Uniejów jak mages.

SAM_6233.JPG

 

SAM_6232.JPG

 

SAM_6231.JPG

 

SAM_6234.JPG

Anielskie welony mgielne nad Wartą…..wiatr nie dał się sfotografować…zresztą anieli też nie 🙂

 

 

 

Uniejów jak magnes.

Nadal jestem zakochana w Uniejowie.

Minęły już 3 lata od czasu, kiedy to namiętnie opisywałam w tym blogu ( wyodrębniając nawet osobny rozdział zatytułowany Uniejów),  niedawno poznane miasteczko nad wielką Wartą, moją rzeką rodzinną.

Wszak Gorzów, gdzie przyszłam na świat nad tą samą Wartą leży.

Jak widać ta rzeka trwale wbudowała się we mnie, w moją pamięć, serce  a może nawet w jakiś gen. Nie wiem, muszę zapytać wnuki, czy  słowo Warta budzi w nich ciepło podobne do mojego.

Albo nie zapytam, tylko przyjmę jako pewnik.

Po prostu Wartę mamy w genach i już.

Od czasów odkrycia Uniejowa, przyciąga on nas jak magnes.

Wędrujemy tu co 3 miesiące, by wymoczyć kości we wspaniałej wodzie termalnej ale przede wszystkim odwiedzić  miasteczko.

Tu jest nam bliżej niż do Gorzowa więc mam moje miasto jakby w pigułce.

       Od kilku dni anieli w niebie się tłuką , wicher robią wielki, pierzem ze skrzydeł sypią po niebie, swoje welony mgliste rozrzucają poranne i nawet złośliwie zakryły księżyc, gdy był najbliżej ziemi, a ja bezsilnie i bezskutecznie wytrzeszczałam oczy.

Oj coś czuję, że się naraziłam jakiejś anielej frakcji, bo śmiałam skrytykować nowe oblicze śp. Lecha Kaczyńskiego na głazie ustawionym pod Pałacem Prezydenckim. Na Boga, powiedziałam widząc kolejną maszkarę , na Boga, powiedziałam, chyba  w tym kraju, w naszej pięknej Polsce rzeźbiarzy dobrych gdzieś pozamykali. Czy ki licho.

I mam za swoje. Burzę w niebiesiech wywołałam, i stąd bitwy aniołów oraz pogoda pod psem.

      Ale to nic, idę wzdłuż wałów przeciwpowodziowych, a właściwie brnę z trudem bo wiatr zbija z nóg, idę i wypatruję …czegóż ach czegóż….

Właściwie na tym powinnam zakończyć, bo i tak wiecie czego wypatruję. Ale jednak rozwinę.

Otóż wypatruję tego, że jest jak zwykle.

Że  Warta szeroka i płynie  rączo, kładka nad nią wisi i zaprasza a miasteczko sobie drzemie  u boku rzeki , spokojne czuwaniem bardzo starego zamku , zadowolone z siebie, z ryneczku ukwieconego, czyściutkiego, ławeczek kolorowych i ludzi przemykających na  wietrze…..

 

SAM_6244.JPG

 

SAM_6245.JPG

 

SAM_6246.JPG

 

SAM_6249.JPG

 Na zdjęciach nie widać zamku, ale jak kto zechce, zapraszam do wpisów zatytułowanych Uniejów…..

Pożegnanie z Uniejką, dziewczyną która miłowała nad życie…

 

Uniejka

 

 

LegendaUniejka

 

LegendaUniejka2

 

 

 

 

 

 

Pożegnanie z Uniejką, dziewczyną, która miłowała nad życie…

I nadszedł czas na ostatnie pożegnanie z Uniejką.

To jest dziewczyna  z okolicy, która kiedyś miłowała nad życie, a teraz zaklęta w biały kamień unosi się nad zielenią traw, zapatrzona  w dal nie słyszy pokrzykiwań pawi, głośnych rozmów ludzi przemierzających parkowe alejki, całego współczesnego hałasu. Jest ponad codzienność. Niezmiennie piękna o każdej porze dnia i w każdym oświetleniu. Nieodmiennie śnieżna, spokojna, tajemnicza i pewnie jeszcze zakochana.

Uniejka z Uniejowa….

