„Zaślubiny” z koleją ….

„Zaślubiny” z koleją

Kochani, wyciągnijmy nogi z tego błota które nas oblepia, mlaska z zachwytem, że zalało serca, zamuliło umysły i wciąga w swoją brudną głębię coraz bardziej ukontentowane.

Brzydkie bolesne słowa śmigają w przestrzeni, zachowania lekceważące, odwracanie się plecami gdzieś na półpiętrze  naszej świątyni praw wszelakich, zło wyhodowane na jakże bujnej i szlachetnej piersi zielonego mojego Żoliborza.

Gdzie dobro Kuronia zatopione, skąd  Powstańcy Warszawscy, kanały oglądane dziś, Hłasko choć chłopak z dobrego domu, ale zaglądający nad Wisłę, gdzie chałupki Marymontu byle jakie i ludzie niekoniecznie szlachetni, ale ze swoimi prawami pięści,

Hłasko oglądający znad Wisły migocące w słońcu szklane domy pierwszej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

W tych oto domach Rodzice naszego kolegi Jurka Marcinkowskiego  o czym pisał w tym blogu, cieszyli się sobą  świeżo po ślubie i zaręczynach polegających na wymianie podręczników do medycyny.

Wreszcie tu Popiełuszko i Jego siła i prawość  udzielana innym.

Szatan widać tam gdzie Dobro, atakuje najbardziej, wylęga się ze złego jaja, a może z własnego nieszczęścia i demoluje rzeczywistość pokoleń….

Ale dość rozważań, niech nasza Romantyczność przypnie skrzydła, nie dajmy się, bądźmy Niezależni, Wolni a NIC NAS NIE DOTKNIE, pofruniemy  tam gdzie zechcemy    zostawiając zły świat.

Oto jedna z opowieści dla mnie „wyzwalających”. Bo o kolei, podróżach i pięknie nieograniczonej wolności.    Zabieram Was ze sobą moi Drodzy….

Mój Tato, urodzony w 1908 r.,  w bardzo  wczesnym  dzieciństwie zakochał się w pociągach, torach kolejowych, mostach i wiaduktach.

Tej miłości był wierny do końca swoich lat.  

W Jego rodzinnym miasteczku – Rakowie (obecnie Białoruskim),  nie było kolei – należało dojechać furmanką chyba ponad 20 km, by znaleźć się na dworcu.

I oto  któregoś dnia moi Dziadkowie  – Stanisława z d. Rodziewicz i Tomasz Łukaszewiczowie  postanowili  wybrać się do Wilna by odwiedzić ciotkę Dzierżyńską której mąż był kolejarzem.  Zabrali ze sobą małego chłopczyka, dlaczego właśnie Jego, nie wiem. Może starsze siostry i bracia nie byli zainteresowani, może mieli już swoje życie. A może to LOS podpowiedział, że TEN CHŁOPIEC CZEKA NAJBARDZIEJ, że warto właśnie jego, bo LOS zaplanował mu  życie z koleją. Nie wiem.

Ale ta podróż stała się wydarzeniem które przyniosło  Tacie tę Pierwszą i Jedyną taką Miłość.  

Tę wyprawę  zapamiętał na całe życie i często wracał wspomnieniami, których wysłuchiwałam przesiadując na podłodze u Jego stóp i czułam jak fala tej Miłości mnie unosi i zalewa rozkoszą serce.

Od tej pory mieliśmy tę Miłość wspólną i obdarowuję nią moje Dzieci a może i Wnuki a także chciałabym Prawnuczkę, choć jeszcze mała jest.  

Jeśli mam marzenia, to nie jakieś dalekie podróże, a tylko „ wsiąść do pociągu byle jakiego” i ujrzeć jak pejzaż za oknem ucieka odsłaniając stale nowe widoki w rytm kół….

Gdy udaje mi się wyruszać w podróż koleją, choć już coraz rzadziej, a jeszcze te rygory pandemii COVID-19 zamykają mi świat, unoszę ze sobą opowieść Taty.

I mam w oczach obraz małego chłopca o bladoniebieskozielonych  oczach pełnych zachwytu, który wygląda przez otwarte okno  aż nagle podmuch powietrza porywa mu czapeczkę z głowy z której był tak dumny…..to jakby  Jego zaślubiny z koleją – dla mnie symboliczne.

Tata  opowiadał też barwnie i obrazowo  jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego spoconego czarnego cielska parowozu. Była to tłusta, spocona, zasapana  Bestia z kołami wyższymi od małego chłopca, które poruszały się przy udziale poprzecznych żelaznych „łap”.  Zwykle przez okienko wyglądał bardzo usmolony pan, a drugi  od czasu do czasu otwierał drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten drugi czarny pan wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała  kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli ludzie na  milutkich gładkich i lakierowanych ławkach.

Tato najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno.  I jak już napisałam, w tym właśnie momencie wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę. Mógł tylko oglądać jak frunie w dal, gdzieś, gdzie wzrok już nie sięga…  

Gdy o tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny  akt  „zaślubin”  Taty z zawodem. Może trochę przesadzam, ale Ojciec  kochał kolej Miłością Pierwszą – taką z Trwającym ZACHWYTEM  do ostatnich swoich dni.

Pewnie ta Miłość była tak silna,  że wbudowała się w nasz rodzinny genotyp i jest  przekazywana  następnym pokoleniom  jako nieustanna FASCYNACJA ….

Czuję ten Gen w sobie, czuję jak się niespokojnie wierci i namawia – ruszaj w Podróż, ruszaj w Nieznane, w siną dal, oglądaj jak uciekają tory i perony przebiegają za oknem, siadaj na dworcowych ławkach, oglądaj ludzi, wdychaj ich zapachy, bo to Życie, jego pełnia….

A przecież lat mam niemało a i pociągi wyglądają teraz już inaczej.  Ale zawsze są te tory, zawsze zadziwiającą równoległe, perony na których ktoś czeka lub nie i dworce JAK PRZYSTANKI W ŻYCIU  – nie zawsze odnowione, czasem obskurne z pamięcią dawnego czasu,  lecz zawsze związane z OCZEKIWANIEM czegoś co nadejdzie i z NADZIEJĄ, że będzie piękne…

Zdjęcie mojego Taty, które zamieściłam na Fb jako Klara Klon ( mój nick)

WSZYSTKO W ŻYCIU ZALEŻY OD … MOTYLA

Wszystko zależy od … motyla

Ta opowieść nie jest tylko moim wyobrażeniem, czy jakąś bajeczką. To jest prawda, zauważona przez poważne naukowe głowy.  Aż dziw, że nie opisali tego zjawiska Starożytni. Może mieli umysły  zajęte czymś innym, a może widzieli – tylko wydawało im się to takie zwykłe.

A tymczasem to zjawisko jest niezwykłe i wszystkich nas dotknęło. Ale o tym będzie potem….więc ab ovo.  

W 1898 roku Jacques Salomon Hadamard (18651963) – bardzo poważny matematyk francuski, zajmujący się teorią liczb, mechaniką teoretyczną, geometrią, teorią poznania, teorią całkowitych funkcji analitycznych, równaniami różniczkowymi i równaniami fizyki matematycznej – znany z teorii liczb pierwszych … uff, dość wymieniania tych sucho i nijako dla mnie brzmiących terminów – zaczął obserwować poruszające się gładkie kule (bile) po powierzchni równie gładkiej i  cokolwiek by to znaczyło – i tak nie rozumiem 🙂 – powierzchni o ujemnej krzywiźnie. Otóż wbrew przewidywaniom naukowca  trasy tych kul –  okazały się niestabilne tak – że kule zaczęły się oddalać od siebie.

 Podaję ten opis z Wikipedii niewiele rozumiejąc, ponad to, że  ów słynny matematyk  był tym zadziwiony a także zadziwiali się inni o tęgich matematycznych i fizycznych głowach, nie bardzo rozumiejąc zjawisko. Było to powodem ich licznych teorii i niejakiego zamętu.

