„Anioły spotykają się o brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 1 )

Moi Mili, wybaczcie, że wstęp będzie typowy : Najpierw muszę po raz kolejny przeprosić Wszystkich, którym zdarzyło się zajrzeć do starych wpisów tego blogu. W czasie przeprowadzki na to miejsce, pogubiły się zdjęcia. Jestem na etapie korekty, ale droga długa i żmudna- bo braki są liczne….

Ale ad rem….

 Pomysł  opowieści o ludziach i losach niezwykłych podrzucił mi w zeszłym roku Jurek, którego pamiętnik niedawno tu zamieściłam. Pisał prosto- był taki ktoś- kilka słów o nim – i zachęta- napisz o tym po swojemu.   Temat ten we mnie zasiany, jakoś kiełkował,  by nagle wyrosnąć w opowieść- wszystko się działo poza mną, poza moim umysłem, myśleniem …..powstało kilka opowieści , których cykl nazwałam  Opowieści o ziemskich Aniołach . Jurek przedstawił je  na corocznej białostockiej konferencji pt. ” Życiodajna śmierć ” – nawet nie wiem jak zostało to przedstawione i odebrane- JTM powiedział tylko, że dobrze 🙂 . Na przezroczach były fragmenty na tle moich zdjęć przyrody a całość niby w materiałach konferencyjnych….zresztą nieważne…….

 

 Opowiedziane przez Jerzego T. Marcinkowskiego  a poszerzone o fantazje i opracowane przez  Z.K.

Anioły spotykają się o brzasku z cyklu Opowieści o ziemskich Aniołach  ( 1 )

Spotykają się codziennie nad ranem, o tej swojej ukochanej  godzinie gdy noc usypia a  budzi się  brzask i przynosi nowe i tajemne chwile w życiu. Każdy wstający dzień witają razem i nieustannie odkrywają jego smaki.  Tak więc i teraz przychodzą  do swojego  ulubionego pokoju z dużymi oknami nieustannie patrzącymi na wschodzące słońce. I nic to, że w ich domu mieszkają już inni , może obcy ludzie. Oni tu wracają bo to ich pora, ich pokój i ich godzina spotkania. Jednak od niedawna nie dążą każde z innej „planety” na to spotkanie, przybywają tu razem, zawsze razem, na wieki….

Siadają po dwóch stronach niewielkiego stolika, naprzeciwko siebie by móc patrzeć sobie w oczy. Stolik przylega jednym bokiem do parapetu  z kwiatkami które kiedyś , dawno dawno temu sadzili.

Ona jak zwykle zwiewna, w błękitnej sukience i perełkami na szyi. Tak, zawsze lubiła drobne perełki. Kupił je kiedyś na długim wyjeździe. A ona zawsze czekała. Wychowywała dzieci dbała o porządek w domu i tęskniła. Nazywała go Odyseuszem i żartując mówiła, uważaj na Syreny , mój Mileńki. A on myślał, że jest jak Penelopa wierna i zawsze czeka, czeka cierpliwie , przyjmuje  bez słowa wyrzutu, że on swobodny a ona dom dzieci, bez podejrzeń co robił przez te długie miesiące. Przyjmowała go zawsze taka sama,  ufna i stęskniona.

Czy nie grzeszył w tym czasie? Być może, nawet dobrze nie pamiętał  tamtych kobiet, bo przyfruwały i znikały o świcie z jego życia. Potem szybko zapominał, no nie, nie zapominał, ale stopiły się w jeden obraz szaleństw bez uczucia , po prostu wyżycie zmysłów i tyle .  Czy to były zdrady? cdn.

„Anielski dotyk” z cyklu „Opowieści o Ziemskich Aniołach.”..

Kochani moi- jak zapowiedziała redakcja WP, cała platforma bloog.pl znika z netu z dniem 31 marca 2018. Wszystkie teksty przepadają, można je skopiować i wrzucić w inne miejsce….zobaczymy , czy mi się to uda- na pewno zawiadomię. Dlatego dziś cały tekst, bo czas się kurczy…

zdj. własne

Jerzy T. Marcinkowski, zdj. otrzymane od Niego….

To Człowiek, który mnie zainspirował do pisania  tych Opowieści i nie tylko. Pomnę nasz drugi rok studiów na Akademii Medycznej, kiedy się trochę przyjaźniliśmy łażąc do Zakładu Medycyny Sądowej, gdzie Jego ojciec, Tadeusz był chyba już docentem. I tam wykonywaliśmy wspólnie doświadczenia z kroplą krwi rzucaną pod różnym kątem i z różnej odległości na bibułę, rejestrując ślad. Z rozczuleniem znalazłam opis tego doświadczenia w rozdziale podręcznika…..z Jurkiem odbywaliśmy wielogodzinne wieczorne ( bo zajęcia trwały długo) marszobiegi po okolicach Junikowa, gdzie mieszkaliśmy- On w domku swoich Rodziców przy ul. Dziewińskiej ( którego nigdy nie widziałam i który niestety Rodzina oddała w obce ręce  ) a ja z Bajką u jej cioci całkiem niedaleko. Nie zapomnę też, jak Jurek mnie namówił, bym , w domyśle zamiast balowania na fajfach , kontynuowała treningi koszykówki- zrobił to jakoś tak, że nie brzmiało jak imperatyw – jakoś łagodnie, ale zdecydowanie , jednoznacznie – że nie zdążyłam się nastroszyć po swojemu, tylko  bez chwili wahania pognałam na boisko 🙂 . Właściwie nie wiem dlaczego tym wszystkim piszę- ot, takie fajne skojarzenie i wspomnienie mi przyszło, gdy odnalazłam wreszcie ten wpis  zagubiony w trakcie przeprowadzki blogu na to miejsce .

