Na medycznej ścieżce. Listy, wiersze to prawdziwe dowody sympatii pacjentów.

W czasie mojej pracy w przychodni zdarzały się oryginalne  dowody wielkiej albo tylko czułej do mnie sympatii a czasem nawet  miłości moich pacjentów  wyrażanej różnymi wierszami.

Była to korespondencja przysyłana pocztą- np. listy z wierszami w których często dominowały rymy częstochowskie .

Czasami były to zapisane kartki papieru przynoszone osobiście do gabinetu.

Ale były to też prawdziwe perełki literackie , które otrzymywałam od dziewczyny z mózgowym porażeniem z mnóstwem ruchów mimowolnych i wielkim intelektem. Do tej pory zadziwiam się, jak mogła utrzymać długopis w swoich rozdygotanych dłoniach. Wiersze były na pewno jej autorstwa, zresztą gdzieś już ją drukowano.

Nie mogę odżałować faktu, że listów tych nie zachowałam .

To było bardzo bardzo miłe, chociaż nie przywiązywałam wtedy do tego odpowiedniej wagi.

I teraz, po tak wielu latach pracy uważam, że jedynie w takiej niewinnej formie pacjent może wyrażać lekarzowi- drugiemu człowiekowi – swoją sympatię i wdzięczność.

Inne wysiłki by obdarować swojego lekarza były dla mnie niemiłe, budziły sprzeczne uczucia i stawiały mnie w sytuacji niezręcznej, jakby podporządkowanej.

 

 

Na medycznej ścieżce. Profesor Tadeusz Orłowski i jego metody.

Miałam szczęście  , by pierwsze zajęcia z interny odbywać w dwóch chyba wtedy najlepszych klinikach. U profesora Tadeusza Orłowskiego  uczyliśmy się nefrologii a kardiologii  w Klinice  Profesora Askanasa.

W I Klinice Chorób Wewnętrznych ponownie zobaczyłam sztuczną nerkę. Już kiedyś opowiadałam o tej metodzie leczenia i jej historii przy okazji omawiania zajęć z propedeutyki interny na Akademii Medycznej w Poznaniu. Tam widziałam pierwszą polską sztuczną nerkę wykonaną na wzorcu szwedzkiej, ale z bardzo licznymi cennymi rozwiązaniami inżynierów zakładów im. Cegielskiego. Kliniką poznańską kierował prof. Jan Roguski i w temacie wprowadzania do Polski tej niezwykle cennej metody leczenia jaką była dializa współpracował z prof. Tadeuszem Orłowskim. Obaj byli pasjonatami , bardzo aktywnymi ludźmi i oczywiście lekarzami wielkiej klasy.

Teraz właśnie miałam szansę poznać prof. Tadeusza Orłowskiego.

Był to bardzo wysoki szczupły pan, z ciemnymi włosami, okrutnie  surowym spojrzeniem spoza nieodłącznych okularów w groźnej czarnej oprawce. Gdy pojawiał się na horyzoncie kliniki wszyscy pierzchali i ukrywali się choćby w mysiej dziurze. Był ostry, wymagający i bezwzględny.

Prof. T. Orłowski miał zwyczaj omawiania pacjentów w swoim gabinecie.  O określonej godzinie zbierali się tam wszyscy lekarze kliniki i studenci. I byliśmy świadkami scen dla nas przerażających.

Profesor na szczęście nas ignorował, ale za to swoich asystentów  dosłownie maglował. Wyglądało to jak wielka profesorska popisówa , efektowny, chociaż mrożący krew w żyłach pokaz profesorskiej wiedzy i władzy.

Zbieraliśmy się w gabinecie profesora, studenci tłoczyli się pod ścianą i na znak dany przez profesora, jego asystent czy asystentka wychodził na korytarz, zapraszając czekającą za drzwiami pielęgniarkę w pacjentem na wózku.

I rozpoczynało się wielkie teatrum. Pacjent umieszczany był na kozetce i ów asystent dokonywał prezentacji chorego. Oczywiście długo i zawile przedstawiał zebrany wcześniej wywiad z jego wszystkimi elementami jak cała przeszłość rodzinna, niepokojące objawy i okoliczności wystąpienia pierwszych i kolejnych objawów i dalszy przebieg choroby , leczenia etc.

