Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 18 ). Dramatyczne losy siostry , szwagra , ich maleńkich dzieci i reszty rodziny.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Szwagier i siostra

    Partyzanckie  oddziały ( sowieckie- przyp. Z.K..) były najczęściej małe – po trzy osoby.

W nocy przebywali w lasach, a na dzień wychodzili do wiosek, w których zdobywali pożywienie i często wiadomości o ruchach wojsk niemieckich.

Często rozmawiali z chłopami tych wsi. Werbowali młodych do wstąpienia w ich szeregi i nieraz zmuszali młodych chłopców do pójścia z nimi razem. Niewielu było ochotników- ale byli.

Mój szwagier, z zawodu krawiec, nawiązał z nimi kontakt bliższy. Szwagier i rodzice moi mieszkali w mojej rodzinnej  wsi- Kołpiei otoczonej wokół lasami i położonej o pięć kilometrów od miasteczka Smorgonie- gdzie była stacja kolejowa prowadząca z Wilna do Moskwy.

Szwagier często przychodził do mnie i pytał mnie o zachowanie się wojsk na drogach. Zrozumiałem, że on te wiadomości przekazuje swoim partyzantom- towarzyszom.

Pewnego dnia przyszła moja siostra w odwiedziny. Rozmawiałem z nią o tych ich conocnych gościach.

Przy tej okazji przekazała mi kartkę od partyzantów- którą przeczytałem i podarłem.

Z oburzeniem powiedziałem jej, żeby do nas więcej nie przychodziła. Bo u nas moc szpiegów i mogą donieść o tym Niemcom, a oni nas rozstrzelają.

Po tygodniu Niemcy wieś naszą rodzinną spalili. Podczas pożaru, każdy z wioski uciekał gdzie mógł.

    Do naszego mieszkania wpadł wspomniany szwagier  i krzyknął: Janku ratuj.

Głos echa jeszcze nie umilknął, kiedy wskoczył do mieszkania żołnierz w niemieckim mundurze i głośno zakrzyczał: „ Kto tu przed chwilą wszedł”, patrząc na nas dwóch stojących przed nim.

 Szwagier ubrany w całości, a ja w półkoszulku z temblakiem na ręku i spodniach.

Szybko żołnierz się zorientował i chwycił nowoprzybyłego za ramię i wyprowadził na podwórko.

Za nim- żołnierzem wszedł jeszcze jeden gestapowiec z kobietą- tłumaczką i patrząc na mnie zapytał po niemiecku, czy ja tam nie figuruję na liście współpracujących z partyzantami. Tłumaczka stanowczo stwierdziła, że nie.

Szwagra poprowadzili do gestapo.

W tejże chwili wjeżdża na nasze podwórko wozem  moja siostra z niemowlęciem  przy piersi i  drugim też małym  dzieckiem.

Podbiegają do niej gestapowcy i gdy ona już wyszła z wozu – pytają ją o dokumenty i aresztowują ją.

Zostawiają  nam dzieci ze słowami : „ Bierzcie te dzieci bandyckie”.

Siostrę sadzają na wóz , którym przyjechała i z dwoma gestapowcami odjeżdżają na gestapo.

Chcąc wyratować siostrę i szwagra udałem się po poradę do znajomego mi tłumacza kolegi Woltmana. Ten zaprosił komendanta miasta do naszego mieszkania.

Tu, częstując go, błagaliśmy, by wstawił się w sprawie aresztowanych w gestapo. Nazajutrz dał nam znać kolega Woltman, że komendant miasta był w gestapo i tam mu odpowiedzieli, że na nich są donosy na piśmie, że kara ich nie ominie.

Tegoż samego dnia ciocia Wiera poniosła aresztowanym jedzenie.

 Gestapo przyjęło posiłek i powiedziało, żeby przyniosła dziecko na nakarmienie piersią matki, bo strasznie ją bolą sutki przepełnione mlekiem.

Ciocia przyniosła trzytygodniową dziewczynkę. Pozwolono ją nakarmić. W tym czasie matka, szepnęła ze łzami w oczach: „ Błagam, opiekujcie się dziećmi , bo nas już nie puszczą żywych” .

Rzecz zrozumiała, że oboje szwagier i siostra przyznali się do kontaktów – współpracy z radzieckimi partyzantami. Nie wytrzymali kaźni, jaką stosowało niemieckie gestapo- przyznali się.

Co robiono z takimi, którzy się przyznawali do wrogiej działalności przeciwko Niemcom? Najczęściej wywozili do lasu po dwóch- trzech i kazali skazanym kopać dół. A gdy ten już był gotowy, stawiali ofiary twarzą do wykopanej jamy i z tyłu strzelali w głowę. Jamę zasypywali, równając ją z powierzchnią ziemi.

Tak też rozprawili się gestapowcy ze szwagrem Bazylim i siostrą Anną.

   Sowiecka armia po rozgromieniu Niemców pod Stalingradem- Wołgogradem- szybko szła na Zachód, chociaż faszystowska armia ustępując zniszczyła wszystkie drogi i mosty.

W miesiącu sierpniu 1944 już była na ziemiach Białorusi.

Tam, gdzie zjawili się bolszewicy , zaraz rozpoczęły się aresztowania- czystka niebłogonadziożnych- tj niepewnych obywateli.

       Ja nie spodziewałem się, że i mnie do nich zaliczą.

Ale zaliczyli i aresztowali w końcu sierpnia 1944 roku w miasteczku Smorgonie, gdzie mieszkałem.

Mieszkając w tym miasteczku, nie współpracowałem z Niemcami, gdy oni ten teren okupowali.

Nie miałem też kontaktów z partyzantami bolszewickimi, którzy mnie namawiali do współpracy z nimi, przysyłając kartki przez siostrę Ankę, bym się z nimi spotkał. Jak wspomniałem siostra moja mieszkała w rodzinnej mojej wsi Kołpiei, znajdującej się za rzeką Wilią, o 5 km od Smorgoń.

