z własnymi odczuciami, celami, często pod prąd
opinii innych ryzykując utratą jakości materialnej życia. Jedną z postaci,
poznanej jako bohaterka filmu, jest romska – wówczas zwana cygańską, poetka Papusza. Starsi ludzie z Gorzowa
pamiętają przemierzające miasto, a potem rozlokowane na przedmieściach tabory
cygańskie[4].
Papusza, czyli Bronisława Weis, była znaną Romką, bo teraz tak należy mówić,
ale dla nas po prostu Cyganką, jedną z licznych w Gorzowie, ale Cyganką niezwykłą[5].
Mieszkała w Gorzowie od 1953 do 1981 r. Jej poezję odkrył poeta Jerzy Ficowski,
doceniał Julian Tuwim a po opublikowaniu wierszy, została wyklęta przez swój
ród, oskarżana o zdradę i niedopuszczalne wśród Romów odejście od tradycyjnej
roli kobiety. Głęboko nieszczęśliwa, opuściła Gorzów, by zamieszkać w
Inowrocławiu, gdzie zmarła i została pochowana. Jest wymieniana wśród 60
najwybitniejszych kobiet, które miały wpływ na polską historię, stała się
bohaterką licznych filmów, a jej dzieła tłumaczono na wiele języków[6].
Teraz ta silna kobieta „siedzi” skromnie nieopodal gorzowskiej biblioteki w
Parku Wiosny Ludów, zatrzymują się przy niej spacerowicze, a o czym myślą, tego
nie wiadomo…
Poza Papuszą „spotkać” można też innych
dawnych mieszkańców miasta – ludzi pióra zaklętych w metal. Wędrując ulicami,
można zatrzymać się choć na chwilę, usiąść na ławeczce obok spiżowej postaci
Nelly czyli zaklętej bohaterki powieści landsberskiej (nazwa przedwojennego
Gorzowa) pisarki Christy Wolf, która
w jednej z książek pt. Wzorce dzieciństwa słowami bohaterki opisała
swoje przeżycia – czas wojny, snuła refleksje na temat zachowania pamięci i
wpływu przeszłości na czasy jej współczesne. Może gorzowianie poczują większą
więź ze swoim miastem, spełniając warunki higieny psychicznej – poczucie
trwałości, kontynuacji i stabilizacji, niejako „zakotwiczenia” w miejscu
urodzenia czy tylko okresowego pobytu. Jednocześnie może być to poczucie, że
czas się zatrzymał i zawsze można tu wracać idąc dawnymi niezmienionymi śladami[7].
W innym miejscu spiżowego już mieszkańca
Gorzowa, spotyka się pisarza i malarza – Włodzimierza
Korsaka (1887- 1951) [8]można go zapytać
o znajomość z Czesławem Miłoszem. A on odpowie, że właściwie się nie znali,
tylko teraz się dowiaduje, a może było inaczej… Jak czytamy w „Gazecie
Wyborczej”: „W 2003 r. Czesław Miłosz w
Bibliotece Jagiellońskiej wygłosił wykład. Wspominał w nim o Włodzimierzu
Korsaku: w powieści Na tropie przyrody dwaj chłopcy przyjeżdżają na
wakacje do dworu w lasach Witebszczyzny. Włodzimierz Korsak był dla mnie i
mojego przyjaciela Leopolda Pac-Pomarnackiego autorem kultowym”[9].
W wędrówce po mieście można spotkać
się też z gorzowskim poetą Kazimierzem
Furmanem (1949-2009). Warto przy okazji poprosić o opowieść ze spotkania z
Papuszą, a on opowie swoim wierszem:
„Szedłem do Papuszy /To moja pierwsza ostatnia u Niej wizyta
/ Moje dziecko ma trzy lata i trochę się boi / Poetka leży w pierzynach / Kot topi pyszczek w misce mleka
/ Nie nie będę rozmawiała z panem mówi / Unosi głowę / Ma twarz zrytą ścieżkami zmarszczek / Czytam z nich jej pieśn / I las śpiewa naprawdę tańczą drzewa
/ Kot miauczy jakąś pieśń cygańską / Moje dziecko głaszcze jego głowę” [10].