Zaglądam do niej codziennie rano i jeszcze raz , po południu. Na tablicy umieszczonej u stóp pięknej czytam tekst starej uniejowskiej legendy. To  historia jej i jej bezbrzeżnej miłości…

I już pora wracać, jeszcze ostatnia kąpiel w cudnej, miękkiej siarkowej solance, ostatni ten dodatkowo krzemowy miedziany radonowy wodny balsam na skórę i wodna pieszczota.

A potem wyjazd z mocnym postanowieniem powrotu w to piękne miejsce, nad Wartę, która bieży do mojego Gorzowa i przypomina dzieciństwo słodkie i lata chmurne i durne….tak, chcę wrócić nad Wartę, moją rzekę…..

Pożegnanie z uniejowskimi ptakami.

Pożegnanie z uniejowskimi ptakami .

Opuszczam chłodny dziedziniec zamkowy i ponownie zanurzam się cienistych alejkach, wśród soczystej zieleni.

Jak zapowiedziałam poprzednio, koniec już z historią , już nie czytam, jeno oglądam i słucham i wdycham.

 I w parku pachną drzewa wielkie, szumne, sypiące suchymi gałęziami gdy powieje silniejszy wiatr. I gdy spada nieopodal wielki konar, odczuwam  trochę strachu, ale myślę, co komu pisane…i idę dalej.

Wita mnie dźwięczny skrzek , właściwie skrzekliwy krzyk , bardzo charakterystyczny, codziennie słyszany, często powtarzany.

Już wiem, że to  rozmawiają ze sobą pawie.

Założono bowiem tutaj, na terenie parku, niewielki ogródek z wybiegami dla ciekawego egzotycznego ptactwa. Prowadzi je jakieś poduniejowskie gospodarstwo, którego nazwa widnieje na ogrodzeniu. Pewnie tam można też kupić takie dziwadła skrzekliwe.

Tutaj przebywają dwa duże pawie płci męskiej i dwie panie pawice. Te pary są rozdzielone siatką, widocznie taka jest potrzeba. Jednak po jej obu stronach łączy się drewniana poprzeczka, na której to ptaszyska wypoczywają.

Jeden paw posiada typową  barwę i połysk upierzenia oraz długi ogon , czasami smętnie spływający daleko na ziemię . Po rozwinięciu ogona paw pokazuje swoje śliczne kolorowe, połyskliwe pióra , takie jakie zdobią czapki krakowiaków.

Drugi paw jest śnieżnobiały, zjawiskowy. Gdy w wielkim podnieceniu i gulgocie rozpościera swój ogon wygląda zjawiskowo i pomimo że to porównanie nie przystaje do jego płci przypomina pannę młodą w koronkowej kreacji. Cudne są te jego białe pióra.

Jego partnerka jest pstra, a partnerka pawia pstrego jest biała.  Zastanawiam się dlaczego tak jest. Czy to działanie celowe ich opiekuna i wynika  z jakiś potrzeb prokreacji, wytworzenia nowych kolorytów pawich u ich potomstwa czy jest to spowodowane  sympatią pawich  panów to właśnie takich pań. Może działa w tym wypadku powszechnie znane w biologii , odwieczne prawo  przyciągania się różnorodności. Nie wiem, tak sobie tylko spekuluję. Pewnie gdybym zapytała pana, który codziennie przychodzi do tej ptasiej gromadki , wysypuje ziarno a czasem przynosi im jakieś bułki , może by jednoznacznie odpowiedział. A może nie on, ale można by skontaktować się z hodowcą. I to jest kolejne zadanie dla mnie na przyszłość. Postanawiam więc nieodwołalnie jeszcze kiedyś  odwiedzić Uniejów…

Tymczasem panie pawice w ogóle nie wykazują zainteresowania swoimi partnerami, obojętnie skubią trawkę i jakieś niewidoczne ziarenka , przemykają obok podnieconych panów , ale może też to tylko maska. Obojętność wszak potrafi podniecać…

Jednym słowem te hałaśliwe skrzeki i wrzaski wydają panowie szykując się w zaloty i wówczas możemy podziwiać ich cudnie rozpostarte ogony. Jest to naprawdę spektakl. Ileż wkładają energii w to uwodzenie, przysiadają na silnych nogach, potrząsają kuprami, rozwijają te swoje niesamowite ogony by pokazać pełnię krasy, kierują te wachlarze w stronę tej jedynej, nieomal zagarniając je w te przedziwne ramiona. A one nic. Dalej obojętnie przemykają obok nich, powodując jeszcze większe przyspieszenie tańca pana pawia. Wyobrażam sobie jak szybko biją te podniecone samcze serduszka jak grają hormony. Cudne są te baletowe wyczyny pawi, naprawdę cudne.

