Pożegnalny obiad.

Pożegnalny obiad.

Ale w końcu odrywam się od wrzucania tych różnych faktów historycznych związanych z Uniejowem ,  uniejowskim zamkiem i moich wędrówek w przeszłość.

Już czas na przyziemne, prozaiczne czynności. Burczy w żołądku z głodu a i usta spragnione, bo słońce praży.

Siadam więc na zamkowym restauracyjnym tarasie, w słońcu, ale pod wielkim parasolem przeciwsłonecznym i powoli staje się rozkosznie.

Zamawiam wodę mineralna z obowiązkową cytryną i leniwie studiuję kartę dań. Wynajduję to, co będzie mi odpowiadało. Jest to półmisek z grillowanymi rybami. Dobry to był wybór, gdyż wkrótce wjeżdża to danie, smakowicie wyglądające , z obłokiem delikatnego zapachu rybki i morskiej bryzy zmieszanej z zapachem zielonej Warty.

Na wielkim półmisku rozłożono kilkanaście porcyjek różnych ryb i to danie obiadowe jest zbyt obfite jak dla jednej osoby, więc zapraszam kogoś  bliskiego i pałaszujemy, aż nam się uszy trzęsą.

Po chwili odrywamy głowy znad talerzy bo tak cudnie śpiewają ptaki, w dali pokrzykują pawie, szumią korony wielkich wiekowych drzew.

Po prostu żyć, nie umierać się chce, w takich ulotnych, złapanych na chwilkę tylko momentach….

Pełen relaks nad Wartą…

Kladka.JPG

Kładka wiodąca nas z miasteczka do Term, zamku, parku. Po lewej plaża nad Wartą Termy i bliżej kładki taras restauracji, którą nazywałam  Wenecją- bo taka była  w Gorzowie w czasach mojej młodości.

 

 

 

 

Po basenowych kąpielach.

siadywaliśmy na tarasie restauracji Termalnej, dość wysoko ale bezpośrednio nad nurtem rzeki , konsumowaliśmy bardzo smakowite dania, w dodatku tak obfite, że jedna porcja wystarczała na dwie osoby , delektowaliśmy się urodą rzeki i miasteczka wznoszącego się na łagodne zbocze przeciwległego o brzegu, zapominaliśmy o tej nibyfabryce.

 I  dopiero  wtedy nadchodził pełen relaks, słodkie bezmyślne lenistwo .

Warta szumiała, rozsiewała swoje bardzo miłe zielone wiosenne zapachy a my oparci o krzesełka z winkiem w kielichu i opalenizną na twarzach poddawaliśmy się tym magicznym chwilom. Jakże potrzebnym w tym zapędzonym świecie.

I nawet siedzący przy sąsiednim stoliku Niemcy, którzy przybyli tutaj na kajakach i rozbawieni widocznie i hałaśliwi nie zdołali zepsuć nam sjesty. Zresztą niebawem zebrali się, wychylili ostatnie łyki złocistego piwka , grzecznie uporządkowali, przywrócili do poprzedniego układu stoliki, które wcześniej zsunęli by siedzieć w grupie i od tego momentu grzecznie, sznureczkiem zeszli z tarasu tegoż baru, zsunęli się po łagodnym zboczu plaży nadwarciańskiej i w kapoczkach, ze świeżymi chorągiewkami na każdym kajaku pomknęli w dół rzeki. Nie wiem dokąd płynęli. Jeszcze nie przestudiowałam tras organizowanych tutaj spływów kajakowych, ale po prostu mi się jeszcze nie chciało.

Wolałam snuć marzenia, że właśnie niebawem powita ich mój Gorzów, moje miasto rodzinne leżące w jeszcze bardziej dolnym biegu Warty.

I wyobrażałam sobie ich zachwyt nad nowymi bulwarami, mostami i tylko dlaczego mnie tam nie ma….