      W tych okolicach, koło Kołpiei było dużo lasów i tam właśnie przebywali sowieccy partyzanci grupami. W nocy przychodzili do gospodarzy i zaopatrywali się w żywność. W dzień, czasami też przychodzili i zaciągali siłą w swoje szeregi młodych zdatnych do służby wojskowej.

Dlaczego nie nawiązałem kontaktu z partyzantami sowieckimi ?

Dwie były przyczyny. Po pierwsze, byłem mocno zaangażowany w remont młyna po zamordowanych teściach, a po drugie- to , że bałem się gestapa niemieckiego, które rozstrzeliwało bez pardonu podejrzanych i jego rodzinę.

 Szkoda mi było żony i synka Mirka i drugiego synka – jeszcze maleńkiego Pawełka.

Jak przedtem pisałem – gdy Niemcy się dowiedzieli, że w wiosce Kołpiei często przebywają partyzanci, urządzili blokadę tej wsi i spalili ją doszczętnie.

Był to dzień Zielonych Świąt, 1943 roku.

Spalił się i mój rodzinny dom, który przecież i ja pomagałem budować, zaraz po skończeniu pierwszej wojny światowej.

Ludność tej wsi, gdy zobaczyła, że przybyło wojsko niemieckie i zaczęło podpalać domy, uciekała do pobliskich lasów, albo sąsiednich wsi.

Szwagier wraz ze swoją rodziną, także uciekli ze strachu do nas, do Smorgoń. Gdy tylko szwagier Bazyli przekroczył próg naszego domu, za nimi wpadło dwóch Niemców i go aresztowało. Siostrę  Annę, aresztowano na podwórku, a dzieci oddano nam.

Tymi Niemcami, którzy zabrali siostrę i szwagra byli własowcy, odziani w mundury niemieckie.

Następnego dnia ciocia Wiera zaniosła do więzienia małą córeczkę siostry Anny do nakarmienia piersią.

Ciocia Wiera widziała ją zbitą, zmaltretowaną . Prosiła wtedy cichym głosem, by wszyscy krewni zaopiekowali się dziećmi, gdyż oni już nigdy do nich nie wrócą- zostaną zabici. Już o tym pisałem wcześniej.

Od tłumacza niemieckiego dowiedziałem się , że na nich pisali donosy, a głównie gospodarz wsi, któremu partyzanci rozbili piec w mieszkaniu za to, że gdzieś wysłał swoich synów, których oni chcieli zabrać w swoje szeregi. 

Ten gospodarz, którego prześladowali partyzanci, uciekł do Smorgoń i tam zamieszkał z zemstą w sercu. Gdy szwagier uciekał z podpalonej wioski, ten natychmiast dał znać gestapo , że jedzie- ucieka z rodziną.

I że są to ludzie, którzy współpracowali z partyzantami. Oddział żandarmerii natychmiast otoczył nasz dom i tu złapali szwagra i siostrę  z dziećmi.

   Dzieci, które Niemcy nam rzucili, były z początku u nas, a później zabrała je babcia z dziadkiem do siebie i wychowali je w małej chałupinie, którą dziadek pobudował na zgliszczach spalonego dużego domu.

W wychowywaniu tych sierot pomagała i ciocia Marysia, która razem zamieszkała z rodzicami w tej nieszczęsnej wsi Kołpiei.

Ciocia Marysia nie objęła  żadnego stanowiska w kołchozie, chociaż ją namawiali, by została księgową.

Została zwykłą kołchoźnicą, bo nienawidziła ( i nienawidzi do dzisiejszego dnia) władzy radzieckiej. Miała wykształcenie szkoły zawodowej i mogła pełnić obowiązki, które jej proponowali, ale ona za nic na świecie nie chciała współpracować z pijanicami i złodziejami.

Tak więc wolne chwile poświęcała tym biednym dzieciom i już dość starym swoim= naszym rodzicom.

Gdy zmarł ojciec, ona z matką wychowywała chłopczyka, który już uczęszczał do szkoły i pomagała doglądać dziewczynki- Heli. Uczyła ją chodzić, mówić, a gdy Helence minęło siedem latek, oddała ją do szkoły i czuwała nad jej nauką i wychowaniem.

Gdy wróciłem z obozu sowieckiego- z łagru- sierotka miała już ponad dwanaście lat.

Braciszek jej odbywał służbę wojskową w armii sowieckiej.

Po śmierci babci ( mojej mamy), kiedy ja już byłem w Polsce, ciocia ją oddała do domu dziecka, gdzie skończyła szkołę podstawową i skierowano ją do Instytutu Pedagogicznego w Mińsku. Z pomyślnymi wynikami skończyła ten Instytut i obecnie pracuje w przedszkolu. Wyszła za mąż i ma już dwóch synów.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 17 ). Remont młyna bo żyć trzeba na przekór trwającej wojnie.


Młyn w Cicinie o którym mowa- zdjęcie z albumu Heleny i Jana Konopielko. Ponoć jeszcze teraz miejscowi mówią że jadą do młyna Wojciulów ( nazwisko panieńskie Heleny)

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Remont młyna zamordowanych rodziców małżonki

  O sześć kilometrów od mojej szkoły w Sukniewiczach znajduje się posiadłość Wojciulów, moich teściów, zamordowanych – jak już opisywałem poprzednio –  przez bandytów.

Na tej posiadłości przedsiębiorczy i niezmiernie pracowity teść pobudował młyn na rzeczułce swojej. Miał już z tego młyna niezłe dochody.

W czasie panowania Bolszewików, w młynie tym woda uszkodziła zaporę wodną i młyn już stał – nie pracował.

 Potrzebny był remont.

Wyszukałem specjalistę od młyna. I z nim pojechałem obejrzeć jego stan i możliwość naprawy. W pierwszym rzędzie trzeba było zrobić tamę- zaporę na szerokość prawie dwóch metrów. Na naprawienie zapory trzeba było 3-4 metrów drzewa, kloców o długości 3,5 metra.

