Moje Beskidy…

P8140245.JPG

 

 

 

Jeszcze przesiadka w Bielsku Białej i niebawem już sapał pociąg do Żywca. Ożywiona wielce wypatrywałam Łodygowic. To tutaj wysiadaliśmy, a na dworcu czekał wujek Szczepan i zabierał nas bryczką zaprzężoną w parę pięknych, bardzo zadbanych koni z ozdobami przy uszach. Pędziliśmy dnem Kotliny Żywieckiej, wiatr świszczał, a dookoła wznosiły się góry oddalone, bo Kotlina szeroka, ale majestatycznie zamykające krajobraz. Niezapomniane były małe kamieniste strumyki, które dzielnie pokonywały konie w bród bryczka czasem się niebezpiecznie przechylała, ale to właśnie uwielbiałam…Było, minęło, ale to piękno mam w sobie do dziś i opowiadam, opowiadam, może się powtarzam, ale co tam. Kto chce niech czyta, tak jak ja słuchałam opowieści Mamy, które nawet powtarzane były dla mnie niezwykłe. I tak kręci się świat….Więc wracam do tych lat 50 ubiegłego wieku, moich warkoczyków płowych, zielonych wiecznie zaciekawionych i śmiejących oczu i ciałka spragnionego wiecznego ruchu…

Gdy już byliśmy  zakwaterowani w domu wujostwa biegałam do krów, które patrzyły na mnie swoimi krowimi oczami z rzadka mrugającymi długimi wywiniętymi rzęsami , do długaśnych tłustych świń z zabawnymi maleńkimi przyssanymi do brzucha macior i do dorodnych koni, które na mój widok niespokojnie rżały. A wszystko tonęło w zapachach, które gdy czasem poczuję wędrując Godziszką wciągam z lubością bo to moje dzieciństwo.

 Już kiedyś pisałam, że gdy  Mirek mówi- ale tu śmierdzi patrzę na niego ze zdumieniem- jak to? To przecież najpiękniejszy z zapachów- oborowy, zwierzęcy, jednym słowem cudny. …poza tym zostały we mnie tamte zapachy siana , które dla kogoś, kto nie miał takiego dzieciństwa są miłe, ale obce….

I oto mamy wiosnę, nie tylko kalendarzową….

 

 Krokusy.JPG

 

 

 

Stale czekaliśmy na niespodziewany marcowy  atak zimy, ale przyszła wiosna. Mam nadzieję, że o śniegach i mrozach możemy zapomnieć. Nawet mój osobisty kierowca zdecydował zmienić opony zimowe na letnie. To już widomy znak, że należy odrzucić wątpliwości i najnormalniej się cieszyć wiosną. Wiosenką….prasłowiańską Vesną wywodzącą się prawdopodobnie od” was” czyli świecić lub „wes” tzn.  wesoły….

     Na razie oszałamia nagłe ciepło, wilgotny zapach ziemi i wonie iglastych drzew i krzewów gęsto rosnących w moich Michałowicach.

Już od kilkunastu dni cieszą oko krokusy, maleńkie żonkile uśmiechają się do słońca, błękitnieje barwinkowy kwiatek a  jakieś maleńkie chwaścikowe kwieciaki bieleją i kotki wierzby iwy nagle zakwitły.

    A dzisiaj rano usłyszałam poza wrzaskiem bażantów szum wielki nad tą wierzbą.

Jej korona była otulona mnóstwem miodnych brzękadełek. Z radością zauważyłam, że to pszczoły  wstały ze snu zimowego . Pstrykałam zdjęcia, ale albo uciekały z planu, albo zoom był za słaby więc tych milutkich owadów prawie nie widać. Ale musicie mi uwierzyć na słowo…..

