Nareszcie staże specjalizacyjne
Gdy zostałam zatrudniona w tym szpitalu, od razu otworzyłam specjalizację. Wówczas nie było żadnych egzaminów, jak obecnie, należało jedynie złożyć mnóstwo różnych dokumentów, zgód miejscowych władz i poczekać na ostateczne potwierdzenie z placówki, która ostatecznie decydowała o tym otwarciu.
Wkrótce wszystko było załatwione, ale to nie oznaczało żadnego postępu w tej sprawie.
Teraz wszystko zależało od ordynatora, czy zgodzi się na moje wybywanie z oddziału w celach odbycia w innych szpitalach wymaganych tzw . stażów i niezbędnych kursów.
Od wieków było to i jest nadal trudny do rozwiązania problemem , gdyż oznacza to ubywanie w tym czasie rąk do pracy. I pomimo, że w tym czasie pełniłam obowiązkowe dyżury, na oddelegowanie czekałam około rok.
Wreszcie odetchnęłam, gdyż okazało się, że mogę się stąd wydostać na jeden miesiąc stażu specjalizacyjnego.
Wybrałam pobliski Szpitala Położniczy przy ul. Żelaznej a właściwie jego na Oddział Noworodkowy.
Lubiłam te noworodasy , które zachowywały się czasem jak starcy- pomarszczone skóry w kolorze świeżej wołowinki, te rozkosznie szeroko ziewające gębusie i różne śmieszne miny. Aż dziw, że ledwie to opuściło brzuch mamy, a już jest takim małym człowieczkiem.
W tamtych czasach nie było USG, więc nikt nie widział co tam siedzi w brzuchu mamy.
Na ok. 30 noworodków były zaledwie dwie lekarki, które miały dużo pracy. Bo i codzienne powtarzane obchody, odbieranie noworodków w Sali porodowej i Sali operacyjnej , opieka nad wcześniakami i tłumne wypisy do domu. Ponadto wszystko wymagało nieustannej pisaniny, wypełnienia książeczek zdrowia dziecka itp.
Obrót był tam jak w fabryce.
Dziewczyny naprawdę się uwijały, starałam się trochę je odciążyć, ale ok. 13 wychodziłam do domu.
Tam czekała moja, spragniona obecności mamy rodzina….