Na medycznej ścieżce. Przed egzaminem specjalizacyjnym.

Egzamin specjalizacyjny tuż tuż….

 

I tak powoli zbliżał się termin egzaminu specjalizacyjnego pierwszego stopnia . Przedtem należało pochłonąć  wiele podręczników. Były one dużej objętości i nasycone ogromną wiedzą . Przygotowywałam się systematycznie. Tak więc najpierw zgłębiałam informacje zawarte w Vademecum pediatrii. A potem czytałam odrębne  podręczniki z każdego działu pediatrii, robiąc notatki na wąskich kartkach. Kartki te wkładałam do vademecum w odpowiednich rozdziałach. Powstała z tego wielka biblia , której treść  potem kilkakrotnie zakuwałam…

W moich warunkach domowych przygotowywanie się nie było łatwe.

Często uczyłam się u koleżanki, Danusi Siekluckiej, albo nocami , gdy dzieci zasypiały, gdzieś w kącie naszego niewielkiego mieszkania.

Z tego okresu zapamiętałam tylko niesamowite nasilenie chorób wszystkich domowników, a szczytem wszystkiego był uraz  a właściwie złamanie kręgosłupa mojej Mamy. Przedtem miała zapalenie płuc, ale w przeddzień mojego egzaminu zerwała się o świcie, by przejąć obowiązki domowe. Obudził mnie alarmujący telefon od Taty- Rodzice mieszkali w swoim mieszkaniu, ale szczęśliwie  na tym samym piętrze . Natychmiast do nich pognałam. Zastałam Mamę w pozycji siedzącej na podłodze, w narożniku pokoju. Była przytomna, z kontaktem, ale widać było jak bardzo cierpi.  Okazało się, że w chwili pionizacji, zakręciło Jej się w głowie i z impetem usiadła na podłodze. Ból był tak silny, że z trudem przeciągnęliśmy Ją na łóżko. Mirek już dzwonił do naszego bliskiego znajomego, Prof. ortopedii Witolda Ramotowskiego, który niezwłocznie przybył. Był świetnym klinicystą i bez żadnych badań dodatkowych a jedynie na podstawie wywiadu i badania przedmiotowego rozpoznał bez trudu złamanie kompresyjne trzonów kręgosłupa i zalecił gorset. Podał namiary do zaprzyjaźnionego z nim technika i Mirek pognał ze zleceniem i karteczką od Profesora gdzie prosił o pilne wykonanie gorsetu. Tymczasem Mama musiała bezwzględnie leżeć i czekać.

Niestety w tej sytuacji perspektywa spokojnego zdawania mojego egzaminu specjalizacyjnego zbladła.

Mama leżała, Tato się krzątał, dzieciaki robiły co chciały, a ja doczytywałam jeszcze jakieś informacje.

Wieczorem Mirek przywiózł gorset, z trudem ubraliśmy Mamę i już było nieco lepiej, bo mogła siedzieć.

Następnego dnia rano, ubrałam się byle jak i podążyłam do Szpitala przy ul. Kopernika, gdzie urzędowała Komisja Egzaminacyjna, do której mnie przydzielono.

Nie znałam tego szpitala, więc trochę błądząc dobrnęłam na ostatnie piętro, gdzie mieścił się Oddział Nefrologii , którym kierowała Pani, ówczesna jeszcze docent, Teresa Wyszyńska.

Czekając na przybycie Komisji, zauważyłam strome , nieomal drabiniaste schody, które prowadziły na poddasze, gdzie mieścił się górny poziom oddziału. Zdumiałam się najbardziej wtedy, gdy mi powiedziano, że tam, na strychu odbywają się pierwsze w Polsce dializy otrzewnowe. Niewielkie pomieszczenie zajmowało duże łóżko dializowanego pacjenta, którego wnoszono na ramionach do tej Sali.

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 22 )

Termin ślubu zbliżał się wielkimi krokami.

Któregoś dnia moja mama zaprosiła Stefę.

 Nasza sąsiadka była krawcową, więc zdecydowano, że uszyje suknię ślubną.

Skromną, ale elegancką.

Kiedyś przywiozłem z Wilna odpowiedni,  zamówiony przez moją mamę materiał.

Była to lekko lśniąca satyna, biała, taka jak serce i ciało mojej wybranej- myślałem z czułością.

Wiem, że rodzice przygotowywali przyjęcie ślubne, które miało się odbyć w naszym domu. Miejsca było dużo, ponadto duży ogród, który w czerwcu był piękny soczysty i wonny mógł śmiało spełniać rolę najwytworniejszej Sali balowej.

W Kościele nie było problemów, ślubu miał udzielić zaprzyjaźniony z nami, a szczególnie ze Stefą , z którą pracował w szkole – ksiądz Żuk.