 

krokusy00.JPG

 

Ĺźonkile.JPG

 

WierzbaPsaczoła.JPG

 

WierzbaPszczoła1.JPG

 

WierzbaPszczoła1.JPG

 

ĹźonkileduĹźo.JPG

 

Barwinek.JPG

 

krokusyżółte.JPG

Śladami mojego Taty . Okruchy wspomnień o mojej Babci Staśce

I znowu jedziemy do Babci. Ulubiona podróż pociągiem, małe miasteczko z szerokimi ulicami. Cieszę się. Już można nałożyć sandałki, bo wiosna nadeszła. Ziemia pachnie i jest pięknie.

Dochodzimy do domku z oknami nisko położonymi nad chodnikiem. W oknach zawsze kwitnące kwiaty i gęste firanki.

Wchodzimy do domu.

Siadam naprzeciwko łóżka Babci i wpatruję się w tę staruszkę. Nie jest mi bliska, nigdy nie przytula. Ale nie pragnę przytulania, nie jestem do tego przyzwyczajona. Babcia raczej budzi moje zainteresowanie i trochę lęku.

Widzę moją Babcię, jakby to było dziś.

Oczekuję na taki moment, kiedy Babcia podnosi się ze swojego łóżka i drepcze do kuchni. Jest maleńka i drobniutka ale zawsze wyprostowana. Porusza się  lekko bezszmerowo.

Kuchnia jest obszerna. Na jej zapleczu jest miejsce dla mnie niezwykłe. Już kiedyś poznałam to miejsce, ale zawsze jest dla mnie bardzo atrakcyjne. Skradam się za babcią, oczywiście Babcia się odwraca i mówi- chodź dziecinko. Drepczemy więc razem.

Drzwi do pomieszczenia sąsiadującego z kuchnią otwierają się z trudem i wielkim skrzypieniem. Ale Babcia mimo pozorów kruchości jest silna.

Więc po chwili obie stajemy w otwartych już drzwiach. W nosy biją stamtąd zapachy. Są nadzwyczajne.  Wciągam głęboko powietrze. Takich zapachów  nigdy potem nie czułam . Te w domu mojej Babci w Trzciance były niepowtarzalne i jedyne.

 Oczy powoli się oswajały z mrocznym wnętrzem tego pomieszczenia. I stopniowo  ukazywały się rzędy wiszących szynek, kiełbas i słonin. Widok był dla mnie tajemniczy i budził lęk. Babcia odważnie brała do ręki wiszący brzeg szynki i jednym silnym ruchem wielkiego noża obcinała szeroki pasek.

Nie zagłębiałam się w czeluści tego pomieszczenia. Widok spod drzwi był wystarczająco silny i budził mój lęk. Więc wolałam nie sprawdzać, co tam było dalej.

Z tym wonnym paskiem odkrojonej szynki Babcia wycofywała się do kuchni i starannie zamykała za sobą drzwi.

Smaku tej szynki nie zapamiętałam, może nawet jej nie skosztowałam. Ogólnie byłam niejadkiem i chyba tylko kasza manna na mleku mocno posłodzona była dla mnie atrakcją.

Kiedyś, w 1955 roku byliśmy w Łebie na wczasach wagonowych. Wtedy rodzice odebrali telegram, że zmarła Babcia. Po krótkiej naradzie, uznali, że mnie – wtedy ośmioletnią zostawią pod opieką 13 letniego Pawła, który był z nami na tych wczasach . Paweł był synem przyjaciół moich rodziców a potem stał się bratem mojego męża. Lubiliśmy się, był odpowiedzialny, poważny i zastępował mi rodzonego brata- Zenona, który miał wtedy 20 lat i buszował gdzieś w świecie.

Gdy rodzice wrócili, opowiedzieli, jakie były okoliczności śmierci mojej Babci. Babcia Staśka zmarła nagle. Rano wstała jak zwykle, podreptała do spiżarni i porcją szynki weszła do kuchni. Stała przy kredensie i kroiła tę cudnie pachnącą szynkę.

I nagle wypadł  nóż z jej ręki i umarła.

Spotkała Ją wymarzona śmierć.

