Czy Jezus jest Bogiem?

 

640px-Christus_Ravenna_Mosaic.jpg

Chrystus, mozaika z VI wieku, Ravenna. Zdjęcie z Wikipedii.

 

 

 

To, że Bóg istnieje, nie  wątpię. Czuję Jego obecność w mojej samotności, w ciszy i szumach  puszczy nadbużańskiej,  nad bezkresnym morzem czy w szerokim niebie i milczeniu gwiazd. Może czasem w pustych kościołach. Ale nie w grupach rozmodlonych roznamiętnionych wiernych , dla mnie jedynie  pseudowiernych. Nie czuję tej wspólnoty, a nawet gubię tam nie tylko siebie, ale także tracę ślad mojego Boga….

   Ale od wielu lat zastanawiam się nad swoistym fenomenem naszej religii, która nakazuje wierzyć że istnieje Bóg w trzech Osobach-  Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.  Zazdroszczę ludziom, którzy otrzymali dar wiary, ale ilu takich jest na tym świecie? Dlatego najlepsze określenie mojego stanu to agnostycyzm. I wątpię czy kiedyś dostąpię nagłego olśnienia i wtedy wszystko stanie się jasne. A może jednak kiedyś stanę się człowiekiem bezkrytycznej wiary.

A może do końca swoich dni pozostanę pełzającym po ziemi  robalem, który widzi jedynie przysłowiową „ pełną michę”. A jeśli on widzi i czuje więcej niż nam się wydaje? …

Jak na razie więc szperam w necie, z nadzieją, że wątpliwości innych pozwolą mi poczuć się raźniej w gronie niedowiarków. I oto  w portalu każdystudent.pl  znalazłam artykuł którego autorem jest Paul E. Little, zatytułowany „ Wiara, która nie jest ślepa”.  Skopiowałam fragmenty by streszczając nie uronić sensu. Zapisuję tutaj, by łatwiej wracać, gdy odczuję potrzebę…tak więc zaczynam od Sokratesa powtarzając za nim „ Wiem, że nic nie wiem”  …

A tak pisze Paul E. Little :

„…Gdy słyszymy, co twierdzi o sobie Jezus, mamy tylko cztery możliwości. Musimy uznać Go albo za kłamcę, albo za szaleńca, albo za legendę, albo za Prawdę. Jeśli stwierdzimy, że On nie jest Prawdą, automatycznie podpisujemy się pod jedną z trzech pozostałych możliwości, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie.

(1) Pierwsza możliwość: Jezus kłamał, gdy mówił, że jest Bogiem – wiedział, że Nim nie jest, ale świadomie zwodził swych słuchaczy, aby przydać autorytetu swoim naukom. Niewielu poważnie przyjmuje takie stanowisko. Nawet ci, którzy zaprzeczają boskości Jezusa, uważają Go za wielkiego nauczyciela moralności. Te dwa stwierdzenia są ze sobą sprzeczne. Jezus nie mógłby być wielkim nauczycielem moralności, gdyby w najważniejszym punkcie swego nauczania – dotyczącym Jego tożsamości – świadomie kłamał.

(2) Drugi wariant jest nieco łagodniejszy, choć nie mniej szokujący: Jezus był szczery, ale oszukiwał samego siebie. Jeśli ktoś dziś stwierdziłby, że jest Bogiem, nazwalibyśmy go szaleńcem. Tak też powinniśmy nazwać Chrystusa, jeśli byłby zwiedziony w tak istotnej kwestii. Gdy jednak oceniamy życie Chrystusa, nie widzimy oznak szaleństwa czy braku równowagi psychicznej, jakie cechują osobę obłąkaną. Widzimy natomiast człowieka będącego pod wielką presją, ale zachowującego doskonałe opanowanie.

(3) Trzecia możliwość jest następująca: opowieści o Jezusie twierdzącym, że jest Bogiem, to legenda. Stworzona została w trzecim i czwartym wieku przez Jego entuzjastycznych uczniów, którzy włożyli w usta Jezusa słowa, jakie zaskoczyłyby Jego samego. Gdyby Jezus przypadkiem wrócił, natychmiast by się ich wyparł.