A może Poeta przypomni starzejącej się kobiecie czas jej dobry, gdy
słyszała czułe słowa, albo i nie słyszała a teraz usłyszy i uraduje się i
uniesie głowę i po chwili odejdzie z tym wierszem do sklepu warzywnego czy
mięsnego i wieczorem usłyszy raz jeszcze to, co zostało w jej skołatanej głowie.
I raz jeszcz Furman jej powie na dobranoc:„Twoje ciało / Syberia / Na białym
prześcieradle zima / Twoje ciało / Ocean niespokojny /Na białym prześcieradle fale / Twoje ciało / Afryka / Błądzę po
Saharze (…)” [11].
Wiersze tego poety kiedyś kupi w małej księgarni i będzie czytała. Tak
może się stać, gdy dojdzie do spotkania z małym pomnikiem Poety zaklętego w spiż. A bogini Higieny –
nieśmiertelna zwycięska ponadczasowa Hygeia się uśmiechnie i szepnie – jesteś uratowana
kobieto. Trwaj…
„Kazimierz Furman – poeta codzienności
– pisze: Ostatniej modlitwy nie pamiętam
/ Chyba że była podobna do kobiety / (…) Ostatniej kobiety też nie pamiętam /
Chyba że była Tajemnicą / Bo nie zapominam Boga” [12].
Jerzy T. Marcinkowski, chyba lata 80 ubiegłego wieku…
Przed laty rozpoczęliśmy pisanie pamiętników, które z różnych powodów do tej pory nie ujrzały światła dziennego. Ponieważ teksty już były, zaprosiłam do blogu Kolegów ze wspólnych lat spędzonych na studiach na ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (1965 – 1971). Przyjęli zaproszenie i dzięki temu Pamiętniki w raczej ich fragmenty są dostępne w sieci i mogą poczytać choćby potomkowie…..a jak się okazuje, również zgłaszają się dawni pacjenci, dobrze wspominając swojego doktora. To jest bardzo miłe….
A oto ciąg dalszy kart z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego, profesora medycyny z którym odnalazłam to, co nas połączyło przy wspólnym stole w Anatomicum- młodość :), pasję pisania, umiłowanie życia, przyrody, ciekawość Świata i wieczne nim zadziwienie..
W rozmowach z koleżankami i kolegami często jestem postrzegany jako ten, co zna się tylko na higienie. W tym jednym słowie HIGIENA, mieści się obszar bardzo rozległy i dotyka nie tylko wszystkich specjalności medycznych, ale bywa, że jednoczy inne dyscypliny nauki w ich aspekcie dbałości o zdrowie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, jak np. architekturę, inżynierię głównie sanitarną, czy biologię z jej działami botaniki, zoologii, mikrobiologii, genetykę, ale także psychologię, czy socjologię a nawet prawo, politologię i ekonomię.
Od okresu po ukończeniu studiów w 1971 r. działam w tym szerokim obszarze teoretycznym, bo do takich zaliczany jest Zakład Higieny, i jednocześnie klinicznym jako neurolog oraz jako biegły sądowy w dziedzinie neurologii (od 1983 r.), co zmusza mnie do poznawania meandrów prawa, kontaktów z prawnikami, co nie zawsze bywa przyjemne (na sali sądowej) – o czym już pisałem, ale też stanowi ogląd tragedii życiowych innych ludzi i niesie ze sobą różne pytania – w jakim stopniu moja opinia wpłynie na czyjeś życie.
I myślę, że potrafiłbym przekonać wielu, iż taka praca na kilku polach naukowych i praktycznych, na kilku odmiennych obszarach działania, przynosi satysfakcję, nie mówiąc o nieustannym poszerzaniu horyzontów i częstym zadziwieniu nad stale odkrywającymi się nowymi tajemnicami ludzkiego życia i zdrowia.
