Losy moich Rodziców. Jak święty Mikołaj…

Jak święty Mikołaj.

 Tak więc wreszcie  przybył do Godziszki mój Tato. Powiało wielkim światem. Wszak wracał z Zachodu.

Wszystkim się jawił jako nieomal św. Mikołaj.

Ubrany był nieźle, przywiózł  paczkę a w niej podarunki.

Był zawsze sumienny i zapobiegawczy, więc będąc w obozie przejściowym dla byłych więźniów skrzętnie zbierał jakieś drobiazgi których sam nie konsumował. Były więc kolorowe cukierki, jakieś konserwy , puszki z herbatą i kawą, czekolada. Większość z tych darów rozdał rodzinie Stefy, wzbudzając ich zachwyt i podziw.  

Jednak coś tam się uratowało.

Zapamiętałam z dzieciństwa przepastną szufladę w naszym gorzowskim mieszkaniu przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106 . W dużym pokoju był ustawiony piękny kredens, oczywiście poniemiecki, a w nim owa szuflada. W chwilach szczególnej łaskawości Mamy mogłam się dobierać do tej szuflady. A tam właśnie były srebrzyste płaskie puszki, piękne. Któregoś dnia jedną z nich otworzyłam i ujrzałam dziwny czarny proszek. Mama powiedziała, że to jest amerykańska kawa, którą przywiózł Tata z Niemiec. W naszym domu kawy się właściwie nie pijało, a pewnie ta była cenną pamiątką. Co się z nią w rezultacie stało, nie wiem. Pewnie Tata w zapale porządkowania ją po prostu wyrzucił. Tak jak zrobił z innymi pamiątkami z obozu. Już pisałam do różańcu, który sam sporządził z miedzianych cieniuteńkich drucików. Było to prawdziwe dzieło sztuki. Taki sam los spotkał większość listów , które przysyłał Mamie z obozu. Pozostawił jedynie pojedyncze, które już tutaj pokazywałam…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *