Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 14 )

Następnego dnia obudziłem się potwornym bólem gardła.

Wiedziałem dobrze co to jest.

Na anginy chorowałem często. Leczyłem się wtedy pędzlowaniem gardła za pomocą jodyny. Na szczęście Stefa znalazła jodynę u miejscowej zaprzyjaźnionej nauczycielki.

Wiem, że miejscowi naśmiewali się ze mnie.

Przyjechał obcy, rusek mówiono o mnie z pogardą i w dodatku rusek ze zdrowiem jak mimoza.

Ale wkrótce wyzdrowiałem i opuściliśmy Godziszkę.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że wyjechałem stamtąd bez  ulgi.

Do domu wracałem bez odpowiedzi na moje oświadczyny.

Pocieszałem się jedynie myślą, że nie usłyszałem kategorycznego zaprzeczenia.

Może to byli tacy ludzie, myślałem, surowi, hamujący emocje, inni niż moi krajanie.

Ale liczyłem na ich serca.

Może zamknięte, ale przecież gdzieś w głębi ludzkie i dobre.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (5)

Stefa czasami bywała w naszym domu, grzała się w cieple mojej rodziny.

W czasie tych wizyt widziałem, jak bardzo pragnęła miłości i przytulania.

Chyba nigdy nie dostawała tego w swojej rodzinie góralskiej- twardej i hamującej uczucia.  Zrozumiałem to dopiero po latach, gdy poznałem jej wieś i ludzi tam żyjących.

Powoli rozpoczęliśmy przygotowania do ślubu.

Wiem, że napisała o tych planach do swoich rodziców.

Każdego dnia czekała na wizytę listonosza.

Czekała długo.

Ale z Godziszki , z jej rodzinnej miejscowowści nikt nie odpowiadał. To milczenie było ciężkie jak głaz, za trudne do udźwignięcia przez młodą dziewczynę. Kładło się cieniem na naszym związku.

Więc któregoś dnia postanowiła tam pojechać i porozmawiać osobiście.