Potrafię siedzieć na pobliskiej ławeczce godzinami i patrzeć na tę grę uczuć, barw, lśnień i cudów przyrody…

Niższe piętro jeśli chodzi o wielkość ptactwa stanowią złociste bażanty królewskie.

Pawie ich nie zauważają. Zresztą  bażanty też mają swój świat. Są piękne. Często podchodzą do siatki i  patrzą na mnie bażancim a chciałoby się powiedzieć – sokolim bystrym wzrokiem. Nawet udało mi się  sfotografować jedno takie spojrzenie.

I nie mogę się nadziwić, że ktoś potrafił uśmiercać te piękne mądre ptaki o nieomal ludzkim spojrzeniu by następnie je podawać na królewskie stoły . Myślę, że nie tylko na królewskie, pewnie też na stoły kolejnych właścicieli zamku w tym licznych arcybiskupów.

No cóż, okrucieństwo ludzkie nie znało granic….

Inne grupki ptactwa do kurki całe opierzone, poruszające się jakby na kuleczkach czyli króciutkich nóżkach całkowicie pokrytych piórkami…wydaje się, że jest im trudno tak żyć, ale przyzwyczajone od urodzenia nie do chodzenia, ale toczenia się zawsze mają zadowolone miny…

Pożegnalny spacer po Uniejowie (5)

 

To już ostatni wpis o historii zamku uniejowskiego, więcej nie będę zanudzała tych, którzy się zanudzili 🙂

W kolejnych latach Uniejowski zamek ulega zniszczeniom przez pożary i jest cierpliwie odbudowany.

W latach 1525-1534 odbudowa wiąże się  z dużą modernizacją, co powoduje utratę większości cech gotyckich.

I nadchodzi rok 1655. Fala szwedzka zalewa nasz kraj. Jest to okres, kiedy doszło do jednej z największych dewastacji  kraju.

Jak trudno sobie wyobrazić tych chłodnych Skandynawów w szale  niszczenia, grabienia i zawłaszczania obcych ziem. Co wyzwoliło w nich takie emocje. Pewnie historycy już to wiedzą, ale oczywiście ja nie. Może nadejdzie czas na czytanie opracowań historycznych. I dlatego warto jeszcze żyć…

zamek uniejowski tonie w powodzi szwedzkiej. Mieszkańcy cierpią a może pokornie pochylają głowy i jedynie spełniają swoje obowiązki.

 

I po potopie szwedzkim znowu nadszedł czas odbudowy Polski, Uniejowa i jego zamku.  

Jednak w 1704 roku wkraczają tutaj wojska saskie i dokonują kolejnej dewastacji.

 W głowie mi się kręci od dat, od informacji, istny zamęt…oj biedni my biedni, Polaczki, narażeni na liczne najazdy obcych, przypadkowo grabieni, gdyż położeni na trasach wojennych, pomiędzy sobą skłóceni, walczący o prywatę – tak sobie myślę przy okazji wczytywania się w historię Zamku Uniejowskiego.

W 1736 roku zanotowano kolejne pożary, które go zniszczyły.

W 1745 roku arcybiskup Krzysztof Szembek dokonał częściowej restauracji zamku.

W 1796 roku Zamek Uniejowski został upaństwowiony przez zaborcę pruskiego.

I znowu obrót koła historii

W 1836 roku, gdy upada powstanie styczniowe, carski generał  Aleksander Toll, pochodzący z Estonii wsławia się tym, że rozgramia wojska polskie pod Ostrołęką. W dowód uznania car rosyjski ofiarowuje mu Zamek Uniejowski i tytuł hrabiowski. 

Jednak Uniejów ma  trochę szczęścia w tym nieszczęściu.