Wszystko więc było przygotowane, za wyjątkiem jednego, najważniejszego – odpowiedzi z domu rodzinnego Stefy.

Godziszka milczała…

Na medycznej ścieżce. O naszym ślubie.

 

W żoliborskim Urzędzie Stanu Cywilnego.Za nami od lewej: mój Tato, moja Mama i Teściowie. Za Teściową fragment głowy Grani.

 

Ten rozdział miał się znaleźć w planowanym opisie naszego wspólnego małżeńskiego życia, ale jest mi tak miły, że chcę się teraz podzielić swoimi wspomnieniami.

 

Różni chłopcy pojawiali się w moim życiu. Ale żaden nie budził mojego zainteresowania. Po prostu nie przychodziła miłość.

Aż nagle, w grudniu 1967 roku, mój świat zawirował.

Bo spotkałam Mężczyznę swojego życia. Kiedyś o tym opowiem, bo ta historia zasługuje na odrębny rozdział.

Zaplanowaliśmy termin ślubu, tym bardziej, że był już mężczyzną dojrzałym do małżeństwa. Ponieważ uczelnie poznańskie kończyły zajęcia w końcu maja, by zwolnić akademiki dla gości targowych , ostatni egzamin miałam 27 maja. Była to farmakologia, wielka kobyła, mnóstwo materiału do zrozumienia i wkucia. Ale poradziłam sobie bez problemów, zdałam na 4, co dało mi szansę zwolnienia z zajęć na uczelni warszawskiej gdzie nauka tego przedmiotu w odróżnieniu do akademii poznańskiej trwała nie jeden rok, a 2 lata.

Bezpośrednio po tym egzaminie wsiadłam do pociągu , którym już jechała z Gorzowa moja Mama , i wylądowałyśmy w Warszawie. Ślub miał się odbyć za 4 dni, tj 1 czerwca 1968 roku.

W ogóle nie była przygotowana do tej ceremonii, która wprawdzie była tylko tzw cywilna , tj przed urzędnikiem.

W ogóle się tym nie przejmowałam, a przecież nawet  nie miałam sukienki, butów etc. Chciałam tylko być razem i obok mojej Miłości.

Dobrze, że Grażyna – Bratowa Mirka, mojego przyszłego Męża, stanęła na wysokości zadania i przejęła opiekę nade mną, beztroską gapą .

Do tej pory , gdy wspominam ten okres, dziwię się sobie i jestem wdzięczna Grani.

Przez kolejne dni szlifowałyśmy warszawskie bruki, odwiedzając liczne sklepy, gdzie ja zachowywałam się jak beznadziejna ale radosna ofiara.

W rezultacie moja opiekunka zdecydowała, że pomarańczowa sukienka z pięknej żorżety , którą wypatrzyła w Modzie Polskiej, najelegantszym wtedy sklepie , będzie odpowiednia. Potem jeszcze wybrała buty w sklepie przy ul. Chmielnej, zamówiła najlepszego w Warszawie fryzjera, Gabriela .

Nie wiem co Grażyna sobie o mnie myślała, ale nie zasłużyłam na pochwałę.

I tak , w pomarańczowej sukience, z gerberowym bukietem  i lokach na głowie stanęłam u boku Mirka w Żoliborskim Urzędzie Dzielnicowym przy ul. Słowackiego.

Idąc tam, zauważyłam kątem oka, że na sąsiednich drzwiach wisiała tabliczka- rejestracja zgonów. Ale w ogóle się tym nie przejęłam, tak zresztą jak i ceremonią ślubną.

Grażyna i Mundek Niedziałek byli naszymi świadkami, i poza naszymi Rodzicami Mirek zaprosił paru swoich kolegów.

Przedtem wybraliśmy w ORNO ( kultowym wtedy sklepem , zakładem produkującym niepowtarzalne wyroby ze srebra) dość grube srebrne obrączki , które teraz założyliśmy sobie nawzajem i tym samym przypieczętowaliśmy nasz związek. Pewnie miały magiczny wpływ, bo przetrwaliśmy już razem 44,5 lata!!!

Potem wylądowaliśmy w Restauracji Hotelu Europejskiego, miejscu wytwornym, ale ogólnie dostępnym.

Szczęśliwie wydzielono nam ustronne miejsce i zasiedliśmy przy wspólnym stole.

Tańce odbywały się na parkiecie, gdzie tańczyli już inni ludzie.

Ale nam się zdawało, że jesteśmy tylko my i dla nas grają. Przytulałam się do Mirka, który był bardzo poważny i tańczył tylko ze mną.