Wiedzę uporządkował  – nazywając ją teorią chaosu – niejaki  Edward Norton Lorenz (1917-2008) – amerykański matematyk zajmujący się od 1960 r. komputerowym prognozowaniem pogody. Stworzył on w tym celu układ 12 równań wyrażających relacje między temperaturą, ciśnieniem, prędkością wiatru, itd. Sądził – jak większość ówczesnych naukowców – że prawie dokładne dane wejściowe dają prawie dokładne wyliczenia prognozy,

To przekonanie okazało się jednak całkiem błędne – wynik diametralnie odbiegał od przewidywanych na podstawie symulacji. Matematyk ów, zauważył bowiem, że wyniki są zaskakująco czułe na minimalną zmianę warunków początkowych – i był pierwszym meteorologiem, który odkrył, że nie sposób przewidzieć pogody na dłużej niż kilka dni naprzód, bo równania opisujące stan atmosfery są chaotyczne. W 1963 r. opublikował wyniki swoich prac.

Ów Lorenz obrazowo mawiał, że „nawet machnięcie skrzydeł motyla w Brazylii może wywołać tornado w Teksasie.” 

Od tej pory butterfly effect został rozpowszechniany i rozumiany też w aspekcie zdarzeń życiowych, pozornie zwykłych – które potrafią zmienić całe życie  ….niektórzy mawiają, że gdy nagle jeden tylko motyl zatrzepoce skrzydłami potrafi zywołać nawet  burzę  piaskową w odległym miejscu na ziemi.

To Cud jednego motyla, tylko jednego i jego zachowania….

Tej nieprzewidywalności wszystkiego doświadczamy na co dzień także w czasie panującej pandemii COVID-19. Stąd różne prognozy a co za tym idzie zda się chaotyczne, często zmieniające się poglądy i zalecenia. Żyjemy Kochani w świecie który jest nieprzewidywalny, niepoliczalny matematycznie – nawet gdy modele są idealne  …. wszystko zależy od tego, że gdzieś tam zatrzepotał motyl…..

         Tak tak, moi Drodzy. Wszystko mamy poukładane, zaplanowane, oczekiwane – dzień po dniu płynie nasze życie – zda się swoim utartym korytem, jesteśmy pewni, że nasz czas jak pociąg przyssany do swoich torów nie zboczy z drogi, radujemy się że plan doskonały a sukces na wyciągnięcie ręki, czasem pogrążamy się w smucie bo widzimy czarną przyszłość, kochamy i jesteśmy kochani, oczekujemy lepszego, spodziewamy się gorszego. Wszystko na nic.

Nie myślmy w kategoriach że coś jest pewne. Żyjmy chwilami zatrzymując te dobre, zapominając złe. Bo gdzieś tam daleko zerwie się do lotu motyl, zatrzepocze skrzydełkami .

Bo gdy motyl zatrzepocze skrzydłami….

Nie muszka bo ma maleńkie skrzydełka i prawie niewidoczne w locie, nie bzyczący komar, bo przypomina raczej śmigłowiec –  tylko motyl – piękny, delikatny i zwiewny. To on przyczyną, że dalekie plany, poczucie stabilności życia i jego przewidywalności – nagle  rozpada jak domek z kart, czy budowla z klocków  z której usunięto jakiś element.  I płaczemy i miotamy się bezsilnie. Na nic. Już nic nie można. Stało się. Nieodwracalne…..Gdy zatrzepoce skrzydełkami motyl – nasze życie które płynęło jakiś uporządkowanym torem, mijaliśmy kolejne stacje a w domu ktoś czekał, planował, obiad dymił na stole a w wazonie kwiaty – nagle osłupiałe się zatrzymało. I  zwiędły w wazonie czekające powitania  kwiaty, obiad zamienił się w szaroburą breję, matka tkwiąca z uporem  w oknie nie wypatrzyła syna czy córki, narzeczony czy narzeczona nie doczekała. Zmieniło się wszystko. Niektórym zawalił się bezpieczny świat. Bo były szpitale, bo były narkotyki na dworcach czy ulicach kupowane, wykradane czy zarabiane przez chude cherlawe ciało które kiedyś dostało po raz pierwszy dawkę narkotyku…. Nasz chłopak nagle poszedł za inną i runęło nasze myślenie o wspólnej drodze życiowej, rozwoju naukowym ale nagle się okazało – też za sprawą trzepotu motyla – że spotkaliśmy nowego człowieka z którym wiedliśmy ciekawe, pełne życie, nawet czasem kolorowe. Zakładaliśmy rodziny, rodziliśmy dzieci, dzieci rodziły dzieci i tak . I było pięknie, inaczej niż sobie wyobrażaliśmy kiedyś, inaczej – ale pięknie.

Może się nie zastanawialiśmy nad tym do tej pory. A może tak.  Ale czy chcemy czy nie, czy pragniemy czy nie,  motyl gdzieś tam daleko na nas czeka. I w chwili gdy mu się po prostu zechce nagle polecieć w błękit – zatrzepocze skrzydełkami….

I wtedy nastąpi rozprzestrzeniający się w świecie efekt, dotrze do nas i wszystko nam się zmieni.

I stanie się cud odnowy ….

Cud soczystego pełnego życia….  

Tylko czekajmy cierpliwie….

 

” Ballada” o naszym świecie…

zdjęcie własne sprzed roku- może symbolizuje nasz świat- zlodowacenie, roztopienie, zieloność bo nieśmiała nadzieja ….

Medycyna profilaktyczna- współczesne wyzwania – ostatnio zmienione na  – Zagadnienia wybrane)

Mamy napisać podręcznik o takim tytule. Nie podręcznik ale książkę  i to niezwykłą – jak mówi redaktor naczelny. Czyli co ? Jaką ma przybrać formę ? Poruszyłam tony ( tzn. hektogigabajty internetu) by wyszukać to, co ciekawe. Okazuje się że wszystko dla mnie ciekawe, wiele nowego, też przypomnienia. Tło historyczne  wszystkich problemów – frapuje – bo to jak było, jak dojrzewała myśl na przełomie wieków –  to towarzyszenie od kołyski. Od korzeni wszak wszystko się zaczyna. Oczywiście wiele jest niewiadomych i pozostanie nie zbadanych, ale to już tak jakbym znalazła się w siodle – och, jak nie lubię tego obrazka – gdy biedny koń dźwiga jeźdźca – ale tak mi się napisało – bo poczułam się pewniej, że wiatr w żagle, że tak trzeba – obszernie  i od początku. Ale słowo pisane w dzisiejszych czasach coraz mniej pożądane. Więc obrazki – tylko jakie ? i znowu moja myśl, że obrazy mistrzów –oni widzieli więcej, przewidywali – jak to artyści-  bez echa ze strony rednacza. Nie będzie łatwo…. Wracam więc do słów….

Jak na razie tylko esej wklepał się przez klawiaturę….. Oto on.

Nie jest łatwo. Świat coraz bardziej biały i czarny – ze wskazaniem – na czarny.

Wokół brudna polityka, kłamstwa w ustach wybranych, kościół omijany łukiem, zagłada globu na własne życzenie- już w naszym kraju  wyraźne ocieplenie klimatu, brak wody, Antarktyda się roztapia, cyklony , smog w Polsce, ludzie uciekają z ziem gdzie wojny, gdzie pragnienie  i choroby zabijają,  przybywają tam gdzie im się uda dostać- do starej dobrej Europy.

Uchodźcy – nie robale  , tylko ludzie, tacy jak my.

Nie chcą się asymilować, bo po co, bo widzą, że to oni mogą zmienić nasz świat, rodząc dzieci, nosząc chusty , modląc się do swoich bogów, tkwią w braku empatii  i agresji do Innych, którymi my dla nich jesteśmy .  To my jesteśmy tymi Innymi …..

To oni, uchodźcy  wytrzymają wszystko co się zdarzy w Europie, bo mają geny przetrwania, bo już doświadczyli pragnienia i głodu,  bo nie mają nic do stracenia.

 Nie są tak, jak myślimy, nic nie czującą masą. Oni swoim pierwotnym instynktem i wiedzą im stale dostępną – bo mają oczy uszy i internet – czują i widzą jak stacza się w dół nasza cywilizacja.

A my,  Europejczycy – cóż – społeczeństwo się starzeje, bo nie chcemy rodzić dzieci.

Połowa z nich przychodzi na świat poza związkami małżeńskimi, inne są opuszczane, bo rodzic właśnie przeżywa kolejne  fascynacje, żyją w nowych rodzinach patchworkowych , bezradne, z poczuciem że to ich wina – jak to dzieci, bez stabilizacji i bezpieczeństwa, bez miłości skierowanej tylko do nich.