Otóż żona tego generała rzuca projekt, by stworzyć wokół zamku park. Ma tyle energii i pieniędzy, że wkrótce powstaje piękny, podziwiany do dziś park krajobrazowy, będący chlubą Uniejowa. I tak to zło, które się stało obraca się w dobro. Niezbadane są prawa historii i boskie ścieżki.

Po 1918 roku zamek przejęli Polacy.

Działało tutaj gimnazjum a później pensjonat.

W  czasie działań wojennych, w 1939 po raz kolejny znacznie zniszczono zamek .

Później mieścił się tutaj magazyn zboża i nawozów.

W latach 1957-67 rozpoczęto prace konserwatorskie, w 1995 otrzymała go Rada Naczelna Zrzeszenia Studentów Polskich, która nie miała odpowiednich środków dla utrzymania tak wielkiego obiektu. Zamek więc powoli, ale systematycznie niszczeje.

Wydaje się, że ostatecznie przegrał walkę z losem.

Pożegnalny spacer po Uniejowie ( 4)

Pożegnalny spacer po Uniejowie.

Ale niedługo potem jest zamek jest ponownie  plądrowany powodu roszczeń majątkowych, prywatnych wojenek- jakże dobrze nam znanych,

W połowie XV wieku zamek gruntownie przebudowano i wzmocniono jego fortyfikacje. Jednak i to nie zapobiegło kolejnemu zawłaszczeniu przez wielkopolskiego szlachciura Wawrzyńca Kośmidera Gruszczyńskiego, który toczył prywatną walkę z arcybiskupem Zbigniewem Oleśnickim o Koźmin.  Wydarzyło się to w 1492 roku.

Już wtedy budowla ta poza tym, że była rezydencją arcybiskupa i pełniła  funkcje obronne ,  zawierała ważne kościelne archiwum i bibliotekę.

To tutaj odbywały się zjazdy duchowieństwa, a w trakcie wojny trzynastoletniej przechowywano  Uniejowie  cenne kosztowności i relikwie.

Pewną  ciekawostką jest zapis, że mieściło się też tutaj więzienie dla innowierców i nieposłusznych księży ale także innych skazanych. Jednym ze świeckich więźniów był znany gdański rzeźbiarz Hans Brandt. W 1485 roku, ten słynny człowiek dostał zlecenie wykonania nagrobka św. Wojciecha dla katedry gnieźnieńskiej. Gdy otrzymał zaliczkę od Zbigniewa Oleśnickiego na tę pracę, po prostu wywiał. Może miał  straszliwe długi czy inne ważne powody, by zniknąć, ale fakt pozostał faktem. Schronił się ów nieszczęśnik lub szczęśnik w Prusach, ale go dopadli, mimo, że w tamtych czasach nie było policji, CBA CBŚ ani …Złapano go i osadzono właśnie w więzieniu Uniejowskiego zamku. W ten sposób został zmuszony do ukończenia dzieła, które nadal możemy oglądać zwiedzając katedrę gnieźnieńską.

 

 

Pożegnalny spacer po Uniejowie (3)

Pożegnalny spacer po Uniejowie (3)

Ale wracam do naszego skryby, pamiętnikarza, kronikarza, czy jak mu tam.

Z jakim zapałem ten  czternastowieczny skryba  skrobał on swoim gęsim  piórem  po pergaminie, że jeszcze  dziś  słyszę to skrzypienie i zgrzyty. Właśnie z mozołem  rejestruje  zniszczenia znajdującej się tutaj dwunastowiecznej drewnianej warowni .

Może opisuje też to, co  się działo w  1331 roku, gdy zawitali w te strony słynni agresorzy, zwani  Krzyżakami.

Może nie on to opisuje, może już inni, jego następcy-  jak  ci  ludzie o stalowych spojrzeniach, i  znanych nam z filmów czarnych krzyżach na płaszczach zakrywających zbroje  z obłudnymi religijnymi hasłami na ustach, wolno zbliżali się do miasteczka. Ludzie już wiedzieli, słyszeli, nasłuchiwali z lękiem jak dudni pod obcymi ziemia, ich ziemia ojczysta. Pewnie  uciekali gdzieś w knieje, by się ukryć , może ginęli pod końskimi kopytami. Niemieccy najeźdźcy zagarniali  nasze  ziemie, zdobywając je ogniem i mieczem. Przeszkadzała im ta polska uniejowska warownia, strzegąca przeprawy przez Wartę. Więc wrzucali tam zapalone głownie i chyba nawet nie oglądając się za siebie, by zobaczyć jak płonie, szli dalej.