Jurek Marcinkowski, którego Pamiętnik niedawno tu zamieściłam, kolega z pierwszych lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, potem prawie zapomniany- przed 1,5 rokiem ponownie ” spotkany” dzięki Facebookowi, gdy szukałam dawnej przyjaciółki  …

Ponieważ jest neurologiem  i przez długie lata, jak my, lekarze widywał różnych ludzi, niektórych szczególnie zapamiętał, bo byli Niezwykli- przed rokiem opowiedział to, co poniżej – i rzekł- opisz po swojemu … Spisałam więc to,  co usłyszałam  i pofrunęłam…..a to jest wstęp do mojej Opowieści  :

 Była prostą kobietą, która po ciężkich przejściach zdrowotnych zachorowała na narkolepsję. Gdy zapadała w nagły głęboki sen, wszyscy widzieli jej tajemny uśmiech.  Nigdzie nie chciano jej zatrudnić, aż w końcu została pomocą w hospicjum. I wówczas uaktywniła się jej właściwość rozumienia umierających , uspokajania swoim dotykiem pobudzonych i potrzeba towarzyszenia im do końca życia. Ze skromnej swojej pensji utrzymywała męża alkoholika aż do jego śmierci . Wychowała dwóch dorosłych już synów, którzy całują jej dłonie. Wykorzystywana przez sąsiadów i rodzinę do opieki nad starymi i chorymi , sama zapadła na raka i jest smutna.

Opowiada o niej neurolog, bo pamięta i zda się doświadcza jej wpływu w codziennym życiu.

Na podstawie tej Jego opowieści powstała moja fantazja ?, a może prawda?- kto wie?  na temat tej kobiety i jej choroby….

Anielski dotyk, czyli prawda i fantazja ? o kobiecie z narkolepsją  z cyklu  Opowieści o Ziemskich Aniołach 

 W przychodni zwykle przyjmowało kilku lekarzy,  więc nikt nie zwracał na Nią uwagi. Po prostu siedziała w kąciku , cichutko, tuż obok rozgadanych a właściwie rozgdakanych  pacjentów, zwykle stałych bywalców tego miejsca. Musieli bowiem sobie opowiedzieć, bo może już który zapomniał,  na co chorują, ale właściwie to już nie wiadomo na co, jakie mają objawy, o lekach które otrzymują i nawet czasami zażywają, że  one właściwie nie działają, nie mówiąc o objawach ubocznych i że w ogóle doktor niewiele może pomóc, nawet się nie stara, co widać od razu gdy się wejdzie a on sobie siedzi za biurkiem rozparty, z obojętną miną i obraca w palcach długopis, że może lepiej homeopatia, nie, nie podobno homeopatia truje, to może zioła, też trują, ot, panie , świat już całkiem zatruty, jak tu żyć. I potem zauważają Ją i już rozprawiają ciszej,  bo może usłyszy, pomimo tego, że śpi od pół godziny.  Co, przyszła tu spać, co ona robi w nocy? Pewnie, panie, gdzieś się szlaja, kto wie. Lafirynda jakaś orzekła ta gruba. A jegomość czerstwy i rubaszny zauważa, że za chuda na szlajanie, kto by taką chciał, chyba, że po ciemku. O nie, zaprotestowała ta chuda z długim nosem, właściwie ma trochę ciała, ale jakaś myszowata jest. Niby blondynka, ale myszowata. . I dalej życzliwie o niej, nadal po cichutku wszyscy, bo trafiła im się  gratka nie byle jaka, taka w przychodni to rzadkość . Więc życzliwie, jak dobrze, że usiadła przy tym stole, i dobrze, że ten stół jest tu w ogóle. Właściwie niepotrzebny, ale jednak się przydaje, zaśmiał się jakiś dowcipniś. I ona w dodatku się uśmiecha przez sen, zauważyła jedna z uczestniczek owego „ klubu” .

I tak sobie gadali, bo doktor coś za długo badał, a może go jeszcze nie ma, o, pewnie jeszcze w ogóle nie dotarł, jak zwykle spóźniony. Oczywiście że tak, jak on w ogóle gdzieś zdąża do pracy, bo jeszcze wczoraj w nocy oglądał mnie w Izbie Przyjęć szpitala, który jest stąd daleko. Może pracował do rana, i dlatego jeszcze go nie ma ? Ktoś usiłował wytłumaczyć przyczynę notorycznego spóźniania się pana doktora do ich przychodni. Bo to była ich przychodnia, osiedlowa, więc mogli tu przychodzić, zwłaszcza gdy padał deszcz albo śnieg  , no i dlatego, że ten doktor wcale mi nie pomógł, gdy byłam w tej  Izbie Przyjęć, nadal boli mnie ten „woreczek” , chociaż od wczoraj już nic tłustego nie jadłam, chyba że te trzy jajka na twardo, ale przecie to nie taki tłuszcz jak boczuś ukochany. Jak to, żachnął się ten jowialny, przecież jajka na „ woreczek” szkodzą, wiem coś  o tym. Pewnie zmienię doktora, jest taki jeden stary wprawdzie, ale daleko przyjmuje. Już tam byłam, rzuciła chuda, ale też nie pomógł ….

          A Ona siedziała , jakoś dziwnie jaśniała, chociaż unoszącej się nad Nią poświaty nikt nie zauważał, ale na pewno jaśniała . W swoim kąciku, nadal  spała z głową na blacie stołu, który był ustawiony  pomiędzy automatem z  puszkami ponoć niezdrowej  Coca—coli tudzież z kawą o smaku popłuczyn i herbatę, chyba z jakiegoś słodkiego i brązowawego proszku o przenikliwym zapachu jednak chyba herbacianym. Siedziała oparta o tę maszynę wydającą oczywiście za monety także różne smakołyki  i  uśmiechała się przez sen.  

