Jeden Taki Dzień ( 4 )
I w tym dniu, dniu moich 66 urodzin, dalej było ciekawie i nietypowo …zgodnie z planem dzieci pojechaliśmy do Szczyrku, na Przełęcz Biały Krzyż, wiodącą do Wisły. Oczywiście kierowca symbolicznego kielicha w południe nie wychylił, dodaję gwoli ścisłości J
Kierowca już wcześniej zapowiadał, że odwiedzimy Niezwykłego Człowieka. Już kiedyś o Nim słyszałam, ale teraz miało się spełnić …Zapytałam, czy On wie o naszym przybyciu, usłyszałam odpowiedź, że nie trzeba się tam zapowiadać, zawsze jest serdecznie….I tak sobie jechaliśmy , pokonując liczne zakręty wiodące z Godziszki w dół, aż do starej drogi na Szczyrk, która okazała się rozbabrana remontowo. Trzeba było przepuścić samochody nadjeżdżające z przeciwka. I nagle widzę i słyszę , że nasz kierowca uchyla okienko i wymienia radosne okrzyki powitalne z kierowcą auta, które znalazło się obok nas.
Jakże niespodziewane było to spotkanie, zupełnie niezamierzone ( bo zamierzone na pewno by się nie odbyło dokładnie w tym miejscu) . Tym kierowcą w pojeździe nadjeżdżającym z naprzeciwka był ów Niezwykły Człowiek, którego dom zamierzaliśmy odwiedzić. Już teraz wiedzieliśmy, że tej wizyty nie można przełożyć na czas późniejszy….bo On będzie czekał….
Dalej to wspinaliśmy się z lekką zadyszką na zbocze Przełęczy . Przesadziłam w tej relacji, bo oczywiście samochód zadyszki nie miał, ale wstrzymywaliśmy oddech gdy szosa nieustannie zawijała niebezpiecznie coraz wyżej i wyżej. Nawet Mikołajek się niepokoił i pytał, czy nie spadniemy…. Wkrótce pokonaliśmy te liczne serpentyny i ujrzeliśmy Przełęcz Biały Krzyż w pełnej krasie. Pogoda była cudna, widoki zapierające dech, szczególnie podziwiane z szerokiej drogi wiodącej w lewo za Krzyżem i biegnącej brzegiem góry w kierunku Malinowej Skały a dalej Skrzycznego. Po prawej , w tle dumna Czantoria witała, potem w dole Wisła Czarne i dużo dużo gór, wypełniających daleki horyzont. Tam już była Słowacja….Dzieciaki czuły się rozkosznie, dzielnie maszerowały- oj to piechury są prawdziwe piechury zaprawione w rodzinnych kilometrowych wyprawach . W drodze powrotnej, bo głód już przyciskał i był czas posiłku , jeszcze się wdrapały na zbocze góry, bo ujrzały krzaczki czarnych jagód. Oczywiście wynalazły całkiem smaczne jeszcze owoce i nie zważając na przepisy sanitarne nakazujące mycie a nawet sparzanie tych owoców jadły, aż im się uszy trzęsły. Rodzice pozwalali, więc babcia taktownie milczała….
Potem rozsiedliśmy się w uroczej autentycznej starej chacie góralskiej z klimatycznym wnętrzem i jedzeniem niezmiennie smakowitym…Tam nie ma ani krzty jakiejś stylizacji, sztuczności tak często spotykanej. Otaczały nas ściana z ogromnych bali, w niej maleńkie wzruszające okienka z podwójnymi szybkami . W centralnym miejscu izby, w której zasiedliśmy znajduje się wielkie zadaszone palenisko a w nim osmalone i żarzące się jeszcze ogromne głownie . Przyciąga ono wzrok jak magnes, tym bardziej, że niebawem buchnął prawdziwy radosny pierwotny ogień….kwaśnica od lat smakuje jak nigdzie pod słońcem, bigos to rarytas, placki ziemniaczane pyszne i do tego skwarki, ale jakie skwarki- rozkosz dla podniebienia niebiańska. Tak więc najedzeni, nasyceni tą niepowtarzalną atmosferą opuściliśmy jak zwykle z żalem tę Chatę , oczywiście mówiąc do widzenia, do zobaczenia….
Jeszcze rzut okiem na krzyż ulokowany nieopodal Chaty. Wielki, postawiony przez ewangelików, których w tych stronach dużo. Ukrywali się kiedyś przed prześladowaniami religijnymi, teraz rozsiewają czystą nieskażoną brudem swoją moralność , przeciwieństwo tego, co widujemy w naszym kościele . Ci ludzie uczciwość i skromność noszą w sercach i tak żyją. Powinniśmy ich naśladować, ale droga daleka i nie widać końca….żal…
Tak więc jak zwykle stęskniona widoku Ukrzyżowanego Chrystusa z szeroką bliską mi twarzą górala beskidzkiego, który zawsze zachwycał wzruszał , uniosłam wzrok w górę…i zamiast tej białej kwadratowej nieomal twarzy z czarnymi jak głęboka noc włosami i brwiami ujrzałam całą sylwetkę Jezusa powleczoną złotą farbą. Lśniła z daleka tym dziwnym w tym miejscu metalem, stała się obca a nawet nieprzyjazna. Chcę zapamiętać taką jaka kiedyś była…bliska, budząca wiele uczuć : nieco trwogi i szacunku , wielkiego współczucia i jednocześnie refleksji nad własnym życiem. Tak, kiedyś tam naprawdę chciało się modlić, nawet ci, którzy nigdy tego nie robili, przeżywali wielką tajemnicę Ukrzyżowanego w nabożnym skupieniu. Postanowiłam to co kiedyś było zapamiętać na wsze czasy, zresztą zapamiętałam….