Idą do szkoły, która po ostatniej reformie w naszym kraju przeżywa zapaść i dawno przestała być autorytetem. Chyba że prywatna. Więc rodzice przenoszą  tam swoje dzieci , bo lepiej, spokojniej, może mądrzej. Tworzą się – jak czytam-  enklawy wokół takich szkół – hodowli intelektualistów, ludzi którzy in spe mają zdobywać świat a obok szkoły publiczne i wrogość wobec tych wybranych. Rozwarstwienie coraz większe…

Dzieci widzą bliskich na zatłoczonych SORach, które niedawno powstały i są niewydolne, bo lekarze zdesperowani wyjechali, pielęgniarki także a pieniędzy na zdrowie mało a potrzeby i oczekiwania coraz większe. Ich dziadkowie umierają w przechowalniach, poza domem, bo nikt opiekować się nimi nie może. A rodzice czasem, coraz częściej popełniają samobójstwa.

Dzieciaki szukają więc szczęścia w smartfonach, które są artykułem pierwszej potrzeby o czym świadczą dane liczbowe.

Tam odnajdują przyjaciół których nigdy nie poznali w realu i ulegają ułudzie, że to bliskość, grają w gry w których mogą zabijać i nie widać krwi  a bohater ożywa,  przeżywają swoją seksualność – jakże często odmienną , bo homo – w samotności, bo w Polsce kwitnie brak tolerancji, uprawiają seks niewiele wiedząc o miłości nauczeni filmami pornograficznymi, które oglądają już kilkuletnie dzieci ( o czym świadczą dane socjologów) , mając bezpośredni, niekontrolowany dostęp do internetu,  ba, nawet myślą na ich podstawie że właśnie tak powinni być zbudowani oni i ich partnerki czy partnerzy, i tak powinien wyglądać seks- mechaniczny bez uczuć, nie uczą się zachowań prozdrowotnych – wracają choroby weneryczne, już dawno zapomniane, stale rodzą się dzieci nastoletnim rodzicom. Bo rodzice ogłupiali poglądami kościelnymi ale też rządu nie życzą sobie edukacji seksualnej w szkołach. Jakakolwiek by nie była, zawsze jest lepsza niż filmy porno, czy molestowanie .  Dorośli chowają głowę w piasek , nie chcą widzieć problemu . Niektórzy, nie wszyscy. Ale jak przekonać dorosłych ? Zatwardziali w swoich poglądach, także politycznych , pozamykani w swojej szklanej bańce na dyskusję,  są niedostępni dla zwykłej ludzkiej rozmowy.

Młodzi  są manipulowani reklamami- więc wymuszają na rodzicach zakupy , piją piwo, bo zdrowe jak w reklamie , zaglądają do  portali gdzie namawia się do samobójstwa. Więc popełniają, coraz częściej, dzieci- już nie tylko zdesperowani mężczyźni którzy utracili pracę czy młodzi po zawodach miłosnych . Kobiety pogrążają się w depresji.

Antyszczepionkowcy zdobywają poklask i naśladowców. Przychodzą epidemie, jak ostatnio odra. Przyjdą następne.

A co jest jasnego w naszym świecie ?

Jasna jest MIŁOŚĆ , której zawsze, odwiecznie czekamy

Zawsze ważny  DOTYK , którego  matki już się nauczyły  ,  kangurując-  mając nowonarodzone na swojej piersi czy brzuchu,  kołysząc swoje dzieci w ramionach a nie w wózku, jak to było z naszymi- bo taki model wychowania panował. Teraz jest inaczej, lepiej.

Dzieci opanowały tajemnicę  smartfonów-  czerpią wiedzę, której nie dostały w zatłoczonej szkole,  taką prawdziwą też – filmy biologiczne, geograficzne oglądają, znają nazwy planet i potrafią tak skonstruować obwody elektryczne , że wytwarzają prąd z cytryny jak ostatnio wnuk lat 11. Pięknie malują, wycinają, sporządzają kostiumy z papieru – jak drugi 7 latek.

 Nadal  sporządzają tradycyjne  laurki dla ukochanej babci czy dziadka.

 I czytają pasjami – biblioteki świetnie zaopatrzone są im  odrębnym tajemnym światem.

Potrafią mówić, kocham cię, bo już nauczone, że tak trzeba. Więc nie jest źle.

Współczesna medycyna profilaktyczna ma wielkie pole do działania .

Bo odpowiednio sporządzony filmik promujący zdrowie dotrze do wielkiej liczby odbiorców. Tylko jak to zrobić technicznie ?

Wiemy przecież o co chodzi w tym utrzymaniu zdrowia. Tematy są znane i treści, ale przekaz ? Nie mamy pieniędzy na opłacanie solidnych mądrych i frapujących kampanii reklamowych . 

Jak przekonać rządy, że zdrowe społeczeństwo powinno być celem nadrzędnym.

Że od tego zależy nasz byt na naszej planecie ?

„Kto nam dał skrzydła”. Spotkanie w Koninie z naszym śp. kolegą – Niezwykłym Lekarzem – Piotrem Janaszkiem .

Piotr Janaszek z córkami – Zuzanną i Olgą na zorganizowanym przez siebie obozie harcerskim dla dzieci z niepełnosprawnością . Zdj otrzymałam od Olgi.

Niedawno wróciliśmy z Konina, gdzie   w Sali Kinowej miejscowego Domu Kultury  – 30.11. 2019 roku odbyła się premiera filmu o skromnym tytule „ Doktor Piotr ” . Była to  skrótowa opowieść  o naszym tragicznie zmarłym przed 20 laty koledze z poznańskiej Akademii Medycznej (wspólne  lata 1965- 1971)- Piotrze Janaszku . Były też opowieści ludzi o Piotrze i mnóstwo zdjęć oraz filmików o niebywałej wartości dokumentalno –  sentymentalnej.  Na to spotkanie dotarła zaledwie garstka kolegów z roku – bo 5 osób – Urszula Mejer , Jerzy T. Marcinkowski, Hieronim Głowacki , Leszek Milanowski , Jacek  Rajewski z żoną Jolantą – młodszą od nas  także absolwentką AM. Przybycie do Konina nie oznaczało, że pozostali koledzy nie byli emocjonalnie związani z Piotrem. Po prostu rozliczne problemy, także zdrowotne , co w naszym wieku nie jest rzadkością, były przyczyną nieobecności. Ale na pewno wielu z nas uczestniczyło duchowo w tej Uroczystości, daliśmy temu wyraz w mailach do głównych Organizatorek – kontynuujących tę Wielką  Ideę – Córek Piotra- Zuzanny i Olgi. Otrzymaliśmy od nich list następującej treści :

Szanowni Państwo,pięknie i z całego serca dziękujemy wszystkim, którzy przyjechali na premierę filmu „Doktor Piotr”. To były niezwykłe spotkania!

Życzymy zdrowia tym z Państwa, którym nie udało się być z nami w sobotę. Wiemy, że byliście myślami!

Gorąco zapraszam do Konina do Fundacji PODAJ DALEJ, gdzie codziennie dzieje się dużo dobrego. 

Życzę Państwu zdrowia i sił do dalszych działań i dziękuję, że jesteście z nami!

Polecam serdecznie materiał przygotowany przez Telewizję Wielkopolską: TUTAJ

Na Facebooku jest album ze zdjęciami: TUTAJ. Zachęcam również do zaglądania na nasze strony internetowe: https://osadajanaszkowo.pl/ oraz https://podajdalej.org.pl/

Olga Janaszek-Serafin Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ KRS 0000 197 058   601 758 333  olga.janaszek@podajdalej.org.pl www.OsadaJanaszkowo.pl ul. Południowa 2a, 62-510 Konin    

Z poważaniem,

A oto nasze myśli i wrażenia z tego Niezapomnianego Spotkania .