         Kilkakrotnie widziałem ją w przychodni, ale do mojego gabinetu  nie wchodziła. Któregoś dnia spoglądając na wykaz pacjentów  zapisanych do mnie na ten dzień , zauważyłem nazwisko osoby, która się nie zgłosiła. Wyszedłem na korytarz, który był dziwnie pusty, widocznie już koledzy zakończyli pracę i pognali do domu by sprawdzić czy są wszyscy w domu, gdyż pracowali non stop przez 3 doby, a telefonów komórkowych jeszcze wówczas nie było. Zresztą żona przyzwyczajona do tych dłuższych nieobecności męża ale także lekarza,  organizowała swoje życie walcząc w długich kolejkach o jakiś ochłap mięsa, piorąc, gotując, sprzątając, chociaż mąż tego nie zauważał, bo gdy tylko znalazł się w domu zwalał się na kanapę i włączał telewizor oglądając wszystko” jak leci”. Czasami dzieciaki wdrapywały się na jego kolana i bywało, że palcami usiłowały podnieść jego zamknięte powieki, by na nie chociaż spojrzał . Nawet już nie marzyły o wspólnej zabawie. Zwykle po chwili rezygnowały, tylko wracały do kuchni, do mamy, by otrzymać ciepłe słowo i czasem przytulenie. Tymczasem ich ojciec dalej  chrapał snem sprawiedliwego, ale przynajmniej czuły jego bliskość, dziwny zapach szpitalny który z nim wchodził do domu i mama otwierała szeroko okna by wywietrzyć ten lizol, bo w tamtych latach 70 ubiegłego wieku innych środków odkażających w tym kraju chyba nie było. I tak wywietrzeni do cna, zmarznięci, bo noc nadchodziła zimna, ale szczęśliwi bytowali w tym swoim mieszkanku zwanym wtedy M ileś tam.  Około północy ojciec –„ potrójnieustanniedyżurowy „lekarz nagle ożywał, zaglądał do kuchni a nawet do ich sypialni małżeńskiej. Może działo się to dopiero nad ranem, kiedy żona już w papilotach i w grubej warstwie kremu na twarzy naturalnie odmawiała posługi małżeńskiej, bo może bolała ją głowa, albo nogi zmęczone codzienną bieganiną, a może śniła piękny sen o tym, jak byli młodzi bardzo zakochani, a może broniła się, bo nie chciała mieć więcej dzieci. Dwóch synów wystarczyło za kilkanaście córek, jak mawiała jej mama, góralka, powtarzając z kolei słowa swojego ojca. A że czasy tych lat 70 ubiegłego wieku były „ cienkie” w skutecznej antykoncepcji , więc żona tego lekarza dobrze wiedziała, czym się może skończyć ta maleńka chwila rozkoszy którą ofiarowywał jej mąż, bo z powodu przemęczenia kochał się byle jak , a może nie miał czasu, by się nauczyć inaczej. Tak więc ta chwila hipotetycznej rozkoszy a może w ogóle bez tego doznania, była tak nieważna w jej życiu, że natychmiast o tym zapominała stojąc przy garach i szykując kanapki poranne dla całej rodziny. Potem on wychodził, trzaskał drzwiami, jeszcze słyszała jak pracuje silnik samochodu, którym odjeżdżał i właściwie znikał z jej życia.

 I tak mijało życie tego doktora, jak i życie bardzo wielu innych.

        Tego dnia gdy Ją zauważył , wreszcie dostrzegł, że siedzi w pustej poczekalni oparta o automat wydający także bardzo słodkie batoniki pt. Mars i różne dziwne egzotyczne napoje. Albo śpi z  dziwnie uśmiechniętą twarzą oparta o blat stolika, gdzie się poniewierały „ zaczytane” pisma kolorowe.  A może tak nie było, bo jak sobie teraz przypomina, w tamtych latach 70 ubiegłego wieku jeszcze takie automaty nie dotarły do Polski, a Coca- colę przywożono jako rarytas z zagranicy. Zresztą tak mu się pomieszały te lata, tak szybko biegł czas, że już niczego nie jest pewien. Może nawet miał pięcioro dzieci, które rodziła mu jego bardzo dzielna bohaterska żona.

Tak więc, tego dnia gdy Ją zobaczył w pustej poczekalni odniósł wrażenie, że ona jednak zasnęła a nie tylko odpoczywa. Podszedł do kobiety, delikatnie położył dłoń na ramieniu i zapytał najpierw cicho, potem głośniej- czy nie powinna pani wstać i pójść do domu. Bo ja już wychodzę, zamykam drzwi wejściowe, pielęgniarki już dawno zwolniłem, bo one też ciężko pracują na kilku etatach, jedynie pani rejestratorka siedziała spokojnie za swoim blatem i czytała Harlequina, czyli powieść o wartkim przebiegu akcji, napisana lekkim przystępnym stylem i zwykle wyciskająca łzy szczęścia lub żalu. Wszystko jedno co czytała , byle było o miłości, bo o miłości pani recepcjonistka lubiła czytać najbardziej.

Pan doktor nadal stał nad śpiącą kobietę, zanim się zorientował, chociaż był neurologiem, że pomimo słyszalnego lekkiego oddechu i wyglądu osoby żywej, ta kobieta jest nieprzytomna. Delikatnie dotknął szyi, by sprawdzić tętno na tętnicy szyjnej, kobieta nie zareagowała, tętno było ok., więc przebiegł szybko w myśli cały podręcznik neurologii, który już był wytarty od częstego używania, bo wszak musiał się tego uczyć kilka razy. Najpierw do kolokwiów przed specjalizacją, potem do egzaminu praktycznego a następnie teoretycznego. A potem gdy przybywało podręczników, ale wiedza właściwie była zawarta w tym jednym, pierwszym , najważniejszym bo ze śladami tłustych łap dzieci i wielką brązową plamą rozlanej kawy, musiał powtarzać tę edukację, wlokąc się tą samą ścieżką, którą gnał do tzw. jedynki, czyli I stopnia specjalizacji, bo chciał posiadać stopień wyższy, tj. drugi za który to miał właściwie tylko satysfakcję, bo podwyżka zarobków była maleńka. Pewnie teraz pomyślał, że mądrze się stało, że wprowadzono tylko jeden stopień , tak jak za dawnych czasów bywało, kiedy to stary profesor medycyny, kształcony tym systemem,  nie mógł wytłumaczyć urzędniczce w kasie chorych czy NFZ dlaczego posiada tylko jeden stopień specjalizacji.

