„Zaślubiny” z koleją ….

„Zaślubiny” z koleją

Kochani, wyciągnijmy nogi z tego błota które nas oblepia, mlaska z zachwytem, że zalało serca, zamuliło umysły i wciąga w swoją brudną głębię coraz bardziej ukontentowane.

Brzydkie bolesne słowa śmigają w przestrzeni, zachowania lekceważące, odwracanie się plecami gdzieś na półpiętrze  naszej świątyni praw wszelakich, zło wyhodowane na jakże bujnej i szlachetnej piersi zielonego mojego Żoliborza.

Gdzie dobro Kuronia zatopione, skąd  Powstańcy Warszawscy, kanały oglądane dziś, Hłasko choć chłopak z dobrego domu, ale zaglądający nad Wisłę, gdzie chałupki Marymontu byle jakie i ludzie niekoniecznie szlachetni, ale ze swoimi prawami pięści,

Hłasko oglądający znad Wisły migocące w słońcu szklane domy pierwszej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

W tych oto domach Rodzice naszego kolegi Jurka Marcinkowskiego  o czym pisał w tym blogu, cieszyli się sobą  świeżo po ślubie i zaręczynach polegających na wymianie podręczników do medycyny.

Wreszcie tu Popiełuszko i Jego siła i prawość  udzielana innym.

Szatan widać tam gdzie Dobro, atakuje najbardziej, wylęga się ze złego jaja, a może z własnego nieszczęścia i demoluje rzeczywistość pokoleń….

Ale dość rozważań, niech nasza Romantyczność przypnie skrzydła, nie dajmy się, bądźmy Niezależni, Wolni a NIC NAS NIE DOTKNIE, pofruniemy  tam gdzie zechcemy    zostawiając zły świat.

Oto jedna z opowieści dla mnie „wyzwalających”. Bo o kolei, podróżach i pięknie nieograniczonej wolności.    Zabieram Was ze sobą moi Drodzy….

Mój Tato, urodzony w 1908 r.,  w bardzo  wczesnym  dzieciństwie zakochał się w pociągach, torach kolejowych, mostach i wiaduktach.

Tej miłości był wierny do końca swoich lat.  

W Jego rodzinnym miasteczku – Rakowie (obecnie Białoruskim),  nie było kolei – należało dojechać furmanką chyba ponad 20 km, by znaleźć się na dworcu.

I oto  któregoś dnia moi Dziadkowie  – Stanisława z d. Rodziewicz i Tomasz Łukaszewiczowie  postanowili  wybrać się do Wilna by odwiedzić ciotkę Dzierżyńską której mąż był kolejarzem.  Zabrali ze sobą małego chłopczyka, dlaczego właśnie Jego, nie wiem. Może starsze siostry i bracia nie byli zainteresowani, może mieli już swoje życie. A może to LOS podpowiedział, że TEN CHŁOPIEC CZEKA NAJBARDZIEJ, że warto właśnie jego, bo LOS zaplanował mu  życie z koleją. Nie wiem.

Ale ta podróż stała się wydarzeniem które przyniosło  Tacie tę Pierwszą i Jedyną taką Miłość.  

Tę wyprawę  zapamiętał na całe życie i często wracał wspomnieniami, których wysłuchiwałam przesiadując na podłodze u Jego stóp i czułam jak fala tej Miłości mnie unosi i zalewa rozkoszą serce.

Od tej pory mieliśmy tę Miłość wspólną i obdarowuję nią moje Dzieci a może i Wnuki a także chciałabym Prawnuczkę, choć jeszcze mała jest.  

Jeśli mam marzenia, to nie jakieś dalekie podróże, a tylko „ wsiąść do pociągu byle jakiego” i ujrzeć jak pejzaż za oknem ucieka odsłaniając stale nowe widoki w rytm kół….

Gdy udaje mi się wyruszać w podróż koleją, choć już coraz rzadziej, a jeszcze te rygory pandemii COVID-19 zamykają mi świat, unoszę ze sobą opowieść Taty.

I mam w oczach obraz małego chłopca o bladoniebieskozielonych  oczach pełnych zachwytu, który wygląda przez otwarte okno  aż nagle podmuch powietrza porywa mu czapeczkę z głowy z której był tak dumny…..to jakby  Jego zaślubiny z koleją – dla mnie symboliczne.