Po seansie, kiedy nie mogliśmy opuścić foteli, bo film był przejmujący Starsza córka Piotra- Zuzanna Janaszek – Maciaszek zaprosiła nas na małe kameralne spotkanie z Przyjaciółmi Piotra, dawnymi Współpracownikami i Podopiecznymi . Właśnie wtedy, na prośbę Zofii Łukaszewicz – Konopielko, odczytała fragment jej wspomnień które już wcześniej zamieściła w blogu. Jest to krótka opowieść o pierwszym  spotkaniu z Piotrem w lipcu 1965 roku, w Dziekanacie Akademii Medycznej przy ul. Fredry 10 w Poznaniu,  pod tablicą ogłoszeń, gdzie zamieszczono listę przyjętych na studia medyczne .  Ten Nieznajomy wówczas chłopak – który przypadkowo znalazł się obok, po przeczytaniu swojego nazwiska na liście przyjętych na studia  ( tak jak i ona) – przedstawił się i rzekł odchodząc – „ Teraz mogę realizować swoje marzenia ” . Tak, mając zaledwie 18 lat, Piotr wiedział co chce robić w życiu i to konsekwentnie realizował do końca…

Po spotkaniu napisał do nas Hieronim Głowacki ( Hirek ), który mieszkając od wielu lat w Niemczech, przebył setki kilometrów by się” spotkać” ze swoim Przyjacielem – Piotrem. Oto  wspomniany list Hirka ( cytuję dosłownie )  :

Halo Janaszkowie & co
Z pamięci napisałem dzisiaj moje refleksje o Piotrze, które spontanicznie przedstawiłem na waszym spotkaniu 30.11.19 w Koninie. Możecie to włożyć do waszego blogu, internetu, albo gdzie potrzebujecie. Pozdrawiam Hirek.

…. koleżanka pisała o marzeniach, które miał Piotr. Mówię Piotr, bo on dla mnie zawsze zostanie Piotrem. Ja jestem jego kolegą ze studiów. Moje nazwisko jest Hieronim Głowacki.
Tak jak koleżanka napisała Piotr marzył. To żeby coś osiągnąć, to trzeba marzyć. Bo z marzeń powstają wizje, dalsze cele, plany, realizacja. I tak też było u Piotra – marzenia, wizje, cele, plany, realizacja.
Ale to jest tylko połowa sukcesu. Ażeby coś osiągnąć, trzeba wierzyć w siebie, w swoje postępowanie, we właściwość swoich planów.
Piotr wierzył w siebie.
On pracował w czasach, w których tacy jak Piotr, nie mieli poparcia. W tamtych czasach były powiedzenia, które ja też słyszałem –
„nie rób tego, to ci się nie uda. Innym się nie udało, to i tobie też się nie uda”.
Ale Piotr wierzył w siebie i w słuszność swoich postępowań. I dlatego udało mu się ten cel zrealizować.
Dlatego droga młodzież, drogie dzieci. Bierzcie przykład z Piotra. Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć, musicie  marzyć, bo z tego powstaną wizje, cele, plany i realizacja. I musicie wierzyć w siebie, że wam się to uda, tak jak Piotr wierzył w siebie i w swoje marzenia.

I teraz nasze ( tzn. moje – Z. K. ) myśli, trochę błądzące w przestrzeni fantazji, ale uporczywie powracające . Jest to  próba odpowiedzi na pytania dlaczego odszedł tak nagle, w pełni sił ……dlaczego ???

A może Piotr był za aktywny, za radosny , za bardzo kochany przez wszystkich, jakby spełniony bo zaszczepił swoją  ideę  Córkom   i tak wyrazisty że zauważył Go Pan i uznał że w tej sytuacji  jest  potrzebny bardziej w niebiesiech niż na zwykłym ziemskim świecie. Bo w tym drugim boskim Anioły były jakoś markotne a Dusze kalekie potrzebowały nieustannego wsparcia co było zadaniem zbyt nużącym nawet dla Pana Boga. On wolał efektowne cuda czy wielkie upadki rozpatrywać , ale codzienne podtrzymywanie nastroju to  nie było zadanie  na boską cierpliwość . Tu tylko potrzebny był odpowiedni CZŁOWIEK , dokładnie taki jak Piotr. Tak jak to robił zawsze na tym ziemskim padole łez, rozweselał smutnych –  zagrałby  na gitarze, zorganizował  kolonie , zabawy, sportowe zajęcia a może – tak jak swoich ziemskich Podopiecznych – za pomocą licznych zagranicznych kontaktów  i sponsorów – zabrał gdzieś daleko , nawet za ocean . Tu na pewno użyłby protekcji  Wszystkich Świętych  i  wycieczkę  duszyczkom cierpiącym  w międzygwiezdne przestrzenie czy  odlegle galaktyki zafundował  . Na tej naszej ziemi   wydobywał zastraszone dzieciaki z niepełnosprawnością z zamkniętych domów, komórek gdzie ukrywali je rodzice w tamtych latach 70 ub. wieku. W tym czasie Polska, daleko za Zachodem dawno otwartym na niepełnosprawność,  była mrocznym zaściankiem . Rodzice  nie tylko widzieli w nich przyczynę  gorszej jakości  swojego życia ale też się wstydzili, bo oglądano na ulicach takie dzieci i ich rodziny , wytykano a nawet jawnie wyśmiewano. W takim  to czasie Piotr, wychowanek profesora Wiktora Degi, ortopedy z Poznania, który pierwszy w naszym kraju doceniał wagę rehabilitacji  –  zaczął działać z wielkim rozmachem. Pozostawił Klinikę prof. Degi ,  gdzie stawiał pierwsze kroki po studiach , porzucił ścieżkę kariery zawodowej i naukowej bo  rozpierała  Go potrzeba skutecznego działania wśród ludzi, blisko ich domostw –  organizował więc  pierwsze kolonie dla dzieci z niepełnosprawnością, zwane wówczas kalekami,   utworzył Mielnicę – osadę dziecięcą i zawsze zabierał tam swoje maleńkie jeszcze córki . Jest obszerna dokumentacja zdjęciowa z tych czasów – Piotr z gitarą , małe córki w mundurkach harcerskich obok, Piotr dźwigający dzieci na ich wózki inwalidzkie …..Pokazał tym dzieciakom świat i ludzie zobaczyli że są wśród nas  i chcą żyć pełnią życia, może nawet bardziej uświadomioną i zawsze trudniej osiągalną  niż  przez dzieci sprawne w ich wieku . Wówczas działanie Piotra  było działaniem PIONIERA . Podawał im rękę , ale też ich rodzinom objaśniał  wartość tych dzieci , zresztą podawał Wszystkim rękę, kiedy trzeba głaskał po głowie i zawsze pokazywał , że życie jest piękne.  Właśnie taki był Piotr. Właściwy Człowiek na właściwym miejscu , na ziemi zrobił już wszystko co trzeba – uznał Pan Bóg i  wezwał  Go do siebie. A może właśnie taki był boski plan już wcześniej ułożony na szachownicy życia Piotra. …
Jechaliśmy  do Konina w andrzejkowe popołudnie 2019 roku , serdecznie zapraszani na premierę filmu pt. Doktor Piotr, ale ze smutą  , że przed ponad 20 laty utraciliśmy Kolegę ze studiów ,  którego właściwie nie zdążyliśmy dokładnie poznać, bo każdy z nas miał swoją drogę życia zawodowego która absorbowała nasz czas. Wydawało nam się , że tragiczna  , niesprawiedliwa śmierć Piotra była tylko zrządzeniem Przypadku czy Złego Losu.   Miał  wtedy zaledwie 51 lat gdy odszedł a nam zostało dane jeszcze żyć i nawet pracować . Jechaliśmy do Konina  mając w sobie obraz opowiedziany przez kogoś, ale tak bardzo wstrząsający że mocno zapamiętany, gdy pamiętnej czarnej grudniowej nocy mikołajkowego dnia roku pańskiego 1989 ziemia była lodem i śniegiem pokryta i tak lśniąca że zda się wabiła by przekroczyć przysłowiowy Rubikon. Noc tę dobrze zapamiętał  Leszek Milanowski, który wówczas wracał  z pracy do rodziny – nie wiedząc że całkiem niedaleko ginie Piotr w straszliwym wypadku . Leszek o tym pisał  we wspomnieniach o Piotrze  zawartych w blogu . Piotr  właśnie  wracał   z podwarszawskiego spotkania z dziećmi z niepełnosprawnością i na pewno unosiła go tamta niedawna radość, ale też myśli szczęśliwe, że niedługo przytuli ukochane , młodziutkie wtedy  Córeczki. Jednak One  czekały na próżno bo Piotr  „ przekroczył Rubikon ” bo został powołany do innych, może wyższych zadań. Kto wie …
Gdy już w konińskim Domu Kultury weszliśmy do Sali Kinowej, zanim ujrzeliśmy wielki tłum ( chyba ponad 500 osób ) poczuliśmy, że tu jest Piotr . Że jest ciepło, serdecznie i podniośle . I że dookoła wielka radość szumi skrzydłami ludzi i tych sprawnych i pozornie sprawnych i niesprawnych. Dziewczyny z tej ostatniej grupy pokazywały swe dorodne dzieci bo Piotr otworzył im kiedyś świat, pokazał że są piękne choć  inaczej , nauczył że życie, każde życie –  jest darem i że trzeba ten dar wykorzystywać do utraty tchu . Wszyscy fruwali i my też – bo to Piotr dał nam skrzydła. I towarzyszyły nam Jego dwa Ziemskie Anioły – Córki które wychowywał od maleńkości na obozach harcerskich, koloniach – były tam  zawsze z nimi dzieci które nie spełniały umownych przecież  rygorów ” sprawności „. To One – Zuzanna i Olga  stały się łącznikiem nieba gdzie rezydują nasi pobratymcy rozweselani przez Piotra i my którzy patrzą „w górę” i nic nie widzą. Bo jesteśmy za mali. To One przez swoje życiowe traumy i Piękny Nieziemski nieomal przykład Ojca  doświadczyły Daru Zjednoczenia Ziemi i  Nieba . I  teraz za Ich sprawą  wrócił do nas  nasz nieżyjący od dawna Kolega i był obok, nieomal na dotknięcie dłoni.
Piotr siedział obok nas i było cudownie.
Gdy już trwał film o Nim, On uzupełniał szeptem, jak zwykle skromnie, widząc wszystko szerzej i głębiej , nie przydzielając sobie zasług – jak kiedyś wspomniał Jego  Przyjaciel – nasz wspólny kolega  Hirek – Piotr więc do nas szeptał, że to przez Mamę, że Mama Go uczyła jak kochać ludzi. I opowiedzcie też o moich przodkach, szepnął. Bo bez nich może nie poznałbym  tak wcześnie swojego miejsca na ziemi, w zawodzie, w pasjach no i marzeniach.  Obiecaliśmy Piotrowi, że zaraz, zaraz opowiemy bo czytaliśmy i słyszeliśmy.   Piotr uspokojony poszybował dalej, do swoich bliskich i dalekich, bo wszyscy  chcą  opowiedzieć o Nim, ale też z  Nim  pogadać, dotknąć . A Ty  Piotrze lubisz wszystkich jednoczyć, organizować spotkania tak jak kiedyś ludzi z naszego roku  ponownie zjednoczyłeś po latach  . Jakie to szczęście nasze Piotrze, że wpadłeś  choć na chwilę do Konina, na ten film i Spotkanie .