Myślałam, że zawsze tak będzie. Ale szybko się przekonałam, że mój mąż jest osobą bardzo zabawową i towarzyską , lubi bawić się z różnymi kobietami.

Po początkowych dąsach, szybko się nauczyłam też takiego stylu zabawyJ .

A to niezwykłe zachowanie mojego męża w czasie bankietu ślubnego zrozumiałam po latach. Wtedy, gdy się przyznał, że bardzo źle się czuł z powodu ropnia na pośladku.

Chyba nie spędziliśmy typowej  nocy poślubnej, bo w jednym pokoju, który posiadał M. spali moi Rodzice. Ale potem nadrobiliśmy zaległości.

Następnego dnia pojechałam do Lidzbarka, gdzie rozpoczęłam praktykę studencką. Zadano nam bowiem takie zajęcia w szpitalu powiatowym. Wybrałam więc Lidzbark, gdzie mieszkali moi Teściowie, których znałam od dawna i uwielbiałam….

 

Śladami mojego Taty. Już jadą…..

 

Wschód słońca. Zdjęcie własne.

 

 

Termin ślubu zbliżał się milowymi krokami.

W tym czasie młodzi pisali do siebie płomienne listy , zapewniając o miłości, tęsknocie  i oddaniu . Bolek zbierał wszystkie listy od Michaliny, zamykał w szkatułce a po latach wspólnie je czytali, wspominając ten okres z rozczuleniem.

 I wreszcie przyszły pierwsze śniegi,  mróz szczypał w nosy a w powietrzu unosił się zapach Bożego Narodzenia.  

Jak wszystko w życiu, czas płynął niestrudzenie.

Okres  przygotowań do ślubu dobiegał końca.  

 Bolek zastanawiał się, co powinien ofiarować Michalinie i jej rodzicom. Ten dylemat stał się tematem wielu  rozmów z księdzem. Obydwaj chcieli , by  prezent był oryginalny i upragniony. Aż któregoś dnia kapłan podał swój projekt. Bolek od razu zaakceptował pomysł i był szczęśliwy….

Cała parafia żyła nadchodzącym wydarzeniem. Może gdyby to dotyczyło tylko Bolka, zainteresowanie byłoby mniejsze. Ale planowany wyjazd ich księdza sprowokował do przyjrzenia się jego odzieży. I wówczas kobiety załamały ręce. Sutanna była spłowiała od słońca, przetarta na łokciach i pocerowana w wielu miejscach . Dobrze, że było jeszcze trochę czasu , więc śpiesznie przystąpiły do pracy. Wkrótce nowa sutanna była gotowa. Ksiądz nałożył ją niechętnie, bo uwielbiał swoją starą , w której czuł się dobrze. W dodatku uważał, że nie powinno się wydawać pieniędzy na nowe ciuchy, wolał oddawać je biednym parafianom. Nowa była sztywna, mało przyjazna, ale nie miał wyjścia, bo nie chciał sprawiać przykrości tym dobrym kobietom.

 Od dawna  w kuferku spoczywało  nowe ubranie Bolka, śnieżna,  wykrochmalona na sztywno koszula  oraz inne dodatki.

W dniu wyjazdu panowie wcześnie opuścili plebanię, a gdy czekali na bryczkę oglądali wschodzące słońce. Nie mieli ochoty na rozmowy, dzielili więc swoje milczenie. Często tak bywało, nawzajem znali swoje myśli i lubili przeżywać w samotności.

Niebawem usłyszeli stukot końskich kopyt i na podjazd przed plebanią powoli wtoczył się powóz. Wsiedli pospiesznie, bo mieli przed sobą jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, a termin odjazdu pociągu był  dobrze znany. Były to czasy, gdy pociągi kursowały punktualnie, można było wg nich nastawiać zegarek i nikomu nawet się nie śniło, że może  być inaczej.

Dojechali do stacji, gdy już słychać było gwizd nadjeżdżającego pociągu. Lubili

podróże, więc z przyjemnością wsiedli do wagonu , na półce bagażowej ułożyli kuferek i zdjęli ciepłe zimowe płaszcze. I niebawem  ksiądz zagłębił się w studiowaniu  brewiarza, a Bolek podziwiał  przesuwający się krajobraz za oknem. Lokomotywa sapała, wypuszczając systematycznie kłęby dymu. Koła turkotały miarowo, więc wkrótce Bolek , wyczerpany wszystkimi emocjami  , niespodziewanie zasnął  . Spał mocnym, zdrowym, ożywczym , młodzieńczym snem , może nawet śniła mu się piękna Michalina.  Z głębokiego snu wyrwał go dopiero głos  konduktora , który meldował, że dojeżdżają do przesiadkowej stacji. Bolek już znał drogę, bo całkiem niedawno przemierzał ją ze swoją ukochaną. Ale wówczas byli tak bardzo zajęci rozmową i czuleniem się do siebie, że ta stacja wydawała mu się obca. Dobrze, że ksiądz wykazał się opanowaniem, upewnił się u konduktora, że ta stacja jest właściwa. A gdy ujrzeli napis na dworcowym budynku , odetchnęli z ulgą. Jednak te wątpliwości świadczyły o ich stanie emocjonalnym.

