Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 15 ). Obrazek z anatomii patologicznej.

zdjęcie własne

Moi Drodzy ! Jak zauważyliście, kartki z Pamiętników naszych Kolegów ze studiów na AM w Poznaniu  ( 1965- 1971)  tu się  nieustannie przeplatają. Ale tak ma być. One tak chcą, te nasze WSPOMNIENIA  chcą się spotykać, rozpoznawać, czasem identyfikować i czule dotykać , po czym  fruną w dal – podążając za NAMI –  bo tak naprawdę mieszkają w NAS – tu są tylko jako te przelotne ptaki, które usiłuję złapać w blogowe sieci 🙂

Maria J. Nowakowska, czyli nasza Mariolka, w czasie Sesji Rady Gminy, Kępno, 1991 rok. Wielce skupiona, a może się czai z jakimś pomysłem jak uzdrowić swoje miasto ? Zdjęcie z internetu.

Ale teraz już wracajmy do Pamiętnika Mariolki, ponieważ Jej świetny tekst  się  bardzo niecierpliwi, czekał dość długo, więc widzę, jak przestępuje z nogi na nogę 🙂 tzn. ja mam poczucie winy, że jeszcze go nie wrzuciłam … –

A było tak, ponieważ z niecierpliwością wypatrywałam  zdjęć od Autorki Pamiętnika  – w którymś momencie zasugerowałam, żeby  zrobiła zdjęcia ze zdjęć , nie czekając na czas wolny Syna – bo jak wiadomo młodzi czasu nie mają w ogóle. Za dobrze pamiętamy  nasz czas intensywnej pracy zawodowej czy „tylko hodowania ” dzieci …

Mariola nieomal od razu tak odpisała – a co najważniejsze, rozwinęła opowieść, która nagle przyszła Jej do głowy  – czym mnie , zresztą nie po raz pierwszy mile zaskoczyła  :

witaj

dzięki za pomysł że mogą być całe strony – zaraz idę do fotografa by mi zrobił …

… ponieważ dzięki Tobie myślę o  naszych wspólnych chwilach  wpadło mi do głowy wspomnienie :

 pierwsze zajęcia z anatomii patologicznej na Przybyszewskiego – prowadził doc. Łukaszewski ( pamiętam nazwisko bo przyjaciel Ojca i potem wiele mi pomógł w chorobie męża – sprowadził endoprotezę ze Szwecji bo u nas jeszcze ich nie było – oczywiście my musieliśmy zapłacić 1000 dolarów) …

…. no więc sala, stół a na nim zwłoki oczywiście nagie

zawołany jeden z kolegów ( oczywiście nazwiska nie podam )   zaczyna zestresowany referować ale zapomniał powiedzieć płci

docent go pyta : a płeć?

        mężczyzna

        nie – kobieta

        nie  – mężczyzna

 cisza  wielka –  w końcu kolega podchodzi od strony stóp chwyta i siłą rozchyla nogi nieboszczyka i podaje płeć

 rozbroił wszystkich – śmiech był gromki

 takie głupotki zostają gdzieś w zakamarkach mózgu i nagle wychodzą …

Mariolko

Wyobraziłam sobie Was, co jest łatwe, bo sama przeżywałam podobne sytuacje – ciężka jak przysłowiowy ” topór „atmosfera powagi ale też przerażenia – może już nie takiego jak w czasie zajęć na pierwszym roku z Anatomii Prawidłowej – ale choćby z powodu stałego nas odpytywania, zaliczania – i poczucia, że czegoś nie doczytaliśmy ( bo np. fajf wieczorny zaburzył pochłanianie wiedzy ) –  a w końcu i tak niemożliwe jest wiedzieć wszystko  …

A tu nagle kolega uparciuch  – w akcie odwagi a może tylko desperacji zdobył się na opisany przez Ciebie czyn – by udowodnić swoją rację – zaimponował mi – ciekawe czy potem został profesorem 🙂  ?

