Rozmyślania o dłoniach.

 ” Imploracja” , rzeźba z już nieistniejącej ekspozycji w Warszawie, w Pasażu Wiecha

Flamenco, obraz Jana Wysockiego  z podanej na nim nazwy strony …..

 

Dziś chciałam zrobić przerwę we wspomnieniach o naszym Niezwykłym Koledze śp. Piotrze Janaszku. Będzie jeszcze ciąg dalszy bardzo interesujących opowieści Córek i dawnych pacjentów Mielnicy ….

I wtedy nagle, w ten mglisty grudniowy już dzień – przypomniałam  mój stary, ulubiony tekst, zamieszczony 26.02.2010 roku pod używanym wtedy nickiem Łuka w nieistniejącym już portalu Moje Miasto Gorzów. Po przemianowaniu tegoż portalu na Nasze Miasto Gorzów, tekst ten uratowano i zamieszczono  04.12.2014 13:20. Dowiedziałam się o tym dzisiaj, rozpaczając po utracie moich fotografii  ( tekst miałam w „brudnopisie” ) – fotografii  do których byłam przywiązana a które zabrał ze sobą w niebyt stary laptop. Gdy zupełnie zrezygnowana   zajrzałam do netu szukając zdjęć grobu Krzysztofa Kieślowskiego przetarłam oczy – bo ujrzałam swój artykuł w „ pełnej krasie „ z moimi fotografiami –  Rozmyślania o dłoniach – Polska NaszeMiasto.pl

….. Zrobiło się  ciepło na sercu …Zapraszam, może Ktoś ma podobnie jak ja i odnajdzie siebie, może …..

 

Najpiękniejszy fragment nagrobka Krzysztofa Kieślowskiego , Warszawski Cmentarz Powązki, zdjęcie własne.

 

ROZMYŚLANIA O DŁONIACH .

 Od zawsze fascynowały mnie dłonie.

Zachwycam się niezwykłym tańcem dłoni dawnych andaluzyjskich Cyganów. Ulegam magii. I po chwili wiruję w rozszalałym  i różnobarwnym świecie flamenco.

Gdy słucham, jak śpiewa Edith Piaf, stale widzę jej dłonie. Nieruchome i świetliste. Śnieżnobiałe i jakby zawieszone w aksamitnej czerni ekranu. Milczą, ale tak wiele mówią…

Zatrzymuję się przy rzeźbach.
Oglądam zdjęcia.

Zdjęcie pierwsze – pomnik nad grobem Krzysztofa Kieślowskiego na warszawskich Powązkach.  Czuję kamienną chropowatość jego dłoni obejmujących ostatni kadr…
To miejsce jest zaklęte. Bo ilekroć tam przychodzę, zawsze widzę w tych dłoniach kolejny kadr swojego życia…

Albo kontrowersyjna rzeźba „Imploracja” w pasażu Wiecha. Dla mnie piękna. Przystaję w zadumie ….

Gdy spotykam ludzi, bardzo lubię oglądać ich dłonie.
Mają różne kształty, barwę, smukłość palców, budowę paznokci.
Podobno można z nich rozpoznać charakter człowieka, a nawet jego płeć.

Są  bardzo wyróżnione przez naturę, bo naznaczone dziwnymi niezmiennymi liniami.
Podobno można z nich przepowiadać przyszłość.

Są żywe i ruchliwe. I jakby obdarowane własnym niezależnym życiem.

Ale potrafią też mówić o stanie naszego ciała i duszy. O niepewności, smutku, zdenerwowaniu, radości.

Czasami oglądam swoje dłonie.
Urodziły się ze mną w Gorzowie. I długo były tylko gorzowskie.
Dziecinne, nieporadne, zaplamione atramentem, spierzchnięte od mrozu, nieświadome życia, łatwowierne, naiwne i ufne.

Spędziłam z nimi tyle lat.
Cierpliwie uczyły się ze mną życia.

Lubię swoje dłonie.
Lubię je za to, że nie kłamią.
Niezależnie od ilości wcieranego kremu mówią o czasie, który minął…
Dobrze zapamiętały i opowiadają o wszystkim…

Dotykały już chyba wszystkiego, co można było dotknąć na tym świecie…

Są na nich ślady zwykłych przedmiotów, mokrej wiosennej ziemi, świeżej zieleni, wiatru , śniegu, deszczu i morskiej wody…

Jest tam wieczorny chłód i  letnie ciepło wody z  jezior i rzek…

Zapisały dotyk ciał obojętnych, ukochanych, cierpiących i tych, którzy odeszli…

Gdy bardzo pragnę spotkania z kimś nieobecnym, otwieram swoje dłonie, czytam i włączam wyobraźnię.
I widzę tych ludzi, widzę te zdarzenia.
Tworzę obrazy.
Czuję zapach, smak, dotyk i słyszę czyjś głos.
I jest dobrze …
Prawie dobrze …

Edith Piaf , zdjęcie z netu

 

http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/rozmyslania-o-dloniach,2658218,artgal,t,id,tm.html

Cukier sól i pieprz w jednym ….

Cukier sól i pieprz w jednym

 

Kochani

Po poprzednim  smętnym wpisie, który jednak miał znaczenie „ oczyszczające”,  bo po prostu wyrzuciłam z siebie tamto złe wspomnienie, wracamy do chwil radosnych, bo szkoda życia na smutę….

Nagle przypomniał mi się ten tekst , napisany wtedy gdy byłam jeszcze młoda , rozżarzona dysputami w nieistniejącej już naszej MM- ce i być może nawet piękna. J . Oczywiście to gruba przesada, bo było to może z 7 lat temu, ale fajnie tak o sobie myśleć, prawda? Tamtego portalu już nie ma, komuś przeszkadzał, albo tylko beztrosko zmieniono formułę na zwykły informacyjny jakich wiele. Tam pisywaliśmy wszystko co nam przyszło do głowy, a więc też teksty które miały charakter „ literacki”. Literacki to może to zbyt duże słowo, więc nazwijmy to  tematami dowolnymi….

I właśnie tam zamieściłam ten zapomniany i zaginiony już tekst  pod nickiem Łuka , który był  skrótem od nazwiska panieńskiego które pewnie znacie….

        Wiem, że gonia, której zdjęcia przywiodły mi pomysł i stały się „inspiracją” do tego wpisu ,  już zagląda do komputera, więc może przeczyta i się uśmiechnie. Tak goniu , niezwykłe , oryginalne śmieszne  były te Twoje zdjęcia z mojego Gorzowa, świadczyły o Twojej fantazji i uśmiechu . Tak, Gorzów to miasto gdzie się urodziłam i dojrzewałam….Wrócił do mnie dzięki Tobie….dziękuję…

Tak więc zapraszam…uśmiechnijmy się….

To co powyżej napisałam wczoraj.