Chociaż są i tacy – i to dominuje we współczesnej nauce – którzy zajmują się bardzo wąskimi, ściśle określonymi tematami. Ma to oczywiście spore plusy, gdyż temat ten jest długo i dogłębnie drążony oraz daje możliwość wnikania do jądra tajemnicy z nim związanej. Ponadto taki rodzaj pracy związany jest z cechami osobowości, które determinują takie czy inne wybory życiowe. Jako przykład mogę tutaj podać Panią docent z jednego z instytutów – w której komisji habilitacyjnej uczestniczyłem – która w swej pracy naukowej zawęziła się tylko i wyłącznie do badania spermy pod kątem postrzegania w niej zmian będących wynikiem narażenia na szkodliwe czynniki środowiskowe. Wniosek z jej badań był taki, że sperma mężczyzn z Polski jest coraz gorszej jakości, co w sytuacji niżu demograficznego ma narastające znaczenie. Można by tu przytoczyć słowa znanej piosenki Danuty Rinn „Gdzie ci mężczyźni?”
Moje doświadczenia z pracy w Zakładzie Higieny zawsze były i są nadal bardzo pozytywne. To miło jest przemawiać do studentów w duchu medycyny profilaktycznej, podawać przykłady, że każda złotówka zainwestowana w medycynę profilaktyczną przynosi wielokrotnie większe zyski aniżeli zainwestowana w medycynę naprawczą (kliniczną). I to jest prawda znana od dziesięcioleci, ale wciąż niedostrzegana przez decydentów – tych, którzy kierują ministerstwem zdrowia, jak i tych, którzy układają programy nauczania na wydziałach lekarskich. Przykładem niech będzie fakt, że gdy rozpoczynałem dydaktykę z higieny w 1971 r., to mieliśmy wówczas zajęcia trwające aż 3 tyg. na IV roku dla studentów medycyny, które potem stopniowo były „obcinane”. Spadaliśmy też niżej i niżej w sensie roku studiów i obecnie nauczamy na I roku w wymiarze zaledwie 15 godzin, tj. kilkakrotnie mniejszym aniżeli w przeszłości. Ten przykład dobitnie ilustruje rozbieżność pomiędzy tym, co mówi się o ważności profilaktyki a tym, co jest w rzeczywistości. Proszę przyjrzeć się, czym zajmuje się głównie Ministerstwo Zdrowia. Już z samej nazwy wynika, że powinno się ono zajmować stanem zdrowia Polaków, a tymczasem główne problemy, jakimi to Ministerstwo Zdrowia się zajmuje, to choroby. Może to w zbytnim uproszczeniu opisałem, ale generalnie tak się sytuacja przedstawia. Ważną kwestią są postawy ludzkie względem własnego zdrowia. Dobrze jest, jak ludzie sami działają na rzecz poprawy własnego stanu zdrowia i zdrowia swoich bliskich poprzez np. aktywność fizyczną, rekreacyjne uprawianie sportów, najlepiej na łonie przyrody, z całą rodziną. Dobrze, że pojawiła się moda na Nordic Walking, czy jednoczenie seniorów w Uniwersytetach Trzeciego wieku, których działalność obejmuje różnorodne formy zajęć i w Polsce działaj bardzo prężnie. Ale od lat mamy wielkie problemy z zachowaniami antyzdrowotnymi, jak chociażby palenie tytoniu, uzależnienie od alkoholu, narkotyków i ostatnio wielki problem związany z tzw. dopalaczami. Dotyczy to zwykle młodych ludzi, którzy mają przed sobą jeszcze całe życie. Istotnym, narastającym problemem są ruchy antyszczepionkowe. Ich działalność może doprowadzić do wybuchu epidemii różnych chorób zakaźnych, już obecnych w bliskim nawet sąsiedztwie i powoli wkraczających do Polski, a często znanych jedynie starym lekarzom. Negatywna siła działania tych ruchów, zwłaszcza w Internecie, jest ogromna. Można obserwować „zalew” przekonywujących filmików, wielokrotnie drastycznych rycin oraz danych w tabelkach, którym można by uwierzyć, gdyby nie znajomość jak są te dane układane i jak się nimi manipuluje. Nie będę dłużej o tym pisał, bo temat jest niezwykle obszerny i należy do wiodących w epidemiologii naszych czasów. Wspominam o tym dlatego, że tą tematyką się zajmowałem i zajmuję nadal. Praca na rzecz poprawy stanu zdrowia populacji, jak już wspominałem, jest często niedoceniana, gigantyczna, żmudna, wymaga cierpliwości, rozwagi. Musi być kontynuowana przez młode pokolenia, które staramy się wychować, abyśmy w jak najlepszej kondycji jako naród przetrwali przez zawiłości historyczne.
c.d.n.