Gdy ów doktor wracał do tych podręczników, których liczba z latami lawinowo rosła, że już nie mógł na nie patrzyć, gdyby nie sentyment do swojej neurologii. Ale wracał . Teraz też widząc śpiącą przeleciał myślami po tych podręcznikach, chociaż nie musiał , bo przecież wiedział , że jest to kobieta chora na tajemnicze schorzenie, dotąd nie w pełni wytłumaczalne, nie poddające się dostępnym lekom, nawet tym z zagranicy. I że ona może mieć problemy nie tylko w życiu prywatnym, ale pewnie nikt nie chce jej przyjąć do pracy, bo co będzie jak zaśnie w trakcie szycia na maszynie, palce sobie przyszyje, albo za kierownicą autobusu, ludzi zabije albo gdy będzie coś pisała, to atrament rozleje albo takiej na przykład kazać umyć okna, to na pewno spadnie i będziemy mieli kłopot  i  tak w ogóle to nigdzie jej nie chcemy, mówili. Bo już wiedzieli, bo niestety lekarz musiał zebrać dokładny wywiad by wydać zgodę na podjęcie pracy. I otrzymała takie zaświadczenie, z którym nikt jej nie chciał.

Gdy Ją zobaczył ten wysokiej klasy specjalista, w  przychodni,  gdy popatrzył na Jej lśniące jakimś niebiańskim blaskiem oczy i jeszcze ślad uśmiechu na jej twarzy , pomimo tego, że umówił się z żoną na koncert, bo wreszcie miał mieć wolny wieczór, a ona bardzo czekała, od dawna, pewno od kilku miesięcy na to wspólne wyjście z domu, lekarz  zdecydował bez wahania. Proszę do gabinetu, to na pewno jest pani karta, którą miałem już oddać pani rejestratorce, ot, tej, którą ledwie widać, bo nachylona nad romansidłem, na pewno nad romansidłem , bo ją znam, nie wiedziała co się dzieje, a mąż już pewnie na nią czekał pod przychodnią i będzie bura, że tak długo przesiaduje w pracy i za takie pieniądze.

Ona , ta która spała w przychodni, a teraz się obudziła i wyglądała na szczęśliwą, miała wątpliwości, ależ panie doktorze, może przyjdę jutro, jutro jestem po nocnej zmianie, więc przyjdę i poczekam. Ale doktor był nieprzejednany, o koncercie obiecanym zapomniał, bo miał przed sobą osobę potrzebującą pomocy. Zawsze tak miał, gdy widział pacjenta, zapominał o swoim życiu i wynikały  z tego różne awantury domowe, może tylko pretensje, ale potem już tylko wzruszenie ramionami swojej połowicy. I czasem nawet ją podziwiał za ten spokój i wierność i wychowywanie dzieci i porządek w domu i kwiatki w swoim gabinecie. Ale tylko czasem i to przez moment, bo już dalej pędził do różnych prac, zahaczając czasem o jakieś wykłady, bo  trzeba być zorientowanym co się dzieje w medycynie,  czy spotkania bywało, że towarzyskie, a jakże, bo życie ucieka i może być za późno by jeszcze spotkać kolegów, bo tak szybko odchodzili jeden za drugim, że aż strach brał.

Więc powiedział do Niej, bo właśnie samoistnie wróciła do rzeczywistości-proszę wejść, proszę usiąść zaprosił, gdy stała niepewnie po drugiej stronie biurka, proszę opowiadać. Już ośmielona, przełamawszy swoją delikatność i nieśmiałość, siadała na krześle i opowiadała. Doktor słuchał, obserwując jej zachowanie, a może myślał sobie, że jest właściwie ładna i ma coś takiego w oczach, że zapominał o obiecanym koncercie a nawet dzieciach, które na pewno czekają, patrzył na Nią i słuchał. Była jasną blondynką, o regularnych rysach, włosach gładko opadających na policzki, rozczesanych równo na dwie strony, jak króliczek wyglądała, myślał, ale co Ona ma w środku. Że mieszka w niej tajemna narkolepsja wiedział i poza nagłym zasypianiem nie ma chwil kiedy słabną mięśnie tak, że nie można wstać , co też  bywa w narkolepsji. Kiedyś widział konia, który też nagle zasypiał. Mówił o tym stajenny, gdy lekarz przychodził do swoich koni, które uwielbiał. Tak, jazda konna była dla niego, ale tak rzadko mógł tam bywać, by dosiadać konia i pędzić. Więc nie widział jak jeden z koni zapada w opisany przez stajennego stan narkolepsji, tylko sobie wyobrażał. Pewnie z litości trzymano tu tego konia, bo w przeciwnym wypadku ktoś by go oddał do rzeźni, gdyż nieprzydatny,  zasypia z jeźdźcem na grzbiecie i tamten spada, łamiąc rękę lub nogę, a może kręgosłup. Tak więc nikt go nie chciał, tylko chciał stary stajenny, ukrywał przed wzrokiem ludzi, którzy mogli tego konia zabrać i w ogóle zrobić porządek w tej stajni. Bo stajenny kochał swoje konie, wszystkie, bez wyjątku, chociaż tego z Narkolepsją chyba najbardziej.