       A dzisiaj,   żeby było śmieszniej, dzisiaj świtem zajrzałam ot, tak sobie do netu, czy wyszukiwarka znajdzie zadany temat „ kamienice gorzowskie Gaudi” i ….znalazłam. Tekstu nie ma, ale za to „ wisi” Forum Gazety Lubuskiej z maja 2010 roku.  

Jak bardzo się różnimy w tej naszej ukochanej Ojczyźnie. Gdzież nam np. do bliskich sąsiadów Czechów chociażby….

Może ten pseudoartykuł w niewinnej MM-ce  był efektem mojej „ głupawki”, zamieszczonej przeze mnie w fajnej wtedy kategorii, którą utworzyła redakcja a zatytułowanej  „ Uśmiechnij się „.  ale i nawet „ głupawka” może być powodem do swoistej „ odskoczni” od śmiertelnie poważnego kamiennego dookolnego świata, do świata pogody ducha,  relaksu a czasem nawet uśmiechu choćby z politowania ….wszak uśmiech ma wagę złota….

 „Boki zrywać „ pozostaje…..

A oto wszystkie zachowane komentarze zamieszczone na Forum Gazety Lubuskiej  które wisi w necie , wypisane jak widać w  „ 05 maj 2010 – 12:49 „ , które skopiowałam w całości.

Maker

bardziej idiotycznej wiadomości dawno nie czytałem…

Kolejne pierdoły z MM?

G- man

Rozumiem że tzw „dziennikarze obywatelscy” są tańsi w utrzymaniu, ale są to rzeczy do omówienia w osiedlowym sklepiku a nie regionalnej gazecie

 Socjolog

zgadzam się z poprzednikiem, wy tym ludziom chyba nie płacicie, oni muszą wam dopłacać za te głupoty bo inaczej byście ich tu nie pokazywali, to jedyne wytłumaczenie

 – Gość-

TAK TAK A CHROBREGO TO LA RAMBLA! A GDYBY TAK ŁUKA NAWIĄZAŁA KONTAKT Z ROZUMEM! WARTO SPRÓBOWAĆ

 Gonia

Wszyscy tak śmiertelnie poważni, nie zauważyliście , że artykuł pisany był w kategorii – uśmiechnij się -? Widać uśmiech, to coś dla Was nieznanego…

 -he He –

Co za pierdołu !
dziennikarze z lubuskiej nie sa zdolni do mentalnej akceptacji fonntanny a piszą o Gaudim.
Panie i panowie z lubuskiej : Gaudi i jego futurystyczny i nowatorski styl architektoniczny gdyby był realizowany w gorzówku to wasze artykuły odsadzały by go od czci i rozumu. Wy nie możecie skumać Dominanty, fontanny a chcecie skumać domy/budowle bez kątów i rogów ?
Nie silcie się na inteligencje bo dostamniecie przepukliny !

 

Koniec komentarzy. Non comment….mili moi….

 

Dzięki temu, że co u mnie dziwne, zapobiegliwie skopiowałam ten niby artykuł, gdyż lojalnie uprzedzono nas, że wszystko zostanie wycięte po zlikwidowaniu MM- Gorzów. Zdążyłam ….

 

Kolejne epokowe odkrycie–niektóre  kamienice Gorzowa  projektował sam Antoni Gaudi :)))

 gaudi 1.jpg

 

Gaudi 13.jpg

Wstęp

 

gonia, dziennikarka społeczna ze słynnego w całym świecie portalu MM-G. przysłała mi parę zdjęć  gorzowskich kamienic. Nigdy ich nie widziałam i nie wiem przy której ulicy

” wyrosły”…Ale jestem pewna, że projektował je sam Antoni Gaudi – najsłynniejszy kataloński architekt, franciszkanin, prawdopodobnie mason a być może przyszły święty.

 

(==Do kategorii „uśmiechnij się”.

==Współautor: zdjęcia Gonia; informacje o A. Gaudi zWikipedii

==Podpisy pod zdjęciami : Niezwykłe kamienice Gorzowa)

 

Tekst

 

gonia, nasza Koleżanka z MM-ki chciała mi poprawić nastrój .

Dlatego  przysłała mi  kilka zdjęć  mojego Gorzowa.

 

Nie tylko odzyskałam dobry humor ale najnormalniej przeżyłam szok.

 

Nagle wydało mi się , że jestem w Barcelonie. Ten niepowtarzalny styl kamienic , łagodne wygięcia okien, dachów….

Od razu wiedziałam, że to Gaudi….:)

Poczułam podniecenie, jakże znajome dziennikarzom śledczym…

Rozpoczęłam więc swoje prywatne dochodzenie 🙂

 

Zajrzałam do Wikipedii.

Przeczytałam , że  Antoni Gaudi ( 1852-1926) był katalońskim franciszkaninem, ale dla nas, zwykłych zjadaczy chleba ale też koneserów sztuki był przede wszystkim architektem i inżynierem secesyjnym .

Istnieją też autentyczne podejrzenia, że był  masonem, co może  tłumaczyć jego tajemny związek z Gorzowem. Wszak w Gorzowie ( a właściwie jeszcze wtedy niemieckim Landsbergu ) przy obecnej ul. Sikorskiego była najprawdziwsza loża masońska!

 

Dowiedziałam się , że w 1910 roku  zakończył realizację barcelońskich projektów Casa Mila i Casa Batalio. Ale dopiero od 1914 roku poświęcił resztę swojego życia barcelońskiej  katedrze Sagrada Familia.

Cóż więc robił  w okresie pomiędzy 1910 a 1914 r.?….

Myślę, że właśnie wtedy realizował projekty gorzowskich kamienic 🙂

 

Podobno od 1992 roku trwa proces beatyfikacji A. Gaudiego. Może  kiedyś jego święte relikwie zostaną umieszczone w największym ołtarzu Katedry gorzowskiej….rozmarzyłam się….

Jakież ja mam teraz piękne sny. To są sny  o Wielkiej Przyszłej Sławie  mojego Gorzowa …

 

Gdy będziecie   zmęczeni życiem i  znudzeni  codziennością, zapraszam na   ulice przedstawione na tych zdjęciach Gorzowa . Zatrzymajcie się  . Rozejrzyjcie dookoła. A zobaczycie te piękne kolorowe trochę zwariowane domy.

Może na pobliskiej ławeczce  będzie już czekał ten bardzo stary Katalończyk..

Zwykle tam przesiaduje i obserwuje przechodniów . Jest uśmiechnięty i zadowolony. To może być  sam Wielki  Gaudi ….:

 

Namawiałam gonię do „wysmażenia” odpowiedniego pionierskiego artykułu w MM-ce i tym samym uzyskaniu miana  Wielkiego Odkrywcy. Ale  nie miała ochoty. Chyba wolała  „nurkować” w starych gorzowskich szpargałach w celu potwierdzenia  wyników mojego dochodzenia :).

Więc napisałam sama. Na wysłanie do MM-ki  tego artykułu  autorka zdjęć długo nie chciała wyrazić zgody, bo jak wiadomo jest skromna i nieśmiała.