                      I jakby przy okazji dotknęłaś jeszcze jednego problemu – wieloletniej choroby Męża …. Ale pewnie to dla Ciebie bolesne wspomnienie, więc nie pytam …..

zdjęcie własne

 Mariolko , prosimy o jeszcze – „ odwiedzaj „ swoje zakamarki mózgu jak najczęściej  – czekamy na Twoje opowieści, każda z niespodziewanym , często humorystycznym „ zakrętasem „, jak nazywam Twoje nagle wrzucone do tekstu stwierdzenia,  krótkie komentarze ,  „ odbicia” od tematu, które są jak najpyszniejsza przyprawa ….

zdjęcie własne

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 3 )

 

Powtarzam wyjaśnienie. Zanim się zdecydowałam na opowiadanie o Panu Profesorze Witoldzie Ramotowskim, przeżywałam chwile wahania. Czy się zgodzi, bo jest Człowiekiem bardzo Skromnym? i jakby w telepatycznej łączności ze mną łażącą samotnie po drogach leśnych , nie samotnie, bo z wątpliwościami, niespodziewanie zadzwonił Pan Prof. Dziękował za to, że Go odwiedzamy. Podjęłam dręczący mnie temat. Nieśmiało zapytałam, czy się zgadza na moje wpisy- opowieści  w tym blogu z użyciem Jego nazwiska oraz zdjęć.  Zgodził się bez wahania, nawet podziękował, co mnie wzruszyło. Wie jak piszę, czytywał mój blog i opatrywał cennymi komentarzami. Więc ma do mnie zaufanie.   I tak to za namową wieloletniej asystentki Profesora, dr Joasi Suchockiej i Mirka- dziergam swoją opowieść o naszych wspólnych czasach i o tym co usłyszeliśmy  z ust Pana Profesora- Legendy Polskiej Ortopedii, Człowieka Niezwykłego o wielu pasjach i kochającego ludzi…..

 

profcio,2009.JPG

Pan Profesor Witold Ramotowski, zawsze bacznie słuchający człowieka…zdj własne sprzed może 3 laty….

 

Warszawska ulica, jedna z wielu, a jakże inna,  dotychczas mi nie znana, zamknięta magiczną Chełmską , gdzie jak wspomniałam, Wytwórnia filmów i kawał życia Profesora. Ale filmach, które robił będzie kiedy indziej. Nie da się wszystkiego zmieścić w krótkiej opowieści ani tym bardziej zachować porządku chronologicznego. Tak więc będę opowiadała chaotycznie, to co mi akurat przyjdzie do głowy. Bo tłoczą się w niej takie ilości wspólnych chwil spędzonych z Profesorem i Jego opowieści, że  mogę wybierać jak rodzynki z pysznego ciasta pachnącego drożdżami.

A więc ostatni pokój po lewej . Cisza. Wchodzę. Jest poobiednia sjesta, Profesor na krześle przy  niewielkim stoliku. Na stoliku magnetofon, butelka z wodą i może jakiś drobiazg- nie pomnę. Widzę tylko Jego, naszego Przyjaciela. Ogolona głowa, bo tak higieniczniej przy wielkich upałach ,  zmienia Jego wygląd na starczy ale jednocześnie modern- wszak młodzi dziś też golą głowy. A może to wrażenie smuty, które mnie ogarnęło jest spowodowane tylko tym, że Profesor nie ma na nosie okularów i dlatego wydaje mi się taki nagi i bezbronny. Siedzi nieruchomo, wyprostowany, elegancko ubrany, wytworny, ma  słuchawki na uszach, i jest bardzo zasłuchany, skoncentrowany na tym co się dzieje pomiędzy słuchawkami a Jego rozumem czy wyobraźnią.  Ta refleksja o Jego wyglądzie trwa ułamek sekundy zaledwie, ale jest tak silna, że przedstawiony obraz mam zapisany w oczach. Zbliżam się, obejmuję  szerokie ramiona, lekko przytulam głowę do jego twarzy.  A On mówi, Zochna. Tak jak zawsze, zawsze tak na mnie mówi . Poznaje mnie  , nie wiem czy po głosie, czy dotyku, czy może zapachu. Tak, na pewno poznaje mnie po zapachu naszego Gulczewa, mojego wielbionego  lasu i Jego ukochanej rzeki nad którą ma domek. Taką działkę wybrał, bo jest urodzonym wodniakiem, tak więc Profesor poznaje mnie po tych zapachach,  które noszę w sobie .