Doktor tak sobie myślał, a mając podzielną uwagę, co się przydawało w tym zawodzie, zresztą także w każdym innym, nawet przy zamiataniu podłogi , słuchał jak Ona opowiada. Bo panie doktorze ja chcę żyć, bo mam dla kogo, dwóch synów mu urodziłam a on pije i nie chce pracować. Kiedyś się w nim zakochałam, ale on wybrał wódkę, a teraz nawet , wyobraża pan sobie, kupuje Wodę Brzozową, no, taką do pielęgnacji włosów. Na pustych półkach, bo nie wiem, czy pan panie doktorze kojarzy, przyszły takie czasy, że nic nie ma na półkach tylko ta woda brzozowa w kiosku, a na półkach ocet. Więc ten mój, na zawsze, bo mu przysięgałam, pije wszystko co ma nawet odrobinę alkoholu, mówią, że nawet denaturat, ale już nie sprawdzam co on pije, bo leży w komórce. Niech leży, mówię, niech sobie poleży, jeśli tak musi, jeśli nie widzi dzieci ani mnie, nie widzi jak płaczemy. On ciężko chory, panie doktorze, jemu trzeba pomóc, tylko on nie chce pomocy, a nie mnie. Ja jestem zdrowa, no może poza tym nagłym zasypianiem, ale mam dużo siły i chcę pracować. Synowie mnie kochają, to tacy dobrzy chłopcy. To pan Bóg mi dał takich dobrych chłopców. Doktor jednak musiał jej przerwać, bo należało , należało wypytać o zdrowie. No cóż, panie doktorze, tu uśmiechnęła się błogo. Muszę panu zdradzić, tylko panu, bo pan mi uwierzy, komuś chciałam powiedzieć, ale od razu się ze mnie śmiał, a ja nie lubię gdy ktoś się ze mnie śmieje, bo ja mówię jak jest, całą prawdę, panie doktorze. Miała błogą minę, doktor nie śmiał przerywać, bo poczuł się jakby wielka siła , zewnętrzna brała go za rękę mówiąc, słuchaj tego, co Ona mówi, to ważne. Nabrała powietrza do płuc , i powiedziała na jednym oddechu. Bo ja, panie doktorze w tym czasie, kiedy zasypiam to wracam tam skąd przyszłam. Patrzyła na doktora, czy słucha i ciągnęła. Śpiewamy na trzy głosy, my anioły tak umiemy, nie tylko ludzie tak potrafią , bo ja, panie doktorze należę do chóru Aniołów, zostałam wybrana. Stoimy więc wokół Pana Boga, który siedzi na tronie i ma bardzo dużą brodę i do nas się uśmiecha, nie to co ludzie, panie doktorze, uśmiechają się tak rzadko do siebie, nawet gdy się znają, to rozmawiają, ale uśmiech mają gdzieś pod kluczem, czy jak. A ja, panie doktorze się uśmiecham, prawda? Pan doktor przyznał jej rację, tak, lubię, gdy pani się uśmiecha, a ludzie faktycznie rzadko. A Pan Bóg nas wcale nie zna, tyle Aniołów mieszka w niebie, więc kto by ich spamiętał? Ale uśmiecha się tak, jakby do wszystkich a każdy Anioł, opowiadały mi inne, myśli, że tylko do niego. I śpiewamy mu za to Te Deum, czy zna pan, panie doktorze tę pieśń, mogę zaśpiewać. To może innym razem delikatnie w miarę delikatnie przerwał Jej pan doktor. I jak to jest, że Pani wraca tam skąd przyszła? A tego to ja nie wiem, wiem tylko, że wracam do swojego prawdziwego domu, gdzie mąż mnie kocha i nie pije, gdzie mogę pracować ile siły, gdy tylko odśpiewamy Te Deum, to zaraz łapię za miotłę, bo ja jestem pracowita, proszę pana doktora. Pyta pan, jak wracam tam, skąd przyszłam? Chyba sam pan Bóg zabiera mnie do nieba na tę jedną chwilę, krótką, ale dla mnie bardzo ważną, wtedy tu na ziemi zasypiam, a budzę się w niebie . Bo tam jest mój dom, ten dobry. Zaśpiewać Panu może to Te Deum, a może woli pan inną pieśń. Nie, powiedziałem, że na razie dziękuję, bo już za oknem gwiazdy, żona poszła spać i dzieci posnęły, a ja siedzę z tą osobą i nie mogę się oderwać od jej opowieści, choć wiem, że ona ma zwykłe omamy, częste u chorych z narkolepsją, dobrze, że miłe chociaż, myślę, ale gdzieś na dnie myślenia odczuwam niepokój, a może Ona ma rację, może jest coś poza nami, poza naszym rozumem, szkiełkiem i okiem naukowca?

Na dzisiaj koniec wizyty, Ona sama energicznie ją kończy, przecież wiem, że i tak żadnych leków nie otrzymam, bo mnie jest dobrze z tą chorobą i mam dobrą pracę, gdzie mnie przyjęli i mnie lubią, a i tak żadnego leczenia na to nie ma, sam pan kiedyś mówił, a może mówił inny doktor, albo w gazecie pisali, nie wiem.

Podnosi się z krzesełka, odmieniona, rozpromieniona, że pan doktor nie wyśmiał, że wysłuchał i że nadal siedzi i rozmyśla, może jednak go przekonałam, że jest Niebo, Anioły i ze dobry pan Bóg zabiera mnie tam na chwilkę , bym pośpiewała z chórami Aniołów Te Deum a potem zamiotła podłogę w tym niebie, bo to przecież mój prawdziwy dom, może pan doktór teraz się zastanawia nad innym światem, innym życiem, nie wiem, do widzenia panie doktorze, mówi i wychodzi tak cicho jak weszła i już jej nie ma i pan doktor siedzi w fotelu i chyba widzi te anioły, a na pewno jednego, który właśnie wraca do wiecznie pijanego męża i synów, którzy ją całują po rękach i mówią, nie płacz mamo…..

Wreszcie doktor wraca do domu, idzie pustymi już ulicami, światła miasta zasłaniają mu niebo, więc gwiazd nie widzi, też dobrze, bo nie trzeba, ma w oczach jeszcze jasność Tej z narkolepsją. Cicho otwiera zamek w drzwiach, ona tak lubi, zawsze prosi, nie hałasuj jak przychodzisz, dzieci obudzisz, więc wchodzi cicho, zwraca uwagę, żeby było cicho, bo ona, jego żona tak lubi, przypomina z trudem, bo już dawno zapomniał co ona lubi, ta jego żona, nie zakłada kapci by nie szurały, w skarpetkach wchodzi do pokoju dzieci, jak słodko śpią, ufne, dopiero na początku życia, myśli o nich z czułością i troskę, żeby tylko zdrowo rosły i były mądre i kochały ludzi, myśli, dotyka ich czół, są chłodne, na szczęście, nigdy nie dotykał gdy spały, bo robiła to jego żona, anioł, myśli o niej, chciałby może krzyżyk na ich czołach zakreślić, jak robiła to jego matka, a może babcia, ale nie jest zdecydowany, może to nie ma znaczenia, czy nakreślę, ważne, że przypomniałem te kobiety swojego życia, a tak dawno o nich nie myślałem , bo dzień był za krótki i chciałem nakreślić, mamo mówi . A ona śpi, ta jego kobieta, a może czuwa i może czeka na niego, ale nie chce przeszkadzać. Więc wchodzi do pokoju gdzie ona sama, już od dawna sama, myśli, dlaczego nie przytulona do mnie, jak kiedyś, tak dawno. Ona leży na wznak i ma szeroko otwarte oczy, bo zawsze wie, kiedy on przychodzi, i zawsze czuwa, nie chce żeby zachowywał się głośno, żeby dzieci się nie zbudziły. Jest zdziwiona, że on wchodzi do jej pokoju. Oczekuje, może oczekuje gwałtownego przypływu męskiej chęci nagłej krótkiej i bezwzględnej tzw. miłości, a raczej pożądania łatwego do nasycenia, może on chce się nasycić, myśli i się boi, że tak jest, że tak teraz jest. Ale on podchodzi do niej inaczej niż zwykle, gdy pożąda, jest czuły, ona to czuje, jak dawno on nie był czuły, myśli, podchodzi i głaszcze ją po głowie, delikatnie bierze jej twarz w swoje dłonie  i całuje. Ona się poddaje, równie miękko jak jego wargi całują. I są razem, inaczej niż zwykle, mniej drapieżnie , tak jak kiedyś, gdy wszystko pomiędzy nimi się zaczynało, jak kiedyś szepce, a on powtarza, miła moja….

