Powrót do rodzinnych stron.

Powolna normalizacja życia

 

Jest rok 1945. Po wojnie i przymusowym opuszczeniu Wileńszczyzny, Mama z Zenonem zatrzymuje się  w swojej rodzinnej wsi Godziszce. Stefa jest honorowa, zawsze była i pozostała do ostatnich swoich dni. Nie chce niczyjej łaski , garnuszka cudzego i trudno się dziwić, że usilnie się stara o pracę. Na szczęście nie było większych problemów, i wkrótce Mama dostaje pracę w szkole w Rybarzowicach, oddalonych o kilkanaście km od Godziszki.

 O świcie wędruje pieszo do Łodygowic, trasą, którą kiedyś przebywała dojeżdżając do Seminarium Nauczycielskiego w Białej. To są trzy  lub cztery km do stacji kolejowej  a potem już tylko krótka trasa pociągiem. Pomimo pozornie stosunkowo niewielkiej odległości z Godziszki do Rybarzowic,  Mama czuje się zmęczona. I po dalszych staraniach dostaje pracę w godziszczańskiej szkole. Jest wzruszona, gdy po raz pierwszy przekracza progi tej starej szkoły już jako nauczycielka. Odwija Jej się film z całego życia. Gdy miała 6 lat- bo w takim wieku rozpoczynał się obowiązek szkolny, nieśmiała i przejęta też wchodziła tutaj, dokładnie do tego samego budynku. A potem jak szybko i właściwie tragicznie układały się Jej losy. I teraz wróciła, właściwie złamana życiem…do tej samej szkoły uczęszczał teraz Jej syn- a mój brat- Zenon. Jednak Mama nie myślała o pozostaniu tutaj. Kochała te swoje góry, ale nie miała własnego mieszkania, ani nawet widoków, by je dostać. Dopiero po latach wybudowano obok szkoły kilkupiętrowy budyneczek, w którym są mieszkania dla nauczycieli. Gdy odwiedzamy Godziszkę, zaglądam w okna tej szkoły, która się ładnie rozrosła i zawsze wspominam moją Mamę…

Praca dodaje Mamie skrzydeł, stopniowo poprawia się Jej samopoczucie. Już się nie czuje ubogą krewną wszystkich z tej dużej rodziny, jest samodzielna i samowystarczalna.

Jednym słowem powoli staje na nogach.

     Tato pisze listy do Godziszki z dalekich Niemiec. Już jest wolnym człowiekiem, ale ociąga się z powrotem do kraju.

Wprawdzie w listach zapewnia że kocha i tęskni. Ale dlaczego jeszcze nie przyjeżdża, tego Mama nie może zrozumieć. Pewnie  kłębią się w Jej głowie różne podejrzenia, wszak tyle lat rozłąki, inne środowisko, jakieś nowe znajomości może….

Jednak po roku przychodzi ostatni list.

Jak bardzo on cieszy. Zenon jest szczęśliwy, nie wyobraża sobie wprawdzie swojego Ojca, którego właściwie nie zdążył poznać , ale widząc radość Matki cieszy się podwójnie .

Mama jest dumna, odważniej patrzy ludziom w oczy. Jej mąż jednak do niej wraca.

Już ma dosyć podejrzliwych spojrzeń rodziny i szeptów po kątach, które słyszy, bo przecież ma dobry słuch. Podejrzewają, że została porzucona i węszą kłopoty…

 

Na medycznej ścieżce. Wreszcie neuroinfekcje.

Ten dość uciążliwy spokój na szczęście nie trwał długo. Rwałam się do prawdziwej pracy, a tutaj niewiele się działo. Ponadto już miałam rozpocząć dyżury i ważne było poznanie innych oddziałów.

Wreszcie po miesiącu dowiedziałam się, że następnego dnia mam się zgłosić  do Oddziału Neuroinfekcji.

Mieścił się na pierwszym piętrze i od razu mnie zafascynował.

Urocza pani dr Monika Czachorowska o matczynym cieple, prowadziła oddział mocną ręką. Zresztą nie dało się inaczej.

Tutaj wszystko musiało grać, gdyż dzieci były bardzo chore, ich stan zmieniał się szybko i należało działać skutecznie.