Tata  opowiadał też barwnie i obrazowo  jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego spoconego czarnego cielska parowozu. Była to tłusta, spocona, zasapana  Bestia z kołami wyższymi od małego chłopca, które poruszały się przy udziale poprzecznych żelaznych „łap”.  Zwykle przez okienko wyglądał bardzo usmolony pan, a drugi  od czasu do czasu otwierał drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten drugi czarny pan wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała  kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli ludzie na  milutkich gładkich i lakierowanych ławkach.

Tato najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno.  I jak już napisałam, w tym właśnie momencie wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę. Mógł tylko oglądać jak frunie w dal, gdzieś, gdzie wzrok już nie sięga…  

Gdy o tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny  akt  „zaślubin”  Taty z zawodem. Może trochę przesadzam, ale Ojciec  kochał kolej Miłością Pierwszą – taką z Trwającym ZACHWYTEM  do ostatnich swoich dni.

Pewnie ta Miłość była tak silna,  że wbudowała się w nasz rodzinny genotyp i jest  przekazywana  następnym pokoleniom  jako nieustanna FASCYNACJA ….

Czuję ten Gen w sobie, czuję jak się niespokojnie wierci i namawia – ruszaj w Podróż, ruszaj w Nieznane, w siną dal, oglądaj jak uciekają tory i perony przebiegają za oknem, siadaj na dworcowych ławkach, oglądaj ludzi, wdychaj ich zapachy, bo to Życie, jego pełnia….

A przecież lat mam niemało a i pociągi wyglądają teraz już inaczej.  Ale zawsze są te tory, zawsze zadziwiającą równoległe, perony na których ktoś czeka lub nie i dworce JAK PRZYSTANKI W ŻYCIU  – nie zawsze odnowione, czasem obskurne z pamięcią dawnego czasu,  lecz zawsze związane z OCZEKIWANIEM czegoś co nadejdzie i z NADZIEJĄ, że będzie piękne…

Zdjęcie mojego Taty, które zamieściłam na Fb jako Klara Klon ( mój nick)

Mojemu Tacie, imieninowo…

 Tato na torach.jpg

Na torach, zakochany w kolei na wieki wieków, inżynier dróg i mostów….Mój Tato….

 

 

Dzisiaj imieniny Wacława.

Także mojego Taty.

Wszystko już o Nim tu napisałam.

Że wytworny i delikatny,  raczej małomówny, wrażliwy na przyrodę i piękno świata, wileńsko rzewny , bardzo opiekuńczy i szalenie pracowity …i  zakochany w swojej kolei na wieki wieków…

.

Dziękuję Ci, Tato, że byłeś

Właśnie taki

Dałeś mi ciepło

Cichą obecność

Pokazałeś niebo i chmury

Piękne kadry pejzażu w obiektywie aparatu fotograficznego

 

W pewne niedzielne południe byłam darem od Mamy w Twoje imieniny

Może nie zawiodłam

Nie wiem….

 

Czuję Twoją obecność …wszyscy czujemy…

Jesteś Tato  z nami.

 

W tym pięknym dniu

Wczesnojesiennym

W urodzie świata

Jesteś….

 

tato, ok 19, babcia, mały witek,jego matka.jpg

 

Tato w centrum, jego Mama- Stanisława z d. Rodziewiczówna obok…

Rodzice, ślubna chyba, 1932.jpg

Rok 1932, ślubne..

Tato 1932 i po obozie.jpg

 

Zdjęcie-0560.jpg

Na balkonie naszego mieszkania przy dawnej Nowotki w Gorzowie…

 

Zdjęcie-0682.jpg

Przy pracy, jak zwykle, do końca swoich dni….1957

 

Zdjęcie-0562.jpg

 

 

Inowrocław.

SAM_2185.JPG

Jedziemy autobusem do Inowrocławia. Mgła….

 

 

Przed 5 dniami poranek urodził się dziwnie mleczny. Skąpany w białym tumanie budził nieufność i lęk jak dojedziemy do tego wymarzonego Inowrocławia. Już dawno zarezerwowaliśmy dwutygodniowy pobyt kuracyjny w stosunkowo niedrogim Sanatorium o przepięknej szumnej nazwie Modrzew.

Gonia, nasza gorzowska przyjaciółka tak pisała, gdy się dowiedziała o naszych planach :

Inowrocław polecam bardzo
– Tężnie piękne, ale chyba o tej porze będą nieczynne

– Park Zdrojowy też piękny, kilka lat temu odnowiony, w centrum pomnik Królowej Jadwigi, grająca fontanna, ale zimą też nieczynna
– no i w jednej z bocznych uliczek przy Rynku stoi tramwaj, którym jako dziecię jeździłam z dworca PKP do Szymborza, miejsca urodzenia mojej mamy
do rodziny brata i siostry mamy
i tak część wakacji spędzaliśmy
na cmentarzu grób Papuszy.”