Otwieramy więc na polecenie Piotra książkę którą  napisała wyśmienitym piórem pani Eugenia R. Dabertowa , zatytułowaną  ” Doktor Piotr . Pasje życia Piotra Janaszka „. A więc najpierw był dziadek, Piotr Niedziela – to po nim  nasz Piotr- co piękne w tej Rodzinie- otrzymał imię. A więc dziadek Piotr jako  pełen fantazji 16 latek, w 1900 r opuścił wieś rodzinną  Szelejew pod Gostyniem, wsiadł  do pociągu w Poznaniu by w Berlinie sposobić się do fachu murarza. Jednak niebawem uległ wypadkowi i przebywając w szpitalu zaczął rzeźbić figurki lekarzy. A ci, zauważywszy talent, skierowali go do fabryki protez w której  został uczniem. Zafascynowany tą pracą,  zaangażowany wielce , odważny do granicy ryzyka i przedsiębiorczy już  w 1910 założył w Berlinie własny warsztat . Po zakończeniu I Wojny Światowej znacznie wzrosła liczba ludzi okaleczonych a prace dziadka Piotra, szczególnie potrzebne w tej sytuacji, przyniosły mu sławę w zawodzie. Gdy Polska odzyskała  Niepodległość  Dziadek Piotr wrócił do Poznania i już w 1920 roku założył pierwszy w tym mieście – przy Al. Marcinkowskiego 24 – warsztat ortopedyczny i kolejny przy ul. Rzeczpospolitej 9. Jego liczne wynalazki opatentowano w Polsce i Berlinie. W czasie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu w 1929 roku zdobył trzy złote medale. Dziadek Piotr Niedziela potrafił tak  rzeźbić protezy z drewna  topolowego, starannie wydrążając wnętrze konara , by  były lekkie i nie uwierały kikuta nogi . Nowością były też ruchome stopy,  które wymyślił. Protezy tak starannie dopasowywał każdemu indywidualnie, że liczba przymiarek i poprawek często sięgała trzydziestu. W czasie II Wojny Światowej   Niemcy zniszczyli jego dorobek, aresztowany przez gestapo-  najpierw trafił  do katowni w Domu Żołnierza przy ul. Niezłomnych, potem do Fortu VII, a następnie do obozu koncentracyjnego w Dachau i ostatecznie Mauthausen – Gusen, gdzie skrajnie wyniszczony niedożywieniem i ciężką pracą zmarł.  Nieomal równolegle z aresztowaniem  Piotra Niedzieli  jego Rodzinę wyrzucono  z majątku i zesłano do Generalnej Guberni, do Wolbromia. Wrócili do Poznania gdy jeszcze broniła się Cytadela, a wycofujące się wojska niemieckie w 1945 podpalały miasto – to wtedy spłonął  warsztat  dziadka Piotra Niedzieli. Żona Piotra, dzielna babcia naszego Kolegi – Marianna ze starszą córką Zuzanną ( i tu ujawnia się myślenie w tej Rodzinie – kontynuacja nie tylko zawodu – ale też przekazywanie imion potomkom – starsza córka naszego śp. Kolegi nosi imię  swojej babci Zuzanny  ) wydobyła ze zgliszcz maszyny i niebawem te dwie kobiety otworzyły warsztat w rodzinnej kamienicy Niedzielów,  wybudowanej  w 1930 roku przy Dolnej Wildzie 20. Któregoś dnia ich warsztat odwiedził prof. Dega, który poszukiwał fachowców  bo  planował  otworzyć warsztaty ortopedyczne  w kierowanej przez niego Klinice Ortopedii w Poznaniu  na Wildzie. Od tej pory ożyła dawna znajomość Profesora  z Rodziną  naszego Piotra, którą już przedtem poznał dzięki pracom dziadka Piotra a teraz docenił Nieustraszoną i Świetną fachowo jego Córkę  Zuzannę Niedzielę – Janaszek i przy której nieodmiennie kręcił się mały nasz Piotr.   Oczywiście dziecko mogło nabrać niechęci czy nawet odrazy do tego zawodu i widoku ludzi niepełnosprawnych, okaleczonych i potem  wybierać własną drogę ( co  często się zdarza). Jakże wielka musiała być moc Idei Dziadka , Babci i Mamy, jaką magnetyczną siłę wpisującą się niewątpliwie w wielkie wrażliwe serce Piotra, że już wtedy  został „ zarażony” tematem rehabilitacji  i tę pasję, potrzebę , myślenie oraz serce  przekazał dalej swoim Córkom . Ta swoista międzypokoleniowa sztafeta trwa i pielęgnowany jest zapalony kiedyś niby Znicz Olimpijski – wiecznie płonący ogień Idei i Działań tej Rodziny ….
 Piotr, nasz Piotr, kiedyś napisał, że  po ojcu Janaszku  odziedziczył poczucie humoru i ” nieprzyzwoity ” optymizm a także za jego sprawą  otrzymał drugi po  genie Niedzielów –  gen społecznikowski . A dzięki mamie Zuzannie, która była przedwojenną harcerką , absolwentką Collegium Marianum a w czasie wojny sanitariuszką i  dzięki swojemu ojcu czyli dziadkowi Piotrowi –  uwrażliwiła się na ludzkie cierpienie . Piotr pisywał do Niej piękne listy, które można gdzieś przeczytać i zawsze podkreślał, że to po Niej odziedziczył wrażliwość na ludzi kalekich.
Piotr urodził  się 21 kwietnia 1947 r w czasie wielkiej powodzi, nie w szpitalu, lecz w mieszkaniu przy dolnej Wildzie , które było zagracone maszynami pospiesznie wynoszonymi ze zdewastowanej wodą piwnicy.  Pozwolę sobie rozwinąć czy zinterpretować (po swojemu)  te narodziny. Sama grzecznie urodziłam się w szpitalu, mama spokojnie  tam oczekiwała na poród. A jest bardzo prawdopodobne, że Mama Piotra nie miała czasu na myślenie o porodzie , bo przerażona powodzią , zdenerwowana , bardzo  zapracowana i – bez względu na wysoką ciążę  – tak zajęta ratowaniem warsztatu, że  urodziła Syna niejako przy okazji ? To też  mogło jakoś zdeterminować  cechy charakteru naszego Piotra –Jego  praca dowodem, praca  „ do utraty tchu”, a nawet życia …. Choć jak napisał Hirek – wspomniany już  najbliższy Przyjaciel naszego  Piotra – ta praca dawała Mu ogromną  radości, uskrzydlała a pasja pomagała „ przenosić góry „, gdy walczył z przeciwnościami, ze złymi zawistnymi ludźmi  a nagrodą był  uśmiech dziecka z niepełnosprawnością….  

