Leczenie posocznicy musiało być wdrożone bardzo szybko, bo należało wygrać z czasem.
Jeśli się udało opanować zakażenie bakteryjne oraz zaburzenia krzepnięcia, dziecko szybko zdrowiało.
W tamtych czasach wiedziano co się dzieje w układzie krzepnięcia w tych stanach. W pierwszym okresie była to faza nadkrzepliwości, która wiązała się z krwotocznymi zatorami widocznymi w skórze , śluzówkach i narządach wewnętrznych . I wówczas nasze działania były najskuteczniejsze. Jednak potem dochodziło do rozpuszczania skrzepów i nasilenia krwawień. Wtedy mogło być już za późno.
Wiadomo było, że w początkowym okresie skuteczna jest heparyna. Stosowaliśmy ją zawsze gdy była potrzeba. Jednak metody oznaczania zaburzeń i kontrolowania terapii były bardzo prymitywne.
Spędzaliśmy przy chorym dziecku całe dni i noce.
Zawsze była z nami laborantka, która co pewien czas pobierała krew kapilarną do bardzo cieniutkiej włosowatej rureczki. I co sekundę przełamywała tę rurkę oceniając jak wygląda skrzep który się w niej tworzył. Na podstawie czasu tworzenia skrzepu modyfikowaliśmy dawkę heparyny , odpowiednio ją zmniejszając lub zwiększając. Nie było innych, bardziej obiektywnych metod oceny, stosowanych aktualnie .
Dyżurujące z nami pracownice laboratorium , czuwały przy pacjencie, przejmowały się jego stanem i miały poczucie współodpowiedzialności za efekty leczenia. Byliśmy z nimi zaprzyjaźnieni i szanowaliśmy ich wiedzę . Do tej pory utrzymuję kontakt z Irenką Jagielak, mgr farmacji, czasem wspominamy dawne czasy…a patrząc z perspektywy minionych wielu lat- chyba były to dobre czasy….