I jak było nie jechać tam gdzie rodzinne goni ślady i grób Papuszy, poetki przez wiele lat związanej z naszym Gorzowem … .

I było jeszcze coś co dominowało nad wyborem tego miasta, coś bardzo ważnego dla mnie , osobistego. Bo z tym miejscem są związane  wspomnienia mojego Taty. To właśnie tu zaczęła się wojenna gehenna moich Rodziców. Tata miał wtedy zaledwie 31 lat, piękną rodzinę – pięcioletniego synka Zenona, żonę która nosiła w łonie ich drugie dziecko i pracę na kochanej od dzieciństwa kolei. Po ukończeniu Szkoły Technicznej w Wilnie, tam pracował. I nagle zły los, albo raczej źli ludzie, to wszystko przekreślili…wiedziałam, opowiadał jak było, ale znalazłam Jego notatkę,  gdzie w wielkim skrócie spisał to, co się wydarzyło. Przepisałam. Te daty i przypisane im wydarzenia, lakoniczne słowa bez ozdobników, bez rozwinięcia,  krzyczą. Dla mnie są przejmujące. Wybrałam to, co mnie uderzyło :

Już w lipcu 1939 pracownicy kolei byli szkoleni w zakresie ochrony kraju, Tata został zmobilizowany jak żołnierz( kolejarze to służba mundurowa), dwa dni przed wybuchem wojny pojechał jakby na jej spotkanie. A potem aresztowany, wożony aż do Królewca- niezrozumiałe . Potem obóz, pasiaki………

A oto notatka Taty w całości.

„ – VII.1939 r. Wilno-

Pracownik Polskich Linii Kolejowych( PKP). Kurs szkoleniowy do ochrony kraju- naprawa torów

 – 30.VIII.1939 Wilno

Rozkazem wojskowym delegowany do Poznania –DOKP

 – 31.VIII.1939 Wilno

Wyjazd do Poznania

 – 1.IX.1939 Poznań

Skierowanie do Inowrocławia- ważny węzeł PKP

 – 2-6.IX.1939 Inowrocław

Naprawa torów kolejowych po bombardowaniu Niemieckim

 – 7.IX.1939 Inowrocław

Ucieczka- pieszo, wozem przed nacierającymi i bombardującym wrogiem w kierunku do Wilna- do rodziny- ciężarnej żony i 5-letniego syna

 – 11.X.1939 Prostki

Zostałem aresztowany przez niemiecką straż graniczną.

 – 18.X.1939 Olsztyn

Bez badania, po kilku dniach przewieziono mnie do Olsztyna i osadzono w pojedynczej celi.

Po sześciu tygodniach wywieziono mnie do obozu w Hohenbruch- nakaz aresztowania Heindriecha.

 – XI. 1939 Hohenbruch

Karczowanie lasów, oczyszczanie dróg z zasp śnieżnych

 – II. 1940 Królewiec

Z innymi więźniami przewieziono nas do więzienia w Królewcu.

 – III. 1940 Berlin

Z Królewca pociągiem zostaliśmy przywiezieni do Berlina- w podziemnych celach więzienia Moabitch  byłem kilka dni.

 – 30.III.1940 Sachsenhausen

Otrzymałem pasiaki i nr obozowy 17 887.

W obozie tym byłem do dnia 21.IV.1945- do dnia ewakuacji

Po marszu śmierci , zakończeniu wojny zostaliśmy uwolnieni przez wojska amerykańskie koło Schwerina.”

      Gdy czytam o tych losach Taty ,  nie wiem kto bardziej cierpiał. Czy On, czy moja biedna Mama.  Mama przez kilka lat w ogóle nie wiedziała co się stało z mężem. W lutym 1940 roku urodziła dziecko, któremu nadała imię ojca- Wacław. Mały Wacuś nigdy nie poznał ojca. Był mądrym nad wiek i dorodnym dzieckiem. Matka dwoiła się i troiła by wychować synów. Gdy Wacuś miał  4,5 roku w ciągu trzech dni zmiotła go czerwonka którą przywlekli Rosjanie, gdy wkroczyli po raz drugi na Wileńszczyznę. Dziecko umierało na tapczanie w domu, bez pomocy lekarskiej , której w czasie wojny nie było,  Mama leżała obok  i czuła jak nóżki synka stają się coraz bardziej chłodne ….