Teoria legendy została w znacznym stopniu obalona dzięki odkryciom współczesnej archeologii. Wykazały one ponad wszelką wątpliwość, że cztery biografie Chrystusa powstały za życia osób współczesnych Chrystusowi. Zdaniem dra Williama F. Albrigtha, światowej sławy archeologa i emerytowanego wykładowcy Johns Hopkins University, nie ma żadnego powodu, by uznać, że którakolwiek z Ewangelii powstała później niż w 70 r. po Chrystusie. To niewiarygodne, by zwykła legenda o Chrystusie spisana w formie Ewangelii zdobyła taki rozgłos i wywarła tak duży wpływ, jeśli nie opierałaby się na faktach.

Podobnie fantastyczną sprawą byłoby, gdyby ktoś w naszych czasach napisał biografię Johna F. Kennedyego, w której ten twierdziłby, że jest Bogiem i że może odpuszczać ludziom grzechy, a na końcu by zmartwychwstał. Tak niedorzeczna historia nigdy nie spotkałaby się z szerszym przyjęciem, ponieważ wciąż żyje zbyt wiele osób, które znały Kennedyego. Teoria legendy nie może się obronić w świetle faktu wczesnego datowania manuskryptów Ewangelii.

(4) Jedyna alternatywa, jaka nam pozostaje, jest taka, że Jezus mówił prawdę. Należy jednak przyznać, że same słowa niewiele znaczą. Słowa są tanie. Każdy może wygłaszać twierdzenia o swojej wielkości. Wiele innych osób uważało się za Boga. Każdy z nas może stwierdzić, że jest Bogiem, jednak pytanie brzmi: Jak możemy to udowodnić? Obalenie mojego roszczenia tego rodzaju nie zajęłoby wam nawet pięciu minut, a w waszym przypadku zapewne nie byłoby to znacznie trudniejsze. Jednak w przypadku Jezusa z Nazaretu nie jest to takie proste. Miał w zanadrzu referencje, które potwierdzały Jego tożsamość. Powiedział: „Choćbyście Mi nie wierzyli, wierzcie cudom, których dokonuję, abyście poznali i zrozumieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu” (Ewangelia Jana 10:38)…..”

 

 

Żal mi tych, którzy teraz się cieszą na Krymie- może nie mam racji…

 

Nigdy nie byłam na Krymie, dlatego  nie zamieszczam własnych  opisów panujących tam klimatów a jedynie informacje  z tzw. drugiej ręki . 

  W zeszłym roku wybrała się tam na wczasy moja koleżanka. Opowiadała z ożywieniem o tym planowanym urlopie, jednak po powrocie entuzjazm był bliski zeru lub nawet poniżej zera. Nie jest to dziewczyna rozpieszczona przez życie, zna świat, potrafi odróżnić to co ładne i nie krytykuje bez powodu. Z tej strony dobrze ją poznałam. Pomimo tego, że mieszkamy w tym samym mieście, spotykałyśmy się czasem przypadkowo w zupełnie dziwnych miejscach. A to na lotnisku , kiedy to okazało się, że wybraliśmy ten sam pobyt z tym samym biurem turystycznym na Rodos. A to niespodziewane w tym samym czasie wczasy w Portugalii. Po przedwczesnej śmierci Jej męża, Bronka wybraliśmy się razem do Chorwacji. Nigdy nie narzekała na jakość hotelu, złą pogodę czy jakieś inne trudności, zwykle nieuchronne  na takich wyjazdach. Zawsze pogodna, namiętnie pływająca w morskich toniach częstująca winem wieczorową balkonową porą.

Ta długa opowieść o Joannie to nie tylko przypomnienie Jej dobrej energii ale też podparcie do opinii którą niedawno przywiozła z  wczasów na Krymie.

Była zniesmaczona panującym tu postkomunistycznym klimatem, mnogością instalacji wojskowych, portów zapchanych okrętami , brzydkimi hotelami cuchnącymi środkami dezynfekcyjnymi , podławym jedzeniem i przaśnymi warunkami, które proponują turystom. Orzekła, że nigdy tam się już nie wybierze.

W dzisiejszej sytuacji Krymu na pewno   wybierze się tam niewielu Polaków.

     I oto widzę jak przed kamerami telewizyjnymi kobiety cieszą się z zaanektowania półwyspu przez Rosję  i opowiadają , że wreszcie nie będą oglądały skąpych turystów z Ukrainy – w domyśle i z Polski- bo jak podają było nas tam 300 tys. rocznie . Gdy wykrzykują  triumfalnie  , że teraz będą tu przybywali tylko Rosjanie- bogaci turyści i sypną groszem, najzwyczajniej żal mi się ich robi .