Jerzy T. Marcinkowski z siostrą Ewą i Andrzejem Colonna-Walewskimi. Jak opowiada Jurek- siostra , oczywiście lekarka, najstarsza z trójki rodzeństwa, to nie tylko pełna uroku osobistego, piękna, ciepła kobieta, ale także mądra . Obraz ten należy uzupełnić o znaną na całym podwórku historię z lat dziecięcych Jurka, powtarzaną pewnie przez kolejne pokolenia , jak to obroniła swych młodszych braci przez bandą chuliganów, rzucając się na nich z pazurami , czym wprowadziła bandziorów w osłupienie 🙂
P. dr Ewa wdraża w czyn zalecenia higienistów, często ich zawstydzając- nie tylko przyjaźni się z roślinami w swoim bardzo wypielęgnowanym i obdarowywanym czułością ogrodzie, przemierza kilometry po polach i lasach z ukochanym psem, ale także maluje bardzo ciekawe, oryginalne obrazy….nic dodać, nic ująć ….
Jerzy T. Marcinkowski na jednym z sympozjów poświęconych higienie…temat musi być ważny, sądząc po dynamicznej powadze współrozmówczyni oraz uśmiechu Jurka, który jednak słucha z uwagą, jak zwykle….
Te książki znalazłam w necie- może niezbyt dokładnie szukałam, ale wielka ich mnogość , jaką Jurek redagował zarzuciłaby pewnie cały mój blog 🙂
Ale poza opisanymi przypadkami, praca w przychodni przynosiła mi też możliwość poznania wielu ciekawych osób.
O jednej z sióstr Halamek, słynnych przedwojennych tancerek już pisałam wcześniej.
Była też rodzina pp Drobczyńskich.
Pani była nauczycielką francuskiego.
Miała nieco orientalną urodę. Była drobna, szczupła miała niewielki nosek i ogromne czarne jak węgiel , żywe oczy z długimi rzęsami . Emanowała energią i radością.
Wyobrażałam sobie, że podobała się uczniom i że musiała być ogólnie lubiana.
Czasami tylko przychodziła do przychodni z powodu jakiś banalnych infekcji, które nakładały się na zawodową chrypkę.
Po latach spotkałam ją w Liceum Ogólnokształcącym im. Stefanii Sempołowskiej w Warszawie. Szkoła ta była położona blisko domu i wybrała ją trójka naszych dzieci.
Najstarsza córka ambitnie uczęszczała do odległego od nas, ale najwyżej notowanego w rankingach LO im. Lelewela.
Ucieszyłam się, gdy stwierdziłam, że w pobliskim LO im. Sempołowskiej naucza Pani Drobczyńska.
Tak się nawet zdarzyło, że była wychowawczynią Marcina.
Było mi miło, że nasza znajomość sięga dawnych czasów. Myślę, że ona też czuła podobnie. Ale poza tym miała bezpośredni sposób bycia, w kontaktach z ludźmi nie tworzyła sztucznych barier.
Dzięki niej mogłam być spokojna, że ona czuwa nad moimi i nie tylko moimi dziećmi i natychmiast reaguje, gdy zauważy coś niepokojącego.
Telefony interwencyjne od niej na szczęście zdarzały się rzadko.
Dzieciaki mieściły się w średniej zachowań , uczyły się dobrze.
No, może Marcin dostarczał więcej emocji. Nie z powodu zachowania, ale z powodu zmienności ocen. Gdy się nie przygotował, zdobywał dwóje ( jedynek wówczas nie było) ale zaraz potem otrzymywał piątki. Tak więc ostatecznie wypadał dobrze.
Po latach powiedział, że w czasach licealnych rozwijał się intelektualnie, kosztem wiedzy podstawowej. Faktycznie, bywał w kinach, teatrach, na koncertach, ale przede wszystkim czytał.
Czytał bardzo dużo, czasami zawalał noce .
Pod urzędem Dzielnicowym Warszawy Żoliborz były kioski z różnymi wyrobami. Tam właśnie mieścił się jego zaprzyjaźniony antykwariat. Zawarł znajomość z panem, który prowadził ten punkt. Marcin dostawał, tzn. kupował za przysłowiowe grosze prawdziwe smakowite kąski literackie.