W odróżnieniu od dzieci z żółtaczką, gdzie właściwie choroba miała przebieg prawie niezależny od zaleceń lekarzy. Stosowano jedynie odpowiednią dietę i obserwowano. Zalecenia dotyczące spokojnego w tym czasie trybu życia właściwie były nierealne, bo zwykle chorowały kilkulatki i nic nie zdołało wyhamować ich naturalnej żywiołowości, a przeciwnie, nawet w zamknięciu jeszcze bardziej się ożywiały.

Tutaj odnosiłam wrażenie, że bardzo wiele zależy od sprawności zespołu. System pracy był ustalony i niezmienny.

Po porannym obchodzie i wydaniu zleceń, zbieraliśmy się w gabinecie dr Czachorowskiej, która przedstawiała nam nowe dzieci. Starannie czytała wszystkie informacje zebrane przez lekarza Izby Przyjęć, odpytywała i wspólnie ustalaliśmy plan działania.

Losy moich Rodziców. Odpowiedzialność Stefy i oczekiwanie.

Po  rozmowie z ojcem Wacława, Tomaszem, Stefa nabrała siły.

Poczuła się odpowiedzialna za własne życie.

To uczucie nie było jej obce, to była  cecha jej charakteru- odpowiedzialność.

Miałam tego przykłady , w dzieciństwie i potem, gdy mieszkaliśmy razem w Warszawie, od 1970 roku do końca życia rodziców, tj. 2000 – 2002 roku.

 

Stefa była odpowiedzialna, zahartowana trudnym życiem i konsekwentna. Przecież  opuściła dom rodzinny w 10 roku życia, zamieszkała kątem u obcych ludzi i uczęszczała do szkoły w wielkim nieznanym mieście.

I dała radę.

Potem wybrała pracę na dalekich wschodnich rubieżach Polski i bez lęku tam podążyła.

 

A jednak jak bardzo była związana z ojcem , jak krótko przez niego trzymana, świadczyły te opory przed ślubem , na który ojciec nie wyraził zgody.

 

A może czuła się rozdarta pomiędzy odpowiedzialnością za własne losy ale też za  liczną niezbyt zamożną rodzinę .

 

A może tylko było jej przykro, że jest samotna na tej wileńszczyźnie ,wśród obcych ludzi.

 

Może potrzebowała wsparcia.

Pewnie tak.

Nie wiem i już się nie dowiem.

Pewnie wszystkie wymienione elementy miały swój udział w tym, że tak bardzo czekała na przełamanie oporów ojca i jego zgodę.

 

Po rozmowie z Tomaszem, ojcem jej Wacława, uspokojona, podtrzymana na duchu , pewna swojej decyzji  napisała ciepły list do rodziców, uzasadniając  swój krok.

Zapraszała ich na ten ślub, licząc , że może wyślą chociaż jakiegoś delegata.

Wszak jej rodzina była tak liczna i wiele osób już było pełnoletnich , więc daleka podróż nie byłaby problemem.

Zresztą deklarowała, że przyśle pieniądze na bilety kolejowe.

Na medycznej ścieżce. Poszukiwanie pracy…

Ja codziennie biegałam do Pełnomocnika ds. Zatrudnienia w Dziekanacie Akademii Medycznej , by sprawdzić, czy nie ma on jakiejś oferty pracy.

W Warszawie nie znałam żadnego lekarza, w rodzinie nie było tradycji medycznych i nie wiedziałam o innych możliwościach załatwienia stażu podyplomowego.

Dopiero później się dowiedziałam, że wielu moich kolegów załatwiło sobie samodzielnie lub raczej przy pomocy znajomości tę pierwszą pracę.

Gdy po bezskutecznym dowiadywaniu się o miejsce stażowe, zapisałam się na osobistą rozmowę z pełnomocnikiem, ten nie mógł się nadziwić, że tak mi spieszno do pracy. Próbował przekonywać, że mam pracującego męża i małe dzieci, więc ten czas powinnam poświęcić rodzinie. Zupełnie nie rozumiałam jego sposobu myślenia, dopiero po latach przyznałam mu rację.

Wreszcie któregoś dnia, rozmawiając z koleżanką, dowiedziałam się, że nasza wspólna znajoma, która mimo stałego miejsca zamieszkania w Krasnymstawie, bez trudu otrzymała staż w Warszawie, ma zamiar z niego zrezygnować z powodów zdrowotnych. Pognałam natychmiast z tą wiadomością do Pełnomocnika , który nie mógł się już wykręcać brakiem miejsc , przyznał, że ma już podanie tej dziewczyny i wobec tego mogę łaskawie zająć jej miejsce.

