Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 7 ).

Jeden Taki Dzień ( 8 )

I oto opowieść o dniu pełnym wrażeń, jedynym takim w moim życiu,niepowtarzalnym,  dniu 66 urodzin dobiega końca.

 Wróciliśmy do domku naszego maleńkiego gdy zapadał  już wieczór. Przedsenna krzątanina, radosny gwar dziecięcy wypełniał ten domeczek, a serce nam rosło….

wkrótce Dzieciaki zasnęły snem kamiennym…

nie wiem co mi się śniło, ale ja z wrażenia nie mogłam zasnąć. Więc śniłam na jawie wielkie nieomal kosmiczne niebiańskie przestrzenie, jakieś samoloty, góry doliny, uśmiech Ojca Świętego i czarowny pogodny domek Pana Pilota Józefa Byrdy. Jego zadzierzystość góralską , przyjazne ciepłe  gesty….

rankiem wszyscy wstali w dobrych humorach.  Majusia poprosiła babcię, by kanapeczki przygotowała mówiąc przy tym , że takich pysznych nigdy nie jadła….a Ona wie co mówi, bo z powagą swoich nieomal 5 lat stale podkreśla, że kucharką zostanie….

jeszcze mały spacerek…

i wielkie toboły lądują w samochodzie- wszak nawet niespełna dwudniowa wyprawa z dziećmi to już prawdziwa wyprawa….

pożegnanie w południe i wkrótce wielka nad nami cisza…..

 

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 4 )

Jeden Taki Dzień ( 4 )

 

I w tym dniu, dniu moich 66 urodzin, dalej było ciekawie i nietypowo …zgodnie z planem dzieci pojechaliśmy do Szczyrku, na Przełęcz Biały Krzyż, wiodącą do Wisły. Oczywiście kierowca symbolicznego kielicha w południe nie wychylił, dodaję gwoli ścisłości J

Kierowca już wcześniej zapowiadał, że odwiedzimy Niezwykłego Człowieka. Już kiedyś o Nim słyszałam, ale teraz miało się spełnić …Zapytałam, czy On wie o naszym przybyciu, usłyszałam odpowiedź, że nie trzeba się tam zapowiadać, zawsze jest serdecznie….I tak sobie jechaliśmy , pokonując liczne zakręty wiodące z Godziszki  w dół, aż do starej drogi na Szczyrk, która okazała się rozbabrana remontowo. Trzeba było przepuścić samochody nadjeżdżające z przeciwka. I nagle widzę i słyszę , że nasz kierowca uchyla  okienko i wymienia radosne okrzyki powitalne z kierowcą auta, które znalazło się obok nas.

Jakże niespodziewane było to spotkanie, zupełnie niezamierzone ( bo zamierzone na pewno by się nie odbyło dokładnie w tym miejscu) . Tym kierowcą w pojeździe nadjeżdżającym z naprzeciwka był ów Niezwykły Człowiek, którego dom zamierzaliśmy odwiedzić.  Już teraz wiedzieliśmy, że tej wizyty nie można przełożyć na czas późniejszy….bo On będzie czekał….

Dalej to wspinaliśmy się z lekką zadyszką na zbocze Przełęczy . Przesadziłam w tej relacji, bo oczywiście samochód zadyszki nie miał, ale wstrzymywaliśmy oddech gdy szosa nieustannie zawijała niebezpiecznie coraz wyżej i wyżej. Nawet Mikołajek się niepokoił i pytał, czy nie spadniemy…. Wkrótce pokonaliśmy te liczne serpentyny i ujrzeliśmy Przełęcz Biały Krzyż w pełnej krasie. Pogoda była cudna, widoki zapierające dech, szczególnie podziwiane z szerokiej drogi wiodącej w lewo za Krzyżem i biegnącej brzegiem góry w kierunku Malinowej Skały a dalej Skrzycznego. Po prawej , w tle dumna Czantoria witała, potem w dole Wisła Czarne i dużo dużo gór, wypełniających daleki horyzont. Tam już była Słowacja….Dzieciaki czuły się rozkosznie, dzielnie maszerowały- oj to piechury są prawdziwe piechury zaprawione w rodzinnych kilometrowych wyprawach . W drodze powrotnej, bo głód już przyciskał i był czas posiłku ,  jeszcze się wdrapały na zbocze góry, bo ujrzały krzaczki czarnych jagód. Oczywiście wynalazły całkiem smaczne jeszcze owoce i nie zważając na przepisy sanitarne nakazujące mycie a nawet sparzanie tych owoców jadły, aż im się uszy trzęsły. Rodzice pozwalali, więc babcia taktownie milczała….

Potem rozsiedliśmy się w uroczej autentycznej starej chacie góralskiej z klimatycznym wnętrzem i jedzeniem niezmiennie smakowitym…Tam nie ma ani krzty jakiejś stylizacji, sztuczności tak często spotykanej. Otaczały nas ściana z ogromnych bali, w niej maleńkie wzruszające okienka z podwójnymi szybkami . W centralnym miejscu izby, w której zasiedliśmy znajduje się wielkie zadaszone  palenisko  a w nim  osmalone  i żarzące się jeszcze ogromne głownie . Przyciąga ono  wzrok jak magnes, tym bardziej, że niebawem buchnął prawdziwy radosny pierwotny ogień….kwaśnica od lat smakuje jak nigdzie pod słońcem, bigos to rarytas, placki ziemniaczane pyszne i do tego skwarki, ale jakie skwarki- rozkosz dla podniebienia niebiańska. Tak więc najedzeni, nasyceni tą niepowtarzalną atmosferą opuściliśmy jak zwykle z żalem tę Chatę , oczywiście mówiąc do widzenia, do zobaczenia….

Jeszcze rzut okiem na krzyż ulokowany nieopodal Chaty. Wielki, postawiony przez ewangelików, których w tych stronach dużo. Ukrywali się kiedyś przed prześladowaniami religijnymi, teraz rozsiewają czystą nieskażoną brudem  swoją moralność , przeciwieństwo tego, co widujemy w naszym kościele . Ci ludzie uczciwość i skromność noszą w sercach i tak żyją. Powinniśmy ich naśladować, ale droga daleka i nie widać końca….żal…

Tak więc jak zwykle stęskniona widoku Ukrzyżowanego Chrystusa z szeroką bliską mi twarzą górala beskidzkiego, który zawsze zachwycał wzruszał , uniosłam wzrok w górę…i zamiast tej białej kwadratowej nieomal twarzy z czarnymi  jak głęboka noc włosami i brwiami ujrzałam całą sylwetkę Jezusa powleczoną złotą farbą. Lśniła z daleka tym dziwnym w tym miejscu metalem, stała się obca  a nawet nieprzyjazna. Chcę zapamiętać taką jaka kiedyś była…bliska, budząca wiele uczuć : nieco trwogi i szacunku , wielkiego współczucia i jednocześnie refleksji nad  własnym życiem. Tak, kiedyś tam naprawdę chciało się modlić, nawet ci, którzy nigdy tego nie robili, przeżywali wielką tajemnicę Ukrzyżowanego w nabożnym skupieniu. Postanowiłam to co kiedyś było zapamiętać na wsze czasy, zresztą zapamiętałam….