 

I tak jakoś minął pierwszy kwietnia…:)

 

Koniec .

 

Gaudi 10.jpg

 

Gaudi 12.jpg

 Zdjęcia mojego Gorzowa, które wykonała przysłała i wreszcie zgodziła się na ich zamieszczenie moja Przyjaciółka na dobre i na złe, poznana dzięki MM- Gorzów, które już umarło, ale my żyjemy. My z tego dawnego portalu , a jest nas całkiem pokaźna grupa. Są to ludzie w jakimś sensie podobni, ciekawi świata, postrzegający go nieomal identycznie, z poczuciem humoru i potrzebą uśmiechu….

 

No tak  mili moi, nie tylko kategoria w MM- ce Uśmiechnij się, ale też zauważyłam , o czym zapomniałam, że był to w dodatku Prima Aprilis. !

 

 

A na poważnie teraz garść informacji wydobytych z bardzo wielu zawartych w Wikipedii nt.

Antoniego Gaudi. Ot tak wrzucam, jeśli kto chce, niech czyta. Dla mnie ciekawe. I  warto było napisać tą „ głupawkę ” by uzupełnić wiedzę…..

 AntoniGaudaiFotografia.jpg

Antoni Gaudi, zdj z Wikipedii

 

 Antoni Gaudi ( 1852-1926) był katalońskim franciszkaninem, ale dla nas, zwykłych zjadaczy chleba ale też koneserów sztuki był przede wszystkim architektem i inżynierem secesyjnym.

Ponoć jako dziecko długo chorował na zapalenia stawów i właściwie nie opuszczał domu. Jak analizują rozwój jego twórczości biografowie, prawdopodobnie wówczas wytworzył w sobie niespotykaną wyobraźnię, co pozwalało mu potem stwarzać przełomowe projekty w architekturze. W związku z tą chorobą zrezygnował ze spożywania mięsa i został wegetarianinem ale też lekarze zalecali mu długie spacery, które odbywał sam. Tak więc już od dzieciństwa był samotnikiem. Jednakże miał bardzo żywiołowy charakter ale  stwarzał wrażenie człowieka zanurzonego we własnym świecie. …

Gdy miał 11 lat wysłano go do szkoły pijarów i edukacji w tym miejscu zawdzięczał zaangażowanie religijne , bo jak mówił , tam poznał prawdziwe wartości nauki chrześcijańskiej. Nie był zbyt dobrym uczniem, ale chętnie ilustrował gazetki szkolne czy wykonywał dekoracje. Jednak jeszcze w szkole wraz z kolegami dokonali znaczącej próby zaprojektowania restauracji klasztoru w Poblet. Ten projekt stał się impulsem do wyjazdu do Barcelony , gdzie się przeniósł w 1876 roku wraz z ojcem i siostrzenicą, gdyż reszta rodziny zmarła. Jednocześnie podjął  studia w Escuda Tecina Superior de Arquitectura, a z uwagi na problemy finansowe jednocześnie pracował. Był asystentem znanych katalońskich architektów  m.in. Martorellego , który wprowadził Gaudiego „ na salony „ architektury.   Projekty i świetny rysunek zdobyły uznanie na uczelni  i w 1878 r. Antoni Gaudi uzyskał dyplom i rozpoczął pracę w zawodzie.

Początkowo brał każde zlecenia projektowe, tak więc spod jego ręki wychodziły projekty kiosków, bramy wjazdowe, płoty i mury. 

Jego projekt gabloty dla sklepu fabrykanta rękawiczek doczekał się premiery na Wystawie Światowej w Paryżu w 1878 r.  gdzie także prezentował projekt osiedla domków robotniczych, który niestety nie został zrealizowany w praktyce. Oba te projekty rozsławiły Gaudiego. Otrzymał zlecenie zaprojektowania gazowych świateł ulicznych dla Barcelony, jednak różnice zdań w czasie prac projektowych spowodowały, że miasto zrezygnowało w ogóle ze współpracy z tym architektem.

Przełomowym zdarzeniem w jego życiu okazało się spotkanie z barcelońskim przemysłowcem Eysebim Guellem, który docenił jego oryginalny talent i finansował wykonanie szeregu jego projektów, aż do 1918 r. kiedy to ów przemysłowiec zmarł.

Jednak już „ rozkręcona” popularność i sława była przyczynkiem do zapraszania Gaudiego przez wielu przemysłowców i kościół . Projektował więc m. in. pałac biskupi w Astordze i budynki dla zakonu św. Teresy.

W sumie wykonał ok. 20 poważniejszych projektów, realizowanych przeważnie w Barcelonie i nieopodal tego miasta.

W 1883 roku przyjął zlecenie budowy świątyni pokutnej Sagrada Familia, ale do 1914 roku , czyli aż przez 31 lat niespecjalnie zabierał się do pracy. Być może nie pasowało mu, że miał ukończyć gotowy projekt Villara. Jednak po 1914 roku poświęcił się wyłącznie tej świątyni a nawet w niej zamieszkał. I jak powiedział „ może nie ostatniej zbudowanej, lecz zapewne pierwszej z nowej generacji”. 

Zmarł w 1926 roku, trzy dni po potrąceniu przez tramwaj. Zgodnie z własnym życzeniem został pochowany w świątyni Sagrada Familia….

 

I jeszcze słów parę o jego twórczości. Początkowo, zgodnie z duchem epoki pomysły czerpał z neogotyku. Budowle nosiły  ślady gotycko- mauretańskie ( te style w Hiszpanii łączyły się często z uwagi na wieloletnie panowanie w niej Arabów ) , ale jego szczególnym obiektem jest Casa Vicens w Barcelonie, dom dla bogatego przedsiębiorcy. W tym projekcie widać bowiem zapowiedź nowego stylu, nad którym Gaudi pracował.

Jego styl określa się jako bardzo rzeźbiarski i secesyjny. Wykorzystywał łuki paraboliczne, fantastyczne formy , zawiłe desenie oraz kształty występujące w przyrodzie. Niekiedy nawiązywał do płynności podwodnego świata. Dziś jest uważany za prekursora architektury biomorficznej.

Z czasem Gaudi zaczął mocniej eksperymentować , tworząc model przestrzenny budynku wykorzystywał regułę tzw. równowagi krzywej łańcuchowej i badał na nim siłę grawitacji. Przy okazji testował wytrzymałość różnych materiałów m.in. bazaltu czy granitu. Eksperymentował też z różnymi rodzajami oświetlenia i „dla osiągnięcia ciekawszego efektu używał do projektowania luster czy fotografii „.  Proponował inne, nie euklidesowskie  układy geometrii . A zdobienia powierzchni wykorzystywał kataloński styl mozaiki zwany trencadis. Z tego okresu pochodzą jego najbardziej dojrzałe dzieła np. Colonia Guell, Casa Mila czy Sagrada Familia.

