Na medycznej ścieżce. Szpital Sienna- tejemnicza Basia..

Basia

 

W tym oddziale była jeszcze jedna pielęgniarka,  której nie zapomnę nigdy.

Była to zgrabniutka, drobna i wiotka  urodziwa czarnulka, Pani Basia.

Nie pomnę nazwiska, ale to przecież już nie ma znaczenia.

Zawsze mnie intrygowała jako osoba bardzo błyskotliwa, oczytana, zorientowana w świecie kultury , błyszcząca intelektem i tajemnicza.

Owa tajemniczość spotęgowała się jeszcze bardziej w momencie, gdy  przypadkowo zobaczyłam ją niedaleko mojego bloku.

Mieszkał w nim bardzo przystojny człowiek, zawsze starannie i wytwornie ubrany. Bywało, że zawijał się w jasny prochowiec z charakterystycznie uniesionym kołnierzem. Kroczył wtedy lekkim zwiewnym i długim krokiem, zda się unoszony przez zwykle wiejący pomiędzy blokami wiatr od Wisły.

Kiedy indziej stukał o wieloboczną kostkę parkingową zwaną trylinką- młodzi już jej nie kojarzą- błyszczącymi oficerkami. Wówczas miał na sobie strój przypominający militarny , który od zawsze uwielbiałam.

 Wyglądem i trochę nieobecnym wyrazem oczu odstawał od innych mieszkańców bloku.

Był jak przybysz z trochę innego świata.

Chodził samotnie, wydawało się, że ukrywa jakieś swoje lęki, niepokoje, czy straszliwe przeżycia.

Czasami wracał późno, na niewielkim rauszu.

Jednym słowem był osobnikiem, na którym zawsze zawieszałam wzrok, bo miał w sobie wielką ogromną tajemnicę.

I właśnie któregoś dnia ujrzałam, jak kroczy swoimi wielkimi trochę wojskowymi krokami  . Tym razem nie był samotny. U jego boku zobaczyłam naszą Basię z Siennej. Była cała w skowronkach, i szła swoim lekkim tanecznym krokiem. Nie zauważyła mnie, ja także celowo zmieniłam kierunek marszu do domu i skręciłam w jakąś inną alejkę.

Potem miałyśmy razem dyżur i głęboko po północy, kiedy to minie godzina duchów i zacierają się sztywne bariery pomiędzy ludźmi, zapytałam ją o tego znajomego.

Zaczęła opowiadać z żarem, że jest jej dawnym znajomym a właściwie sympatią. Potwierdziła to, co już przedtem opowiadali o nim w formie plotek sąsiedzi. Podobno w jakimś okresie życia podjął decyzję wyjazdu z kraju, został najemnikiem i  służył w Legii Cudzoziemskiej. Przed laty wrócił z Wietnamu…

Opowieść ta tak niesamowita pozostała w mej pamięci , tym bardziej, że po latach się dowiedziałam o wielkim cierpieniu i śmierci tajemniczej Basi….

Teraz myślę o niej, że gdzieś tam w zaświatach sobie żyje i jestem pewna że wszyscy święci  interesują się nią i jej tajemniczym przyjacielem….

 

Na medycznej ścieżce. Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji…

Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji

 

Doskonale pamiętam nasz gabinet w Oddziale Neuroinfekcji nieistniejącego już Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej/ Śliskiej, w którym pracowałam od 1975-1981 roku.

Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rezydowałyśmy tam wszystkie.

Pod oknem siedziała piękna i eteryczna blondynka o wielkiej sile charakteru – dr Romualda Szlachetko. To ona, w tych trudnych warunkach, gdzie tyle się działo, dziergała doktorat. Promotorem była Prof. Niżnikowska z Dziekanowa, bo nasz szpital nie miał uprawnień do prowadzenia doktorantów.

 Nie zapomnę, jak sumiennie siedziała za biurkiem prowadząc starannie historie choroby pacjentów, uciszając nas , gdy chciałyśmy pogadać .Potem znikała w miniaturowej szatni, gdzie zgromadziła mnóstwo historii chorób wypisanych już pacjentów i na ich podstawie opracowywała materiał kliniczny swojego doktoratu. Jej męża , nazywaliśmy docentem od tulipanów, bo pracował naukowo w jakimś Instytucie , prawdopodobnie przedmiotem jego badań były właśnie tulipany. Szkoda, że nie dowiedziałam się szczegółów tej pracy, bo na pewno była ciekawa.

Na  wprost niej rezydowała  dr Zosia Madejczyk, o której już dużo napisałam,  a  po lewej , bliżej  wejścia Hania Peńsko.

O Hani opowiem niebawem, bo była dla mnie bardzo ważna. Spokojna, wrażliwa bardzo zaangażowana w życie i zdrowie pacjentów, pedantyczna,  była dla mnie wsparciem nie tylko w pracy ale i w domu.

   A naszym gabinecie , tuż obok drzwi rezydowała Anula Ipnarska. O niej napisałam całe tomy wspomnień. 

Ja siedziałam tyłem do wszystkich, kątem oka mogłam obserwować śliczną zapracowaną dr Romę, z drugiej strony widziałam wejście do gabinetu a na wprost było biurko, które czasami zajmowała  uwielbiana przez nas dr Czachorowska. Wprawdzie miała swój gabinet, ale bywała z nami na porannym omawianiu dzieci i czasami później.