Bywało, że wracał do domu z workiem książek, tak szczęśliwy , jakby złapał Pana Boga za nogi.
Na wywiadówkach starałam się być, czasami jedynie przemieszczałam się do różnych gabinetów gdyż równocześnie były zebrania w klasach Marcina i Ewki. Dopiero potem kontynuowała tradycję uczęszczania do tej szkoły nasza najmłodsza, Paulina, młodsza o 6 lat od Marcina.
Lubiłam zebrania z panią Drobczyńską. Były rzeczowe, pogodne.
Potrafiła odróżniać prawdziwe problemy, nie koloryzowała, nie przesadzała, a nawet czasami pewnie nie o wszystkim mówiła rodzicom, radząc sobie z młodzieżą , która ją bardzo lubiła. Miała styl kumpeli a jednocześnie trzymała dystans.
Oczywiście na wywiadówce siedziałam trochę spięta, bo jednak coś tam mogło wypłynąć na powierzchnię, jakiś grzeszek mojego synka. Ale właściwie nigdy nie było większych uwag.
Jedynym problemem z Marcinem, o którym wspominała p. Drobczyńska to była zmiana butów.
To całkiem fajna historia.
Mianowicie w tamtych czasach w szkole obowiązywała zmiana butów, w których się chodziło po ulicy na specjalne, szkolne. Te szkolne, były bardzo „wytworne” , nawiasem mówiąc obrzydliwe, sztywne, płócienne sznurowane. Nosiły dumną nazwę – juniorki.
Trudno się dziwić, że młodzież ich nie cierpiała i starała się ominął ów nakaz.
Marcin w tych czasach zdobył upragnione wysokie czarne buty, zw. glany. Ojciec kolegi z klasy pracował w „ tramwajach” i były to ich służbowe buty. Za niewielką cenę sprzedawał je wyrostkom szkolnym., dla których był to szczyt mody, luzu i prawdziwej zachodniej wolności…
Oczywiście pewnego dnia Marcin ostatecznie wywiercił nam przysłowiową dziurę w brzuchu i nazajutrz dumny i blady przyniósł takie buty do domu . Odbyło się niomal komisyjne przymierzanie. Podziwiałam, z jakim uporem codziennie je sznurował , wysoko, jak trzeba. Nawet lubiłam te jego glany, bo taki luzacki styl też mi pasował.
I wówczas Marcin zaczął paradować po szkole w tych swoich ukochanych glanach.
Pani Drobczyńska zwracała mu uwagę, że nie zmienia butów. Marcin wbijał w nią swoje bardzo niebieskie oczęta i niewinnie obwieszczał, że on przecież buty zmienia. Wskazywał na swój worek, a którym spoczywały juniorki i mówił, że z domu przychodzi w juniorkach i zmienia je na szkolne glany….fajny pomysł, z którego śmiała się jego wychowawczyni i rodzice. Oczywiście wkrótce opanowała naszego synka i bidulek się ugiął ….
Pani Drobczyńska uczyła francuskiego i chyba nieźle. Cała nasza trójka zdawała maturę z tego języka, z łatwością porozumiewała się z rodowitymi Francuzami, o czym mogłam się przekonać, gdyż w naszym domu często przebywała młodzież z tego kraju. Ewka poznała na obozie językowym dziewczynę z Lyonu i ta załatwiła jej pracę we Francji. Ewka a potem Marcin co roku wyjeżdżali tam do pracy , opiekowali się dziećmi , pomagali w pracach farmerskich i zawierali ciekawe znajomości. Gdy ktoś z tych znajomych przybywał do nas, bardzo się cieszył mój Tato, gdyż miał okazję pogadania w ich języku, którego uczył się w szkole średniej. Ogólnie mówiąc towarzysko brylował mój Tato.
Po latach zadzwoniła do mnie pani Drobczyńska, z jakimś problemem zdrowotnym syna. Był u mnie kilkakrotnie w CZD, ale okazało się, że problem był niewielki i szybko sam się rozwiązał. Potem spotkałam tego chłopaka w CZD, był już lekarzem i został zatrudniony w tym szpitalu. Nic dziwnego, bo był studentem bardzo dobrym , miał tzw. czerwony dyplom.