Ale w 1333 roku na polskim tronie zasiada 22 letni wówczas Kazimierz Wielki. W 1343 roku zawiera z Krzyżakami rozejm, odzyskuje zajęte przez nich opisane  tereny. Ten projektant  Polski murowanej ma dużą wyobraźnię i zapęd, by marzenia o wielkiej Polsce wcielać w czyn.

Z jego polecenia człowiek nazywany wielkim budowniczym-  arcybiskup Jarosław Bogoria wznosi  murowane warownie broniące dostępu do państwa od północy i północnego wschodu. Poza zamkiem w Łowiczu, Opatówku pod Kaliszem, Łęczycy, Sieradzu, Kole , Uniejów wyznacza ten krąg twierdz granicznych.

Tak więc w założeniu zamek ten  ma  charakter wybitnie militarny.

 

Pożegnalny spacer po Uniejowie.(2)

Mój pożegnalny spacer po Uniejowie.(2)

I oto otwiera się brama parkowa ozdobna, majestatyczna, która wiedzie prosto do parku . Wchodzę.

Przede mną zamek. Stoję przed nim zadumana.

Jest, stoi tutaj od wieków. Pięknie odrestaurowany, teraz proponuje miejsca hotelowe i zaprasza do swojej restauracji z ogromnym tarasem i widokiem na korony starych drzew. Dużo o nim wiadomo. .

Siadam na ławeczce i czytam to co wydrukowałam z netu na temat jego historii. A była bujna i tragiczna. Czasem tylko radosna, optymistyczna. Jak to w historii bywa.

I oczami wyobraźni widzę jak jakiś cierpliwy dłubek historii, szpera w starych dokumentach.  nagle, kichając setnie od unoszącego się kurzu, otwiera księgę. I czyta z przejęciem to co znalazł a czego szukał.

Znaleziony przez niego opis liczy sobie 674 lata bo został sporządzony w 1339 roku przez dziwnie odzianego skrybę, takiego samego człowieka jak on, mającego podobne przypadłości, emocje zainteresowania. Też był historykiem, ale z pasją zapisywania tego, co się dzieje wokół w jego czasach. Ma poczucie misji, a może jest po prostu człowiekiem wynajętym przez króla albo innego władcę i tylko spełnia swój obowiązek, za który mu nawet płacą. Już nie dowiemy co go motywowało. Ale ważne, ze zapisał i przekazał pokoleniom. Oczywiście na marginesie myślę sobie o swojej pasji utrwalania przeszłości i teraźniejszości. Pewnie niektórzy to poczucie misji  nazwą pewną odmianą megalomanii, ale przyznaję się bez bicia do takiego toku myślenia. Chciałabym, by nasi potomkowie zajrzeli kiedyś do moich zapisków , poznali swoich pradziadków czy nawet prapradziadków. Może znaleźli tam swoje geny, może pomoc w rozwiązywaniu swoich problemów, albo tylko pocieszenie. Wszak od wieków ludzie cierpieli, kochali, radowali się i podziwiali przyrodę… Ale czyż nie jest to utopia, takie myślenie. Przecież dookolny świat jest coraz bardziej zapędzony , brakuje czasu na wszystko, jak mówi nasz przyjaciel- profesor Ramotowski- stale żyłem w niedoczasie. Tak, na moich oczach świat się ogromnie zmienia. Młodzi lubią i rozumieją tylko krótkie przekazy, obrazki. Któż by zajmował czytaniem słów czy jakiś opisów.   Tak więc pewnie to co zapisuję pójdzie gdzieś w kąt i zapleśnieje, ale mi wystarczy myślenie optymistyczne, że zapiski moje przetrwają i może jednak  będą czytane. Może znajdzie się chociaż jedna osoba, która się przy nich zatrzyma. A ta jedna osoba to dla mnie 100%. I ta nadzieja wystarcza…

Mój pożegnalny spacer po Uniejowie (1)

Mój pożegnalny spacer uniejowski. (1)

 

Nic dziwnego, że miasteczko o tak bogatej historii czule pielęgnuje swoje zabytki.

