Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (2)

Opowieść mojego Taty.

Nie byłem pewien, czy Stefa zdecyduje się na małżeństwo ze mną.

Czułem się taki zwyczajny a może nawet górowała nade mną inteligencją , wiedzą i ciekawością świata.

Bywało, że mnie zaskakiwała sposobem zachowywania się , reagowania, nie lubiłem jej skrytości i twardej postawy obrażania się gdy doszło do jakiś nawet niewielkich konfliktów. Wówczas potrafiła milczeć przez wiele dni i musiałem podejmować  wielokrotne próby przepraszania i cierpliwie czekać na moment, gdy przestanie się gniewać.

Takie zachowanie była dla mnie obce i zupełnie nieznane.

Tutejsze dziewczyny były wylewne, hałaśliwe, wybuchowe ale nie trzymały długo urazy i kontakt z nimi był łatwy.

W moim związku ze Stefą nigdy nie byłem pewny, czy się nie obrazi i zamilknie. Nie umiałem tego przewidzieć.

Jednym słowem była inna, surowa i dzika.

Przyciągała mnie i odpychała.

Śladami mojego Taty. Zamiłowania linqwistyczne Taty.

Tato lubił się uczyć.

Pokazywał mi zeszyt przywieziony z obozu koncentracyjnego, gdzie współwięźniowie nauczali go angielskiego . Oglądałam starannie wypełnione Jego pięknym drobnym, kaligraficznym pismem strony . Jakiego to wymagało samozaparcia, by w warunkach ciężkiej pracy i głodowym życiu, mieć jeszcze takie potrzeby. Może to właśnie dało mu siłę przetrwania. 

Tak więc w obozie poznał język niemiecki  i angielski w stopniu umożliwiającym swobodne porozumiewanie się i korespondowanie.  Francuski przerabiał w szkole i ten język obok oczywiście rosyjskiego, który wchłonął z racji dzieciństwa spędzonego na kresach, miał opanowany doskonale.

W naszym warszawskim domu- a właściwie dwóch sąsiadujących mieszkaniach w bloku stale przewijali się młodzi ludzie z różnych stron świata. Motorem tych wizyt była zwykle Ewa, która uwielbiała kontakty z ludźmi , sama wyjeżdżała do pracy na tzw. Zachód i potem pojawiali się jej nowi znajomi. Bywało, że spali na matach w naszym przedpokoju, który na szczęście był duży, w odróżnieniu od pokojów. W największym, 19 m 2 mieszkaliśmy my, tam tez była jadalnia, bawialnia oraz moje miejsce pracy( nauka , czytanie literatury fachowej i pisania doktoratu) w godzinach nocnych, gdy już pokój wszyscy opuszczali. W kolejnym 11 m2 początkowo mieszkali Rodzice a gdy otrzymali mieszkanie na tym samym piętrze był to pokój Pauliny i  Justyny . I w najmniejszym, bo  8 m2 rezydowała Ewka i Marcin. Potem Marcin zamieszkał w maleńkim pokoiku u Rodziców.

Gdy przybywali do nas młodzi ze świata- z Francji, Anglii, Niemiec i  Polacy pracujący na misjach w Afryce np. Andrzej z Kamerunu, Tato był w swoim żywiole. On swobodnie konwersował z nim, oprowadzał  i potem korespondował.  

Gdy już był stareńki, ale stale dziarski, przesiadywał w swojej ciupkiej kuchni i tam rozkładał podręczniki kontynuując edukację lingwistyczną. Zapisywał słówka, montował listy etc.

Jednym słowem mógł imponować….

Śladami mojego Taty. Niezwykły gen opanowania w jedzeniu i piciu….

Tato był delikatnego zdrowia, ale to były pozory, gdyż przetrwał lata dzieciństwa, gdy  chorowano bez pomocy i umierano często. Dwaj jego bracia zmarli w okresie wczesnego dzieciństwa. Tato też często chorował, ale nadspodziewanie szybko wracał do zdrowia.

Nie lubił tłustych dań, tak popularnych w stronach kresowych. Nawet z szynki starannie odpreparowywał tłuste elementy .

Wydaje się ,że to było tak niedawno, nieomal wczoraj, gdy Rodzice jeszcze żyli , a przecież od śmierci Mamy  28 sierpnia tego roku minie 12 lat a Tato odszedł w grudniu 2002 roku. Obydwoje osiągnęli tzw. piękny wiek, gdyż zmarli mając  ponad 90 lat.

I widzę Tatę, jak siedzi  przy stole w kuchni ostatniego mieszkania Rodziców  w warszawskim żoliborskim bloku ( ul Broniewskiego 22 m 121) .  

Szczupły, z całkiem sporą resztką falistych starannie uczesanych włosów  wyprostowany jak struna, mimochodem demonstruje swój  piękny profil  i z namaszczeniem konsumuje. Robi to bardzo wolno,  dostojnie, i starannie przeżuwa każdy kęs, tworząc  właściwie misterium konsumpcji.

Nigdy nie  jadł łapczywie, byle jak i nie zjadał byle czego .  

Zawsze mówił, że wstaje od stołu z uczuciem niepełnego nasycenia i z łatwością mógłby zjeść jeszcze jedną porcję .

