
Kładka wiodąca nas z miasteczka do Term, zamku, parku. Po lewej plaża nad Wartą Termy i bliżej kładki taras restauracji, którą nazywałam Wenecją- bo taka była w Gorzowie w czasach mojej młodości.
Po basenowych kąpielach.
siadywaliśmy na tarasie restauracji Termalnej, dość wysoko ale bezpośrednio nad nurtem rzeki , konsumowaliśmy bardzo smakowite dania, w dodatku tak obfite, że jedna porcja wystarczała na dwie osoby , delektowaliśmy się urodą rzeki i miasteczka wznoszącego się na łagodne zbocze przeciwległego o brzegu, zapominaliśmy o tej nibyfabryce.
I dopiero wtedy nadchodził pełen relaks, słodkie bezmyślne lenistwo .
Warta szumiała, rozsiewała swoje bardzo miłe zielone wiosenne zapachy a my oparci o krzesełka z winkiem w kielichu i opalenizną na twarzach poddawaliśmy się tym magicznym chwilom. Jakże potrzebnym w tym zapędzonym świecie.
I nawet siedzący przy sąsiednim stoliku Niemcy, którzy przybyli tutaj na kajakach i rozbawieni widocznie i hałaśliwi nie zdołali zepsuć nam sjesty. Zresztą niebawem zebrali się, wychylili ostatnie łyki złocistego piwka , grzecznie uporządkowali, przywrócili do poprzedniego układu stoliki, które wcześniej zsunęli by siedzieć w grupie i od tego momentu grzecznie, sznureczkiem zeszli z tarasu tegoż baru, zsunęli się po łagodnym zboczu plaży nadwarciańskiej i w kapoczkach, ze świeżymi chorągiewkami na każdym kajaku pomknęli w dół rzeki. Nie wiem dokąd płynęli. Jeszcze nie przestudiowałam tras organizowanych tutaj spływów kajakowych, ale po prostu mi się jeszcze nie chciało.
Wolałam snuć marzenia, że właśnie niebawem powita ich mój Gorzów, moje miasto rodzinne leżące w jeszcze bardziej dolnym biegu Warty.
I wyobrażałam sobie ich zachwyt nad nowymi bulwarami, mostami i tylko dlaczego mnie tam nie ma….