Nic więc dziwnego, że Gaudi był dla niektórych twórcą co najmniej  kontrowersyjnym, był powszechnie krytykowany w społeczeństwie i prasie a także budził zachwyty. Jednym słowem  nikt nie mógł pozostawać obojętny gdy widział jego zrealizowane dzieła.

Analizowali jego zjawiskowość nawet filozofowie. Jeden z nich, Francesco Pujols tak napisał:

W pracach Gaudíego zdumiewało to, że choć nikogo nie zachwycały, jednak nikt nie ośmielił się powiedzieć tego wprost, ponieważ jego styl sam się broni.

Jako ciekawostkę można podać to, że był nacjonalistą katalońskim. W swoich budowlach nawiązywał do tradycji katalońskiej ( szczególnie gotyku ) i często umieszczał na nich symbole katalońskie. Któregoś dnia został aresztowany za odpowiadanie policjantowi po katalońsku , gdyż mówił tylko w tym języku, nawet w rozmowie z królem Alfonsem III. A były to czasy, gdy władze ustaliły, że język ten jest nielegalny…

Wśród wielu niezrealizowanych prac Gaudiego jest projekt drapacza chmur- Hotelu Attraction w Nowym Jorku.

Był inspiratorem wielu różnych architektów, których nazwiska można znaleźć w Wikipedii, więc nie będę przytaczała….

Rok 2002 ( czyli 150 lat po urodzeniu Antoniego Gaudiego) władze Barcelony ogłosiły Międzynarodowym  Rokiem Gaudiego.

W 1887 roku zespół Alan Parsons Project zadedykował swoją płytę temu słynnemu architektowi nazywając ją „Gaudi”.

I jeszcze jedno, co zupełnie nie przystaje do jego szaleńczych wizji architektonicznych , przez całe swoje życie był  bardzo pobożny, zostawił wiele  świadectw swojej zaangażowanej ponoć wiary że od 1992 roku trwa jego proces beatyfikacyjny….no cóż, boskie młyny mielą powoli…..może się doczekamy, może nie….to już nie nasz problem.

 

CasaMila.jpg

 

DziedziniecCasaMila.jpg

 Casa Mila w całej okazałości i jej dziedziniec…zdj z netu

 

Tak więc reasumując namieszałam tu dużo cukru, soli i pieprzu . Czy potrawa smakuje ?

Pewnie nie, ale przynajmniej było inaczej…..

A tymczasem mój nadbużański las pachnie cudnie po pierwszych letnich deszczach, bo wszak już mamy lato, ziemia oddycha pełną piersią, zadowolona jest moja fasolka zielona jeszcze liściasta tylko na grządkach, pan kukuł kuka jak szalony , bo jak wiadomo tylko on a nie ona wydaje te typowe dźwięki by zauroczyć jakąś narzeczoną czy potencjalną matkę jego dzieci…dzień wyraźniej krótszy…..telewizor z jakiegoś powodu nie odbiera, więc pełen relaks, oddech od wieści ze złego świata….tylko łagodność, dobro, urok i uśmiech….miłego dnia Wszystkim ..

 

 

 

 

Kierunek serce królewskiego miasta Biecz…

Kochani moi! Pewnie zauważyliście ( lub nie) , ile czeka rozgrzebanych wcześniej tematów. A to Białoruś,  a to o Konopnickiej pisanie, czy terapia Wiechem z wędrówką po warszawskiej Pradze .

A tu stale nowe się otwierają. Tym razem obiecuję sobie, że będę konsekwentna i zakończę jeden wątek. Tamte poczekają, nie uciekną i kiedyś powrócą.

Może powrócą, bo tyle się dzieje w naszej Kaczolandii – i śmieszno i straszno się dzieje. Więc lepiej uciekać na emigrację wewnętrzną z tej Krainy , bo można się setnie poparzyć.

Tak sobie rozważając patrzę na już liściaste krzaczki czarnej porzeczki, agrestu i magnolię przed kwietnym wybuchem a tu jeszcze nieposadzone bratki. Też czekają, aż pewnie M. przyszpili i zmusi do działania w tym temacie.

Ale na razie spokojnie siedzę przed laptopem w bezpiecznej świtem zaznaczonej porze dnia , kosy mi śpiewają. A dookoła już szaleje wiosna. Mówię Wam, żyć nie umierać.

I znowu jesteśmy w Bieczu, gdzie było fajnie, i jest zacisznie, bo daleko i dawno . …

 

 

 

Kierunek serce królewskiego  miasta BieczZabytkiBiecza.png

Zabytki Biecza:
1. Fundamenty zamku na Górze Zamkowej
2. Kościół Bożego Ciała
3. Baszta kowalska
4. Dom Barianów-Rokickich wraz z basztą radziecką
5. Kromerówka
6. Ratusz z wieżą
7. Dawna Synagoga
8. Gród starościński
9. Szpital św. Ducha
10. Klasztor Franciszkanów
11. Szczątkowy kirkut

SzpitalSwDucha1.jpg

 

Ocalały XIV wieczny Szpital św. Ducha.

którego „ściany zachodnia i wschodnia są zdobione cegłą zendrówką. Od wschodu możemy oglądać dwa portale, od zachodu portal kamienny, obecnie zamurowany. Nad tym portalem znajduje się rzeźbiony w kamieniu orzeł jagielloński z datą 1487, prawdopodobnie przeniesiony z trzeciego zamku w XVII wieku.”

 

Kierunek serce królewskiego miasta Biecz .

Gdy już obejrzeliśmy niepozorną przydworcową kapliczkę, rozmyślając o biedaku.  kamiennym chlebie i Bogu karzącym złych ( opis powyżej, jeśli ktoś dopiero dzisiaj się włączył w czytanie mojej pisaniny), nadeszła pora ruszyć dalej.

Zarzucamy więc na ramiona  swoje plecaki, bo jesteśmy trochę staroświeccy i żadne kółeczkowe walizy nas nie kuszą, w ręce ujmujemy nasze kostury lub już nowoczesne kije do Nording Walking i patrząc w szczelinę pomiędzy wzgórzami Pogórza Karpackiego, zwaną  Obniżeniem Gorlickim,  ruszamy w górę. Prosto do Biecza.

Droga nas wiedzie zawsze ta sama, królewska, wydeptana stopami orszaków , obecnie nazywana ulicą Fuska, znanego bieckiego farmaceuty o którym dużo już tu  było. A wstępnie myślałam takie to mało romantyczne, ulica imienia farmaceuty. A tymczasem był to Człowiek tak niezwykły, że nie tylko ulicę jego imieniem nazywać trzeba. Zresztą , jeśli kto nie wierzy, niech zajrzy do poprzednich wpisów….