         Wybaczcie tę dygresję, nieco chaotyczne to wspomnienia, ale siedząc przy laptopie w tym mieście, nie mogę inaczej.

Tutaj wszystko to jest bardzo bliskie, tamten dawny czas wraca z łoskotem kolejnego pociągu mknącego torami pobliskiej magistrali kolejowej…

…i pewnie Tata tu zagląda z tamtego świata , bo drogi kolejowe i mosty ukochał od dzieciństwa , był im wierny do końca a wojenny Inowrocław odmienił jego życie, życie całej rodziny…..i na moim sercu i chyba w genach zostawił bolesny ślad, jak pieczęć…..

 

SAM_2207.JPG

 Widok z okna pokoju w Sanatorium Modrzew….

 

 

Losy moich Rodziców. Jak święty Mikołaj…

Jak święty Mikołaj.

 Tak więc wreszcie  przybył do Godziszki mój Tato. Powiało wielkim światem. Wszak wracał z Zachodu.

Wszystkim się jawił jako nieomal św. Mikołaj.

Ubrany był nieźle, przywiózł  paczkę a w niej podarunki.

Był zawsze sumienny i zapobiegawczy, więc będąc w obozie przejściowym dla byłych więźniów skrzętnie zbierał jakieś drobiazgi których sam nie konsumował. Były więc kolorowe cukierki, jakieś konserwy , puszki z herbatą i kawą, czekolada. Większość z tych darów rozdał rodzinie Stefy, wzbudzając ich zachwyt i podziw.  

Jednak coś tam się uratowało.

Zapamiętałam z dzieciństwa przepastną szufladę w naszym gorzowskim mieszkaniu przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106 . W dużym pokoju był ustawiony piękny kredens, oczywiście poniemiecki, a w nim owa szuflada. W chwilach szczególnej łaskawości Mamy mogłam się dobierać do tej szuflady. A tam właśnie były srebrzyste płaskie puszki, piękne. Któregoś dnia jedną z nich otworzyłam i ujrzałam dziwny czarny proszek. Mama powiedziała, że to jest amerykańska kawa, którą przywiózł Tata z Niemiec. W naszym domu kawy się właściwie nie pijało, a pewnie ta była cenną pamiątką. Co się z nią w rezultacie stało, nie wiem. Pewnie Tata w zapale porządkowania ją po prostu wyrzucił. Tak jak zrobił z innymi pamiątkami z obozu. Już pisałam do różańcu, który sam sporządził z miedzianych cieniuteńkich drucików. Było to prawdziwe dzieło sztuki. Taki sam los spotkał większość listów , które przysyłał Mamie z obozu. Pozostawił jedynie pojedyncze, które już tutaj pokazywałam…

 

Losy moich Rodziców. Powrót Taty.

Powrót Taty

 

I wreszcie nadchodzi ten moment. Tak długo wyczekiwany, wyśniony po nocach. Ale to tylko moja interpretacja tych wydarzeń. Tak naprawdę nie wiem co czuje Mama, brat na pewno się cieszy- bo o tym napisał kiedyś w liście do mnie. Czy Mama czuje się na siłach, by podjąć nowe życie z tym człowiekiem, który właściwie stał się Jej obcy? Nigdy Mama o tym nie wspominała, a ja nie pytałam. Zresztą wówczas, gdy dorosłam do zadawania takich pytań, już tak wiele się działo w naszym życiu, że odpowiedź byłaby na pewno przefiltrowana przez gęste sito minionych lat.

Tak więc Tato wraca z obozowej tułaczki i po rocznym pobycie w Niemczech. Po rocznych lękach , niepewnościach i rozważaniach, o tym co go czeka w kraju, gdyż wieści o  prześladowaniach władz komunistycznych  a nawet aresztowania ludzi przybywających z Zachodu ( a on przecież był na Zachodzie) docierały do nich wszystkich, zgromadzonych tam wojennych rozbitkach.

I teraz wreszcie wysiada z pociągu i staje nieruchomo na peronie dworca w Bielsku. Jest blady i wyniszczony 6 letnim pobytem w obozie koncentracyjnym.