Potem przywitanie z Mirkiem. Równie czułe i wylewne. Nie wstydzimy się tych gestów. Przytuleń, dotknięć  czy nawet dłuższego trzymania dłoni w dłoni. Już jesteśmy poza podejrzeniami , że te czułości mają jakiś podtekst. Po prostu wszyscy pragniemy tego samego, jeszcze bardziej niż w młodości. Pragniemy czyjejś obecności, czułości i dotyku.

I jest radość. I już płoną Mu oczy, piękne i mądre. Zdejmuje słuchawki,  wyłącza odtwarzacz. Jak zawsze, wszystkie czynności wykonuje po kolei, bez chaosu, który np. jest we mnie- kilka tematów otwartych na raz. Profesor ma wszystko poukładane w głowie. Inaczej nie mógłby skutecznie operować pacjentów.  Choć czasami ucieka od głównego tematu rozmowy w jakąś dowcipną dygresję ale zaraz wraca do opowieści, by ją zakończyć. Ogólnie jest bardzo szybki w działaniu . I tu przypominam partie szachów które rozgrywał z Mirkiem. Siadywali przy niskim stole tzw.  ławie w Gulczewku, jak nazywał naszą nadbużańską oazę, czy Azyl ( altanka) i Mirek zwyczajowo długo, bardzo długo myślał nad każdym ruchem. A Profesor oczekując na decyzję Mirka, zrywał się niecierpliwie i krążył po swoim dużym pokoju patrzącym na rzekę. Pomimo tych trudności,  nieharmonijności obu panów w decyzjach jaki wykonać ruch szachowy, zasiadali do tej gry często….cdn.

 

P7120091.JPG

Widok z okna Pana Profesora oglądamy w zoomie ap foto. Tzw „cofka” na Bugu i sejmik bociani na półwyspie….zdj wlasne

 

List od Jacka. Historia jednego zdjęcia.

I Jacek list napisał „…. wiosna, cieplejszy wieje wiatr, wiosna, znów nam ubyło lat, wiosna, wiosna

wkoło itd….

Te miniaturki, jak Ciocia je nazywa, to rzeczywiście takie Paciorki Jednego

Różańca. Wobec tego coś będę bazgrolił dalej….”

 

IMGP1913.jpeg

Jacek po prawej….

 

 

Jacek Łukaszewicz

Historia jednego zdjęcia

 

” W 1995 roku przyleciał do Sydney nasz Papież na beatyfikację Mary McKillop.

Wielkie wydarzenie.

Kręciłem dokument z pobytu Jana Pawła II dla TVP. Mieliśmy operatora z telewizji,  Wojtka, więc nie martwiłem się o materiały medialne.

Wszyscy akredytowani reporterzy mogli przebywać tylko w miejscach dla dziennikarzy, ogrodzonych  i otoczonych przez panów w garniturach ale bez poczucia humoru.

Więc cały świat oglądał wszystko z jednego punktu widzenia.

A ja z reguły lubię coś innego.

W parku – Domain – była odprawiana Msza przed beatyfikacją. Cały park otoczony był rusztowaniami dla snajperów.

Zmieniłem garnitur na moro, wziąłem kamerę, akredytację bezużyteczną i poszedłem do parku. Jakoś nikt nie zwracał na mnie uwagi. W związku z czym wspiąłem się na wieżę snajperską i miałem ciekawą perspektywę. Po czym po krótkiej rozmowie ze snajperem zszedłem na dół i dalej kręciłem. 

Następnego dnia Beatyfikacja wspomnianej Mary McKillop.