A teraz jeszcze opowieść o konińskim spotkaniu naszego wspólnego kolegi z poznańskiej AM  – Leszka Milanowskiego , który również uczestniczył w spotkaniu. Ba nawet specjalnie przyleciał z Anglii, gdzie od lat pracuje.  

 Wróciłem (…)  z premiery filmu skromnie zatytułowanego ” Doktor Piotr ” w Koninie.  Byłem ciekaw, co mówi się o naszym Koledze. Razem studiowaliśmy, zdawaliśmy egzaminy, mieliśmy tych samych wykładowców.  Początkowo byłem dumny, że studiowaliśmy razem  z Nim. Myślę, że i Hirek, i Ula Mikołajczak – Mejer , Jurek Marcinkowski , pewnie i Franek Rajewski wspierany przez wspanialszą od Niego samego Żonę, Jolę Twardowską mogli czuć się podobnie. Po filmie, nie byłem w stanie porównywać się z Piotrem. Ja mogłem tylko czuć jak mało zrobiłem w moim życiu dłuższym o dwadzieścia lat w porównaniu z krótkim życiem Piotra. A przecież mieliśmy jednakowy start. Wielkość Piotra pokazała się liczbą ponad 500 osób obecnych na prapremierze, w słowach o Nim wypowiadanych przez Jego sprawnych inaczej i dr Komorowskiego Ten film musimy zobaczyć my wszyscy. A był dla nas wszystkich bez wyjątku po prostu życzliwy. Nie znam nikogo  kto by nie uważał Piotra za swojego przyjaciela. Jako nie-Poznaniak z urodzenia miałem dystans do większości rodowitych Poznaniaków. Piotr „oswoił” mnie z Nimi. Właściwie od początku gdy Go poznałem nie spodziewałem się, że zajmie się innymi niż  niepełnosprawnymi gdy koło Kliniki Ortopedycznej profesora Degi zobaczyłem szyld „Niedziela – Janaszek Pracownia Sprzętu Ortopedycznego”. On miał we krwi świadomość konieczności pomocy osobom niepełnosprawnym gdyż stykał się z Nimi i Ich problemami na codzień.  Po 20 latach od Jego odejścia Jego Koleżanki i Koledzy, Jego „niepełnosprawni” Wychowankowie wciąż o Nim pamiętają i przychodzą ze swoimi sprawnymi dziećmi. Mówią  że nauczył Ich wiary w siebie. Piotra dobro trwa, przetrwa nas wszystkich. Piotr nigdy nie umrze. O nas będą pamiętać nasze Rodziny. Rodzina Piotra byli i są wszyscy, którym Piotr postawił wysoką dla sprawnych inaczej poprzeczkę  przetrwania i rozwoju. Piotr żyje i żyć będzie wiecznie . Jego Córki i Wnuki mogą być z Piotra niesamowicie dumni.  Nie ma porównania między moim życiem a skutkami działań i życia Piotra. Prawdziwie Wielki Człowiek odszedł wcześnie, lecz Jego dzieło nadal żyje.

Powrót Marka….

Raz jeszcze to zdjęcie- od prawej Małogoś obok Marek

I było ostatnie spotkanie z Tobą Marku, a właściwie z powłoką cielesną tylko, zamkniętą w jakimś podłużnym opakowaniu zwanym trumną . Nie mam racji, to było spotkanie z Tobą, żywym tylko gdzieś tam bujającym w przestworzach, z Twoją Duszą Nieśmiertelną . Bo było Twoje zdjęcie portretowe w tym maleńkim kościółku na Bródnie , Twoje spojrzenie spod szerokiego czoła , zza okularów , kształt nosa , sumiaste wąsy… wszystko to  spowodowało, że jeszcze raz dopuściłeś  nas do siebie, blisko tak jak na naszym nadbużańskim tarasie. I została przywrócona  ta jedność tamtejsza i wspólna radość z wiosny i ptaków koncert w koronach  starych drzew – po łzach oczyszczających które niepowstrzymanie spod powiek. Taki z nami  pozostajesz . Właśnie taki-  w naszej pamięci, dopóki żyjemy i żyją nasze dzieci i wnuki, które tak bardzo lubiły odwiedzać Twój i Małosi domek by obejrzeć Twoje królestwo narzędzi a Małgosi ogrodnicze, przywitać się z kotami  oraz  pogadać o cudach przyrody, których dotyka Małgosia z wielką znajomością i miłością tematu

Ta ceremonia  nie była wreszcie ponura, bo miły ksiądz, który mówił krótko z powodu iż pogrzeb za pogrzebem, bo cmentarz to wielki, ponad 100 letni ale też z powodu , że ten ksiądz już taki jest. Zresztą nosi Twoje imię, Marku….I nieodzowna trąbka z dala i Milczenie może niezbyt udane ale zaraz fenomenalnie, zniewalająco wykonana Modlitwa Okudżawy, której tak lubiliśmy słuchać. Ta Modlitwa  uwolniła nasze spętane ziemską przynależnością dusze , dała rzewność ale też i wielką siłę a przede wszystkim nadzieję . Że jest KTOŚ nad nami, że jest inne lepsze życie , dokąd wszyscy zmierzamy. I że będziesz na nas czekał z niezwykłymi rzeźbami z obłoków  własnoręcznie przez siebie  wymodelowanymi, przewyższającymi urodą Twoje ziemskie , ze zwyczajnych  korzeni- choć to upodobanie do korzeni , które tak bardzo lubię fotografować gdy wystają nad powierzchnię naszej drogi -ten związek mentalny i emocjonalny z korzeniami to jakby połączenie ziemi i nieba – bo z ziemi pochodzimy, …..

I przytulenie Małosi, trwanie w przytuleniu i głaskanie po głowie- moja Maleńka powiedziałam nagle. Oderwałyśmy się od siebie, popatrzyła jak to Ona, żartobliwie – jaka tam maleńka….

Szłyśmy piękną aleją wśród wiosennej radosnej przyrody i nagle Małgoś powiedziała –  Pan Bóg zabrał Marka i rzekł- mam dość, wokół mnie  tylu partaczy, jesteś znawcą wszelakich tematów , a szczególnie hydraulicznych. Teraz mocno przecieka niebieski strop  – jesteś mi potrzebny – zabieram Cię. ….i zabrał….

Nasza nadbużańska droga…..tam ziemskie ślady…..i Niebo , rzeźby Marka….

 

 

Film ” Goniec” przynosi mi echo dawnych dni…

 

 Goniec.jpg

Plakat do filmu, zdj z netu

 

 

Z całej telewizyjnej filmowej magmy , ograniczonej wprawdzie programami udostępnianymi na cyfrze naziemnej oraz późnymi godzinami emisji bo wcześnie spać chodzę, niedawno  wyłowiłam film, który od razu jakoś zapadł mi w serce.

Może dlatego, że rosyjski język usłyszałam. W czasach mojej młodości , kiedy zmuszano nas do nauki tego przedmiotu nie budził sentymentu. Ale okazało się, że on był, tylko ukryty przed ludzkim wzrokiem a nawet moją świadomością.

I teraz razem z tym śpiewnym melodyjnym językiem przyszła do mnie młodość.

Tym bardziej, że problematyka tego filmu od razu nasunęła skojarzenia, porównania , ciepłe choć odległe, trwale zapisane.

I wszystko wróciło, jak intensywna fala przypływu . Tamte czasy, gdy 17 lat mieliśmy, tamten chłopiec zadziwiająco podobny do bohatera filmu, z takimi samymi wielkimi i rozmarzonymi nieruchomymi oczami w których kryło się jakby przyczajenie,  tak samo niezależny, obdarzony wielką  kolorową wyobraźnią , opowiadający to co mu właśnie do głowy przyszło z taką pewnością, że człowiek wierzył. Tylko potem się dziwował, że to wszystko nieprawda.  Jednak bohater filmu w odróżnieniu od mojego życiowego ,  nie miał zahamowań, by odważnie wkraczać w życie dorosłych , deklarować swoje odczucia, oczywiście przy okazji puszczać wodze fantazji.