Bo nie chciałabym krakać.

Ale widząc w wielu krajach zachodnich turystów rosyjskich , bogatych , ozłoconych , rozhulanych rezydujących w swoich przepysznych hotelach nie bardzo ich widzę w tej krainie i w ośrodkach pachnących na odległość komuną.

Chyba wiele czasu potrzeba by zdewastowany zmilitaryzowany kraj krymski ożył, rozpalił swoje pierwotne uroki i przyciągnął  tych nowobogackich….

 

 

Na medycznej ścieżce. O szczepieniach…

Pomimo własnych wątpliwości dotyczących  bombardowania młodego ustroju tak wielką liczbą obcych antygenów podawanych w postaci szczepionek i jakiś mglistych odległych skutków immunologicznych,  jednak nie można zaprzeczyć że szczepienia zmieniły życie wielu istnień.  

Nie widujemy już czarnej ospy a  wiele innych chorób zakaźnych występuje sporadycznie  i to w populacji dzieci nieszczepionych .

Jeśli nawet chorują te zaszczepione, to przebieg choroby jest łagodny i nie zostawia trwałych śladów.

Ponieważ aktualnie wśród rodziców na całym świecie, panuje moda na nie podawanie dzieciom żadnych szczepionek,  wyprzedzając wyobraźnią kolejne wydarzenia, można się spodziewać kolejnych fal zachorowań nawet na choroby uważane za już nie występujące.       Dodatkowym problemem są ludzie zakażeni wirusem zaburzeń odporności, tzw. HIV, którzy zwłaszcza ci nie leczeni mogą być rezerwuarem wszystkich drobnoustrojów, rozsiewać je wokół i zarażać zdrowych.

W takiej sytuacji choroba poliomyelitis może wrócić w każdym momencie.

Tak więc chyba te moje wpisy- poprzedni i aktualny są głosem za celowością szczepień.

W necie znalazłam opracowanie Ireny Janas, które przedstawia historię odkrycia wirusa i opracowywania różnych szczepień p/ tej chorobie. Podaję to we własnym skrócie.

Polio

Schorzenie nazywane nagminnym porażenieniem dziecięcym wywołuje wirus poliomyelitis. Wirus ten potrafi przetrwać w środowisku , jest odporny na temperaturę i chemikalia i potrafi zaatakować po wielu latach.

Początkowo sądzono, że atakuje jedynie dzieci, ale okazało się, że mogą chorować także osoby dorosłe.

Pierwszy opisał ją ortopeda niemiecki Jakob von Heine( 1800-1879), a wkrótce po nim pediatra szwedzki Karl Oskar Medin ( 1847-1927) i stąd się wzięła nazwa jej nazwa: choroba Heinego- Medina.

W 1916 roku choroba nawiedziła Nowy Jork, zabijając około 2000 osób. W 1921 roku powaliła Franklina Delano Roosvelta, który miał wtedy 39 lat. Pomagało mu pływanie w naturalnych ciepłych wodach ze źródła w stanie Georgia, więc  w 1926 roku kupił tam hotel i założył charytatywny ośrodek leczenia polio.

W 1946 roku padali jej ofiarą głównie nastolatkowi i ludzie młodzi, a w roku 1952 dzieci . Zachorowało wtedy 50 tys Amerykanów, z których około 12% zmarło. Wybuchła panika, całe rodziny zamykały się w domach, zamknięto baseny pływackie, odwołano wszystkie imprezy.

Już dawno było wiadomo, że schorzenie jest wywoływane przez określony wirus, ale dopiero w 1949 roku naukowcy G. Anders, T. Weller i F. Robbins nauczyli się go namnażać w hodowlach tkankowych za co w 1954 roku otrzymali nagrodę Nobla.