Nie byłam smutna. Nie opłakiwałam Babci. Była jedyną osobą z tego pokolenia, którą znałam. A jej odejście było zwykłą koleją losu.

Chyba po prostu nie kochałam mojej Babci bo nie miałam okazji jej lepiej poznać…

Śladami mojego Taty. Weselisko.

 

Po  serdecznych życzeniach składanych przez rodzinę i wielu mieszkańców, nawet zupełnie nieznajomych  ,  małżonkowie podeszli do sań.

Pan młody wziął żonę w ramiona i energicznym ruchem właściwie wniósł ją do wnętrza . W tych samych saniach zajęli miejsca ich świadkowie.

Michalina  przytulała się do Bolka  nie zważając na możliwość wygniatania sukni , a konie niosły ich w dal. Dal śnieżną, słońcem ozdobioną i bezkresną . Gnali  przed siebie, nieomal bezszelestnie, jedynie dzwoniły dzwonki przy uszach końskich.

W tym czasie weselni goście stopniowo podjeżdżali pod dom rodziców Michaliny. Strzepywali śnieg z kożuchów, zmieniali buty,  i wkrótce rozpoczęli urzędowanie w salonie. W rogu  ustawiono stolik z trunkami, więc tam koncentrowała się męska część weselników, Chyba już niektórzy popijali wódeczkę, tłumacząc to przemarznięciem . Twarze więc były rumiane, a nawet czerwone, wilgotniały wąsy i oczka błyszczały radośnie.

Panie zebrały się w okolicy kuchni, by dopilnowywać ostatnich przygotowań.

Pod ścianami znacznie wcześniej ustawiono stoły , na kształt podkowy. Teraz uginały się od półmisków z wędlinami,  mięsami , oczywiście były różne galarety i innych miejscowe specjały. W kuchni parowały kotły ze znakomity wonnym rosołem, pokrytym wielkimi okami tłuszczu. Do niego przez wiele dni lepiono maleńkie  kołduny, używając tradycyjnie mięsa wołowego, wieprzowego oraz baraniny. Były też flaki i kapuśniak przewidywany na danie poranne, kończące imprezę.

O mnogości dań można by napisać odrębną książkę.

Goście  w oczekiwaniu na młodą parę zajmowali się sobą, gorzałką i wdychaniem kuchennych zapachów…

 

Zdjęcie z internetu.Obraz „Litewska sanna” Alfred Wierusz-Kowalski, 1849-1915

Śladami mojego Taty. Ślub

 

Para młoda w chmurach.Zdjęcie własne.

 

 

Myśli Bolka jeszcze przez chwilę żeglowały  po nieznanym niebiańskim świecie, gdzie przebywali jego rodzice.

I wtedy z zadumania wyrwał go gest Michaliny.

Wyczuła przyczynę zamyślenia, wyciągnęła rękę i ze wszystkich sił objęła jego ramię. Jakby chciała powiedzieć, nie jesteś sam miły, jestem przy tobie, jestem z tobą.

Czuł ciepło jej ciała i  zrozumiał, że najważniejsze jest to, co tu i teraz. Odrzucił więc myśli o tym co było i nigdy nie wróci , a całkowicie oddał się chwilom szczęścia.

Radośnie przytulając  łokieć Michaliny do swojego boku, wyprowadził dziewczynę za próg domu i pomógł przy wsiadaniu do wielkich sań . Konie ozdobione specjalną świąteczną uprzężą oddychały mroźnym powietrzem, tworząc wielkie kłęby marznącej pary .

 Wszystko było bajkowe.

Wyjrzało słońce a cienie drzew kładły się błękitem na świeżym śniegu.

Ruszyli z kopyta i niebawem zniknęli za lasem, tylko długo było słychać dźwięk dzwonków..

Kościół był wypełniony tłumem ludzi. Chyba zebrało się  tam całe miasteczko. Uwielbiali  takie uroczystości, a Michalina była oczkiem w ich głowie.