Ale może za mało poznałam tego chłopaka z młodości, albo jednak te dwadzieścia lat odcinających te dwa życiorysy ukształtowały już innego bardziej śmiałego człowieka, bohatera tego filmu.  

I to chyba na tyle tytułem tego co zachwyciło, wzruszyło zainteresowało …

Film „ Goniec” zrealizowano w 1983 roku(  tj prawie 20 lat później niż moja młodość rozkwitała) na podstawie opowiadania Karena Szachnazarowa, który również był tutaj reżyserem . Rolę tytułową, tę, która tak bardzo mnie poruszyła, znakomicie kreuje Fiodor Dunajewski.

W filmie nosi on nazwisko Iwan Mirosznikow i ma 17 lat.

Właśnie nie dostał się na studia, nie ma żadnych planów na przyszłość, jest zagubiony w świecie młodzieżowej muzyki, ma przyjaciół , którzy albo nie mają ambicji, albo tak jak on są w stanie zawieszenia pomiędzy światem młodych i dorosłych.

Ojciec opuścił rodzinę i wyjechał do Afryki.

Iwan jest jedynakiem, więc mieszka sam z matką, która ma romantyczną naturę, żyje w poczuciu głębokiej samotności, ale w jej życiu jest poezja i muzyka. Wśród różnych wydarzeń, gdzie dochodzi do zderzeń pomiędzy matką i synem, bywają chwile ciepłe, wspólne . Chłopak bierze gitarę i śpiewa jakieś rzewne rosyjskie oczywiście pieśni a wkrótce dołącza się matka. Śpiewają razem, łapią równowagę i jest dobrze. Polubiłam tę scenę, gdzie wzajemna miłość, bliskość i poezja jest razem. To oczywiście wynika z mojego macierzyńskiego, złaknionego takich scen serca.

Matka usiłuje mu pomóc, wyrwać z marazmu i w końcu znajduje mu pracę w redakcji „ Kuriera poznania”. Nie wiem dokładnie, po prostu nie zauważyłam, czym się zajmuje to wydawnictwo, ale chyba  jest naukowe, bo artykuły tam pisze pewien profesor. Przegapiłam , bo zafiksowałam się na chwilę na nazwie-„ Kurier poznania”. Od razu rozwinęłam dalsze myślenie o znaczeniu tego tytułu….

Chłopiec przybywa do pracy dość chętnie, ale na polecenie napisania podania o przyjęcie do pracy i życiorysu po chwili oddaje kartkę papieru, na której zamieszcza( czy prawdziwy nie mogę stwierdzić, bo nie znam historii) , ale szczegółowy życiorys  nieżyjącego już potomka jakiegoś znacznego francuskiego rodu. Dyrektor wydawnictwa jednak jest tolerancyjny, bo po odczytaniu tych fantazji młodzieńczych , daje mu drugą kartkę papieru i zatrudnia chłopaka. Następna scena rozgrywa się już w sekretariacie wydawnictwa.

Iwan zachowuje się poważnie, dostaje pierwsze zlecenie by dostarczyć poprawiony przez redakcję rękopis autorowi- profesorowi, który czeka już od rana.

Jednak w autobusie spotyka kolegę, z którym się przyjaźni i ten go namawia na wspólną zabawę , bo właśnie dzierży pod pachą deskę. Iwan się waha, ale ulega i wkrótce radośnie pędzą przed siebie. Gdyby to było kino akcji, na pewno coś by się musiało wtedy wydarzyć. Ale tu nic się nie dzieje, po prostu duch dziecka w młodzieńcze tylko się odzywa. 

Późnym wieczorem nasz goniec dociera do domu profesora. Drzwi otwiera zjawiskowo piękna dziewczyna. Chłopiec nie traci rezonu, z miejsca opowiada jakieś bajki, dziewczyna chce mu zamknąć  drzwi przed nosem, ale on nagle poważnieje i mówi, że jest z redakcji. I wówczas zostaje wpuszczony na salony. Profesor hamuje wzburzenie, że rękopis dociera zbyt późno i natychmiast zabiera się do pracy.

Młodzi zostają sami. I pierwszą opowieścią, którą Iwan raczy Katię jest historyjka szkolna, jak się potem okazuje zmyślona o jego romansie z nauczycielką. Katia , poważna studentka uniwersytetu, chyba nigdy nie spotkała takiego chłopaka, więc budzi on jej zainteresowanie, a nawet wywołuje uśmiech komplementami nt jej urody. Wyraźnie zadziwia ją jego bezkompromisowość, otwartość i jednocześnie beztroska i  brak jakichkolwiek  barier.

Umawiają się na spotkanie . Następnego dnia, on już czeka pod arkadami jakiegoś gmaszyska , ona nadchodzi, jak zwykle zjawiskowo piękna. Pyta go, co planuje na ten wieczór. On, nieprzygotowany na takie pytanie,  natychmiast odpala, że planuje całowanie. Dziewczyna obrażona odchodzi, on ją dopędza i zaprasza na swoje ulubione miejsce- legowisko lamparta. Gdy już są na wielkim bezbrzeżnym pięknym i piaszczystym terenie, gdzie miasto tylko widać w dalekiej mgle ona pyta –  a gdzie ten lampart. Chłopak poważnie odpowiada, że tutaj właśnie zginął lampart, gdy uciekł z ZOO. Iwan siada na ziemi , zanurza dłonie w piasku i widzi afrykańskich wojowników z dzidami….dziewczyna wyraźnie znudzona odchodzi i potem lądują w klubie, wśród jego kumpli. Chłopaki coś tam gadają, ich dziewczyny chichoczą, Katia milczy tak jak i Iwan. Ogląda i słucha. Nic nie widać na ich twarzach, może tylko znudzenie. Opuszczają klub z zamiarem dobicia do jej znajomych, którzy właśnie urządzają urodziny. Tam chłopak usiłuje się wpisać w ich zachowania, a nawet zaimponować. W pewnej chwili obwieszcza z poważną miną, to co zmyślił na poczekaniu,  że właśnie opuścił karcer, w którym spędził pięć lat. Na podparcie swojej nagle obudzonej męskości pyta o wódę. Gdy słyszy odpowiedź zalęknionej już koleżanki Katii, że wódy nie ma, pyta o perfumę. Koleżanka wraca z dwoma buteleczkami  francuskich perfum, które Iwan, celebrując ten obrzęd, wypija. Gdy potem zbyt długo zalega w WC, Katia idzie go szukać i po chwili on się wyłania zza drzwi toalety wysoce nieswój i obwieszcza, że wraca do domu. Zostawia dziewczynę i wkrótce mama rozbiera go układając do snu dziwiąc się, że pachnie takimi drogimi perfumami.

Chłopak po tej porażce, jednak wraca do domu Katii. Właśnie  jej rodzice są na daczy, więc młodzi gadają jakby nic się nie stało, potem bębnią na pianinie wyśpiewując jakieś wymyślone przez siebie treści. Nieoczekiwanie w drzwiach staje ojciec z babcią. Oczywiście towarzystwo zostaje rozdzielone, chłopak zaproszony przez ojca na rozmowę. Za zamkniętymi drzwiami, Iwan wyznaje, że Katia jest z nim w ciąży i że on czuje się zobowiązany, by się z nią ożenić. Oczywiście jest to bajer chłopaka, na poczekaniu wymyślony. Oni nigdy nie byli razem, nawet się nie całowali….Oj, nie będę opowiadała już dalej, bo może ktoś zechce obejrzeć ten film, a i już przekroczyłam chyba limit czasowy po którym kończy się cierpliwość czytelnika. Właściwie opowiedziałam całą treść filmu za co przepraszam….

Reasumując. Młodzi się rozstają, każde idzie  w swoją drogę.

Ale ile w nich się zmieniło. Jak ważne było dla każdego z nich  to spotkanie. Zderzenie dwóch indywidualności, domów, ambicji a wreszcie prawie kultur. 

Czy wspominali siebie  z czułością i ciepłem? Tego nie wiemy.

      Ale możemy sobie wyobrazić, że zachowali tamte wspomnienia na wypadek złych dni, tamte młodzieńcze czyste wspomnienia jak białą nie zapisaną kartkę jak azyl….i lepiej, żeby nie dostali od losu szansy na ponowne spotkanie. Bo może rozczarowanie by przyszło i żal za tamtym białym czasem hodowanym w sercach….

