W mojej przychodnianej pracy, dość często miałam dylematy dotyczące rozpoznania ale częściej leczenia. Wówczas biegłam po pomoc i poradę.
Przeciskałam się pomiędzy kozetką z zalegającym na niej pacjentem , biurkiem i ścianą , potem z trudem otwierałam drzwi skutecznie barykadowane przez pacjentów i przeciskając się pomiędzy kolanami siedzących na ciasno ustawionych krzesłach korytarzykowych wbijałam się do gabinetu koleżanki.
A tutaj, cóż za rozkosz.
Miałam szczęście, bo w tym samym czasie, w sąsiednim gabinecie urzędowała przemiła bardzo spokojna okularnica. Za szybkami jej okularów widziałam uśmiechnięte ciemne błyszczące oczęta o czarnych gęstych i figlarnie wywiniętych rzęsach . Pomiędzy nimi siedział króciutki nieco zadarty nosek a poniżej na biurku układał się faliście dość duży biust lekarki. Była niewysokiego wzrostu ale miała minę generała rozgrywającego ważną bitwę i z dużą pewnością siebie udzielała mi porad, nigdy nie pudłując. Jej wskazówki stanowiły dla mnie bardzo ważny element edukacji.
Gdy wpadłam do tego gabinetu po raz pierwszy, przedstawiłam się , okazało się, że ona tutaj pracuje już pół roku i nazywa się Marzenka Kieniewicz.
Potem się dowiedziałam , gdy już byłyśmy w wielkiej komitywie i przyjaźni, że jest synową wielkiej sławy historyka, profesora Stefana Kieniewicza.
Pan profesor mógł być dumny z takiej synowej .