I dzisiaj właśnie sam pan Fusek doprowadza nas w pewne magiczne miejsce. Idziemy za nim, ledwie nadążając. Dokąd ach dokąd nas dziś wiedzie. Zaraz zobaczymy…

Gdy już jesteśmy w połowie wzgórzowego zbocza , nagle odbijamy nieco w lewo . I już widzimy gdzie czeka na nas trochę smętnie bardzo stary, zaniedbany obiekt .To szpital św. Ducha, mówi pan Fusek.  ( nr 9 na załączonym schemacie zabytków Biecza). Pomimo wyraźnego opuszczenia, jednak stoi dumnie. Bo służył ludziom przez wieki, ma wielkie zasługi i my go doceniamy.

I dalej opowiada nam pan Fusek.

Patrzcie państwo! Czy czujecie klimaty?

Bo ten  dawny szpital jest najstarszym  zachowanym budynkiem szpitalnym w Polsce!  Wprawdzie w Europie powstawały szpitale już w VIII wieku, w Polsce pojawiały się  w XIII wieku, ale dopiero w 1395 r. sama królowa Jadwiga ufundowała ten biecki i  wyposażyła tak, że był najznamienitszy  w naszym kraju!. Rajcowie miejscy i mieszkańcy nie tylko w pełni akceptowali, ale też bardzo się cieszyli, bo potrzeb było bez liku. Miasto wtedy liczyło już 3000 mieszkańców i grasowały choróbska wymagające izolacji chorych. Zachował się odpowiedni dokument z tamtych czasów, w którym zapisano, że królowa ofiarowuje plac koło murów  gdzie przedtem stał zamek, ale niestety  spłonął w pożarze w 1388 r. Królowa zwolniła też z podatków sąsiedni folwark w Libuszy z 3 stawami rybnymi. To był duży wkład w działalność szpitala.

Następni królowie : Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary i Stefan Batory,

dokładali swoje „cegiełki”, by szpital nie tylko trwał, ale się rozwijał aż stał się najbogatszym w kraju i najlepiej wyposażonym. Swoją drogą ciekawe jest jak wyglądało owe wyposażenie? W dzisiejszych czasach sprzętu jest multum, ale bywa że źle zarządzany i przez większą część doby stoi bezczynnie. Och, myślę, że królowa Jadwiga by nie dopuściła do takiej sytuacji. Ale ona sobie śpi w krypcie wawelskiej i nie ma zamiaru wchodzić w paradę obecnym władzom, chociaż pewnie w grobie się przewraca słysząc o kolejnych reformach, które nam lada moment zafundują…

A tak w ogóle to wówczas zajmowali się szpitalami zakonnicy. Powstawały tzw. parafie szpitalne z własnym kościołem , nazywane w starych źródłach- prepozyturami. 

I aż dziw bierze, że biecki szpital trwał w swoim pierwotnym stanie aż do XIX wieku, kiedy to przeprowadzono  remont i do 1950 roku korzystali z niego biedni, a następnie został przekazany szkole średniej na internat dla chłopców. Po wybudowaniu nowego gmachu liceum, opuszczony szpital zaczął popadać w ruinę. 

W latach 80 XX wieku podjęto próbę remontu, ale wobec zawirowań politycznych remont przerwano. Następowała dewastacja do takiego stopnia, że pozostały tylko mury i dach. Obecnie, jak piszą w Wikipedii jest ponownie remontowany. Jakoś nie dostrzegamy żadnego remontu, ale może jednak tam działają jakieś niewidzialne duszki remontowe .

Ze szpitalem, jak zwykle bywało połączony był Kościół św. Ducha. Jednak zaniedbywany, stopniowo umierał, popadał w ruinę i ostatecznie rozebrano go pod koniec XVIII wieku.

      Ale koniec opowieści,  mówi pan Fusek już nieco zniecierpliwiony, bo ziółka właśnie na zboczu pachną i niedługo pora zbierać, a wszystkie legendy jeszcze nie  spisane, a apteka zostawiona na bożej łasce, a może trzeba o coś tam walczyć . Uspokajamy, łagodzimy , mówimy, że jak na razie czasy spokoju w kraju, więc nie musi dążyć z orężem. Bo był człowiekiem bojowym . Ale on nam nie dowierza, kręci się niespokojnie i mówi, pora działać. Milczymy, gdyż w obecnej sytuacji już nawet ekolodzy milczą , nie przywiązują się do wyrąbywanych drzew łańcuchami. Są, ale jakby ich nie było. Już nawet panu Fuskowi nie opowiadamy o czym niedawno się dowiedzieliśmy. Duży fragment pięknego parku naprzeciwko kliniki przy ul. Karowej ogrodzono upiornym wysokim betonowym murem . Bo to czyjaś własność. Jak to możliwe, by miejsca tak ważne w mieście dostępne wszystkim i radujące oko oraz filtrujące złe powietrze, zdominowali dawni właściciele albo i nie właściciele, a my  wszyscy pokornie pochylamy głowy . No cóż. Takie czasy przyszły. I w takich czasach przyszło nam żyć….łza się kręci w oku albo jak widzę kogoś z was furia ciska. Na nic to, łzy i furia….

Tego nie opowiedzieliśmy panu Fuskowi, bo już przestępował z nogi na nogę. 

A jeszcze miał nam pan pokazać wspaniałą basztę gdzie teraz Muzeum i opowiedzieć o jedynej w Polsce dawnej szkole katów. Obiecuje, że tak będzie, zaprasza do swojej apteki i dalszej wędrówki po mieście.  A popatrzcie sobie jeszcze, mówi,  posiedźcie na wiosenniewesołozieleniejącej już trawce albo na  murku, podumajcie o ludziach szlachetnych i dawnych czasach. A potem nie zapomnijcie zajrzeć do Kościoła św. Anny……gdzie są piękne witraże sporządzone wg malunków samego pana Matejko. Uszy nam płoną. Ależ niespodzianka, wszystkiego o Bieczu nie dało się przeczytać. Cieszymy się, będę czekał z kawusią wonną, zapewnił. Byle nie z ziółkami odpowiadamy ze śmiechem. Będą ziółka, będą, mruczy pod nosem. Ale tego już wszyscy nie słyszą. I dobrze…

 

królowaJadwigaAndegaweńskaMarcelloBacciarelli.jpg

( od 12 roku życia !!!) Królowa Jadwiga Andegaweńska – obraz namalował Marcello Bacciarelli w XVIII wieku ( chyba z wyobraźni? nie wiem, nie doczytałam, czy są jej podobizny z epoki.) Pewnie wtedy miała te 20 lat, gdy fundowała szpital w Bieczu

 

NagrobekJadwigiAndegaweńskiejKatedraWawel.jpg

 Nagrobek królowej Jadwigi Andegaweńskiej w Katedrze na Wawelu, wykonany w 1902 roku przez Madeyskiego. Zmarła trzy lata po  wybudowaniu Szpitala w Bieczu. Została pochowana wraz z córką….mój Boże….

Wszystkie zdjęcia z netu.

