Po serdecznych życzeniach składanych przez rodzinę i wielu mieszkańców, nawet zupełnie nieznajomych , małżonkowie podeszli do sań.
Pan młody wziął żonę w ramiona i energicznym ruchem właściwie wniósł ją do wnętrza . W tych samych saniach zajęli miejsca ich świadkowie.
Michalina przytulała się do Bolka nie zważając na możliwość wygniatania sukni , a konie niosły ich w dal. Dal śnieżną, słońcem ozdobioną i bezkresną . Gnali przed siebie, nieomal bezszelestnie, jedynie dzwoniły dzwonki przy uszach końskich.
W tym czasie weselni goście stopniowo podjeżdżali pod dom rodziców Michaliny. Strzepywali śnieg z kożuchów, zmieniali buty, i wkrótce rozpoczęli urzędowanie w salonie. W rogu ustawiono stolik z trunkami, więc tam koncentrowała się męska część weselników, Chyba już niektórzy popijali wódeczkę, tłumacząc to przemarznięciem . Twarze więc były rumiane, a nawet czerwone, wilgotniały wąsy i oczka błyszczały radośnie.
Panie zebrały się w okolicy kuchni, by dopilnowywać ostatnich przygotowań.
Pod ścianami znacznie wcześniej ustawiono stoły , na kształt podkowy. Teraz uginały się od półmisków z wędlinami, mięsami , oczywiście były różne galarety i innych miejscowe specjały. W kuchni parowały kotły ze znakomity wonnym rosołem, pokrytym wielkimi okami tłuszczu. Do niego przez wiele dni lepiono maleńkie kołduny, używając tradycyjnie mięsa wołowego, wieprzowego oraz baraniny. Były też flaki i kapuśniak przewidywany na danie poranne, kończące imprezę.
O mnogości dań można by napisać odrębną książkę.
Goście w oczekiwaniu na młodą parę zajmowali się sobą, gorzałką i wdychaniem kuchennych zapachów…
Zdjęcie z internetu.Obraz „Litewska sanna” Alfred Wierusz-Kowalski, 1849-1915