Od 1946 roku nad wynalezieniem odpowiedniej szczepionki pracował nasz rodak Hilary Koprowski.  Urodził się w rodzinie o żydowskich korzeniach, dorastał w Warszawie, gdzie ukończył LO im. Mikołaja Reja a następnie na Uniwersytecie Warszawskim uzyskał tytuł lekarza medycyny. Studiował też w konserwatorium muzycznym oraz Akademii w Rzymie. Znalazł on zwierzę, był nim szczur bawełniany, który w warunkach naturalnych nie choruje pomimo zakażenia. Doświadczalnie podawano mu wirusa, pobierano jego wycinek mózgu , wstrzykiwano następnemu szczurowi i po kilkunastu takich zabiegach uznano, że wirus jest nadal żywy, ale osłabiony. Koprowski opowiadał o tym w 2001 roku dziennikarzom gazety Wyborczej.

Gdy uznał, że wirus jest już wystarczająco osłabiony, szczepionkę wypróbowywał na sobie. Spożywał ją doustnie i nawet stwierdził, że smakuje jak tran. Było to w roku 1949.

Nie zachorował, więc odważnie zaczął podawać ją dzieciom, początkowo niedorozwiniętym przebywającym w zakładzie dla dzieci niedorozwiniętych a następnie innym z tego samego środowiska. Opisywał swoje uczucie szczęścia, że szczepionka działa i nie wywołuje powikłań.

Dyskutował z innymi to zjawisko i oni uważali, że masowe szczepienie osłabionym zarazkiem  powoduje stopniowe wypieranie tego złośliwego. Wierzyli w to, że ten złośliwy całkowicie zniknie ze świata.

Potem zaszczepiono kobiety z więzienia w stanie New Jersey a następnie szympansy w Stanleyville oraz zajmujący się nimi personel , potem dzieci w Ruandzie i Kongo.

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku w Polsce wybuchła epidemia polio, szczególnie nasilona w Szczecinie, gdzie powtarzała się trzykrotnie, w latach: 1951, 1955, i 1958.

Nikt nie wiedział ile osób chorowało i ile zmarło. Samo rozpoznanie choroby nie było łatwe, gdyż nawet do tej pory nie ustalono u ilu chorych występuje porażenie mięśni. Nie prowadzono żadnych statystyk, nie z powodu zaniedbania, ale z braku wiedzy. Wiadomo tylko, że spośród tych, którzy przeżyli tylko w Szczecinie i okolicach  750 porażonych dzieci wymagało rehabilitacji i na zawsze zostało inwalidami.

Prawdziwa panika wybuchła wtedy, gdy zaczęli chorować młodzi żołnierze, gdyż uważano, że jest to schorzenie wieku dziecięcego. Przestraszone pielęgniarki odmawiały pracy w szpitalach wojskowych.

Wtedy dyrektor Państwowego Zakładu Higieny, Feliks Przesmycki zwrócił się o pomoc do Koprowskiego.  Ten postanowił działać. Jak wspominał Koprowski, akcja szczepień w Polsce trwała od jesieni 1959- do maja 1960 roku. Firma Wyeth przygotowała 9 mln szczepionek a firma okrętowa Moore McCormick przetransportowała szczepionkę do Polski. Po masowych szczepieniach liczba zachorowań spadła ze 1112 przypadków w roku 1959 do około 30 w 1963, a liczba zgonów ze 111 do dwóch. Polska otrzymała szczepionkę za darmo.

Niestety ta szlachetna działalność spowodowała głosy krytyki. Jeden z lekarz głosił, że  polskie dzieci są królikami doświadczalnymi. W wyniku afery został zdymisjonowany dyrektor Państwowego zakładu Higieny – Przesmycki, a jego miejsce zajął ów głoszący złe opinie lekarz.

 Trzy lata po Koprowskim, Albert Sabin a także Jonas Salk rozpoczęli swoje prace nad szczepionką .

Salk( 1914- 1995), urodzony w Harlemie w Nowym Jorku od 1942 roku na zlecenie swojego sponsora, armii USA, pracował z dobrym skutkiem nad szczepionką przeciwko grypie.

Od 1949 roku interesował się pracami nad polio. W 1955 roku opracował swoją szczepionkę, która początkowo powodowała u niektórych szczepionych  dzieci objawy paraliżu. Na 440 tys dzieci, zachorowało po niej 250 dzieci , u 150 z nich wystąpił częściowy lub całkowity paraliż, a 11 zmarło. Z tego powodu tę szczepionkę wycofano. Jednak Salk się nie poddał, kontynuował prace i w roku 1962 otrzymał udoskonaloną szczepionkę, odbudowując swój autorytet. Zaszczepił nią siebie i swoich synów. Od tego roku zaszczepiła się połowa mieszkańców USA, a zachorowalność spadła o 86%. Podaje on zabite wirusy drogą pozajelitową, tj podskórnie co powoduje powstanie odporności u szczepionego. Jednak nie ma tutaj działania bezpośredniego na jelita, gdzie wirus lubi się namnażać. Dlatego nie powstaje w tym miejscu ochronna Immunoglobulina, Iga, co jest wadą szczepionki.