Stoimy wszyscy jak baranki w obozie dla dziennikarzy.

Wychodzą. 

Czapki Kardynałów i na końcu Nasz Papież.

Wojtek stał przy mnie. Powiedziałem, że za chwilę będzie skakał przez barierkę z kamerą. Nie bardzo rozumiał.  Ale skoczył.

Na niego ochrona, wtedy spokojnie przeszedłem przez barierkę i mam zbliżenie Ojca Świętego dotykającego kamerę błogosławiąc Polaków.

I w tym momencie skoczyła na mnie ochrona i zostałem aresztowany.

I znów pomógł mi polski paszport, bo po jakimś tam przesłuchaniu i pouczeniu puścili mnie wolno. No itd.”

Rozmyślania nad zielonymi ośćmi.

 

 

SAM_0906.JPG

Na moją prośbę, pan w barze pokazuje kręgosłup belony, Ładny, zielony jest. Ale ryby żal….

 

 

Po emocjach wyborczych, gorzkim smaku klęski urzędującego Prezydenta przychodzi do człeka lęk, co będzie z Polską i z nami? Za dobrze pamiętamy rządy PiSu by się nie bać.

Ale dlatego właśnie dziś chciałam uciec w przyrodę, w blogowe gadanie i temu podobne zajęcia. To jedyny ratunek….

      Poszłam ci ja do baru rybnego , jako że jeszcze w Jastarni „baluję”. A tam miła panienka z uśmiechem zaproponowała rybkę o nazwie belona. Od razu melodię usłyszałam Wojtka Bellona i jego Grupy Bukowina i smętny jego metalowy ławeczkowy  pomniczek w Busku Zdroju, gdzie mieszkał…Tak więc nazwa tej rybki bliska sercu się zdała i pełna muzyki. Właściwie nie powinnam jadać mięsa ani ryb w szczególności, gdyż zawsze z istotą żywą się kojarzy, ale ryba ponoć dla zdrowia powinna być konsumowana. Więc na chwilę zapominam o męce przedśmiertnej ryby, bo właśnie panienka z baru wnosi na talerzu zamówioną belonę. Tak, zamówiłam a właściwie zamówiliśmy. Jak mamy w zwyczaju prosimy też o drugi talerz i sztućce i dzielimy jedną porcję na pół, bo tak wielkiej, jaką podają nie da się zjeść. Jeszcze niedawno może bym się wstydziła, ale teraz nie. Pamiętam wrażenie sprzed bardzo wielu laty , gdy byliśmy w restauracji hiszpańskiej gdzieś na Muranowie i kelner –Hiszpan sam zapytał, czy zapakować nam to, czego nie byliśmy w stanie zjeść. Oczywiście zgodziliśmy się ochoczo i przez kolejne trzy dni mieliśmy gotowy obiad. I to wszystko z dwóch tylko restauracyjnych porcji. Teraz już wszędzie nie ma problemu, by poprosić o opakowanie jednorazowe i zabrać do domu to co zostało albo po prostu zamawiać jedną porcję na dwie osoby. Rozpisałam się nadmiernie, ale to we mnie siedziało jako swojego rodzaju ciekawostka historyczno-obyczajowa.

      Pora wrócić do opisu naszego obiadu i zamówienia melodyjnej belony. Przed zamówieniem zapytałam, czy ta ryba ma ości, pani przytaknęła, ale powiedziała, że można sobie poradzić. Coś tylko bąknęłam o tym, że okularów nie wzięłam, ale pani pewnie nie dosłyszała. Tylko dalej opowiadała z żarem, że ta ryba pojawia się w Zatoce Puckiej jeden raz w roku, w maju i że jest nad wyraz  smakowita.

Tak więc przełamując opory by jeść żywe jeszcze niedawno zwierzątko zabrałam się do dzielenia ryby. I wówczas zauważyłam rzecz niezwykłą. Ta ryba miała zielony kręgosłup, a przy dalszym przygotowywaniu kęsa odkrywałam też , że ma dużo cienkich jak gruba żyłka  ości, ale przezroczystych i cudnie zielonkawych. Okazało się, że były tak dobrze widoczne, że okulary w ogóle nie były potrzebne.