Wokół ołtarza tłoczyły się perkatonose dzieciaki, dopiero kościelny musiał tam zrobić porządek i ustawić je w pewnej odległości, by stworzyć przestrzeń dla młodej pary.

Na chórze czekali ludziska, którzy śpiewali w miejscowym, słynnym na całą okolicę chórze. Powoli intonowali jakieś pieśni, a głosy mieli dźwięczne , bo  nawet ich mowa była miękka i śpiewna. Takich głosów jak na tych wschodnich rubieżach nie miała żadna inna okolica Królestwa Polskiego.

Ławki kościelne i ołtarz późnym wieczorem dnia poprzedniego udekorowano kwieciem wyciętym z doniczek, bo wszak w ten dzień grudniowy nie było polnych kwiatów.

Dla utworzenia specjalnego klimatu uroczystości, wcześniej zapalono kadzidło. Teraz najstarszy ministrant zapalał świece przy ołtarzu.

I wkrótce orientalny zapach mieszał się ze swojską wonią dymu świec i kwiatów skutecznie neutralizując  różne zapachy oddechów , odzieży i ciał wiernych . Niektórzy już poprzedniego dnia tęgo popijali, zagryzając kiełbasą gęsto nadziewaną czosnkiem, a ich kożuchy wydzielały prawdziwe bukiety woni. Kresowa higiena nie zawsze dorównywała czystości serc, urodzie myśli i pięknu mowy.

W zakrystii  miejscowy ksiądz  usiłował gawędzić z  opiekunem  Bolka, ale ten, siwy jak gołąbek , sztywno zamknięty w nowej sutannie, był chmurny i zamyślony. O czym myślał  ksiądz Eustachy można się było tylko domyślać.

Po chwilach oczekiwania na młodych, nagle tłum zafalował . Przez cały kościół przeleciał szmer przekazywanych informacji, że właśnie nadchodzą. Wszyscy wyciągali szyje , zwracając głowy w kierunku wejścia do kościoła . Zapanowała cisza, nieomal wstrzymywano oddech, w oczekiwaniu na spodziewany widok .

A oni powoli wyłaniali się ze światła słonecznego, przedostającego się z wysokich okien i wolnym majestatycznym krokiem zmierzali  do ołtarza.  Pan młody,  szczupły i wyprostowany  z chmurą ciemnych włosów odbijającą się od jasnej twarzy z wielką atencją  prowadził pannę młodą, drobną blondynkę o dziewczęcej urodzie, zawiniętą  w chmurę śnieżnej bieli.  Długi welon znaczył ich drogę i był silnym akcentem ich wyglądu.

Po chwili podniósł się szum głosów, dookoła szeptano. jaka piękna para .

Rozpoczęła się uroczystość zaślubin.

Chór śpiewał najpiękniej jak umiał.

Wyszli księża w ozdobnych ornatach poprzedzani  gromadką małych ministrantów w białych sukienkach.  

Miejscowy ksiądz wspólnie z księdzem Eustachym celebrowali mszę . W czasie słów ślubowania, ksiądz Eustachy przecierał chusteczką oczy.

Mama Michaliny popłakiwała a ojciec dziwnie poruszał wąsami.

Nie zdarzyło się nic, co w nocnych majakach wyobrażał sobie Bolek. Zresztą zdążył już o tym zapomnieć. Był rozluźniony i opiekuńczy, tylko w czasie składania przysięgi wpatrywał się w oczy ukochanej tak głęboko i namiętnie, że potem nie mógł sobie przypomnieć tego momentu w ogóle. Nawet nie bardzo kojarzył w jaki sposób  powtarzała te słowa Michalina. Zapamiętał jedynie piękną melodię jej miękkiego głosu.

A potem opowiadano , że obydwoje mówili z wielkim przejęciem, ale płynnie i zdecydowanie…

 


Zdjęcie własne