Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.
Ponieważ to czasopismo jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…
Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.
Cz.34
<<….. W początkowych latach pracy szpitala, gdy odsetek zgonów wynosił od 0,4 do 3,5% , sekcje dzieci zmarłych w szpitalu wykonywała na miejscu dr Kazimiera Gajl- Pęczalska w salce prosektoryjnej, znajdującej się obok portierni. Po kilku latach, w miarę zmniejszania się liczby zgonów dzieci, zaprzestano wykonywania sekcji na miejscu. Po uzgodnieniu między szpitalami kierowano zwłoki do prosektorium innego szpitala dziecięcego ( przy ul. Litewskiej lub Działdowskiej), skąd otrzymywano gotowe wyniki badań sekcyjnych. Ostatnio zgony w szpitalu należą do rzadkości ( artykuł został opublikowany w 1998 roku- przyp. red.)….>>
Dobrze pamiętam ten niewielki mroczny baraczek obok portierni. W czasach gdy pracowałam w tym szpitalu ( 1975- 1981) była to kostnica i sala sekcyjna. Zgonów wtedy było kilka, bo dobrze działające oddziały intensywnej opieki- m. in w Klinice przy ul. Marszałkowskiej z reguły nie odmawiały nam, gdy prosiliśmy o przyjęcie dziecka z zaburzeniami oddychania i/lub krążenia. Ale zanim przyjechała karetka reanimacyjna, sami prowadziliśmy akcję reanimacyjną przy pomocy prymitywnego aparatu Ambu. Czasami trwało to wiele godzin. W tym czasie należało przygotować dokumentację chorego dziecka, oczywiście wcześniej się dodzwonić do lekarza tamtego oddziału i uzyskać zgodę, potem do pogotowia ratunkowego i równocześnie zajmować się tym pacjentem i pozostałymi hospitalizowanymi dziećmi oraz tymi, które się zgłaszały do Izby Przyjęć. Wprawdzie dyżurowało dwóch lekarzy, ale pogodzenie tych zajęć nie było łatwe. Nie zapomnę , gdy przypadkowo popatrzyło się w okno, można było zauważyć, że wstaje świt…Tak więc udało się uratować większość bardzo ciężko chorych dzieci, o czym się dowiadywaliśmy , dzwoniąc po kilku godzinach do oddziału reanimacyjnego, by zapytać o naszego pacjenta. Z tym oddziałem mieliśmy dobry kontakt. Lekarze wiedzieli, że kwalifikujemy tam tylko dzieci naprawdę tego wymagające. Nie zapomnę pewnego straszliwego dyżuru, gdy wstępnie mi odmówiono, tłumacząc że nie ma miejsc, a po pewnym czasie otrzymałam telefon, że udało się zorganizować jeszcze jedno stanowisko z odpowiednią aparaturą – bo to dla Siennej …w całej tej rozpaczliwej sytuacji nagle zrobiło się nam ciepło, że nie jesteśmy sami. Dziecko przeżyło…..ale wracając do sekcji. Nie zapomnę pięknej kilkunastoletniej dziewczynki z długimi warkoczami, która dotarła do naszego szpitala z bardzo gwałtownie przebiegającą sepsą oczywiście z ropnym zapaleniem opon mózgowo- rdzeniowych. Jak zwykle bardzo się staraliśmy uratować to dziecko. Jednak wylewy krwi na skórze narastały w oczach i niestety szybko doszło do zatrzymania krążenia i oddechu . Podjęta akcja reanimacyjna nie przywróciła akcji serca…Następnego dnia zmarłe dziecko leżało nagie na zimnym kamiennym stole…w czasie sekcji uwidoczniono w miejscu gdzie są nadnercza, były dwa wypełnione krwią woreczki, bez śladu tkanki gruczołowej.
I musieliśmy się pogodzić z tym, że nie mieliśmy szans, by wygrać z drapieżnym złym Losem czy Stwórcą, który zesłał te straszliwe bakterie. Taka przegrana to traymatyczne doznanie dla całego personelu tego szpitala, które kładło się cieniem na naszej pracy i życiu, także rodzinnym. Wracałam do domu do swoich dzieci, do codziennych problemów życiowych a przed oczami miałam stale obraz tego dziecka…i pomimo upływu prawie 40 lat tak jest nadal….
