W Ciechocinku.

 

 

SanPodTężniami.jpgI dotarliśmy do celu….

Od kilku lat zatrzymujemy się w Szpitalu Uzdrowiskowym „ Pod Tężniami” , który pomimo swojej nazwy, w niczym nie przypomina szpitala. Można go nazwać nowoczesnym hotelem z zapleczem służącym do rehabilitacji oraz stałym dyżurem lekarskim i pielęgniarskim.

Tak więc korzystamy z siłowni, różnych  zabiegów np. krioterapii, miejscowej znakomitej ponoć borowiny jakiś laserowych czy ultradźwiękowych fal  i moczymy się w dwóch basenach , jednym z miejscową solanką i drugim z wodą zwykłą . Oba baseny  mają głębokość do 1,5 m , ale pływać można oraz z lubością poddawać się zainstalowanym tam różnorodnym hydromasażom, wygrzewać w saunach i opalać na sztucznej łączce.

Wszystko to jest przeplatane znakomitymi posiłkami , więc z zapałem  konsumujemy  wysokowarzywane kolorowe jedzonko zgarniane ze stołów szwedzkich….po kilku dniach tak intensywnego życia powoli chce się wracać do domowej rzeczywistości, tym bardziej, że Święta Bożego Narodzenia tuż,tuż…

 

 

SanFonta.JPG

 

 

Szachy.JPG

 

 

SanJadalniaWidok.jpg

 

 

SanatWidokTężnie.jpg

 

Widok z okna na tężnie i wały przeciwpowodziowe

 

BasenWiosna.JPG

 

 

SanatŚwięta.jpg

 

Na medycznej ścieżce. Kocowanie..

Dzieci , które zachorowały na  polio były leczone metodą wilgotnych gorących okładów, nazywanych kocowaniem. Z okresu epidemii polio pozostała tylko jedna pani salowa a właściwie kuchenkowa, niezawodna pani Kozińska,  która miała opanowaną tę sztukę. Była to cała celebra, mroczna i mocno cuchnąca .

W magicznym pokoju, gdzie straszyło żelazne płuco, na kuchence gazowej ta pani ustawiała wielki kocioł z wodą. Gdy woda wrzała, pani ta  umieszczała tam zwykłe wełniane, grube zielone wówczas wojskowe koce. Długo je gotowała mieszając wielką pałką. Nie muszę opowiadać jakie kłęby gorącej pary oraz fetor rozgrzanej wełny roznosił się na cały oddział. Ale byliśmy uodpornieni na wszelakie zapachy, a odbywająca się za drzwiami jakby msza budziła mój szacunek.

Wreszcie pani wyglądała zza drzwi i obwieszczała, że wszystko jest gotowe. Tylko ona wiedziała czy temperatura okładów jest odpowiednia, lokowała chore dziecko w te parujące koce zawijała szczelnie i pilnowała dalszego przebiegu zabiegu….

 

Jak już kiedyś wspomniałam, dr Czachorowska umiała wspaniale oceniać funkcję poszczególnych mięśni, stale nas tego uczyła i wkrótce wszyscy opanowaliśmy tę sztukę .

Byłam z tej umiejętności dumna i w przypadkach podejrzanych starannie badałam dziecko w tym kierunku. A było ich sporo w Izbie Przyjęć. Kierowano wszystkie z najmniejszym podejrzeniem jakiś zespołów neurologicznych.

Nie zapomnę chłopczyka, nad którym spędziłam sporo  czasu. Rodzice przywieźli wyrośnięte niemowlę, które niedawno było szczepione p/poli. Chłopiec miał kilkudniową infekcję kataralną a teraz rodzice zauważyli, że nie porusza rączką. Zbadałam go detalicznie. Wyraźne było osłabienie siły mięśniowej mięśnia naramiennego. Wiedziałam, że porażenia zaczynają się od dużych , położonych bliżej rdzenia kręgowego mięśniach. W płynie mózgowo- rdzeniowym nie było zmian, ale było to możliwe w tej późniejszej, porażennej fazie polio. Chłopiec został przyjęty do oddziału , sprawdzałam w nocy, jak się czuje. Nic się nie zamieniało. Na porannym obchodzie stanęłam nad nim zdumiona. Chłopiec wyzdrowiał. Cudnie chwytał mnie porażoną poprzednio rączką i nie pozostał nawet ślad niedowładu. Po prostu stał się cud. Poczułam się nieco oszukana przez naturę. Do tej pory się zastanawiam, nad przyczyną – czy nieomal zamroczona zasugerowana , by nie przegapić jakiegoś objawu widziałam to, czego nie było, czy dziecko chroniło rączkę po jakimś urazie, czy może jednak było to, co stwierdziłam, ale natura zadziałała i nastąpił cud ozdrowienia. 

Oczywiście starsi lekarze się nie dziwowali, przyjęli to jako fakt oczywisty, okazało się, że każdy też tak kiedyś miał.

 

 

Na medycznej ścieżce. Sztuczna nerka.

 

Któregoś dnia, gdy w poznańskiej klinice odbywaliśmy zajęcia z propedeutyki interny, zaproszono nas do specjalnego pomieszczenia.

Lekarze byli przejęci i czuliśmy, że zobaczymy coś niezwykłego, nadzwyczajnego.

Wchodziliśmy kolejno, tłocząc się pod ścianą.

Prawie cały pokój zajmowała maszyneria: warczał silnik, pluskała pompa a w centrum stał ogromniasty kocioł z przykrywą.

Gdzieś daleko, poza tymi urządzeniami dostrzegliśmy zwykłe szpitalne łóżko a na nim chudziutkiego człowieka o szarej twarzy. Na krawędzi łóżka spoczywała jego koścista ręka z której wyprowadzone były przewody wypełnione krwią.

Gdyby nie obecność pacjenta, wydawać się mogło, że pomyliliśmy pokoje i teraz znajdujemy się w jakimś pomieszczeniu technicznym.

Profesor z dumą objaśnił nam, że mamy szczęście, i oto jesteśmy w tej klinice w czasach historycznych.

Bo całkiem  niedawno rozpoczęto tutaj nową erę w leczeniu pacjentów z niewydolnością nerek.

Ta metoda, która zmieniła rokowanie w ciężkich chorobach nerek nazwana jest dializą.

A aparatura, którą teraz oglądamy jest tzw sztuczną nerką. Wykonali ją inżynierowie z Poznańskich Zakładów Cegielskiego. 

Wydaje się, że nasze zajęcia były tak niedawno, a to już minęło ponad 50 lat.

I obecnie takie urządzenia to już XXI wiek, mają taki format, że nawet mieszczą się w kieszeni, ale nie zmieniła się zasada zabiegów.

 

Schemat urządzenia do leczenia nerkozastępczego czyli dializy.