Innym naukowcem, który prowadził badania nad przygotowaniem szczepionki, był

Albert Sabin

Urodził się w Białymstoku, w tradycyjnej rodzinie żydowskiej noszącej nazwisko Saperstein. . W 1921 roku razem z rodziną wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tam ukończył studia medyczne, przyjął obywatelstwo amerykańskie i zmienił nazwisko na Sabin.

W 1960 wymyślił szczepionkę, która całkowicie zabijała wirusa polio.

Za akceptacją władz ZSRR przeprowadził na ich terenie szczepienia na wielką skalę.

Uzyskał międzynarodową sławę i 40  doktoratów honoris causa na uczelniach całego świata.

Przekazał swoją szczepionkę ZSRR i zaszczepiono nią ponad 2 mln mieszkańców tego kraju. Potem zatwierdzili ją Amerykanie.

Pomimo ogólnego przekonania, że Salk i Sabin pierwsi wymyślili szczepionkę, jednak tym pierwszym był wymieniony już powyżej nieco zapomniany  Polak- Koprowski.

Obecnie stosuje się dwie szczepionki. Salka, w której podaje się pozajelitowo tzn. w zastrzykach, zabite wirusy. Powoduje to odpowiedź całego ustroju, powstają odpowiednie przeciwciała,  ale nie tworzą się immunoglobuliny A , działające  na powierzchni jelit.

Szczepionka Salbina zawierająca żywe, pozbawione złośliwości czyli atenuowane wirusy jest podawana doustnie. Powoduje ona powstanie przeciwciał, które się tworzą w miejscu podania. Stanowią tam najważniejszą barierę ochronną przed wnikaniem wirusa do zakażonego ustroju . Jedyną wadą jest możliwość namnażania się tam wirusa używanego do szczepień i jego złośliwienie. Działo się to najczęściej w przypadku wrodzonych zaburzeń odporności. Jednak zachorowania poszczepienne zdarzają się bardzo rzadko .  Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, widywałam takie dzieci, które były leczone w moim dawnym Szpitalu Zakaźnym przy ul.  Siennej. Przebieg choroby był zwykle łagodny.

W Polsce, od 2012 roku obowiązuje Program Szczepień Ochronnych i wg zaleceń  stosuje się szczepienie kombinowane. We wczesnym okresie niemowlęcym  podaje się szczepionkę  Salka ( 3 dawki w injekcjach ) a następnie , w 6 roku życia, pojedynczą dawkę doustną szczepionki Sabina.

 

Na medycznej ścieżce. Marzenka Kieniewicz, mój ważny nauczyciel.

W mojej przychodnianej pracy, dość często miałam dylematy dotyczące rozpoznania ale częściej leczenia. Wówczas  biegłam po pomoc i poradę.

Przeciskałam się pomiędzy kozetką z zalegającym na niej pacjentem , biurkiem i ścianą , potem z trudem otwierałam drzwi skutecznie barykadowane przez pacjentów i przeciskając się pomiędzy kolanami siedzących na ciasno ustawionych krzesłach korytarzykowych wbijałam się do gabinetu koleżanki.

A tutaj, cóż za rozkosz.

Miałam szczęście, bo w tym samym czasie, w sąsiednim gabinecie urzędowała  przemiła bardzo spokojna okularnica. Za szybkami jej okularów widziałam uśmiechnięte ciemne błyszczące oczęta o czarnych gęstych i figlarnie wywiniętych rzęsach . Pomiędzy nimi siedział króciutki nieco zadarty nosek a poniżej na biurku układał się faliście dość duży biust lekarki. Była niewysokiego wzrostu ale miała minę generała rozgrywającego ważną bitwę i z dużą pewnością siebie udzielała mi porad, nigdy nie pudłując. Jej wskazówki stanowiły dla mnie bardzo ważny element edukacji.

Gdy wpadłam do tego gabinetu po raz pierwszy,  przedstawiłam się , okazało się, że ona tutaj pracuje już pół roku i nazywa się Marzenka Kieniewicz.