To było niezwykłe u człowieka urodzonego na wileńszczyźnie. Tam jadano wielkie , ociekające tłuszczem posiłki, np. jego brat potrafił skonsumować bez zmrużenia oka  jajecznicę z 50 jaj.  

Ciekawe od kogo mój Tato dostał w spadku takie cechy, kto mu wpisał taki gen opanowania  w jedzeniu i piciu.  Tego się nie dowiemy.  Ale we wspomnieniach rodzinnych tak zapamiętano  mojego Dziadka- Tomasza Łukaszewicza.

Niestety nie odziedziczyłam tych wartości. Jem byle co i byle jak , a często w nadmiarze.

 

 

 

 

 

Śladami mojego Taty. Życie Staśki i Tomasza.

 

 

To zdjęcie moich Dziadków jest sztywne i grube, ma kolor sepii….

 

I  rozpoczęło się wspólne życie moich przyszłych dziadków, Staśki z domu Rodziewicz i Tomasza Łukaszewicza.

Staśka zajmowała się domem, a Tomasz prowadził przetwórnię serów, zastępując swojego ojca w rozprowadzaniu wyrobów.

Rodziły się kolejne dzieci.

Staśka była drobną dziewczyną, niewysoką , szczupłą ale kształtną. Doskonale znosiła trudy ciąż , porody i wszystkie uroki macierzyństwa. Miała dużo pokarmu, więc dzieci rosły jak na drożdżach i były pulchne jak małe amorki.

Najstarszy syn, Witold, urodził się w 1898 roku. O nim i jego rodzinie już pisałam poprzednio. Potem urodziły się dwie  córki- Antośka i Bronia.

 Kolejnym dzieckiem był Wacław. Urodził się 14 czerwca  1908 roku. W odróżnieniu od swojego rodzeństwa, był dzieckiem dość mizernym. Wzrost osiągnął  średniowysoki , przez całe życie był szczupły, ale ruchliwy i sprawny nieomal do końca życia .

Znałam go dość dobrze, bo był moim Tatą.

 

Śladami mojego Taty. Zaczarowany dom cioci Broni.

Moją ulubioną ciocią, siostrą Taty była Bronia.

Ta duża łagodna kobieta mieszkała ze swoją rodziną w Trzciance Lubuskiej. Po II wojnie światowej, gdy opuścili swoje rodzinne strony, gdyż tam były już tereny Związku Radzieckiego, przybyli do tego poniemieckiego miasteczka. W tej grupie znalazła się moja Babcia- Staśka, wtedy już wdowa, jej najstarsza córka- Antonina z synem i właśnie ciocia Bronia.

Ciocia Bronia z mężem i dziećmi zamieszkała w dużym rozłożystym domu, który znajdował się przy głównej ulicy Trzcianki. Idąc do Babci z dworca kolejowego , mijaliśmy ten dom i zawsze go oglądałam.

Podobno był zabytkowy i po wielu latach mieściło się tam muzeum.

Ten dom bardzo mi się podobał. Oglądając go od strony ulicy nie można się było spodziewać, że kryje przepiękne miejsce. Tak piękne, że potem starałam się odtworzyć je w swoim michałowickim  domu. Ale zanim docieraliśmy do tego miejsce, było inne, pewnie jeszcze bardziej ciekawe i tajemne, chociaż nie takie urocze.

Otóż z głównego wejścia otwierał się widok bardzo długiego bardzo zimnego  korytarza, chyba wyłożonego surową cegłą.

Na początku tego korytarza , po lewej stronie mieścił się duży pokój. Zwykle tutaj się zatrzymywaliśmy i wchodziliśmy do środka, rozsiadając się na wolnych krzesłach i rodzice rozpoczynali rozmowy, a ja się bacznie rozglądałam .

I to właśnie było bardzo ciekawe miejsce, jakiego nigdy nie widziałam. To było królestwo  męża cioci Broni, Bolesława. Tutaj miał swój warsztat krawiecki. Był uznanym krawcem, szył piękne garnitury a nawet okoliczni księża zamawiali u niego sutanny.

Widywałam go,  gdy z  wielkimi nożycami w dłoni pochylał się nad wielkim stołem, na którym rozkładały się różne piękne tkaniny. Energicznie wycinał  różne kształty i byłam tym oczarowana. Czasami „tańczył „ się przy manekinie i ze szpileczkami w ustach upinał na nim jakieś suknie . Bywało, że siedział nieruchomo i pracowicie zszywał wycięte uprzednio części tkaniny albo dziergał  wokół maleńkich dziureczek dla tysiąca guziczków sutanny. Czasami zaś,  zawzięcie prasował  wycięte części garderoby , wielkim żelazkiem z duszą powodując unoszące się zaczarowane kłęby pary. Miał bardzo ciekawy zawód i zawsze go podziwiałam. Był to mężczyzna średniego wzrostu, ale dość  masywny i miał  wielkie siwe wąsy, bystre ciemne oczy i  tubalny  głos. Podziwiałam go, że potrafi wyczarowywać ubrania . Chyba się go nie bałam, mimo, że czasami był zapalczywy i mówiono, że lubi napoje procentowe. Nigdy nie widziałam go w stanie upojenia, w każdym razie tego nie zapamiętałam.

Czasami w tych krawieckich pracach pomagała mu cicha i łagodna z dobrocią wypisaną na twarzy, moja ulubiona Ciocia Bronia.