 Pierwszy wóz takiego drzewa przywiózł mój brat- Michał, mieszkający o 8 km od tego folwarku o nazwie  Cicino.

To była praca zbyt uciążliwa dla jednego dostarczyciela, a ponadto za daleko było do wsi i niewygodnie było przeprawiać się przez rzekę Wilię, która nie miała mostu.

Ludzie dobrej woli, znajomi, poradzili mi, bym się udał na stację kolejową w Zalesiu o 4 km od Cicina, gdzie leżą sterty drzewa i tam rozpytał, czy tych kloców nie mógłbym stamtąd wziąć na reparację mostu – zapory. Długo nie zwlekając, udałem się do tej stacji, gdzie rzeczywiście leżały te kloce.

A więc skierowałem kroki do Komendy niemieckiej, bo już Niemcy weszli,  z prośbą o   5 m3 drzewa na remont mostu, przez który jeżdżą niemieckie samochody. Niemiec dał zapiskę, że mogę korzystać z tego drzewa. W ciągu dwóch dni nawiozłem tego drzewa tyle, ile mi było potrzeba.

 Znalazłem też i majstrów, którzy się podjęli załatać dziurę w zaporze. Z opłatą umówiłem się – zbożem, albo mąką po puszczeniu młyna w chód.

Największymi trudnościami w tym remoncie było wyżywienie 4- ch robotników przez tych 7 dni pracy. Nie mniejszym kłopotem było wciąganie kafara- baby na kołowrotku w górę za pomocą linek- ręcznie. Ta praca tak mnie wymęcza , że nigdy w życiu nie podejmę się podobnej  pracy.

 Oprócz wyżej wspomnianej pracy przy łataniu zapory- tamy zjawiła się druga sprawa. Było nią znalezienie naliwki do kamienia młyńskiego. Przeszperałem cały swój rejon bez rezultatów.

Ktoś poradził mi, bym się udał do wsi znajdującej się za Wilejką. Chyba około 30 km od domu. Jazda przez 10 km przez las za rzeką Wilią i tyleż km przez las za miastem wojewódzkim Wilejką, nie wzbudziła we mnie strachu, chociaż wiedziałem, że w tych lasach przez które będę jechał na rowerze, grasują sowieccy partyzanci.

Jadąc przez miasto Wilejkę wstąpiłem do kolegi ze szkolnej ławy. Ten opowiedział mi, że w tych lasach, przez które będę jechał po materiał- nalewkę, pełno jest partyzantów i mogą mnie wcielić do swoich szeregów, bym pomagał bić Niemca.

No i tak przestroga kolegi nie powstrzymała mnie do dotarcia do zamierzonego celu, znajdującego się o 12 km od Wilejki.

Więc jadę, mknę ścieżką dla pieszych. Za pół godziny jestem we wsi, celu mojej drogi. Gospodarz, do którego przyjechałem, oświadczył mi, że już nie ma tego urządzenia” naliwki” do kamienia młyńskiego. Smutno mi się zrobiło, bo ponadto powiedział, że w tym rejonie u nikogo tego materiału nie ma.

Zostało mi z niczym wracać do domu , a już i szarzeć zaczęło na dworze.

Ale jechać wąską ścieżynką na rowerze przy takim świetle, było prawie niemożliwe,

Więc znalazłem sobie nocleg u sołtysa, który napoił mnie mlekiem i położył spać w przedpokoju. Tylko zasnąłem, aż to słyszę łomot do drzwi i krzyk : „ Gospodarzu- otwieraj drzwi”- po rosyjsku. Gospodarz otworzył drzwi w sieniach. A oni, partyzanci sowieccy prędko pytają : kto do was obcy przyjechał? Gospodarz odpowiada, że jakiś pan przyjechał ze Smorgoń i szuka naliwki do kamieni młyńskich. Na rozkaz ich otwiera drugie drzwi, a oni w tym czasie krzyczą: „Ręce do góry”.

Szybko zrywam się z pościeli i stoję z rękami w górze.

Wchodzą jeden za drugim do przedpokoju z bronią gotową do strzału. Pierwszy  ma nagan a trzech za nim postępujący – karabiny ręczne.

 Podchodzi do mnie bliżej brygadier tej grupy i mówi ostro:” Dokumenty wasze”. Wyciągam dowód osobisty, wydany przez władze radzieckie. Stoi w dowodzie” dyrektor- niepołnośredniej szkoły w Sukniewiczach, rejon Smorgoń”.

Drugi partyzant robi kontrolę w moich kieszeniach i teczce, którą miałem ze sobą.

Trzeci towarzysz stoi z bronią na pogotowiu o krok od tych dwóch i uważnie śledzi moje zachowanie. W końcu dają rozkaz, abym opuścił ręce.

Już zupełnie w innym tonie pyta mnie, dlaczego nie idę do partyzantki.

Odpowiadam mu, że dlatego, iż Niemiec jeszcze jest silny, a jak osłabnie, to będziemy go trzepać.

Wszyscy słyszą moje słowa.

Jeden z nich robi swojemu starszemu wyrzut, że on mówił, iż Niemiec jest już słaby.

 Ich dowódca pyta jeszcze mnie, jakie ja znam języki.

Odpowiadam: polski, rosyjski, białoruski.

A litewski język czy znam.- mówię, że nie.

Gospodarz podał sowietom kolację , a po kolacji grupowy mówi gospodarzowi: Was ten człowiek ( wskazując na mnie) może sprzedać Niemcom, za to że wy przyjmujecie w swoim domu partyzantów sowieckich, i że macie z nimi łączność.

Gospodarz nie stchórzył i odpowiada mu, że ten obywatel na pewno nie zamelduje w komendzie niemieckiej, bo on nienawidzi Niemców- ja za to ręczę. No to w takim razie miejcie żal do siebie, jeśli Wasz dom i Waszą rodzinę spalą Niemcy. Pomyślałem, a nuż nie będzie mnie bronił ten uczciwy człowiek- sołtys. I mnie wezmą ze sobą i gdzie w krzakach zastrzelą. Po tej rozmowie grupowego z sołtysem wstają od stołu , dziękują mu za kolację i odchodzą.