Pacjent w tym czasie leżał sobie na tej kozetce i albo drzemał, albo wpadał w zadumę.

Przy okazji omawiania poszczególnych chorych  profesor długo i detalicznie przepytywał  swoich asystentów z nieomal  całej medycyny , nie oszczędzając słów krytyki. Do tej pory zadziwiam się , jak  wytrzymały w zespole Pana Profesora  miniaturowe blondynki, jak np. obecna profesor  Lilianna Gradowska. Ileż siły było w tej  drobnej kruchej kobiecie. Spotkałam ją po bardzo wielu latach, miałyśmy wykłady – ona z nefrologii dorosłych a je dziecięcej w kilku miastach Polskich, m.in. w Siedlcach. Pozostała piękna, drobna i krucha….

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsze samodzielne badanie

I nadszedł dzień, gdy otrzymaliśmy samodzielne zadanie.

Profesor przydzielił każdemu z nas pacjenta, którego musieliśmy zbadać i potem zdać relację z wyników tego badania .

Chorzy ci  byli rozmieszczeni w różnych salach, tak więc znalazłam się sam na sam i oko w oko z kilkoma panami leżącymi na mojej sali.

Weszłam do niej nieomal na palcach, z wielkim przejęciem i starannie ukrywanym niepokojem.

Panowie leżeli sobie na łóżkach i czułam, jak mnie lustrują spojrzeniami.

Widać było, że bardzo nie cierpieli, bo byli uśmiechnięci, a w ich oczach nawet z pewnej perspektywy można  było zobaczyć rozpalające się  łobuzerskie ogniki.

Powiedziałam ogólne dzień dobry, przedstawiłam się , powiedziałam w jakim celu przychodzę i zapytałam , który z panów nazywa się tak i tak. Odezwał się , leżał pod oknem, skąd rozpościerał się przedni widok na całą salę. Czułam się jak na celowniku.  

Rozejrzałam się, szukając stołka. Ale już jeden z panów, usłużnie przysunął do mnie stołek z okrągłym siedziskiem.

Widocznie byli już zaznajomieni z systemem ciągłych badań przez różnych studentów i znali zwyczaje pana Profesora.

Tym razem trafił im się niezły kąsek- niebrzydka, młodziutka i przejęta studentka. Takie lubili najbardziej.

Sprawdziłam, czy stołek znajduje się w odpowiednim miejscu. Powtarzałam w duchu, że jak zalecano, muszę się usadowić po prawej stronie badanego.

Następnie dość sprawnie zebrałam wywiady na wszystkie możliwe tematy : dotyczące stanu zdrowia, trybu życia, sposobu odżywiania i wszelakich obciążeń genetycznych.

Odpowiadał płynnie, pewnie powtarzał tą śpiewkę dość często.

Potem chętnie się rozebrał, pewnie chciał się pochwalić wielką postacią wytatuowaną pod lewym obojczykiem. Gdy oglądałam to znalezisko, powiedział, że jest to jego Baśka. Ale to odkrycie nie wiązało się z jego stanem zdrowia, najwyżej świadczyło o bujnym życiu. Poprosiłam, by przespacerował się w kierunku drzwi i z powrotem. Zerwał się żwawo z łóżka i wykonał polecenie. Widziałam, że nie utykał, nie zbaczał z linii prostej co mogłoby sugerować jakieś schorzenie ortopedyczne lub neurologiczne.   Więc uznałam , że wszystko było ok. Potem dokładnie obejrzałam jego skórę, zbadałam węzły chłonne i przystąpiłam do opukiwania granic serca i płuc.

Umiałam już odpowiednio ustawiać  dłoń, trochę mi to przypominało edukację przed zajęciami gry na fortepianie. Tak więc ułożyłam palce prawej dłoni w lekkim zgięciu i poruszając całą dłonią jedynie w stawie nadgarstkowym , uruchomiłam mechanizm jakby młoteczka. Delikatnie uderzałam palcem środkowym w powłoki klatki piersiowej, miejsce przy miejscu, idąc od obojczyków, następnie od lewej linii pachowej przedniej w kierunku domostkowym.

I w tym momencie znieruchomiałam.

