Śladami mojego Taty . Wesołe Lisiaki

 

 

Małe Lisiaki z mamą. Zdjęcie wykonał i opisał mój Tato

 

 

 

Po obiedzie Lisiaki instalowały się w sypialni rodziców, na ich wielkim małżeńskim łożu i oglądały program TV. Wówczas telewizory były  nowością i każdy program był wielką atrakcją. Ja siadałam na stołeczku za poręczą łoża. Z reguły wspólnie oglądaliśmy  bajki na dobranoc. W czasie przygód Bolka i Lolka Lisiaki piszczały i podskakiwały  z zachwytu puszczając przy okazji ogromną liczbę bąków.

Teraz są już bardzo dojrzałymi panami, chociaż nie utracili  poczucia humoru i radości życia. Tadek jest inżynierem , pracuje we Wrocławiu , ma troje dzieci, Marian jest architektem i z żoną Mariolą- stomatologiem mieszkają w Koninie

Śladami mojego Taty . Oj te Lisiaki…i

W mieszkaniu mojej kuzynki Jadzi i jej męża Józia-  zwanych przez mojego Tatę Lisiakami, w Poznaniu przy ul. Ułańskiej, widziałam zamontowany telefon oraz ukryte głośniki. Józek miał niezwykłe zdolności techniczne i lubił  majsterkować. Chłopcy stale rozrabiali i mieli swój pokój. Kiedyś wpadł na pomysł, by zainstalować w ich pokoju mikrofon który połączył z urządzeniem nasłuchowym zamontowanym w małżeńskiej sypialni. Rodzice mogli wówczas spokojnie sobie urzędować w swoim pokoju a równocześnie mieć pieczę nad tym, co porabiają ich synowie…A było to duże mieszkanie o solidnych dźwiękoszczelnych ścianach….

Śladami mojego Taty . Lisiaki…

Cała tę Rodzinkę – Jadzię ( moją kuzynkę ) i Józia oraz ich dzieci bardzo lubiłam. Byli dowcipni, weseli, uczynni i związani z moimi Rodzicami i resztą rodziny.

Mieszkali  w Poznaniu.

Ich synowie- Tadeusz i Marian to były szalone chłopaki, nazywaliśmy ich Lisiakami.

Józek  musiał założyć wysoką siatkę nad balustradą balkonu, bo wyrzucali różne przedmioty na ludzi przechodzących ulicą . Gdy  rodzice wychodzili z nimi na spacer, trzymali synów na smyczach upiętych na szczelnie założonych szelkach. Pamiętam  taką wyprawę z nimi . Usiłowałam dojść do pobliskiego parku, w którym mieściła się przepiękna palmiarnia. Należało tylko pokonać kilka dość szerokich ulic. Lisiaki hasały jak małe zwierzątka, smycze się plątały, splatały , więc wróciłam spocona i na taki kolejny wyczyn zabierania ich na spacer nigdy już potem nie miałam ochoty.

Józek pracował na lotnisku Ławica. Kiedyś  został wezwany na wartownię. Powiedziano mu, że tam czekają na niego synowie. Wstępnie się tylko zdumiał , przecież byli w przedszkolu- sam ich tam zostawił, potem się zdenerwował i pognał na tę wartownię. A tam sobie najspokojniej siedziały dwa czarne diabełki, wybrudzone do granic nierozpoznawalności , ale bardzo zadowolone z siebie. Okazało się, że jednogłośnie podjęli decyzję, by porzucić nudne zajęcia przedszkolne i wybrać się do ojca- bo lotnisko było bardzo ciekawym miejscem. Najspokojniej w świecie opuścili przedszkole i podążyli ulicami Poznania na przystanek autobusowy. Gdy nadjechał autobus, wdrapali się po stromych schodkach i zajęli miejsce na siedzeniu. Nikt ich nie zatrzymywał, a może nawet ktoś im pomagał, bo mieli wtedy Tadek 4 a Marian 3 lata. Przy okazji wybrudzili się jak nieboskie stworzenia, ale dotarli do celu.