I dobrze, że przybywają tam kuracjusze , wycieczkowicze ,wielu cudzoziemców.

Ale na razie liczba przybyszów nie jest znaczna, co cieszyło nas, bo nie lubimy tłumów. Jedynym miejscem, gdzie jest tłoczno, zwłaszcza w weekendy- to wspaniałe termy.

I dlatego, jeśli chcemy spokoju, a jest to możliwe jedźmy tam w dni powszednie.

       Po kilkudniowym pobycie nadeszła pora pożegnania.

Jak codziennie odbywam poranny spacer, odwiedzam ulubione miejsca i oczy napawam widokami.

Jestem więc na Rynku, właściwie to ryneczku, małym, kształtnym, czyściutkim, kolorowym, pełnym ławeczek , gościnnym.

Nad nim czuwa bialutka, wolno stojąca , 25 metrowa neobarokowa wieża kościelna z zegarem, wzniesiona w 1901 roku. Aż dziw, że nie zachowano nazwiska projektanta, a warto było. Wygląda jak zabaweczka, idealnie dopasowana do klimatu okolicznych niewysokich kamieniczek .

Zaglądam do zabytkowego kościoła , bo jest pora porannej mszy. Jedynie w czasie mszy miejscowy proboszcz otwiera kościół. Nie jest to zrozumiałe, bo zaglądają tam turyści i całują klamkę. Ale ten zwyczaj , relikt dawnych czasów, pewnie niedługo się zmieni.

A przecież ten kościół jest uznanym gotyckim zabytkiem.

Budowę prowadzono w latach 1342-1349, konsekrowany został w 1365 roku.

Wchodzę do jego mrocznego wilgotnego zimnego wnętrza. Zadziwiają szerokie nawy, jakby nietypowe dla gotyku. Ale ja się nie znam, jeno komentuję swoje odczucia.

Jeszcze rzut okiem na sarkofag błogosławionego Bogumiła , o którym wiadomo, że koronował króla Bolesława Śmiałego.

Uciekam szczękając zębami z zimna.

Już jest pełne słońce, cieplutko się robi i miło.

Siadam na ławeczce pod fontanną wybijającą swe solankowe wody spod wielkiego głazu i rozsiewająca ciepłą mgiełkę. Wdycham ten zapach, udrażniam wysuszone śluzówki nosa i gardła. Obserwuję grupkę ludzi ubranych w ochronne kamizelki, którzy zbierają śmieci z trawników i starannie zamiatają alejki. Jest rozkosznie …

Ale po chwili się zrywam , bo czekają na mnie jeszcze dwa ulubione miejsca.

Mknę w dół  wąską uliczką , hamuję na kładce, bo konieczny jest rzut oka na ukochaną Wartę dwie strugi solankowe, ciepłe i wonne wydobywające się z imitacji armat XVII wiecznych umieszczonych na brzegu rzeki, a potem na zamek  – piękny i milczący. Tylko rybitwy śmigają i jaskółki i wielkie czarne ptaszyska opuszczają swoje siedziby z dziwnych zagłębień w murze starej ceglanej wieży zamkowej.

Obiecuję sobie, że następnym razem wybiorę się na wycieczkę z przewodnikiem, gdyż w dni weekendowe o 12 oczekuje w oznaczonym miejscu miły pan , fajnie przebrany w pstry strój, pewnie z epoki. Po zebraniu grupki turystów wiedzie on  tę czeredą i pokazuje wdzięki Uniejowa. Może wtedy się dowiem, dlaczego w  ścianie wieży utworzono te regularnie rozmieszczone zagłębienia, jakby celowo wyjęto cegły…

 

Historia Uniejowa.

Uniejów historia

Ależ się rozpisałam, rozmarzyłam. Już nieomal popłynęłam do mojego Gorzowa. Ale czas się obudzić z tego pięknego snu i wrócić do rzeczywistości. Poważnej, ale niezbędnej w tym miejscu.