 Rano w pracy koledzy patrzą z niepokojem, gdzież ten ich szef który od drzwi rzuca zalecenia, sprawdza kto jest na „ posterunku” i w ogóle widać, że jest szefem. Sekretarka im daje porozumiewawcze znaki, coś jest nie tak. Może szef niezdrów, myślą, może ma jakieś problemy. Ale chyba  nie, bo się uśmiecha, do pacjentów o, do nich to  się uśmiechał, ale nie do swojego zespołu, nawet do tej najładniejszej i najseksowniejszej pod słońcem pielęgniarki też nie,  a teraz do nich tak, do wszystkich. Zadziwiające i niepokojące jakby . Nieświadomy sytuacji rezydent wchodzi z hałasem do pokoju, szef podnosi głowę i się uśmiecha, rezydent przeprasza, ż e to drzwi same się zatrzasnęły, szef się uśmiecha. Rezydent coś mówi, oficjalnie relacjonuje i patrzy na rozpromienioną twarz szefa i nie wierzy, czy ktoś go zamienił? I od tej pory tak już jest. Wszystko „idzie jak z płatka” i pacjenci szybciej zdrowieją i atmosfera miła, choć każdy zna swoje miejsce w szeregu. Ciekawe jak długo tak będzie? Wszyscy się zastanawiają, ale o dziwo tak jest i nadal trwa….

 Któregoś dnia zaprasza pana doktora jego  kolega ze studiów , który prowadzi  hospicjum. Doktor wielce go poważa, bo to serce nie człowiek a mógł zrobić tak wielką karierę naukową, bo był najlepszy a pracuje tylko w hospicjum, przez długie lata tylko tam. Doktor nigdy mu nie odmawia, chociaż to praca gratis, ma taki gest, dla biednych , biednym daje serce i swój czas. Więc zmierza właśnie do tego obiektu, gdzie chorzy umierający znajdują swoją ostatnią przystań. I gdy przemierza korytarz, spotyka Ja, swoją pacjentkę chorą na narkolepsję lub nie chorą a tylko chwilami wstępującą do nieba ( jak teraz o Niej myśli) . Ona idzie korytarzem roześmiana, dźwigając jakieś wiadro, kłania się z daleka i znika za drzwiami brudownika. Po chwili się wynurza a już pokrzykuje na nią pielęgniarka, że trzeba zmienić pościel, bo jak wiadomo coś się takiego stało, że trzeba. Wraca więc do szafy z pościelą, zabiera świeżą i wchodzi do pokoju jakiegoś chorego. Doktor patrzy na nią z przyjemnością, jak zręcznie się uwija i z taką pogodą ducha. A to przecież taka prosta, niewykształcona kobieta, jest tylko pomocą pielęgniarską, aż pomocą, jak dobrze, że ją przyjęli do pracy, bo chyba ją lubią i doktor czuje, że tu jest jej miejsce, że się sprawdza. To nic, że czasem gdzieś przyśnie, o dziwo tutaj ta chwila trwa krócej, niż w przychodni, bo jest wyluzowana, bo tu jest jej ziemskie miejsce, tu nikomu krzywdy nie zrobi swoim zaśnięciem, dobrze o tym wie i wiedzą inni.

Doktor zmierza do gabinetu swojego kolegi, gdzie dowiaduje się o problemach chorego, którego ma konsultować. Że oczywiście ostatnie stadium, że pobudzony, może jakieś leki, bo cierpi i pobudzony, nikt już nie wie jak pomóc. Doktor wchodzi do sali, gdzie ten chory. A przy jego łóżku widzi swoją Jasną, pacjentkę z narkolepsją, która właśnie przysuwa niski stołeczek do łóżka chorego , bierze jego bezwładną rękę i tak zastyga. Może zasypia? Doktor patrzy jak chory powoli bierze z niej przykład, wyostrzone rysy łagodnieją, powoli powoli odchodzi cierpienie, wreszcie całkiem rozluźniony powtarza zachrypłym głosem za swoją przewodniczką mentorką Te Deum. A ona cicho śpiewa, tym razem słychać, doktor słyszy gdy ona śpiewa tę swoją anielską pieśń. I wszystko nieruchomieje, już nawet wiatr za oknem przestał wyć, bo to  dżdżysta późna jesień, gdy ona śpiewa a coraz bardziej niknącym zachrypłym głosem powtarza za nią chory słowa tej pieśni. I ona czuje i wie, że on odchodzi, a ona jest z nim, najbliższa mu, nie jakieś lamentujące dzieci czy osłupiała wnuki, które też czasem, choć bardzo rzadko go odwiedzają, że ona jest z nim, on wie, bo ona jest Aniołem który zszedł do niego z samego nieba, tu na ziemię,, na ten padół łez, by być z nim, i tylko z nim, do końca….

zdj. własne

 Ta prawdziwa historia kobiety o niezwykłym darze dawania siebie ludziom, przeprowadzania na drugi brzeg cierpiących gdy tego potrzebowali działała intuicyjnie, przez nikogo nie szkolona, patrzyła sercem i dawała swoją energię umierającym, by mieli odwagę przekroczyć próg życia , co jak mówiła czuła i oni czuli….po prostu była ziemskim Aniołem

Doktor po bardzo wielu latach wspomina tę chwilę, gdy była z umierającym jak i wszystkie chwile poprzednie, od kiedy Ją spotkał, gdy otrzymał od niej spokój, to Ona sprawiła, że ponownie poczuł swoje człowieczeństwo, tę piękną i dobrą jego stronę i dzięki Niej inaczej patrzył na świat…

A ona, no cóż, uzyskała rentę, gdyż praca okazała się ponad jej siły, co nie spowodowało, że mąż zaczął pracować,  zmarł jako bezrobotny, nie chcący terapii alkoholik, jej dzieci już dorosłe nadal tulą się do niej a doktor widzi z jak wielkim szacunkiem atencją i miłością patrzą na swoją matkę.