Na medycznej ścieżce. Oczekiwanie na nowe mieszkanie..

W tym czasie, a był to rok 1970,  mieszkaliśmy w warszawskiej kawalerce przy ul. Stołecznej, obecnie Popiełuszki.

Ale nieopodal, na terenie dawnych sadów Żoliborskich wznoszono bloki, a w jednym  z nich mieliśmy przydzielone mieszkanie.

W wolnych chwilach jeździłam z Ewą w brzuchu i małą  Justyną w wózeczku w tę okolicę i tęsknym wzrokiem wpatrywałam się w okna wznoszonego bloku.

W grudniu 1970 odebraliśmy klucze do naszego ogromnego wymarzonego mieszkania. Miało wprawdzie 56 m kw, ale trzy pokoje i wydawało się mieszkaniem dla bogów.

Śladami mojego Taty. Oczekiwanie na Polskę

Nic z tego nie wynikało, że w 1941 roku podpisano” układ majski” i ludzie zesłani na Syberię czy Kazachstan mogli czuć się wolni.

Nie mieli dokąd wracać.

Bo nie było Polski.

Tereny naszego kraju zajmowali Niemcy i Rosjanie. Dopiero po zakończeniu drugiej wojny  światowej łaskawie ofiarowano nam ojczyznę. Okrojoną o wschodnie tereny, poszerzoną na zachód ale przede wszystkim całkowicie kontrolowaną przez sowietów.

Jaka była ta Polska Ludowa, taka była, ale była ojczyzną, o której śnili zesłańcy.

Ale zanim wojna się skończyła, musieli nadal żyć w trudnych warunkach i codziennie walczyć o przetrwanie. To były jeszcze pełne cztery lata i potem rok starań o zgodę na opuszczenie terenów ZSRR. Wg zasad radzieckich byli oni skazani na „ zsyłkę na wsiegda” albo nazywano to” wieczną zsyłką” co oznaczało, że nie mogą wrócić do swojego kraju ani miejsca poprzedniego stałego zamieszkania.

 

Śladami mojego Taty. Weselisko.

 

Po  serdecznych życzeniach składanych przez rodzinę i wielu mieszkańców, nawet zupełnie nieznajomych  ,  małżonkowie podeszli do sań.

Pan młody wziął żonę w ramiona i energicznym ruchem właściwie wniósł ją do wnętrza . W tych samych saniach zajęli miejsca ich świadkowie.

Michalina  przytulała się do Bolka  nie zważając na możliwość wygniatania sukni , a konie niosły ich w dal. Dal śnieżną, słońcem ozdobioną i bezkresną . Gnali  przed siebie, nieomal bezszelestnie, jedynie dzwoniły dzwonki przy uszach końskich.

W tym czasie weselni goście stopniowo podjeżdżali pod dom rodziców Michaliny. Strzepywali śnieg z kożuchów, zmieniali buty,  i wkrótce rozpoczęli urzędowanie w salonie. W rogu  ustawiono stolik z trunkami, więc tam koncentrowała się męska część weselników, Chyba już niektórzy popijali wódeczkę, tłumacząc to przemarznięciem . Twarze więc były rumiane, a nawet czerwone, wilgotniały wąsy i oczka błyszczały radośnie.

Panie zebrały się w okolicy kuchni, by dopilnowywać ostatnich przygotowań.

Pod ścianami znacznie wcześniej ustawiono stoły , na kształt podkowy. Teraz uginały się od półmisków z wędlinami,  mięsami , oczywiście były różne galarety i innych miejscowe specjały. W kuchni parowały kotły ze znakomity wonnym rosołem, pokrytym wielkimi okami tłuszczu. Do niego przez wiele dni lepiono maleńkie  kołduny, używając tradycyjnie mięsa wołowego, wieprzowego oraz baraniny. Były też flaki i kapuśniak przewidywany na danie poranne, kończące imprezę.

O mnogości dań można by napisać odrębną książkę.

Goście  w oczekiwaniu na młodą parę zajmowali się sobą, gorzałką i wdychaniem kuchennych zapachów…

 

Zdjęcie z internetu.Obraz „Litewska sanna” Alfred Wierusz-Kowalski, 1849-1915