Na dworcu czeka na niego kobieta z nastoletnim chłopakiem.  Z trudem rozpoznaje znajome rysy, jakże inne niż zapamiętane z młodości. Widzi przed sobą  posiwiałą kobietę i jakiegoś chłopca , którego teraz trudno byłoby nazwać Nieniuś. Pisząc listy z obozu tak go nazywał, pewnie dziecko samo tak na siebie mówiło wtedy, gdy odjechał. Teraz to jest Zenon, wyrostek o pięknych oczach, które mu zostały do końca życia. Płonących , rozjarzających się światłem oczach  naszej Matki…

Mama stargana wojennymi przeżyciami, po stracie  dziecka – Wacusia, którego jej mąż nie znał, osiwiała w ciągu jednej nocy.

Pewnie Tata jest zdziwiony, ale oczywiście wrażenie pokrywa swoim zwykłym łagodnym uśmiechem. Ale w głowie  kołacze się jedna myśl. Co się z nami stało. ?  Gdzie się podziała jego hoża góralka  z pięknym uśmiechem, która powodowała przyspieszone bicie serca. Kiedy to było?- kiedyś było….

Może mimo wszystko tulą się do siebie. Może Mama w końcu wydobywa z siebie dawny uśmiech, nie wiem.

Może jednak powitanie jest chłodne,  oficjalne, bo przy świadkach, na oczach Jej zaciekawionych  braci.

Jadą bryczką do Godziszki, trzymają się za ręce, Zenon pomiędzy nimi uszczęśliwiony i jeszcze nie zdający sobie sprawy jak trudno będzie dalej…

 

Losy moich Rodziców. Marsz śmierci- relacja uczestnika, mojego Taty

Marsz śmierci- relacja uczestnika, mojego Taty

W kwietniu 1945 roku, gdy Niemcy czuli już na plecach oddech Rosjan i aliantów, wpadli na szalony pomysł .

Bali się , że zostaną odkryte ich zbrodnicze działania w obozach i zarządzili wymarsz więźniów, zwany marszem śmierci. Pewnie też  stale mieli nadzieję, że ludzie ci będą potrzebni w niemieckim przemyśle zbrojeniowym jako tania siła robocza. Marsze te , przemieszczania z innych obozów koncentracyjnych odbywały się już w końcu 1944 roku. 

 

Gdy byłam w Sachsenhausen z dziećmi, na obrzeżach obozu odnaleźliśmy głaz, ustawiony tam po wojnie z napisem, że tutaj się rozpoczął ów  marsz śmierci.

Głaz nic nie mówi, zamyka w sobie tę niewielką treść.

Jest niemym symbolem.

Ale dla nas to było coś więcej. Od razu mieliśmy przed oczami jakby film utkany z kadrów, które na przekazywał Tato. Prawdziwy film, przerażający….

Oto opowieść Taty:

Pod koniec 1944 roku, w obozie panował dziwny nastrój, Niemcy mieli spłoszone niespokojne oczy. Niektórzy znikali i więcej już ich nie widziano.

Pomiędzy więźniami krążyły  informacje, które powodowały szybsze bicie osłabłych  serc. Bo oni , pomimo, że byli ludzkimi cieniami mieli żywe serca i umysły jasne, wyposzczone dietą trocinowo- brukwiową . U zmarłych nie znajdowano na sekcjach ani śladu blaszek miażdżycowych, ani w nerkach kamieni – taka to była wspaniała dieta. Lekarze więzienni się dziwili, a nawet to potem opisali.

Te informacje, które powodowały dreszcz emocji wśród więźniów,  to były przeciekające wieści z frontów, które jednoznacznie potwierdzały, że zbliża się koniec wojny. Po 6 długich latach mroku pojawiał się ślad nadziei. Wszyscy czekali, wyobrażali sobie to rychłe uwolnienie.

Ale  zachowania Niemców i wieści z innych obozów wskazywały, że jeszcze coś się wydarzy złego, że wszystkich czeka jakaś dramatyczna niespodzianka.

Tak, wszystkich czekała wielka niespodzianka. Na szczęście nie zdawali sobie w pełni sprawy z tego co będzie dalej.

Wiadomo było tylko, że z innych obozów już wyszły kolumny odziane w cienkie pasiaki, pędzone w niewiadome miejsce i w niewiadomym celu.

I w tym obozie więźniowie powoli sobie  uświadomili , że czeka ich przeniesienie w inne miejsce. Ale jak miało wyglądać to przeniesienie., nikt nie wiedział. Mówiono, że niektórych przewożono pociągami i prawdę mówiąc wszyscy trochę na to liczyli.

