Termin ślubu zbliżał się wielkimi krokami.
Któregoś dnia moja mama zaprosiła Stefę.
Nasza sąsiadka była krawcową, więc zdecydowano, że uszyje suknię ślubną.
Skromną, ale elegancką.
Kiedyś przywiozłem z Wilna odpowiedni, zamówiony przez moją mamę materiał.
Była to lekko lśniąca satyna, biała, taka jak serce i ciało mojej wybranej- myślałem z czułością.
Wiem, że rodzice przygotowywali przyjęcie ślubne, które miało się odbyć w naszym domu. Miejsca było dużo, ponadto duży ogród, który w czerwcu był piękny soczysty i wonny mógł śmiało spełniać rolę najwytworniejszej Sali balowej.
W Kościele nie było problemów, ślubu miał udzielić zaprzyjaźniony z nami, a szczególnie ze Stefą , z którą pracował w szkole – ksiądz Żuk.
Wszystko więc było przygotowane, za wyjątkiem jednego, najważniejszego – odpowiedzi z domu rodzinnego Stefy.
Godziszka milczała…