Po chwili nadjechał  kolejny pociąg, którym dotarli do celu.

Tam czekały na nich szerokie sanie, zaprzężone w dwa gniade konie. Woźnica z sumiastym wąsem powoli zlazł ze swojego miejsca, popatrzył badawczo spod pokrytych szronem brwi i pokazał w szerokim uśmiechu czarne popsute zęby. Nie miał wątpliwości , że  ksiądz i młodzieniec, to oczekiwani goście. Uchylił  więc brzeg kożucha i zaprosił do wsiadania. Otuleni miłym , ale nieco cuchnącym kudłatym nakryciem, poczuli się swojsko i spokojnie. Wydawało się, że konie unoszą sanie w powietrzu, dookoła była cudna wielka śnieżna przestrzeń i szybko zbliżała się ciemna ściana wysokiego lasu. Oczarowany jazdą Bolek wyobrażał sobie, że  las nagle się rozstępuje specjalnie przed nimi a świerki i sosny specjalnie wyciągają swoje kosmate ośnieżone łapy , by się przywitać . Gdy wyjechali na pustą przestrzeń, to wrażenie oczywiście zniknęło, powróciła rzeczywistość , a w dali już widać było zabudowania gospodarcze i niewielki dworek. Na widok tego dworku, serce Bolka przyspieszyło, widocznie czuł bliskość ukochanej, a może odczuwał lęk przed czekającymi go wydarzeniami. Nie miał czasu na analizę swoich odczuć, bo sanie ostro zahamowały i już zobaczyli lnianowłosą dziewczynę z narzuconą kolorową chustą na głowie , która wybiegała na ganek…

 


Śladami mojego Taty. Michalina szykuje się ślubu…

 

 

Rodzice Michaliny proponowali  by ślub się odbył  za rok, w okresie bujnego lata. Ale młodym się spieszyło, bo bardzo chcieli być razem. Tak więc ostatecznie uzgodniono termin przypadający na  czas Bożego Narodzenia. To  święto zawsze było magiczne  i obdarowane przez  kresową wschodnią naturę  cudnym śniegiem .

Oczywiście ceremonia i przyjęcie po niej miało się odbyć , jak kazała tradycja,  w domu  panny młodej .  Rodzice już dawno , bo od jej 15 roku życia  przygotowywali wyprawę. Była to piękna cieniutka i śnieżna bielizna pościelowa, obrusy i chusteczki . Teraz należało  wyszyć monogramy. Michalina sama zaprojektowała piękny układ dwóch  splecionych liter rozpoczynających jej imię i nazwisko panieńskie – M i D . Potem siadały z matką przy stole i w nikłym świetle  lampy naftowej nanosiły rysunek na płótno i wyszywały. Przygotowano też jej  odzież na wszystkie pory roku . To wszystko składano do ozdobnego kufra, do którego też włożono też kwiaty lawendy. Na samym dnie kufra mama ułożyła starannie zapakowany serwis obiadowy i cieniutkie filiżanki do kawy.

Ale przecież  najważniejsza była suknia ślubna. Dziewczyna  zdecydowała, że będzie  skromna, sięgająca wysoko na smukłą  szyję i zapinana na maleńkie guziczki, bez upiększeń, ale z długim trenem. Oczywiście niezbędny był długi welon. Delikatną tkaninę sprowadzono z całkiem niedalekiego Petersburga, a miejscowa krawcowa rozpoczęła pracę. Pomimo, że wszyscy mieli pół roku na przygotowania, rozpoczęli je  od razu po wyjeździe Bolka.

Michalina codziennie się witała z Bolkiem, całując maleńki pierścionek, który jej ofiarował. Był on w wielu pokoleniach Rodziewiczów, wręczany w dniu zaręczyn. Pierścionek był skromny, ale wytworny. Miał cienką złotą obrączkę a na niej niewielki brylant z przepięknym szlifem, w którym zawsze grało tajemne światło.

Dziewczyna zaczęła pakować jeszcze coś, o czym Bolek do tej pory  nie wiedział . Sama nie wie, dlaczego mu o tym nie opowiedziała, może  nie sądziła, że jest to dla niego  ważne a może po prostu się wstydziła ….

 

 

zdjęcia własne