Jeden z nich zwrócił się do mnie, abym oddał mu zegarek, bo jego jest zepsuty.

Ja mu tłumaczę, że i mnie jako nauczycielowi jest potrzebny zegarek.

On jednak chwycił mój nowy zegarek i prędko pobiegł za towarzyszami.

Ja ciężko westchnąłem ale ucieszyłem się, że tak pomyślnie wszystko się skończyło. Jeszcze było za ciemno na dworze, żeby ruszyć do domu, więc leżąc na swojej pościeli czułem nienormalne bicie serca.

Strach teraz nawet wzmógł się, bo gdy stałem z podniesionymi rękoma, zamarło we mnie wszystko- czułem tylko, że nadszedł koniec mojego życia. Gdy tylko trochę rozwidniło się , że można było ścieżką powoli jechać na swoim rowerze, obudziłem gospodarza, którego serdecznie ucałowałem i najserdeczniejsze mu złożyłem dzięki. Przecież on uratował mnie od zguby.

W 40 minut byłem już w Wilejce. Nie wstąpiłem już do kolegi, ale czym prędzej mknąłem przez Wilejkę do domu.

Gdy byłem już za wspomnianym miastem, dopędziłem furmankę i poznałem siedzącego w mundurze niemieckim- policjanta białoruskiego- dobrze mi znanego.

Pozdrowiłem go- a on nie odpowiadając na moje pozdrowienie chwyta za karabin i krzyczy:

 „ Nie jedźcie blisko mnie, bo zastrzelę”. Przycisnąłem mocniej na pedał i oddaliłem się od niego. Pomyślałem, że zwariował, albo był mocno zalany.

Resztę drogi przez niebezpieczny partyzancki las przejechałem aż do promu na rzece Willi,  bez zatrzymywania się i bez żadnych przeszkód, jednym słowem- szczęśliwie.

W domu powitali mnie radośnie żona i synek Mirek.

Po obiedzie i odpoczynku żona powiedziała mi, że mistrz od młyna zdobył nalewkę na kamień i już pojechał do Cicina- do młyna, żeby nalewać kamień. Dowiedziałem się również, że roboty stolarskie we młynie są już na ukończeniu. To mnie bardzo ucieszyło.

 Po kilku godzinach i ja opowiedziałem małżonce o swoich przygodach za Wilejką z partyzantami, jak byłem bliski śmierci, albo zabrania mnie do szeregów partyzanckich. Nie aprobowała tego mojego wyjazdu , bo wszyscy dobrze wiedzieli ,  że są tam partyzanci sowieccy.

Na drugi dzień po lekcjach w szkole, pojechałem do młyna, żeby przekonać się o zakończeniu prac remontowych przy młynie. Stwierdziłem, że dziura w zaporze już załatana i woda przez otwarty wylot płynie prawidłowo. Mistrz , który nalewał kamienie zameldował mi , że młyn można będzie puszczać w ruch za 3 dni.

Nareszcie nadszedł dzień puszczenia wody przez zastawę na koło młyńskie. Siła wody ruszyła koło i młyn odżył. Mąka zaczęła się sypać spod kamieni młyńskich.

Nazajutrz już było pełno klientów ze zbożem do zmielenia. Wydałem polecenie, żeby w pierwszej kolejności mielić gospodarzom , którzy przychodzili do pracy gdy odbywał się remont. Parę dni we młynie pracował – mełł zboże mistrz naprawy, a po nim szwagier jeszcze niepełnoletni – uczyli się tej pracy. Prędko oni opanowali tę robotę i mistrza zwolniłem z tej pracy.

Solidnie zakropiliśmy ten remont, rozpłakałem się z nim i odszedłem do swego domu w Smorgoniach.  

Młyn pracuje, ale dochodu wielkiego nie daje.

Nie mogę się rozliczyć ze swoimi pracownikami.

 Winą takiego stanu rzeczy jest i to, że brat i szwagier piją, więc nie mogą na tydzień zebrać worka mąki na pokrycie długu. Trzeba częściej kontrolować ich pracę i likwidować przestoje młyna, no i mniej przepijać zarobionych kilogramów.

Już i Niemcy się dowiedzieli ,że młyn pracuje, więc domagają się podatku. Na razie udało mi się usprawiedliwić swoje „ nie mogę płacić”, bo muszę spłacać długi swoim robotnikom. Ale często i robotnicy przyjeżdżają upominać się o zwrot długu.

Pewnego dnia spotkałem na targu w Smorgoniach sąsiada mieszkającego 1,5 km od młyna- Kamińskiego, gospodarza zamożnego i niegłupiego, który przyznał się mi, że bandyci- chłopcy przychodzili do niego w nocy, chyba po to, żeby go zabić.

Uciekł on przed nimi przez strych i pobiegł do swego brata, mieszkającego o pół kilometra od niego. Powiedział przy tym, że jak jeszcze  raz go odwiedzą , on im sprawi niespodziankę, ponieważ kupił sobie karabinek skrócony i ich tym uczęstuje.

Pytał, czy ja tam w Cicinie często nocuję. Odpowiedziałem, że czasami, a w samej rzeczy to chyba jeszcze żadnego razu tam nie nocowałem.

Radził mi, żebym zaopatrzył się w jakąś broń, bo tam u nas grasują jacyś partyzanci – a może to tylko „ obieraki”.

Prawdą było , że po lasach organizują się grupki partyzantów, ale oni nie dokonują morderstw na tutejszej ludności. Tylko robią szkody wrogom- Niemcom. Zrywają koleje żelazne, mosty na głównych drogach no i zakładają dynamit na szlakach, którymi zaborcy dowożą na front amunicję.

Partyzanci, to żołnierze sowieccy, którzy nie zdążyli uciec z tych terenów, które Niemcy zajęli w szybkim czasie.