Potem się dowiedziałam , gdy już byłyśmy w wielkiej komitywie i przyjaźni, że jest synową wielkiej sławy historyka, profesora Stefana Kieniewicza.

Pan profesor mógł być dumny z takiej synowej .

Śladami mojego Taty. Pojawia się Tomasz Łukaszewicz…

 Dziewczyny, pannice z rodu Rodziewiczów rosły jak na drożdżach. Okoliczni chłopcy chętnie odwiedzali ten dom. Tam było tyle radości , po prostu kwitła młodość.

Najstarsza córka Michaliny i Bolka, błyskotliwa, ruchliwa , urocze niewielkie stworzonko oczarowała poważnego chłopaka z sąsiedztwa, Tomasza. Zawsze przychodził na potańcówki. Patrzył rozmarzonym wzrokiem na wirującą w tańcu Stasię. Miała powodzenie, chłopaki chciały ją tulić, ale wymykała się ze śmiechem. Zerkała na siedzącego w narożniku pokoju Tomka. Miał takie przejrzyste zielononiebieskie łagodne rozmarzone oczy . Czuł się onieśmielony, bo wszak rodzina Rodziewiczów była uznaną szlachtą o wyższej randze. Należeli bowiem do dworzan, ich przodkowie byli zatrudniani w dworach królewskich. Wprawdzie jego ojciec też trzymał w rodzinnym kufrze papiery szlacheckie. Ale należeli do gałęzi słabszej, nie szczycili się wysokimi stanowiskami w kraju. Tak więc Tomasz miał kompleksy i wątpliwości, czy jego uczucie zostanie odpowiednio przyjęte. Nie sądził, że Staśka zagięła na niego parol. Podobał się jej ten chłopak i już. I żadne przeszkody nie istniały. Zresztą Michalina i Bolek nie mieli zadęcia rodowego, cieszyli się szczęściem swoich dzieci.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze samodzielne badanie

I nadszedł dzień, gdy otrzymaliśmy samodzielne zadanie.

Profesor przydzielił każdemu z nas pacjenta, którego musieliśmy zbadać i potem zdać relację z wyników tego badania .

Chorzy ci  byli rozmieszczeni w różnych salach, tak więc znalazłam się sam na sam i oko w oko z kilkoma panami leżącymi na mojej sali.

Weszłam do niej nieomal na palcach, z wielkim przejęciem i starannie ukrywanym niepokojem.

Panowie leżeli sobie na łóżkach i czułam, jak mnie lustrują spojrzeniami.

Widać było, że bardzo nie cierpieli, bo byli uśmiechnięci, a w ich oczach nawet z pewnej perspektywy można  było zobaczyć rozpalające się  łobuzerskie ogniki.

Powiedziałam ogólne dzień dobry, przedstawiłam się , powiedziałam w jakim celu przychodzę i zapytałam , który z panów nazywa się tak i tak. Odezwał się , leżał pod oknem, skąd rozpościerał się przedni widok na całą salę. Czułam się jak na celowniku.  

Rozejrzałam się, szukając stołka. Ale już jeden z panów, usłużnie przysunął do mnie stołek z okrągłym siedziskiem.

Widocznie byli już zaznajomieni z systemem ciągłych badań przez różnych studentów i znali zwyczaje pana Profesora.

Tym razem trafił im się niezły kąsek- niebrzydka, młodziutka i przejęta studentka. Takie lubili najbardziej.

Sprawdziłam, czy stołek znajduje się w odpowiednim miejscu. Powtarzałam w duchu, że jak zalecano, muszę się usadowić po prawej stronie badanego.

Następnie dość sprawnie zebrałam wywiady na wszystkie możliwe tematy : dotyczące stanu zdrowia, trybu życia, sposobu odżywiania i wszelakich obciążeń genetycznych.

Odpowiadał płynnie, pewnie powtarzał tą śpiewkę dość często.