Cała rodzina uznała, że jest ona Aniołem, więc podrzucali jej kolejnych bardzo starych wujków , którymi się opiekowała samotnie walcząc o ich zdrowie i towarzyszyła gdy decydowali się wybrać na ten drugi świat , znajomy jej przecież przez chwile narkolepsji , które były powrotem do miejsca z którego wyszła….

Potem zachorowała na raka, zastosowano bardzo oszczędzającą, właściwie symboliczną chemioterapię, którą zniosła znakomicie i pomimo choroby żyje….przez wiele lat żyje…..

widać ziemskie Anioły nie umierają, nigdy nie…..

 

 

Na medycznej ścieżce. Wreszcie o moim pierwszym dyżurze….

I tego dnia kiedy miałam pierwszy dyżur, mijały godziny.

Jedna za drugą wlokły się niesamowicie.

A ja stale czekałam na wezwanie.

Dowiadywałam się , czy naprawdę nikogo nie ma w Izbie Przyjęć.

Nikogo nie było.

 I tak minęło popołudnie, wieczór i cała noc.

Nikogo na Izbie Przyjęć, cisza.

A ja , cała spięta, w pełnej gotowości, rynsztunku bojowym, nawet fartucha nie zdjęłam, nawet oka nie zmrużyłam. Wreszcie nadszedł świt. Miałam okazję obejrzeć jak piękne są świty…od tego czasu uwielbiam….jeszcze przed ósmą czekałam. Bywało, że najwięcej się działo na przełomie dwóch dyżurów.

Ale nic się nie wydarzyło.

Przed ósmą,  całkowicie skotłowana tym dyżurem napisałam raport.

Tak jak trzeba, w tabelce, którą zawsze malowałyśmy, w książce dyżurowej w rubryce dotyczącej ruchu chorych, w pozycji- do Izby Przyjęć zgłosiło się….itd…napisałam zero. Wielkie jednoznaczne zero…

Potem podrałowałam do gabinetu dyrektora na poranną odprawę, w czasie której zdawaliśmy raport z dyżuru.

Odczytałam swoją informację.

Wszyscy na mnie patrzyli, bo byłam młoda i niedoświadczona, byli ciekawi jak sobie poradziłam, a nie wszyscy wiedzieli o dziwnym przebiegu mojego dyżuru.

Wyciągali więc ucho, by dobrze usłyszeć co powiem.

Ależ oni mieli miny, gdy skończyłam….

Pani dyrektor ówczesna , dr Oziemska podniosła głowę znad biurka, popatrzyła na mnie podejrzliwie i spytała- czy naprawdę nikogo nie było? Odpowiedziałam speszona- nikogo….

Miała taką minę, jakbym popełniła jakieś przestępstwo- Izbę przyjęć zamknęła na klucz, albo ludzi sprzed izby przepędzała. Nawet poczułam się winna w swej niewinności…

Podobno takiego dyżuru od czasu jak szpital istniał jeszcze nie było…..

 

.

Na medycznej ścieżce. Nóż w żołądku.

Gdy spytałam go o dolegliwości,  powiedział, że właściwie żadnych nie ma, poza tym , że połknął w więzieniu nóż i nie wie co ma dalej zrobić.

Udałam, że informacja jest dla mnie jak chleb z masłem, zwyczajna, naturalna .

 Jednak w środku wszystko mi się zagotowało.

Pomyślałam, że sobie żartuje.

Pewnie usłyszał że jest jakaś młoda lekarka w przychodni i postanowił sprawdzić jak się zachowuję.

A w perspektywie opowiadać kolegom jak tę młodą zrobił w bambuko.

Ale wyparłam tę pierwszą myśl, bo pomysł w gruncie rzeczy nie miał większego sensu. Popatrzyłam na niego- był spokojny, poważny, ale wyluzowany tak,  jakby opowiadał o jakiejś obcej osobie i nieprawdopodobnej sytuacji.

Wyglądał normalnie, oczywiście nie licząc tych tatuaży.

Nie robił osoby zaburzonej psychicznie.

Tak czy inaczej należało go potraktować poważnie.

Tak zrobiłam, bo miałam taką zasadę.

Zapytałam spokojnie , naprawdę połknął pan nóż?

A jaki to był nóż?

Odpowiedział, że kuchenny.

Zbadałam człowieka jak przystało.

Brzuch był śniady, bez grama tłuszczu, miał wyraźnie zarysowane  ślicznie wymodelowane mięśnie, jak z atlasu anatomicznego. Poprosiłam, by je odpowiednio rozluźnił, co chętnie uczynił. Dokładnie i bardzo delikatnie zbadałam ten brzuch i nic nie budziło mojego niepokoju.

Zupełnie nie wierzyłam temu człekowi.

Ale dla porządku zleciłam zdjęcie przeglądowe jamy brzusznej w trybie pilnym.

Wrócił jeszcze tego samego dnia z kliszą w dłoni.

Opis nie był potrzebny.

Gdy popatrzyłam na to zdjęcie, osłupiałam.

Od tej pory już nic nie mogło mnie zadziwić.

To co zobaczyłam było jednoznaczne. Poniżej linii żeber skosem nieomal przez całą jamę brzuszną pokazał się najprawdziwszy nóż. Wyglądało to tak, jakby ktoś  specjalnie ten nóż położył na brzuchu pacjenta i zrobił zdjęcie rtg.

Jednak to było niemożliwe, zdjęcie było oryginalne, z zakładu rtg szpitala bielańskiego, wykonywał technik rtg  i wszelkie tego typu podejrzenia odpadały.