Wszystkie miałyśmy służbowe czarne wełniane peleryny na pięknej kraciastej barwnej podszewce.

Były potrzebne w czasie dyżurów, gdyż wędrówka do Izby Przyjęć , zwłaszcza nocą i w kopnym śniegu powodowała szczękanie zębów. A dodatkowo były naprawdę twarzowe i malownicze.

Wyjątkowo ładnie wyglądała w swojej pelerynie  dr Roma, gdyż wielokrotnie w zimnawym gabinecie, siedząc pod wielkim i nieszczelnym oknem, marzła. Zawijała się w nią uroczo i przypominała piękną bohaterkę jakiś romantycznych filmów.

 

Na medycznej ścieżce. Praca w oddziale neuroinfekcji,

W oddziale neuroinfekcji, w którym teraz pracowałam obowiązywał określony rytm pracy.

Po zapoznaniu się z nowymi chorymi, i detalicznym przeanalizowaniu stanu leżących dłużej rozpoczynały się zabiegi.

Tutaj nauczyłam się jak pobierać płyn mózgowo- rdzeniowy, płyn podtwardówkowy i wkłuwać się do komór bocznych. Te ostatnie nakłucia wykonywano u noworodków z ropnym zapaleniem opon, by podać tam odpowiednie leki. W przypadku takich dzieci bardzo szybko dochodziło do zablokowania komór i powstania ropogłowia z uszkodzeniem mózgu. I w celu zapobieżenia takiej sytuacji wykonywaliśmy nakłucia komór bocznych mózgu. Należało wprowadzić  bardzo długą  igłę przez ciemię w głąb główki, kierując koniec w kierunku nasady nosa. I po uzyskaniu płynu, pobierano go do badania i podawano do tej przestrzeni leki. Zabieg powtarzano po przeciwległej stronie noska dziecka. Był straszliwy, ale nie było wyjścia.

Oczywiście w tych zabiegach bardzo były pomocne pielęgniarki.

Zwłaszcza, gdy wykonywało się zabieg odmy śródczaszkowej.

W tej połowie lat 70 XX wieku nikt nie słyszał do USG, tomografii komputerowej ani rezonansie.           By uwidocznić komory boczne mózgu przy podejrzeniu wodogłowia należało wkłuć się do kanału kręgowego, pobrać dość dużo płynu mózgowo- rdzeniowego a na to miejsce podać powietrze. I potem niezbędna była specyficzna działalność siostry oddziałowej, która umiała najlepiej ze wszystkich, tak kołysać dziecko, by powietrze przedostało się do komór. W ten sposób w wykonanym następnie zdjęciu rtg czaszki uwidaczniały się komory, ich kształt czy jakieś ubytki mózgu.

Teraz takie zabiegi wydają się średniowieczem. Ale tak było i to pamiętam.

Zabiegi zajmowały sporo czasu, ale dawały mi sporo adrenaliny.

Wszystko było ciekawe i niezwykłe.

Najważniejsze było to, że przy intensywnym leczeniu z reguły widać było korzystne, nieomal błyskawiczne efekty.

Wielką radością było patrzeć jak ciężko, dramatycznie chore dzieci wracają do życia i zdrowia….

Na medycznej ścieżce. Zachwyt nad doktorem Dębskim…

Oddział żółtaczkowy mieścił się na trzecim , najwyższym piętrze szpitala. Ordynatorem był przesympatyczny dr Ryszard Dębski. Był smukły , elegancki i ludziom życzliwy. Dowiedziałam się , że w przychodni rejonowej pracuje jego żona, mają trzech synów. Przedtem pracowali razem na Siennej i do historii przeszły ich wspólne dyżury. Z reguły dyżurowali razem. Na każdym  dyżurze było dwóch lekarzy. Jeden, zabezpieczający oddziały a drugi-  izbę przyjęć. Żona dr Dębskiego- Halina była lekarzem oddziałowym, o godzinie 21 udawała się na spoczynek w swojej dyżurce, a całość obsługiwał jej mąż. I Izbę przyjęć i oddziały. Musiał się zdrowo napracować, gdyż dyżury zwykle były trudne. Ale ponoć niezwykle rzadko budził swoją żonę, prosząc o pomoc. Teraz mogłam obserwować w jakim systemie pracuje dr Dębski. Otóż  przybywał on do szpitala o godzinie 7 ( my pracowaliśmy od 8) , oglądał wszystkie dzieci w swoim oddziale, zapoznawał się z wynikami badań i o godzinie 12 opuszczał szpital. Wracał o 14-14,30 , zjadał pyszny obiad w szpitalnej stołówce, wizytował oddział, sprawdzał jak pracujemy , ustalał z nami ostateczne już dyżurowe zalecenia i o 16 opuszczaliśmy szpital. Dowiedziałam się, że w czasie gdy wybywał, załatwiał poradniane wizyty domowe swojej żony.

Taki mąż, to cud nad cudy.

Tak uważaliśmy wszyscy.

Ja się tylko dziwowałam, bo takie postępowanie było mi nieznane.