 

 

Zaproszenie do innego świata ( 3 )

OrhanPamuk.png

Orhan Pamuk

StambułPamuk.jpg

 

ElifShafak_Ask_EbruBilun_Wiki_cropped.jpg

Elif Safak

UczeńArchSafak.jpg

To oni zaprosili nas do innego zaczarowanego świata….zdj z netu

 

 

Po niewielkim przerywniku spowodowanym Imieninami mojego Taty, wracam do końca opowieści o Turcji, którą zatytułowałam Zaproszenie do innego świata.

Tym tytułem chciałam się odciąć od tego co nas otacza. Od politycznego zgiełku, od galopującej nienawiści i historii która ’kołem się toczy’- co nie daj Boże, by stało się prawdą. Odpocznijmy więc od współczesnych lęków, dygotu nawet lub depresji.

Wróćmy w dawne czasy, gdyż są już bezpieczne dla nas, bo zasłonięte szczelną choć niewidzialną kurtyną lat a nawet wieków które przeminęły….

      Było tu już o Orhanie Pamuku, tureckim nobliście i jego „Stambule”, którym zaraził mnie pragnieniem ujrzenia tego miasta z rozkołysanego pokładu statku. Postanowiłam popłynąć i przeżyć niezwykłą przygodę. Jednak niespokojne czasy i moje biegnące coraz szybciej, z zadyszką już, nieubłaganie, lata stanowią  granicę, której już nie przekroczę.

Ale mogę sobie wyobrazić…

      I oto jestem, miasto wyłoniło się na horyzoncie, jeszcze uśpione, jeszcze czarne zmrokiem ale już gdzieniegdzie bielejące świtem, by na naszych oczach pojaśnieć wybudzić się i do nas uśmiechnąć. Jest pięknie wyniosłe i umajone  meczetami , których  minarety strzeliste wiodą prosto do Pana Boga, niezależnie jak kto Go nazywa.

I z tego” miejsca, skąd widać światło”czyli minaretu już  łka muezin , pewnie z głośnika, ale głos jak żywy i wzbija się w niebo i pulsuje i ogrania nas tym orientalnym klimatem i zaprasza by pójść wąskimi uliczkami starego miasta i poszukać ludzi. Wyczytać na ich twarzach to co opisuje Pamuk- i ową romantyczność czasem tragiczną i łaskawość dla innych i łzy nieszczęsnych nieszczęśliwych kochanków zaklęte w kamień nad Bosforem  i ślady dawnych lat i całą tą literaturę wyczytać….

      Bo tym razem będzie o pani Elif Safak.

Ta turecka pisarka, urodzona o jedno pokolenie później niż Pamuk ( on rocznik 1952 a ona 1971), bardziej od niego światowa, bo przyszła na świat we Francji, potem wyemigrowała z matką, nauczycielką,  do Hiszpanii i gdy już dojrzała i stała się świadoma swoich korzeni, wróciła do Turcji. Jednocześnie porzuciła nazwisko ojca, przyjęła drugie imię matki za swoje , ukończyła w Ankarze  studia gender i stosunki międzynarodowe oraz obroniła pracę doktorską. Otrzymuje liczne stypendia zagraniczne, z których korzysta z ochotą ale zawsze  wraca, wraca do  kraju swoich przodków i zanurza się w jego klimatach.

     I pisze powieści, pierwszy najsłynniejszy bodaj „ Pchli targ”, potem „Lustra”, które mniej mnie wciągnęły i wreszcie pojawia się u nas jej  powieść„ Uczeń architekta”. Książka dla mnie niepowtarzalnie przejmująca , pełna klimatów i niezapomniana.  Jest pięknie napisana, świetnie przetłumaczona wciąga bez reszty i pozostawia trwały ślad w takim czytelniku jak ja… Książka snuta jak opowieści  w Baśni Tysiąca i jednej nocy, czarowna, barwna i dziergana misternie  złotą nicią. Historie w niej zawarte są pełne, zamknięte, cudnie ze sobą powiązane, nasączone ciepłem. Tak, to jest bardzo ciepła książka. .

 To ta  lektura zapamiętana na długo, zaprosiła mnie do spisanie tych wspomnień o Turcji, którymi Was, Kochani raczę od pewnego czasu zapraszając do innego świata.

     Tak , to inny świat, odległy nieomal o lata świetlne, świat czasów Imperium Osmańskiego, panowania sułtanów Sulejmana Wspaniałego, Murada i innych .

Jest najpiękniejszą jaką czytałam historią miłości człowieka i zwierzęcia. O ich przywiązaniu, wzajemnym  zrozumieniu i ukochaniu. To historia  przyjaźni chłopaka- Hindusa z białym słoniem. Słoń biały  rodzi się niezwykle rzadko i w tej akcji stanowi niezwykły prezent z Indii  dla sułtana, a właściwie sułtanki . Razem ze słoniem przybywa do Turcji ów chłopak, opiekun słonia, tzw. kornak, gdyż nikt nie potrafi zrozumieć białego słonia, nikt nie jest w stanie się nim dobrze opiekować. Słoń nie potrzebuje mowy ludzkiej, by wyrazić swoje pragnienia, potrzeby i uczucia, które w mig rozpoznaje jego młody opiekun. Czas biegnie….

   Inna historia, to nieszczęśliwa miłość do kobiety. Chłopak ów beznadziejnie zakochuje się w dziewczynie nie ze swojej kasty, ale nawiązuje z nią bliskie przyjacielskie relacje i jest wierny tej pierwszej jedynej miłości. Jakie to piękne….

Jak wspomniałam wcześniej  Safak równolegle dzierga kilka historii, zręcznie je przeplatając, by nie znużyć czytelnika a jednocześnie podtrzymać jego zainteresowanie i poziom emocji. Pisarka jest dla mnie super! Ukłon w jej stronę jak również w kierunku tłumacza.

     Chłopak poza swoim ukochanym przyjacielem- słoniem i pielęgnowaną w cichości miłością do dziewczyny , odkrywa swoją pasję. I to kolejna historia. Gdy kornak przypadkowo spotyka tureckiego wielkiego Architekta i budowniczego- Sinana, co oczywiście też wiąże się ze słoniem, ten Wielki Człowiek dostrzega zdolności chłopaka, zatrudnia go u siebie, naucza i pozwala na rozwój samorodnego talentu. Razem budują obiekty, które pomimo upływu wielu wieków można nadal oglądać.  

I tu moje odkrycie, biję się w piersi, nic nie wiedziałam na temat tego Wielkiego Architekta- Sinana.   Zmusiło mnie to do pogrzebania w necie i poczułam jak się rozwijam. Czyż nie piękne jest to uczucie gdy się ma tyle lat ile się ma. …a wieczny rozwój człeka leciwego…piękne, przyznacie….

Więc grzebię w necie jak młódka, uszy mam czerwone i chłonę nową dla mnie wiedzę.