Tak więc faktycznie ten młodzieniec połknął nóż i spokojnie z nim przybył do przychodni.

A jeszcze przed skierowaniem na rtg zapytałam, kiedy połknął ten nóż. Odpowiedział, że ok. 2 tygodnie temu. I faktycznie, to co wydało się nieprawdopodobne okazało się najprawdziwszą prawdą.

Ostrze noża miało  już nadtrawione  jakby powygryzane brzegi.

Skierowałam go na Izbę Przyjęć Chirurgii na szczęście pobliskiego Szpitala Bielańskiego z zaznaczeniem kolorem czerwonym , że skierowanie jest na cito!

Dowiadywałam się potem, oczywiście przebył operację, powikłaną przetoką żołądkowo skórną.

A ja pozostałam bez odpowiedzi na pytania własne jak to możliwe, by normalny człowiek zdołał połknąć takie narzędzie kuchenne.

Nie wiem też w jakim celu to zrobił ?

Potem czytałam na takie tematy, ponoć takie zachowania więźniów są nieomal chlebem powszednim …..

 

Na medycznej ścieżce. Pediatria…

Staż na pediatrii był miły, mimo , że leżały tutaj chore dzieci.

W tamtych czasach nie było możliwe, by w oddziale równocześnie przebywali ich rodzice. Objawy choroby były nasilane przez dramat rozłąki. Ale byli to bardzo dzielni pacjenci i pozornie dość szybko przystosowywali się do narzuconych warunków. Jednak jaka była cena i późniejsze konsekwencje rozdzielenia z rodzicami, rozpoczęto się zastanawiać znacznie później. Dzisiaj już nie można sobie wyobrazić, by akceptować zwyczaje tamtych czasów.

Właściwością organizmów dziecięcych był burzliwy przebieg choroby.  Na każdą infekcję reagowały całym organizmem.  Zwykle równocześnie występowały objawy ze strony układu oddechowego, pokarmowego, moczowego. Nawet zwykły katar mógł powodować biegunkę.

Do oddziału przyjmowano takie dzieci , których stan kliniczny wymagał leczenia płynami i lekami podawanymi dożylnie, co nie było możliwe w warunkach domowych.

Po zastosowaniu właściwego leczenia  maluchy szybko wracały do pełni sił i naturalnego żywiołowego zachowania.  

Polubiłam pediatrię. 

Pacjent pediatryczny jest prawdziwy. Nie udaje, nie symuluje, nie dyssymuluje. Nieomal wszystkie objawy widać jak na dłoni a gdy troszkę lepiej się poczuje jest jak zwykle radosny.

Dopiero później spotkałam dzieci przewlekle chore. Ale to już inny problem…

Śladami mojego Taty. Znaczenie imion, jak w to nie wierzyć

 

 

Czekając na termin ślubu, Bolek oddawał się swoim codziennym zajęciom. Jak zwykle grał  na organach w czasie porannej i wieczornej mszy. Często zostawał  w opustoszałym  kościele, i wtedy ulegając   emocjom improwizował  i  czuł, że  jest to muzyka jego serca.

Wieczorami w domu studiował różne księgi a czasami pisał. Tak,  Bolek lubił pisać. Pisał o tym co mu grało w danej chwili w duszy. Były to młodzieńcze wiersze, obserwacje  dnia codziennego,  notatki  z niezwykłych wydarzeń a także opisy  nagle odkrywanej zmiennej urody przyrody.

Czasami brał piórko i rysował jakieś sylwetki, domy, a któregoś dnia zaprojektował barwny  ogród jego wyobraźni.

Chłopak  lubił rozmyślać o przeznaczeniu i trochę wierzył , że imię, które człowiek otrzymał od rodziców, jest w jakiś przedziwny sposób związane z  jego charakterem i zachowaniem.  Któregoś dnia zajrzał do niewielkiej starej książki, która nazywała się   Księga Imion . Początkowo sceptyczne nastawienie, w miarę czytania, ustępowało zdziwieniu. Zastanawiał się skąd ludziska czerpali wiedzę na temat imion. I powoli dochodził do wniosku, że  to nie była zwykła fantazja, a prawdopodobnie wynik długoletnich obserwacji.

Bo wszystko się zgadzało. Wg tej Księgi,” kobieta obdarzona imieniem Michalina jest  uwodzicielska, ale pełna majestatu i wdzięku oraz arystokratycznych manier.  Czasami bywa nieśmiała i tajemnicza”. Przecież tak właśnie postrzegał swoją dziewczynę.

Dalej czytał „..jej imię  ma przyznany totem, którym jest winorośl, co sprawia, że kobieta o imieniu  Michalina dopiero w pełni rozkwita gdy jest w  towarzystwie osoby, na której może się oprzeć”. Tak było, gdy przebywali w większym towarzystwie . Od razu zauważył jak pięknie rozkwitała jej uroda, intelekt i dowcip, gdy znalazł się w pobliżu.

Nawet  to było prawdą , że „ Michalina nie  lubi tłumów , zabaw ludowych i jarmarków”.

Tak jak o niej napisano, nigdy pierwsza nie wyrażała swojej woli, ale gdy nadchodziła pora podejmowania ważnych decyzji, zawsze miała swoje zdanie, które potrafiła logicznie uzasadnić. 

Jak każda Michalina, jego wybranka  w sytuacjach stresowych  była nadzwyczaj spokojna, nigdy nie okazywała zdenerwowania. Wielokrotnie miał okazję by ją  podziwiać za niezwykłe  opanowanie  emocji.

Na końcu przeczytał, że szczęśliwe małżeństwo i interesujący zawód będą dla niej motorem działania.

Bolek zamknął księgę imion, z rozczuleniem myślał o swojej Michalinie. Właśnie na taką dziewczynę czekał długo , o takiej marzył. Nie miał wątpliwości, że będą szczęśliwym małżeństwem.

Jedno go tylko intrygowało i trochę niepokoiło w tej przepowiedni.

Michalina , by być w pełni szczęśliwą kobietą nie powinna poprzestać na zajmowaniu się domem, musi  mieć interesujący ją zawód.

A o tym niewiele wiedział…

 

zdjęcia własne