Był kwiecień 1945 roku. Przełom zimy i nieprzyjaznej wiosny. Ci, najbardziej przezorni , przewidujący różne możliwości, z wędrówką pieszą włącznie rozglądali się za czymś, czym mogliby ocieplić swoje grzbiety.

Tato i jego koledzy  wypatrzyli gdzieś stare opony. Z nich uszyli sobie podeszwy do starych drewniaków a wierzchy pokryli kolejną warstwą starych szmat, ukrywając pod nimi stare gazety,  znalezione w biurze projektowym. Resztę starych gazet lokowali pod pasiakiem, by ocieplić plecy. W ten sposób byli nieomal przygotowani do tego ostatniego etapu.

Jednak w duchu każdy liczył, że wkrótce nadejdzie wyzwolenie i ich los się zmieni.  

Ale wyzwolenie nie nadchodziło. Któregoś dnia zarządzono wymarsz.

Po raz ostatni zebrali się na placu apelowym. Potem ustawieni czwórkami rozpoczęli swój marsz, dla niektórych ostatni.

Ruszyli  powłócząc zbolałymi wychudzonymi nogami. Padał deszcz ze śniegiem a oni szli. Maszerowali drogami leśnymi, na postojach szukając wyłaniającej się maleńkiej pokrzywy, z której w starych puszkach gotowali zupę. Ci, którym zabrakło sił, zostawali po drodze, wkopywani buciorami Niemców do przydrożnego rowu.

Mijały dni i noce spędzane na trawie otulającej drogę marszu. Wydawało się, że nie będzie końca udręki. Już nikt nie wydawał z siebie głosu, nawet nie jęczał. Ludzie padali bez słowa i już się nie podnosili i trwał ten zda się surrealistyczny marsz…

Któregoś beznadziejnego dnia , nagle zapanował jakiś ruch i ożywienie.

Wszystkie kolumny zostały zatrzymane. Niemcy stali z niepewnymi minami.

 Więźniowie ujrzeli  szereg eleganckich motocykli i samochody z proporczykami Czerwonego Krzyża. Z jednego z nich wysiadł, jak się potem okazało hrabia Bernadotte. Był to Szwed, przedstawiciel tej organizacji, który przywiózł jedzenie dla więźniów. 

Osłupiali Niemcy zadawali mu pytanie, jak ich znalazł.

Odpowiedział płynnie po niemiecku, że nie miał problemów, bo  jechał śladem trupów przydrożnych. Tato słyszał to na własne uszy….

Ale niestety panowie ci wkrótce odjechali, bo pewnie takie były zasady ich działania.

Przed odjazdem, dopilnowali tylko, by Niemcy przekazali więźniom  puszki z konserwą mięsną, kawę i nieco chleba. Uczynili to niechętnie, z ociąganiem, pod przymusem spojrzeń ludzi z Czerwonego Krzyża.

Wszyscy byli skrajnie wygłodzeni, ale  niektórzy nie wytrzymali , rzucili się na to jedzenie i natychmiast wszystko skonsumowali. Może byli nieświadomi albo nie słuchali rad innych by jeść po odrobinie. Niestety ich wygłodzone żołądki, z zanikami powierzchni trawiennych tego nie wytrzymały. Jedzenie okazało się zabójcze.  Po niedługim czasie wili się z bólu.  Wielu z nich skończyło życie w straszliwych męczarniach.

Tato zawsze był ostrożny i umiarkowany w jedzeniu- o piciu nawet nie wspomnę.

Podzielił więc otrzymany kawał chleba na dzienne porcje, zapakował i tego się trzymał. Oczywiście po wojnie zapadł na chorobę żołądka, wymiotował po każdym posiłku, był bardzo osłabiony i lekarze opuścili ręce. Wówczas uwierzył w profesora Biernackiego, znanego w Poznaniu homeopaty i bardzo wolno, dawkując jego leki , wrócił do zdrowia. Trwało to wiele lat i wymagało sumiennego brania tych leków- pamiętam szafkę w kuchni a w niej to rzędy buteleczek, kroplomierzy i jakiś proszków.

Konieczna była też rygorystyczna dieta i tutaj moja Mama była głównym generałem leczenia. Nie zapomnę, jak codziennie gotowała świeże zupki, pulpeciki ze zdobywanej niełatwo cielęciny i ziemniaczki z masłem. Zero innych tłuszczów, smażenia itp. Ponadto, gdy z powodów zawodowych- a to wykolejenie pociągu, pękanie szyn, czy jakieś inne awarie – Tato nie przybywał na obiad w oznaczonej godzinie, Mama wszystko wylewała i gotowała nowe. Nic nie mogło być odgrzewane nie mówiąc o przechowywaniu do następnego dnia. Nie wytrzymałabym takiego reżimu- nie mam anielskiej cierpliwości i samozaparcia jakie miała Mama.