 Niemcy z początku spędzili ich do miasta Mołodeczno za druty, gdzie nie było co jeść, a więc umierali oni z głodu.

 Po paru tygodniach wojny, Niemcy pozwolili tutejszej ludności zabierać ich do pracy na roli. Jakiś czas pracowali i to niektórzy nawet bardzo dobrze i uczciwie.

Po paru miesiącach , kiedy nawałę wrogów wstrzymali pod Moskwą, Stalin wydał polecenie – prikaz – żeby nierolnicy radzieccy łączyli się w grupy , brygady i rozpoczęli bić Niemca na tyłach jego armii.

Niemcy staczali walki z partyzantami, nieraz ciężkie. Musieli na tyłach obstawić bory swoimi żołnierzami, żeby się chronić .

 Obowiązkiem partyzantów sowieckich było powiększać swoje szeregi przez włączanie młodzieży , która mieszkała na terenach okupowanych przez Niemców. Tak też i czynili.

Ale grasowały też bandy” wolne”, które zajmowały się grabieżą dóbr mieszkańców.

Partyzanci takie grupy niszczyli, bo one psuły im opinię.

By się obronić przed tymi bandami, chciałem zaopatrzyć się w broń, ale to mi się nie udało.

 Więc postanowiłem jechać do młyna bez broni i tam przenocować, by móc zarobić mąki na spłacenie długów. Brata i szwagra wysłałem do domu, a sam zająłem się mieleniem zboża. Umiałem mleć, więc szło mi w pracy przez cały dzień bez przeszkód.  Zarobiłem parę worków mąki i chyba worek kaszy. Pracowałem tak długo, jak długo była woda w stawie.

Przyszedłem na noc do pokoju, w którym bandyci wymordowali całą rodzinę małżonki. Przygotowując się do spania, pomyślałem o tamtym napadzie i że coś podobnego może się stać i teraz.

Rozmawiałem przedtem z  tymczasowym gospodarzem, który mieszkał z rodziną obok w drugim pokoju, potwierdził, że grasuje tu dużo band i radził  , że jeśliby ktoś w nocy zastukał, nie należy otwierać ni okien ni drzwi. Pozamykałem więc wszystkie okna i drzwi. Wziąłem sobie od gospodarza siekierę i wróciłem do swego pokoju. Siekierę postawiłem przy łóżku, uchyliłem jedynie trochę okno, żeby w razie czego bezszelestnie wyskoczyć z pokoju. Położyłem się, ale od razu nie zasnąłem.

Gdy tylko się zdrzemnąłem, dał się słyszeć głos stukania z pokoju za ścianą i słowa:

 „ Gospodarzu dajcie chleba”. Szybko zerwałem się z pościeli, chwyciłem topór stojący przy łóżku i cichutko wszedłem do pokoju, w którym stukano do okna.

Wyszedł do mnie i gospodarz , któremu cichutko powiedziałem, żeby wziął pół chleba z naszego składzika.

Gospodarz tłumaczył bandytom, że tu nie ma właściwego gospodarza, a syn zamordowanego pojechał do Smorgoń.

Ja w tym czasie stoję blisko ściany i widzę za oknem , że przed  drzwiami domu stoi człowiek z karabinem, w czapce i w spodniach Galie. Obok okna stoją  przytuleni do ściany dwaj mężczyźni, z których jeden trzyma nagan, a drugi- nie widać dokładnie co . ( Noc była widna). Odchodzę od okna do swojego łóżka, a gospodarz w tym czasie otwiera okno – przez szparę rzuca chleb i natychmiast zamyka okiennicę na haczyk.

Ja z jedną nogą postawioną na krawędzi łóżka słyszę : „ wsiorawno, dawaj chaziaina

( gospodarza)” i gdy to słowo jeszcze wisiało w powietrzu, ja już skoczyłem przez uchylone moje okno i pomknąłem co sił w kierunku dojrzewającego sadu i pola, do którego było około stu metrów.

Gdy znalazłem się w życie, chyba o 15 metrów od brzegu pola , zatrzymałem się klęcząc na jednym kolanie i nasłuchiwałem, czy bandyci za mną nie gonią.

Okazało się, że nie. A głosy było słychać od drzwi we młynie. Chcieli otworzyć drzwi we młynie, ale nie dali rady. Więc wracają na dróżkę, która prowadzi do wsi Draki.

Dróżka prowadzi z początku w dół, akurat gdzie ja skryłem się w życie. Serce mi zamiera, gdy słyszę kroki coraz bliżej i bliżej. Aż nareszcie w dolince tej dróżki słyszę odgłos butów, oddalających się w prawo.

A więc poszli do bogatego gospodarza mieszkającego na górze, około 1,5 km ode mnie.

Staję na dwie nogi, żyto szumi tak cichutko, jakby chciało mi powiedzieć, że mnie obroniło od tych złoczyńców- bandytów.

Wreszcie na dworze staje się widnieje, więc idę do swojego łoża.

Na podwórku spotykam Iwana, który u nas pracuje. Mówię mu, że wracam z ucieczki od bandytów. Zachodzę do swojego pokoju i tu opowiada mi Natasza- dziewczyna ze Związku Radzieckiego, służąca, kucharka dla robotników: że i ona uciekła z pokoju, gdy usłyszała, że ja wyskoczyłem. Bandyci chodzili do młyna, ale i tam nic nie wskórali. Z powrotem szli koło domu i poszli do wsi Drak.

 Na podwórko wjechała furmanka z bagażem do młyna. Zatrzymała się i gospodarz tego wozu wszedł do nas, do pokoju, gdzie ja prowadziłem rozmowę z towarzyszką niedoli. Na pytanie moje, co tam słychać w okolicy, opowiedział, że bandyci postrzelili P. Kamińskiego. To mnie poruszyło, toż to ci sami byli u nas.

Prędko zmełłem mu zboże na mąkę i pomknąłem do tego rannego p. Kamińskiego.