Tak więc pora na garść informacji historycznych o Uniejowie i Zamku.

Ale by nie przynudzać, w wielkim skrócie wrzucam to co znalazłam w Wikipedii.

Pierwsze wzmianki o Uniejowie znaleziono w starych dokumentach z 1136 roku.

W XIV-XV wieku powstała tam rezydencja arcybiskupów gnieźnieńskich.

 Od tej pory miasto rozrastało się , rozwijało  się rzemiosło a dzięki swojemu bardzo korzystnemu  położeniu geograficznemu kwitł handel.

Po drugim zaborze Polski, od 1793 roku miasto znalazło się w zaborze pruskim, w granicach Państwa Prus.

 Od 1807 roku, było w granicach Księstwa Warszawskiego a od 1815 roku – w zaborze rosyjskim w granicach Rosji na terenach Królestwa Polskiego.

W 1870 roku Uniejów został pozbawiony praw miejskich.

Miejscowa ludność wielokrotnie podejmowało liczne protesty  przeciwko rusyfikacji oświaty.

W 1918 roku miasto znalazło się w granicach niepodległej Polski.

W czasie działań wojennych, w 1939 roku Polacy walczyli  zaciekle z Niemcami, broniąc przeprawy przez Wartą. W wyniku tych działań zginęło wielu mieszkańców Uniejowa i okolic.

W 1942 roku Niemcy wymordowali miejscową społeczność żydowską.

W 2012 roku premier RP nadał miastu oraz sąsiadującym sołectwom w Spycimierzu, Spycimierzu- Kolonii, Zieleni i Człopie prawa uzdrowiska.

Tak więc młodziutkie jest, jeszcze nieśmiałe  to uzdrowisko i dopiero  wszystko przed nim…Jak dobrze, że zobaczyłam je teraz, trochę senne ale jeszcze nie zadeptane i świeże…

 

Pełen relaks nad Wartą…

Kladka.JPG

Kładka wiodąca nas z miasteczka do Term, zamku, parku. Po lewej plaża nad Wartą Termy i bliżej kładki taras restauracji, którą nazywałam  Wenecją- bo taka była  w Gorzowie w czasach mojej młodości.

 

 

 

 

Po basenowych kąpielach.

siadywaliśmy na tarasie restauracji Termalnej, dość wysoko ale bezpośrednio nad nurtem rzeki , konsumowaliśmy bardzo smakowite dania, w dodatku tak obfite, że jedna porcja wystarczała na dwie osoby , delektowaliśmy się urodą rzeki i miasteczka wznoszącego się na łagodne zbocze przeciwległego o brzegu, zapominaliśmy o tej nibyfabryce.

 I  dopiero  wtedy nadchodził pełen relaks, słodkie bezmyślne lenistwo .

Warta szumiała, rozsiewała swoje bardzo miłe zielone wiosenne zapachy a my oparci o krzesełka z winkiem w kielichu i opalenizną na twarzach poddawaliśmy się tym magicznym chwilom. Jakże potrzebnym w tym zapędzonym świecie.

I nawet siedzący przy sąsiednim stoliku Niemcy, którzy przybyli tutaj na kajakach i rozbawieni widocznie i hałaśliwi nie zdołali zepsuć nam sjesty. Zresztą niebawem zebrali się, wychylili ostatnie łyki złocistego piwka , grzecznie uporządkowali, przywrócili do poprzedniego układu stoliki, które wcześniej zsunęli by siedzieć w grupie i od tego momentu grzecznie, sznureczkiem zeszli z tarasu tegoż baru, zsunęli się po łagodnym zboczu plaży nadwarciańskiej i w kapoczkach, ze świeżymi chorągiewkami na każdym kajaku pomknęli w dół rzeki. Nie wiem dokąd płynęli. Jeszcze nie przestudiowałam tras organizowanych tutaj spływów kajakowych, ale po prostu mi się jeszcze nie chciało.

Wolałam snuć marzenia, że właśnie niebawem powita ich mój Gorzów, moje miasto rodzinne leżące w jeszcze bardziej dolnym biegu Warty.

I wyobrażałam sobie ich zachwyt nad nowymi bulwarami, mostami i tylko dlaczego mnie tam nie ma….