W rezultacie Tato pozbył się problemów zdrowotnych, ale do końca życia jadł skromnie, zawsze lekkostrawne potrawy , długo żuł i przestrzegał godzin posiłków.

Pewne zdarzenia nawet wydawały mi się humorystyczne. Otóż kiedyś zdobyłam smaczny żółty ser- a były to czasy, gdy jedzenie się zdobywało- przyniosłam Ojcu i zaproponowałam, by spróbował. On popatrzył na zegarek- i powiedział jeszcze nie ma 11, więc nie pora na serek. Taki był- wspominam to z rozrzewnieniem….

 

 

Losy moich Rodziców. Obozowe biuro projektowe.

Obozowe biuro projektowe

 

Pod koniec wojny, Niemcy wymyślili, że muszą wybudować nową bocznicę kolejową do obozu. Ułatwiałoby to transport cegieł.

Na apelu zwrócili się z pytaniem do więźniów, kto się zna na pomiarach w terenie i pracach w pracowni projektowej.

Tato aż drgnął. Wreszcie coś znajomego. Zapalona iskierka nadziei.  Wszak to była jego specjalność , przecież ukończył Wileńską Szkołę Techniczną ze specjalnością dróg i mostów kolejowych.

Od razu się zgłosił.

Niemcy wyrazili zgodę, by go zatrudnić na próbę.

W założonej już pracowni projektowej już pracowali  fachowcy, pracownicy cywilni , oczywiście Niemcy.

Oni to poddali Tatę licznym testom sprawdzającym, które zdał celująco i został tam zatrudniony jako jedyny z więźniów.

Otrzymał polecenie, by wytyczyć w terenie przebieg nowej trasy . Wiedział, że do tych celów będzie niezbędny  aparat niwelacyjny. Dobrze znał te przyrządy i lubił się nimi posługiwać.  Już go dostrzegł  kątem oka, rozpoznawał. Zapakowany w skrzyneczce koloru kości słoniowej, czekał. Tato uśmiechał się do niego w duchu, gdyż wiedział, że ma jeden z najlepszych w świecie układów optycznych produkowanych w Jenie.

Do realizacji przydzielonego zadania  potrzebował pomocników.

Zgłosił ten problem Niemcom . Wyrazili zgodę, by wybrał do pomocy współwięźniów, o których wie, że potrafią wykonać przydzielone zadanie.

To był duży kredyt zaufania, ale pewnie pracownicy cywili nie mieli ochoty łazić po terenie, często w błocie i na deszczu. Dodatkowo należało dźwigać dość ciężką deskę niezbędną do pomiarów, zwaną łatę.

Tato zaproponował pracę dwóm kolegom. Spotkali się w obozie, mieli sąsiednie prycze, dobrze się poznali i zaprzyjaźnili.

Jeden kończył też szkołę techniczną i znał ten zawód ( zresztą po wojnie został wiceministrem komunikacji ) , a drugi –niefachowiec, ale był człowiekiem uczciwym, dobrodusznym pedantycznym ale przede wszystkim znajdował się w bardzo trudnej sytuacji.   Otóż on,  Adaś Moszczyński, uroczy niedźwiedziowaty pan, którego poznałam po wojnie – mieszkał z rodziną w Bielsku- spotykaliśmy się często- miał potężną  wadę wzroku. Nosił bardzo grube okulary, przez które ledwie widział. W dodatku często spadały mu z nosa w pył ceglany i błoto i ledwie się trzymały pomimo skrzętnego drutowania, w czym pomagał mu Tato. Miałby nikłe szanse przetrwania, gdyby nie ta niespodziewana praca w zespole Taty.

Pomiary w terenie trwały długo a potem należało wyniki nanieść na pergamin i wykonać kreślenia, którymi zajął się Tato. W ten sposób powstał projekt nowej bocznicy kolejowej z miasta Oranienburga do obozu Sachsenhausen.

Po latach, w czasie naszych odwiedzin  w tym miejscu, widzieliśmy te opuszczone teraz tory….

 

Losy moich Rodziców. Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć.

Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć

 

 

Mijały powojenne lata. Różaniec gdzieś tam sobie leżał, w jakiejś najmniej dostępnej szufladzie.

 Powoli zapomniany.