Znajduję tu tylko zdjęcia budowli Sinana, ale też propozycje wycieczki jego śladami . Zachowane obiekty są one rozsiane po wielkim terenie dawnego Imperium Osmańskiego. Nie tylko w Turcji, ale też w Bośni, Mekce, Budapeszcie. Niesamowite, że był twórcą ponad 400 pysznych budowli, które możemy nadal podziwiać   Jakże urocza musi być taka wycieczka tropami Sinana,  choć pewnie wysoce wyczerpująca. Można nogi zedrzeć i doznać zawrotu głowy by obejrzeć te wszystkie Meczety , łaźnie, pałace, mauzolea, karawanseraje ( domy podróżne przy trasach karawan) , mosty, szkoły, akwedukty i szpitale …..

      Sinan a właściwie Hoca Mimar , urodzony w 1489 r. , żył prawie 100 lat !  Aż trudno uwierzyć. Taki wymiar długowieczności w tamtych czasach, gdy i dziś to bardzo słuszny sędziwy i dostojny wiek, niewielu ludziom pisany….

Urodził się w chrześcijańskiej rodzinie w Anatolii jako Grek lub Ormianin, a na chrzcie nadano mu imię Józef.

Gdy miał 22 lata trafił na dwór sułtana w wyniku branki i służył przez 19 lat w korpusach janczarów.

Potem zamieszkał w Stambule, przeszedł na islam i przyjął imię Sinan.

W 1514, roku dostał się do oddziału inżynierów, a od 1528 roku został nadwornym architektem  sułtana. Oby tylko jednego sułtana, – on był nadwornym architektem aż trzech kolejnych władców  Imperium Osmańskiego- Sulejmana Wspaniałego. Selima II i Murada III…..

 

Pozostaję w zachwycie, że tyle wiedzy  zdobyłam, jak  bardzo poszerzyły się moje horyzonty. Jak bardzo ożyły moje marzenia, niedościgłe, ale wiecznie młode….

I jestem szczęśliwa, że mogłam się z Wami tym podzielić….

A wszystko się wydarzyło  za sprawą tylko  jednej przeczytanej książki . …

„ Uczeń architekta”…..Elif Safak…w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego

        

      To na razie tyle, jeszcze jeden wpis będzie, a właściwie cytaty samej  Safak . Są tak dla mnie wartościowe i urocze, że nie będę ich przekształcała swoimi słowami, bo byłaby to profanacja….

 

Imperiumosmańskie1.pngMapa Imperium Osmańskiego….tam można znaleźć budowle zaprojektowane i wykonane przez Wielkiego Architekta- Sinana

 

z20571398AA,Meczet-Selimiye-w-Edirne--dawniej-Adrianopol--w-eu.jpg

 

SelimiyeMosque i SocialComplezSinan16 wiek.jpg

 

SelimyieCamii-uważanyPrzezHistorykówZaNajpiękniejszyNaŚwiecie.jpg

 

z20571405AA,Wnetrze-meczetu-Sulejmana-Wspanialego-w-Stambule--.jpg

Zdjęcia z netu…..

 

 


 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. Pozdrowienia z Fiji (Fidżi)

WyspyWidzzKosmosu.jpg

Fidżi widziane z kosmosu

 

Fidżi, gdzieś w środku.png

W uwypukleniu linii  biegnącej centralnie przez mapę z północy na południe leży państwo Fidżi

 

Fiji_and_oceania.jpg

Położenie Fiji

 

FidĹźiScubaTravel,com,pl.jpg

 

 

Kochany Jacku!

Udało się! Wydobyłam się z lepkiej wsysającej umysł i serce magmy naszej rzeczywistości politycznej i wylądowałam na Melanezji. Pozdrawiam słonecznie.  Zapraszam Ciebie i  Wszystkich Przyjaciół. Z Sydney masz tylko ponad 3 tys km a polscy przyjaciele tylko ponad 15 tys km. W dzisiejszych czasach cóż to jest za odległość. Spotkajmy się na tych Rajskich wyspach wrzuconych przez niespokojną wulkanami ziejącą ziemię na bezmiar Pacyfiku.

 Jest cudnie, rozluźniająco, odmładzająco , pogadamy, pomilczymy, oczy nasycimy, siły odzyskamy  by ich starczyło na bezbolesny  powrót do mrocznego kraju….

Tu jeszcze jest lato, bo tak jak w Twoim Sydney trwa ono do kwietnia, by potem przejść w łagodną mokrą zimę trwającą do października.

Siedzę na plaży i moczę obolałe stopy w bardzo słonej wodzie,  Pacyfiku, bardziej słonej niż nasz Bałtyk. Szumią cicho te ciepłe , z rzadka dobijające do brzegu fale , bo Ocean o tej porze roku jest prawdziwie Spokojny i jego fale są  długie.  Coś w tym jest . Jedność lenistwa fal  i mojego lenistwa. Woda i powietrze mają 27 stopni, więc komfort. Zimą ocean jedynie o 3 stopnie chłodniejszy. Żyć nie umierać!

A wszystko przez Twój list, w którym opisujesz Twoją przygodę reporterską na Fiji.

Jednak nie znalazłam w nim opisów jak tam jest, co jak wiesz uwielbiam.  Zaintrygowana , zaciekawiona jak zwykle bywa, gdy czegoś nie wiem, nikt nie namawia,  postanowiłam sama sprawdzić.

Takam Zosiasamosia….

Początkowo chciałam tak jak ludzie pierwotni dobić tam statkiem , by patrzeć jak powoli wyłaniają się z morza wyspy. A jest ich tu 320 dużych z czego 100 niezamieszkałych i setki małych. Nie zapomnę rejsu po Morzu Śródziemnym, kiedy przed laty  w nocy wracaliśmy z Kos na Rodos. Oglądane w dzień liczne wyspy były urocze, ale zwykłe, bez nocnej deformacji. Gdy nastała zupełna ciemność stały się groźne, czarne i otaczały nas budząc grozę i zdziwienie, że jest tak inaczej. Wydawały się tak blisko, że czuliśmy się osaczeni. Marzyłam więc o rejsie morskim, o wietrze, o ustach słonych od bryzy, o bezmiarze i pięknym uczuciu, że gdzieś  na horyzoncie rysuje się zarys lądu. Jednak taka podróż na Fiji czyli po naszemu Fidżi trwałaby nie krócej niż 6 miesięcy.

Więc wzięłam samolot. Jest też oswojony, bo latania w życiu miałam sporo, wpatrywania się w okienko i co za nim, maleńkie makiety map świata w dole. Też romantycznie i pięknie, szczególnie, że w Michałowicach mam lądujące samoloty na Okęciu niemal na wyciągnięcie dłoni. No, trochę przesadziłam, widzę je w pewnej odległości, ale już mają wysunięte podwozia, widać koła i sapiąc obniżają lot…też cudnie.