Film „ Goniec „ przekonuje świetną grą aktorów, jest fajny, melodyjny, ciepły i refleksyjny. Nie zawiera jakiś ważnych wydarzeń, ale daje szerokie pole do rozmyślań , powrotów. I sądzę, że wiele osób może w nim znaleźć siebie z dawnych lat, a może też zrozumieć swoje młode pokolenie. Zawsze napełnione tętniącymi emocjami, zakrywane pokerową twarzą lub głupimi zachowaniami.

Osobiście, nie chciałabym cofać czasu i zaczynać życia od początku. Dobrze jest tak jak jest teraz, ale powspominać można….

 

 

.

Trzej Królowie do Betlejem idą….

 

 

TrzechKrĂłli.JPG

Stara pocztówka z mojego pudełka.

 

 

Dzisiaj Święto Trzech Króli. 

Poranek. Za oknem słońce w pełnym nieomal blasku. A gdzieś tam , daleko na Wschodzie wędrują do Betlejem za gwiazdą, która im wskazuje kierunek, Trzej Mędrcy by oddać hołd Nowonarodzonemu.

W radio nieustanne audycje o tym dniu.  Jest to ponoć najważniejsze po Wielkiejnocy święto kościelne nazywane też Objawieniem Pańskim , nawet ważniejsze od Bożego Narodzenia?

Wychowałam się w tradycji wigilijnej, która tak budowała i nasycała emocjami, że Święto Trzech Króli pozostawało jakby w cieniu wydarzeń Bożego Narodzenia. Ale pora  się przystosować i uznać wyższość Święta Trzech Króli. Ale czy trzeba?

Jak na razie pozostaję przy ubieraniu choinki wypatrywaniu pierwszej gwiazdki na niebie i stole wigilijnym…

    Politycy wywalczyli dzień wolny od pracy, kolejny na bogatej liście takich dni. Ale może nikomu nie jest potrzebna praca , lepiej sobie posłuchać, pogrzebać w necie by dowiedzieć się o historii tego święta, potem pewnie obejrzeć w TV Orszak w Warszawie. Ten ogromny ruchomy żłobek ma cieszyć ludzi a zwłaszcza dzieci, ale nam już się nie chce tam wędrować, a co najwyżej pilotem złożyć zamówienie na obraz….

I tak oczekując na transmisję telewizyjną czytam, to co rozrzucone w necie i zapisuję swoimi słowami najbardziej interesujące mnie informacje. A oto one: kto chce, niech czyta….

     Otóż pierwszy opis  tego chrześcijańskiego święta znajdujemy w Ewangelii wg Świętego Mateusza. Dyskusje biblistów na temat faktycznego autorstwa  tego dzieła są stale otwarte.  Większość badaczy uważa,  że powstało w 70 roku po narodzeniu Chrystusa, chociaż niektórzy sugerują lata wcześniejsze. Z tego powodu wydaje się, że zawiera ono najbardziej wiarygodne informacje, bo powstało w czasach, kiedy jeszcze pamiętano dzień narodzin Mesjasza.

     Święto Trzech Króli, nazywane Epifanią co w języku greckim oznacza objawienie, ukazanie się,  jest związane z faktem przybycia do Betlejem Mędrców ze Wschodu.

Objawienie Pańskie należy do pierwszych świąt, które uznał Kościół .

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wyznaczało początek roku liturgicznego.

Wcześni chrześcijanie na Wschodzie obchodzili ten dzień jako święto Bożego Narodzenia . Do dziś w Apostolskim Kościele Ormiańskim obowiązuje ta tradycja.

W Kościele łacińskim od IV wieku rozpoczęto uważać, że jest do święto niezależne od Bożego Narodzenia.

Według chrześcijan Objawienie Pańskie symbolizuje pokłon świata pogan jak i ludzi z różnych warstw społecznych oraz narodowych, niedawno urodzonemu Zbawicielowi Świata.

Stąd późniejsze , bo datowane na XIV wiek , wyobrażenie Mędrców ( Magów)  – jeden jest przedstawicielem rasy czarnej,  a dwaj  prezentują młodość i starość. Podkreśla to uniwersalną rolę zbawienia  , ponad wszelkimi podziałami co jednocześnie nadaje wysoką rangę w Kościele powszechnym. Są też głosy, że użyto symbolicznej trójki, bo w tamtych czasach poznano jedynie trzy kontynenty-  Azję, Europę i Afrykę. I stamtąd mieli przybyć do Betlejem mędrcy czy królowie.

   Pod koniec XV wieku, wprowadzono zwyczaj święcenia w tym dniu złota i kadzidła . Kadzidłem była żywica z jałowca , którym okadzano domy i zagrody. Miało to zabezpieczać przed chorobami i nieszczęściami. W tym celu także  dotykano szyi złotem. Po uroczystym obiedzie podawano ciasto z ukrytym migdałem. Osoba, która go znalazła, nazywana była „ królem migdałowym”. Wtedy też pojawił się zwyczaj wędrowania dzieci po okolicznych  domach . Dzieci nosiły ze sobą gwiazdę , śpiewały kolędy  o Trzech Królach i obowiązkowo musiały w zamian otrzymać rogale, które nazywano„ szczodrakami”. Przy kościołach ustawiano stragany, gdzie sprzedawano kadzidło i kredę

    Dopiero w  XVIII wieku upowszechnił się zwyczaj święcenia kredy, którą następnie znaczono wejścia do domów, pisząc K+M+B  oraz datę aktualnego roku. Ta inskrypcja nie pochodzi o pierwszych liter imion przybyłych królów, ale należy ja czytać jako  Christus Mansjonem Benedicat ( niech Chrystus błogosławi temu domowi).

Święto Trzech Króli wyznaczało koniec okresu Godów (który rozpoczyna się w pierwszym dniu Święta Bożego Narodzenia) i rozpoczyna  karnawał.

Jest też prawdopodobne, że to święto wprowadzono w celu wyparcia popularnego wśród pogan święta narodzin boga Aiona  a także czerpano  ten zwyczaj z judaizmu.

     Wielu poważnych badaczy zajmuje się też opisywanym zjawiskiem na niebie, które w postaci Gwiazdy Betlejemskiej prowadziło Mędrców do Betlejem. Uznano, że właśnie w tym czasie, w VI wieku n.e.( bo ponoć tak naprawdę wtedy urodził się Syn Boski, a nie w roku 0)  wielokrotnie wystąpiło zbliżenie a nawet pozorne optycznie widoczne połączenie  trzech planet- Saturna, Jowisza i Marsa. To zjawisko bywa  obserwowane co 800 lat.

Jednak w Ewangelii św.  Mateusza możemy znaleźć opis gwiazdy, która pojawiła się na Wschodzie  a następnie szła razem z Mędrcami, aż zatrzymała się na miejscem, gdzie było Dziecię.

Według tego opisu mógł być to Merkury, który co trzy miesiące przez dwa dni staje się bardzo jasny po czym zmniejsza swój blask częściowo też z powodu zanikania w promieniach Słońca. Planeta ta mogła być dostrzeżona przez kogoś w Betlejem . W tamtych czasach ludzie nie mieli żadnych przyrządów optycznych, ale chętnie zajmowali się śledzeniem nieba, które było zawsze tajemnicze i frapujące, jak zresztą i dziś , rozwijała się astrologia.

Są też teorie , że wtedy  na niebie pojawił się meteor lub jasny bolid, tym bardziej, że tradycyjnie opisywano Gwiazdę Betlejemską ją jako kometę .

Ciekawe jest to, że w już w  świecie starożytnym bardzo często opisywano  motyw  gwiazdy, która zwiastuje zbliżanie się bardzo ważnych wydarzeń. Na przykład wg Wergiliusza  który żył w latach 70-19 przed narodzeniem Chrystusa, Eneasz wędrując z Troi do Lacjum jest też prowadzony przez gwiazdę.

     I tak to przewędrowałam po stronach Internetu, a teraz ponownie będę się zastanawiała nad wielkością tego święta. Muszę oczywiście przyjąć do wiadomości to wszystko co podają na ten temat. Ale tak naprawdę gdzieś głęboko zakorzeniony w moim bardzo dojrzałym i doświadczonym przez życie sercu jest dzień wigilijny i jeszcze gra mi w duszy kolęda Przybieżeli do Betlejem pasterze….

    Na takich właśnie smętnawych rozważaniach spędzam przedpołudnie.

     I nagle na zegarze wybija godzina 12 ……