Tam na podwórku zobaczyłem już  ciężarówkę, na której przyjechali jeden Niemiec i policjant białoruski, znajomy mi doktor- Żydek i także dobry przyjaciel- tłumacz- Woltman.

Po przywitaniu zobaczyłem trzech mężczyzn leżących z rozłożonymi  na bramie rękami. Opowiedziałem, że i u mnie w nocy dziś byli bandyci. Przyglądam się im leżącym i nie mogę nic powiedzieć, czy to ci sami, czy też nie. Charakteryzuję to co widziałem :  jeden stał przy drzwiach do sieni, wysoki trzymający długi karabin w pogotowiu  w spodniach Galie, drugi znajdował się tuż pod oknem z naganem, a trzeci był tak przytulony do ściany, że jego nie było widać.

To wszystko co opowiedziałem, zapisali do protokołu w obecności Niemca.

Na podwórku słychać było jęk i stękanie. Wszedłem do wnętrza domu chorego. Poznał mnie i powiedział, że mój teść zamordowany pożyczył  od niego za życia osiemdziesiąt rubli w złocie na budowę młyna. Przy tym przypomniał, że ci sami bandyci, którzy już napadli na jego dom i wtedy on uciekł, przyszli we trzech do niego ponownie. Pożegnałem go serdecznie i zwróciłem się do lekarz, który stał obok jego łóżka: „ czy on wyżyje?”. Zaprzeczył głowę i cichutko powiedział, że „ nie”, ponieważ kula trafiła go w płuco. Wyszedłem z pokoju z oczami pełnym łez.

Siadłem na rower i z bólem serca potoczyłem się do domu, jeszcze w tym czasie do szkoły. Z nieopisaną radością spotkali mnie żona z synkiem, którzy już byli powiadomieni, że Janek- Pan uciekł od bandytów.

    Po kilku dniach Niemcy objęli szkołę i my musieliśmy wyjechać do Smorgoń i tam zamieszkać. Szkoła przestała być czynna, bo Niemcy osiedlili w tej szkole litewską milicję, która miała bronić przyczółka dla partyzantów, którzy przedzierali się przez rzekę Wilię i szli w głąb gęsto zasiedlonymi osiedlami i wioskami, wśród których łatwiej było zdobyć żywność.

Parę miesięcy żyli tam litewscy milicjanci, a później opuścili te swoje „ kryjówki”, które „ porobili przed partyzantami”.

Skoro dowiedzieli się partyzanci, że w tym domu- szkole nikogo nie ma, spalili ją doszczętnie. Zostało tylko żałosne pogorzelisko.

Szkoły już w tym miejscu nie ma i dotychczas nie zbudowano przez władze sowieckie ( dziesięć lat temu wstecz przejeżdżałem tędy).

Gdy już mieszkałem w Smorgoniach, też często jeździłem do tego młyna, ale nocować już nie nocowałem. Szukałem legowiska w stogu siana na dworze lub w stodole. Zadowolony jestem , że rozliczyłem się ze swoimi dłużnikami.

Pisałem 1.II.1984 roku

c.d.n.

Zupełnie niespodziewane rozmowy z Hieronimem ( Hirkiem ) Głowackim .

 

Dzisiaj wstał dzień otulony zimną mgłą i zapowiadał się smętnie.  Moja zwykle radosna na przekór nazwie – ulica Szara nie zapraszała jak codzień . W naszej Grupie messengerowej Ewa wrzuciła zdjęcia i coś napisawszy, zamilkła, bo zrozumiałe – Dziewczyna pracuje . Próbowałam jakiejś dyskusji z tym co wczoraj wieczorem napisał Leszek o nowym warszawskim pomniku –  ale odpowiedziało mi echo….

Jednym słowem  mocno wiało   listopadowym chłodem….

…..i nagle – jakby zgadując moje wątpliwości czy warto udzielać się w tej Grupie – czy kogoś interesuje to, o czym myślę, co interesuje , co fotografuję  – zupełnie niespodziewanie  odezwał się Hirek – Hieronim Głowacki z naszego poznańskiego roku Akademii Medycznej ( 1965 – 1971).  

Od razu zapachniało wielkim światem, bo Hirek od wielu lat mieszka i pracuje za granicą  i zrobiło się ….ciepło ….ciekawie i tak jakoś radośnie , bliskopomimo tego, że w ogóle siebie nie pamiętamy z okresu studiów.

           Oto nasza dzisiejsza messengerowa rozmowa,  w całości skopiowana i  uzupełniona moją narracją ( litery  pochyłe ) . Zwyczajowo  słowa i inicjały Hirka są podane pogrubioną czcionką a moje – zwykłą :    

 H.G. – Sierpień 1976, przede mną otwarta droga na świat, kierunek – ł druga połowa kuli ziemskiej – północ albo dalekie południe. Język angielski albo francuski. Na taki się przygotowałem.

W drodze na duży świat odwiedziłem kolegę Włodka Koniecznego, który już się w zagłębiu Ruhry znalazł.

Dziwnym trafem – tam się moja mama 1912 urodziła. Przypadek?

I Włodek mi mówi – „mam pracę dla ciebie, u nas na ginekologicznym oddziale” zrobiłem duże oczy – strach jeszcze większy. Bo ja ani w ząb po niemiecku. Na to nie byłem przygotowany. Ale propozycja kusząca, więc się zgodziłem. A więc intensywna nauka języka – na to miałem tylko 2 miesiące czasu. Było nie łatwo, ale bardzo interesująco.

W głowie polski, na zewnątrz niemiecki.

Jak to każdy obcokrajowiec, próbowałem 1 do 1 z polskiego na niemiecki tłumaczyć. Nie da się.

Ale też próbowałem trochę Polski przenieść do mojego otoczenia.

Właśnie zaczęła się jesień, A więc moją łamaną niemiecczyzną próbuję im opowiadać – jesień, Polska, liście, złote, nasza, typowa i wyjątkowa.

Pakuję coraz więcej słów, zwrotów.