 Wprawdzie Almatur już wyprzedał na ten okres wycieczkę w te strony, ale od czego Internet i własna inwencja. Lecieliśmy nad Syberią, , by skrócić trajektorię lotu, potem „spadaliśmy” nad Japonię i dalej już tylko szmaragdowy przezroczysty Pacyfik i zielone wyspy na nim. Widoki były przepiękne. Po licznych przesiadkach  wylądowałam .

I oto jestem. Myślę o Azjatach , którzy przybyli tu  w XVII wieku. To niesamowite jak sprawnymi byli żeglarzami, by pokonać takie odległości. O Angolach myślę, którzy potem zajęli wyspy i o Hindusach zatrudnianych przez tamtych wyspiarzy na plantacjach trzciny cukrowej. Zabytków tu nie ma, więc jest okazja by wpatrywać się w twarze ludzi spotkanych. A to jasne łagodne szerokie i promienne rdzennych Polinezyjczyków a to szczupłe i szarośniade Hindusów i angoli wielkozębne białe. Tak, obserwowanie ludzi , ich zachowań, obrządków to może być pasja. Ciekawe, czy też tak masz, Jacku. Pewnie też, bo widzisz podwójnie przez swoje oczy i oko kamery.

I zieleń. Wielka nieustanna zieleń tropikalnych lasów deszczowych, spływająca ze zboczy wygasłych wulkanów, rzednąca czasem w dole z łagodnym przejściem w wielkie trawy sawanny. Tam wśród drzewiastych paproci, bambusów ponoć można zobaczyć rajskie ptaki i inne zwierzęta. Po prawdzie widziałam tylko kozę mieszkającą na drzewie i ciekawą świnkę nieopodal jednego z domków a właściwie altan. Zapomniałabym o wszędobylskich jaszczurkach, iguanach, które nieruchomo siedzą na ścianie mojego okrągłego bungalowu zwanego falą  i hipnotyzują owady, by jednym skokiem dopaść zdobycz. Początkowo bałam się, że wpadną do mojego łóżka, ale najwyraźniej nie były mną zainteresowane. Ale co mam ci pisać, tyle widziałeś, że już się niczemu nie dziwisz. Jedno mnie tylko ciekawi, jak te” żywota „ znalazły się na wyspach, przypłynęły czy co?

Każda wyspa tego archipelagu jest ponoć  otoczona przecudną rafą koralową. Mam zamiar skorzystać z propozycji nurkowania, by obejrzeć z bliska. Pewnie na zamiarze się skończy, bo ….za to widzę wielkie wyfruwające z oceanu ptakoryby. To Manty ale ładniej – diabły morskie, jak ktoś powiedział. Lubią przebywać w grupach., wyskakiwać bardzo wysoko nad powierzchnię wody, by,  jak piszą, oczyścić ciało z pasożytów. Ale to mało romantyczne wytłumaczenie. Po prostu są ciekawe świata i lubią akrobacje. Są cudne, elastyczne, choć ponoć niejadalne,  a, że  żywią się tylko  roślinami i drobnymi rybkami, więc dla nas bezpieczne..

Zbudziłam się o świcie i od razu poczułam się wybrana szczególnie , bo byłam jedną z pierwszych osób na świecie, do których zawitał nowy dzień. Już w samolocie tubylec wracający na swoją wyspę oznajmił mi z wielką radością, że ich wyspy mieszkańcy nazywają  Viti, co oznacza Wschód Słońca. Bo tu rodzi się słońce, gdy  mieszkańcy kuli ziemskiej toną w ciemnościach nocy…Piękne, prawda?

Tak więc na razie siedzę na plaży, z wielkimi okularami przeciwsłonecznymi na nosie, wysmarowana kremem z filtrem, moczę nogi w bardzo słonej wodzie leniwych fal i popijam nieco narkotyczny wszędobylski tu napój zwany kava. Nie ma nic wspólnego ze znaną u nas kawą, chociaż miejscowi lubią szczególnie celebrować jej picie. Chętnie częstują przybyszów, czego sama doświadczyłam. Polinezyjska kava jest wywarem sproszkowanego korzenia pieprzu metystynowego i w odróżnieniu od uwielbianego przez nas napoju o nazwie kawa nie pobudza a daje relaks , ułatwia zasypianie, wprowadza w lekką euforię, a czasami nawet jak opisują „powoduje lekkie mrowienie w okolicy genitaliów co zwiększa przyjemność czerpaną z uprawiania seksu”. Ta ostatnia pozycja już na szczęście mnie nie dotyczy, ale wiedzieć warto. Na pewno w tym miejscu Jacku się obruszysz, bo kiedyś ładnie napisałeś, że lubisz swoje ciotki, które są wiecznymi dziewczynami . List ten od Ciebie zamieściłam w blogu i nosi nazwę „ Kobiety”.

Tak więc kołysana oceanem, pieszczona słońcem, wprowadzana w łagodność i lekką euforię ( w Polsce napój ten jest zabroniony, jako narkotyk)- niemożliwie- wspaniały jest ten błogostan- wdycham zieloną wilgoć lasów deszczowych czuję, że jestem w Raju…Tym bardziej, że daleka muzyka mnie przenika . Prawdziwa, najbardziej  popularna bo rdzenna,  polinezyjska. Więc płyną do mnie śpiewy ich  mandolin, strzępiaste gitary akcentowane gdy trzeba bębnami . Potem tylko same bębny , pewnie ogłaszają urodziny dziecka….

Zasłuchana, zapatrzona, zauroczona, odmieniona, uwznioślona, wypoczęta , świeża i radosna budzę się po godzinie pod moim michałowickim niebem.

Tak więc Jacku, dzięki Tobie odbyłam piękną podróż, niezapomnianą, uzyskałam  iście niebiański spokój ducha, zasypiam popijając dyskretnie kavę co u nas zabronione,  izoluję się od wiadomości Złego , trwam w tym błogostanie mniemam , że na wieczne czasy. I to wszystko uzyskałam ratując zawartość portfela. Życie jest piękne, nucę….

Czego i Tobie życzę i przyjaciołom naszym , pozdrawiam Twoja ciociaklocia .

Aha, zapomniałam dodać, że u nas jest godzina 12 w południe a w Twoim regionie- 1 w nocy. Więc zanurzam się Twoją noc, oceaniczną , w Twoje sny….nie bój się , przecież wiadomo, że nawet najczęściej pita kava nie otworzy cudzych snów….po prostu tak mnie poniosła wena…

Jeszcze raz dzięki za piękne dni podróży na Fji czyli Fidżi …zosia

 

640px-WayaWayasewa.jpg

Czasami można przejść z wyspy na wyspę…

 

wioskaNavalaCentralna częśćWyspyVitiLevu.jpg

 

plaza.jpg

 

Manta_birostris-Thailand.jpg

Diabeł morski

UihaPig_C_M.jpg

 

Iguana.jpg

 

GoatUpATree2_C_M.jpg

 

 Wszystkie zdjęcia z Wikipedii i polecanych przez nią publikacji