Potem chętnie się rozebrał, pewnie chciał się pochwalić wielką postacią wytatuowaną pod lewym obojczykiem. Gdy oglądałam to znalezisko, powiedział, że jest to jego Baśka. Ale to odkrycie nie wiązało się z jego stanem zdrowia, najwyżej świadczyło o bujnym życiu. Poprosiłam, by przespacerował się w kierunku drzwi i z powrotem. Zerwał się żwawo z łóżka i wykonał polecenie. Widziałam, że nie utykał, nie zbaczał z linii prostej co mogłoby sugerować jakieś schorzenie ortopedyczne lub neurologiczne.   Więc uznałam , że wszystko było ok. Potem dokładnie obejrzałam jego skórę, zbadałam węzły chłonne i przystąpiłam do opukiwania granic serca i płuc.

Umiałam już odpowiednio ustawiać  dłoń, trochę mi to przypominało edukację przed zajęciami gry na fortepianie. Tak więc ułożyłam palce prawej dłoni w lekkim zgięciu i poruszając całą dłonią jedynie w stawie nadgarstkowym , uruchomiłam mechanizm jakby młoteczka. Delikatnie uderzałam palcem środkowym w powłoki klatki piersiowej, miejsce przy miejscu, idąc od obojczyków, następnie od lewej linii pachowej przedniej w kierunku domostkowym.

I w tym momencie znieruchomiałam.

Nie usłyszałam charakterystycznej zmiany odgłosu, przy przejściu znad terenu płuc na teren który zajmuje serce.

Powtórzyłam ten manewr jeszcze raz, wyciągając uszy, którym nie dowierzałam.

Myśli moje dość chaotycznie gnały po całej skołatanej głowie. Przecież starannie wykonywałam wszystkie czynności, słuch, nawet muzyczny  miałam niezły a coś mi się nie zgadzało. Wyglądało na to ,że pacjent w ogóle nie ma serca. Może rozrosły się jego płuca, uzyskując megarozmiary i zakryły biedne serce. 

Powoli coś mi zaczęło świtać, ale zanim przystąpiłam do opukiwania płuc po prawej stronie klatki piersiowej, usłyszałam ryk. Panowie długo powstrzymywali emocje, przecież doskonale znali przyczynę mojego zakłopotania i teraz pokładali się ze śmiechu. Udał się najlepszy kawał, przebój sezonu.

Pacjent parskał , prychał i krztusząc się ze śmiechu zakomunikował ,  że serce to on ma i to całkiem zdrowe, tylko natura go obdarowała pewną odmianą rozwojową .

Teraz bardzo się cieszy, mówił dalej, że może służyć jako model do badania. Zawsze mu się udaje zaskoczyć  studentów i wtedy wszyscy w sali mają  radochę . Pozwala im to zapominać o dolegliwościach, przyspiesza zdrowienie.

Ich sala jest najweselsza i najzdrowsza w całej klinice, tempem sukcesów terapii cieszą się wszyscy lekarze. Powinien zostać rezydentem-demonstratorem  w tej klinice, by poprawiać wyniki leczenia wszystkich chorych. Bo śmiech to zdrowie, powiedział .

Teraz to, co mi mgliście świtało w głowie, nabrało jasnego światła i wkrótce znalazłam serce po prawej stronie klatki piersiowej pacjenta. Jego granice wskazywały na  lustrzane odbicie serca prawidłowo położonego. Jest to określane mianem dekstrokardii. Zdarza się to nieczęsto . Może  temu towarzyszyć  odwrócenie narządów w jamie brzusznej  i wówczas mówimy o situs inversus – tj o odwróceniu trzew.

Sprawnie wysłuchałam szmery zastawkowe i byłam gotowa do zdania relacji panu Profesorowi.

Gdy opisywałam swoje odkrycie, bardzo szczerze przyznałam, że w procesie diagnozowania brali udział wszyscy pacjenci. Profesorowi podobało się moje wyznanie i pochwalił za to , że potrafię się przyznać do swoich trudności.

Powiedział też, że zawsze warto rozmawiać z pacjentem i przedstawiać mu swoje wątpliwości, dzielić się uwagami i w ten sposób angażować go w proces diagnozowania i wynikających z tego  postępowań terapeutycznych.

Po wielu latach wracam myślami do tego, co powiedział Profesor i nadal się zastanawiam, jak dalece lekarz powinien informować pacjenta o swoich wątpliwościach. Czy jest gdzieś linia ograniczająca , jeśli jest,  to niezwykle delikatna i płynna.

Przecież każdy człowiek jest inny i inaczej reaguje. Tylko jak to wyczuć i przewidzieć reakcję?

To jedno z najtrudniejszych zadań lekarza.