W końcu zdeterminowany pokazuję zdjęcie z naszej przepięknej polskiej złotej jesieni.

A oni na to znaleźli jedną odpowiedź:

ach – das meinst du. Das ist doch unserer wundarbaren, deutsche, goldene Herbst. Ist das nicht schön? –

ach to masz na myśli. To jest przecież nasza przepiękna niemiecka złota jesień. Czy nie jest to piękne?

 

            Gdy przeczytałam ten tekst – zachwyciła mnie mnogość wątków, rodziło się wiele pytań – rozpoczęliśmy rozmowę :

 Z.K. – Hirku, przeczytałam początek Twojej opowieści :  „Sierpień 1976, przede mną otwarta droga na świat, (…) ” –  Dlaczego akurat sierpień 1976 ?….

H.G. – Bo była wtedy okazja …..

 Nie pytałam dalej   – może przyjdzie taka chwila i sam opowie – pomyślałam.  

 Z.K. –  napisałeś : „ W głowie polski, na zewnątrz niemiecki.” – No tak. Wajda gdy odbierał Oskara podziękował  po polsku, objaśniając – że on myśli po polsku…

H.G. – Tak daleko w mojej głowie nie byłem ….

Z.K. –   Hirku, czuję w Tobie fajnie wrażliwą  duszę, gdy mówisz – „W końcu zdeterminowany pokazuję zdjęcie z naszej przepięknej polskiej złotej jesieni. A oni na to znaleźli jedną odpowiedź: ( … ) . To jest przecież nasza przepiękna niemiecka złota jesień. Czy nie jest to piękne?”

 –  tak,  Hirku, jest to piękne, bo przyroda , zdjęcia, muzyka nie znają granic….

Granice są w nas …..

Z. K. korzystając z okazji pogadania, zapytałam :

–  Czy miałbyś ochotę wrócić do Polski

– Czy masz przyjaciół rdzennych Niemców

– Choć Tyś półkrwi jak zrozumiałam

H. G. – Przyjaciół to mam całą masę. Więcej Niemców jak Polaków (bo ich tu nie ma). Urodzenie w Niemczech nie jest równoznaczne z narodowością

Z. K.  – Kolega lekarz który mniej więcej w tym samym czasie co Ty, wyjechał mówi, że nie lubi towarzystwa Niemców. Ma wrażenie że kpią z Jego akcentu

Pewnie każdy ma inaczej…

  –  Bardzo ciekawy problem …

– Co w duszy gra – zapytałam – myśląc – co gra w duszy naszemu Koledze, lekarzowi pracującemu od tak wielu lat poza krajem.  

– My tu sporo piszemy o sobie

– Lub pośrednio poprzez zdjęcia,  linki , czy nasze wypowiedzi – widać – jacy jesteśmy

– No trochę widać 🙂

H .G. : ( nie odpowiedział co Mu w duszy gra, tylko ciągnął myśl o moim koledze na emigracji )

Kolega lekarz – różnica pomiędzy bratem a przyjacielem jest znana. A więc jest niemożliwe, żeby w kręgu miliona ludzi nie można było znaleźć  paru sympatycznych osób.

Z.K : – Myślę że chyba mój kolega ma problem ze sobą:

Kompleksy. Nadwrażliwość. I to ogranicza. Tak tylko głośno myślę –  bo pozornie Superman:)

– Ale czy Twoi przyjaciele są narodowości niemieckiej ?

H.G. – Akcent – ja też myślałem, że się nabijają. Poszedłem do logopedy i chciałem mój akcent zmienić. To by było możliwe. A na to pani mówi – panie Głowacki właśnie pana akcent robi pana sympatycznym. To jest pan, przez to pana wszyscy poznają. To jest pana marka. Pytałem się moich znajomych co o tym sądzą. Tak śmiali się, ale nie ze mnie, tylko z tego głupiego pomysłu zmienienia własnej osobowości

Z.K. – W Niemczech ponoć jest  dużo mieszkańców  narodowości  tureckiej ..

– Trafiłeś na wspaniałych ludzi

–  pewnie Twoja empatia czy atrakcyjność fizyczna ( nie pomnę i nie wiem  jak wyglądasz) miała wpływ na kontakty z ludźmi ….

H.G. – Urodzenie w Niemczech nie jest równoznaczne z narodowością

 – W naszym otoczeniu nie podkreśla się pochodzenia.

 –  Ja jestem politycznie bardzo aktywny, a więc jestem znany jako         lekarz albo polityk ale nie jako Polak.

  – Turków jest u nas bardzo mało.

 Z.K. – Biedny Krzyś Szereszewski ( nasz kolega z roku, lekarz, poeta , fotografik , który popełnił samobójstwo ) nawet wśród Polaków nie znalazł ani przyjaźni ani miłości….

– To super że tak masz

– Miło się czyta

H.G. – Moja matka mówiła – Jak ty będziesz dla ludzi otwarty, to będą ludzie dla ciebie też otwarci.

Z.K. –  Pięknie. Właśnie o tym pomyślałam ….

H.G. – Dziękuję.

Z.K.Ale bywa że trafia się w próżnię z tą otwartością:)

H.G. – A teraz dajcie mi pracować.

Z.K. –   Jednak musiałam zadać jeszcze jedno pytanie – bom kobieta – matka –  a poza tym bardzo interesują mnie korzenie – bo przecież nie wzięliśmy się z pustki –

– Ciekawe powiedziałeś o swojej Mamie …

Napisz kiedyś o Niej…

– Już pozwalam pracować 🙂

Zażartowałam niezbyt zręcznie  

– Wybacz . ……

Ta niezwykle ciekawa i wielowątkowa a nawet trochę intymna rozmowa, która nie zdarza się często –  spontaniczna i piękna -wobec takiego dictum jak praca –  nie miała szansy na kontynuację.  –  rozeszliśmy się do swoich zajęć i zapanowało pomiędzy nami  milczenie…..