Nie usłyszałam charakterystycznej zmiany odgłosu, przy przejściu znad terenu płuc na teren który zajmuje serce.

Powtórzyłam ten manewr jeszcze raz, wyciągając uszy, którym nie dowierzałam.

Myśli moje dość chaotycznie gnały po całej skołatanej głowie. Przecież starannie wykonywałam wszystkie czynności, słuch, nawet muzyczny  miałam niezły a coś mi się nie zgadzało. Wyglądało na to ,że pacjent w ogóle nie ma serca. Może rozrosły się jego płuca, uzyskując megarozmiary i zakryły biedne serce. 

Powoli coś mi zaczęło świtać, ale zanim przystąpiłam do opukiwania płuc po prawej stronie klatki piersiowej, usłyszałam ryk. Panowie długo powstrzymywali emocje, przecież doskonale znali przyczynę mojego zakłopotania i teraz pokładali się ze śmiechu. Udał się najlepszy kawał, przebój sezonu.

Pacjent parskał , prychał i krztusząc się ze śmiechu zakomunikował ,  że serce to on ma i to całkiem zdrowe, tylko natura go obdarowała pewną odmianą rozwojową .

Teraz bardzo się cieszy, mówił dalej, że może służyć jako model do badania. Zawsze mu się udaje zaskoczyć  studentów i wtedy wszyscy w sali mają  radochę . Pozwala im to zapominać o dolegliwościach, przyspiesza zdrowienie.

Ich sala jest najweselsza i najzdrowsza w całej klinice, tempem sukcesów terapii cieszą się wszyscy lekarze. Powinien zostać rezydentem-demonstratorem  w tej klinice, by poprawiać wyniki leczenia wszystkich chorych. Bo śmiech to zdrowie, powiedział .

Teraz to, co mi mgliście świtało w głowie, nabrało jasnego światła i wkrótce znalazłam serce po prawej stronie klatki piersiowej pacjenta. Jego granice wskazywały na  lustrzane odbicie serca prawidłowo położonego. Jest to określane mianem dekstrokardii. Zdarza się to nieczęsto . Może  temu towarzyszyć  odwrócenie narządów w jamie brzusznej  i wówczas mówimy o situs inversus – tj o odwróceniu trzew.

Sprawnie wysłuchałam szmery zastawkowe i byłam gotowa do zdania relacji panu Profesorowi.

Gdy opisywałam swoje odkrycie, bardzo szczerze przyznałam, że w procesie diagnozowania brali udział wszyscy pacjenci. Profesorowi podobało się moje wyznanie i pochwalił za to , że potrafię się przyznać do swoich trudności.

Powiedział też, że zawsze warto rozmawiać z pacjentem i przedstawiać mu swoje wątpliwości, dzielić się uwagami i w ten sposób angażować go w proces diagnozowania i wynikających z tego  postępowań terapeutycznych.

Po wielu latach wracam myślami do tego, co powiedział Profesor i nadal się zastanawiam, jak dalece lekarz powinien informować pacjenta o swoich wątpliwościach. Czy jest gdzieś linia ograniczająca , jeśli jest,  to niezwykle delikatna i płynna.

Przecież każdy człowiek jest inny i inaczej reaguje. Tylko jak to wyczuć i przewidzieć reakcję?

To jedno z najtrudniejszych zadań lekarza.

 

Na medycznej ścieżce. Badanie klatki piersiowej.

W tych czasach nie było żadnych filmów szkoleniowych  ani nagrań  z utrwalonymi  odgłosami słyszalnymi  podczas opukiwania granic płuc czy serca lub dźwiękami poszczególnych tonów serca.

Uczyliśmy się więc od Pana Profesora, który opowiadał i pokazywał . Potem każdy z nas powtarzał poszczególne elementy badania.

Byliśmy przejęci, młodzieńczo wrażliwi i staraliśmy się wchłonąć całą wiedzę, przekazywaną nam w czasie zajęć z propedeutyki medycyny.

Nie zapomnę  drżenia swojego serca , gdy usłyszałam bicie serca obcej, chorej osoby.

Ten moment stał się elementem przełomowym w dalszym życiu medycznym.

Poczułam niezwykłą więź z drugim człowiekiem, który powierzał  mi swoje największe tajemnice.

To było przekroczenie zaklętego kręgu intymności.