Ja, niewielka wtedy dziewczynka zakradałam się do tej tajemnej szuflady i brałam do ręki obozowy różaniec Taty. Może ja go nawet niechcący rozdarłam, był tak wątły i misterny. Leżał więc rozdarty.

Były tam też listy Taty z obozu.

Powoli tamte czasy zacierały się w myśli Rodziców.

Nowe problemy, zawodowe, domowe przysłaniały wspomnienia.

Może Mama widziała, że się bawię różańcem, może nie.

Pewnie w ogóle nie przywiązywała wagi do przedmiotów pomna swojej histerii po zniszczeniu przez sowietów białych kruków i delikatnej porcelany , swoich ukochanych zbiorów. Pisałam o tym w rozdziale do Pamiętnika Janaseniora zatytułowanego zapiski synowej. Nie wiem, co czuła.

Po latach dowiedziałam się, że Tata w zapale niszczenia przedmiotów zbędnych- wyrzucił szczątki tego różańca i większość swoich listów pisanych do Mamy.

Ale  tutaj przesadziłam w poprzedniej ocenie.

Jednak Mama te listy traktowała jak relikwie dawnych czasów. Były dla Niej bardzo ważne. Jeszcze wtedy myślała o swojej wielkiej miłości i były oznaką, że jest kochana.  

Przywiozła je z Wileńszczyzny, przetrwały pożary i wszelkie zawieruchy.

I teraz było Jej przykro , może upatrywała w tym geście wyrzucania jakiś oznak odchodzenia Taty od niej, od syna, chęć oderwania się od tego, co go łączyło z nimi. Może myślała, że ta miłość jest tylko dalekim wspomnieniem.

Oczywiście do końca nie wiem,  co wtedy czuła.

Ale żaliła się, że już nie ma tych listów.

Tak jakby odebrano  fragment Jej duszy.

 Jednak, gdy przeglądam dokumenty Rodziców,  Tato całkiem rozsądnie pozostawił  te najważniejsze obozowe listy- pierwszy, napisany w 1941 roku. kolejny z 1942 roku i z 1943 roku.

Losy moich Rodziców. Listy obozowe.

Trzymam w dłoniach listy, które pisał do Mamy mój Tato. Zachował się pierwszy , z 1941 roku, kiedy to Mama wreszcie , po dwóch latach dostała wiadomość , gdzie jest jej mąż a co najważniejsze, że żyje. Odbyło się przez Jej rodzinną Godziszkę, gdzie mieszkał ktoś z dalszej rodziny, pdpisał volkslistę, ale był dobrym uczynnym człowiekiem. To on swoimi kanałami dotarł do informacji, że Tato przebywa w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen k/ Berlina.

Wyobrażam sobie, z jakim drżeniem serca Mama odbierała ten list i czytała pierwsze linijki. Jeszcze ze szkoły znała język niemiecki, więc nie miała problemów ze zrozumieniem. Ale zdumiewające było, że Wacek, mój Tato w takim stopniu opanował znajomość niemieckiego, że mówił , czytał i pisał biegle. Znał rosyjski i francuski. Niemieckiego nauczył się w obozie. Zresztą tam też opanował angielski, gdyż współwięzień znający ten język, wieczorami udzielał lekcji chętnym. Jak znaleźli na to czas i siły. Nie wiem. Tato miał zdolnosci językowe, ale też upór. Pamiętam, jak jeszcze pod koniec życia przesiadywał w maleńkiej kuchence mieszkania na warszawskim Żoliborzu nad podręcznikiem do nauki języków, notował słówka i reguły gramatyczne. Zresztą już kiedyś o tym pisałam.

W pierwszym liście ponoć Tato pisze, że zarabia tyle ile Nieniuś. Była to zakamuflowana dla cenzora niemieckeigo informacja, gdyż wiadomo było, że jego Zenuś ma 5 lat. Więc o zarobkach nie mogło być mowy.

Ponoc też Tato pisze- pozdrawiam ciocię Czosnek. Mama zorientowała się po chwili, że chodzi mu o przysłanie czosnku. Jak potem opowiadał, miał już pierwsze objawy szkorbutu. Mama od razu przygotowała wielką pakę z czosnkiem. Akurat z tym nie było problemów nawet w czasie wojny . W kolejnym liście, już datowanym 1942 rok- Tato pisze- pozdrawiam ciocię Mniejczosnku. Podobno cały obóz koncentracyjny pachniał tym wileńskim czosnkiem. ….

 

A oto pierwszy list obozowy