 Ponieważ niestety już jestem nieco uzależniona od zaglądania do smartfona – choć czy w tym wieku jakiekolwiek uzależnienia są groźne ? 🙂 – po kilku godzinach  nagle „zobaczyłam” Hirka, który właśnie wpisywał chyba wcześniej przygotowany tekst – kontynuację  przerwanej rozmowy i swoją odpowiedź .  Zachwycające, jak pomimo pracy – i długiej przerwy w rozmowie – nasza trochę urwana myśl – przetrwała i nagle pięknie dojrzała wpadła do naszej messengerowej Grupy 🙂 ….

 Na marginesie muszę wyznać  , że te niespodziewane,  nieomal

„ wiosennoburzowe”  pojawianie się  ze swoimi przemyśleniami – zarówno Hirka ale też  Leszka –  jest dla mnie radością .  A Ich poglądy na ludzi, życie tak bardzo budujące – nic tylko czerpać z Nich siłę i mądrość …..

Ale koniec dygresji.

Bo Hirek tak spuentował nasz przerwany wątek o otwartości :

 H.G.  – Otwartość i próżność – nie ma 100 procentowego szczęścia. Jest tylko szczęście .

I tak też jest z otwartymi ramionami. Nieraz nie ma nikogo, ale wyjątkowo –  nieraz jest ktoś nieodpowiedni, ale bardzo wyjątkowo – ale suma summarum przewaga jest bardzo pozytywna.

Dlatego pozostają moje ramiona otwarte.

Wyjątki nie wpływają na moja nastawienie.
Znacie te powiedzenie – butelka w połowie pusta i butelka w połowie pełna? O tym przy innej okazji……

 

zdjęcia własne

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 9 ). Gnieźnieńska krótka historyczna opowieść o fotografie , Mamie i albumie …

 

Zawadiacka i czupurna byłaś ,  mała Mariolko,  super wyglądasz, gdy  się wychylasz zza drzwi kościoła  :).

Na drugim zdjęciu – wspaniały dokument naszych lat dziecięcych… pewnie ok. 1954 roku? – stroje – też miałam krakowski – Mama wyszywała na aksamicie, cekinami zdobiła wg rysunku Taty, do tego ze szkła tak cienkiego prawie jak bombki na choinkę – korale, które po pewnym czasie były w opłakanym stanie – gdyż jakoś bardzo łatwo się tłukły 🙂 No i zakręcony i spięty lok na czubku głowy. A w oddali dziewczynka w butach jakie nosiłyśmy i na pewno w opadających (czego nie widać, ale wiem z doświadczenia) prążkowanych pończochach. Wspaniałe są Wasze śpiewające miny – z Braciszkiem – chyba z trudem utrzymuje berecik na głowie, ale pięknie się uśmiecha do aparatu fotograficznego 🙂

Mariola „rozkręcona” we wspominkach, razem z powyższymi zdjęciami z rodzinnego albumu gnieźnieńskiego z wczesnego dzieciństwa, przysyła kolejny mail… w którym dla mnie niezmiernie ciekawy jest fragment historii…

 

Ty chodzisz wcześniej spać a ja szukając zdjęć  przypomniałam sobie zdjęcia, sprzed lat
Ludzie są różni niezależnie od narodowości
na początku wojny polska młodzież była wywożona na roboty do Niemiec
w Gnieźnie był 1 Niemiec prowadzący zakład fotograficzny i by uchronić kilku Polaków, wziął ich do zakładu choć nie mieli pojęcia o tej pracy – dostała się tam moja mama i jej brat
Początki mieli trudne – psuli materiału co nie miara ale z czasem nauczyli się
z kolei Niemcy mieli manię dokumentowania wszystkich swoich działań jak : burzenie pomnika  Chrobrego przed katedrą, demolowanie wewnątrz, zabawy w kościele itp.
mama miała przyznaną ilość  papieru ale zawsze udało im się zrobić dodatkowe odbitki i ukryć je
pamiętam te zdjęcia bo przez wiele lat były w domu aż potem rodzice zrobili album i zanieśli do Katedry jako dowód tego co się działo …
to o wojnie

a potem gdy chodziłam do szkoły to sama wiesz -nie było pomocy naukowych i wówczas rodzice zrobili ilustracje każdej nowej literki na dużych arkuszach bristolu i były wieszane na ścianie gdy zaczynaliśmy się danej literki uczyć
mama malowała obrazki a tato pisał literki
za  moje pismo dostawałam nie raz po uszach – pamiętam stal nade mną i mówił:  w dół dociskaj -jak w górę swobodnie, lekko
w szufladzie biurka miał zrobiona przez siebie długa rynienkę  podzieloną na małe przegródki a w każdej z nich inny nr redisów,  że jak pisał to nie musiał długo szukać a nawet nam mówił gdzie która wielkość jest
a zeszyt do przyrody w 3 klasie musiałam dwa razy przepisywać bo…mamie nie podobał  się  mój rysunek tulipana na pierwszej stronie !!!!!!!

 

na zdjęciach , które wysyłam , widzisz też przebrane za Chinki  ( tu nie zamieściłam, muszę poszukać  wśród licznych zdjęć z rodzinnego albumu Marii J. Nowakowskiej  i uzupełnić ) , były też  lale , itp.
robiła nam to  mama z  prześcieradeł, z bibuły i czego się dało…

 

Odpisałam, że Twoja Mama miała wielkie zdolności plastyczne, gdyż jak już pisałaś  wystawiała swoje lalki  nawet na Targach Poznańskich. Ciekawe po kim i czy Wy, Jej dzieci odziedziczyłyście talent ?

Mariola  nie udzieliła mi odpowiedzi, czy w rodzinie był jakiś człowiek o takich zdolnościach – malarz , rzeźbiarz czy kostiumolog. Ale oznajmiła , że talent po Mamie odziedziczyła  tylko jedna, wspominana już w poprzednich wpisach –  Córka , która jest wicedyrektorem Liceum im. Kenara w Zakopanem…