Po powrocie do domu zajrzałam zwyczajowo do netu i znalazłam to, co pokrótce sobie streszczę. Otóż belona, zwana też beloną pospolitą ( łac. Belone belone- czyż nie cudnie można to zaśpiewać?)  jest  rybą morską belonokształtną. Jak widać musi być on tak niezwykły, że nawet nazwa pochodzi od tej ryby. Jest bardzo szczupła , smukła , potrafi osiągać długość nawet do 100 cm. Trochę przypomina węgorza, ale posiada bardzo długaśne szczęki przypominające dziób , uzbrojone w  liczne drobne zęby. W młodości jej szczęka górna jest znacznie dłuższa od dolnej. Ma wielkie oczy i podobno jest bardzo brzydka, poza dwoma cechami. Po pierwsze odziana jest w piękną srebrną skórę z drobnymi łuskami i jej kręgosłup oraz ości mają zielonawoniebieskawą barwę. Barwnikiem tym jest biliwerdyna powstała w wyniku przemiany hemoglobiny. Człek też ją produkuje w sobie , ale nie wpadł na pomysł, by barwić sobie kosteczki czy chociażby paznokcie…

Belona mieszka we wschodnim oceanie Atlantyckim oraz Morzu Śródziemnym, Północnym Czarnym i Bałtyckim.

Belony są towarzyskie, pływają w stadach blisko powierzchni wody i potrafią wyskakiwać ponad wodę. Żywią się małymi rybami i skorupiakami.

U naszych wybrzeży pojawia się tylko jeden raz w roku, w maju, gdy woda w morzu po zimie nagrzewa się gdy temperatura osiąga 8-9 stopni , i wtedy wyczekujący jej wędkarze są w siódmym niebie…Później odpływa na głębokie wody morza ….

I teraz siedzę nad klawiaturą a trapi mnie jedna myśl. Ta biedna ryba przypływa do nas, na Zatokę Pucką  ufnie napędzana biologią. Tu, w tych dość ciepłych teraz wodach musi odbyć tarło. A ludzie urządzają na nią polowania. Pytałam o to w tym i w innych barach oraz mieszkańca i nie otrzymałam odpowiedzi. Nad obecnością tej ryby o tej porze roku na talerzach barów rybnych panuje zmowa milczenia. Ktoś tylko powiedział, że rybacy wybierają takie sztuki, które nie mają oznak dojrzałości płciowej, nie noszą w sobie ikry ani mlecza…ale jak to rozpoznawać? Nie wiem…

Chyba zostanę wreszcie wegetarianką…

Ale czy rośliny nie cierpią?

I na tym zamykam poranne rozmyślania, bo i tak odpowiedzi nie widzę.

Tymczasem  na poranną kawkę zapraszam….

 

Zostawmy  tę piękną belonę , niech wolnością się cieszy. Zdjęcie z Wikipedii.

Belone_belone1.jpg

 

 

 

 

 

Listy od Jacka. Przypadek.

IMGP1900.jpeg

Jedyny syn mojego Brata- Jacek…ciepło w sercu jakoś… To zdjęcie m.in. teraz mi przysłał.  Nie znam daty.

 

To było bardzo dawno, gdy w dalekiej Australii odeszła z tego świata druga żona mojego brata- Zenona, Gerta i  urwał się kontakt z moim bratankiem a ich synem- Jackiem.

Już kiedyś pisałam,  że do Australii wywędrowali w końcu lat 80 ubiegłego wieku. Ona, Gertruda Fajger, była znaną radiową zielonogórską dziennikarką. Mój brat już dawno opuścił rodzinę, więc byli wolni i mogli zrealizować marzenia poznania świata. Tak więc Matka i Syn najpierw pojechali do Austrii a stamtąd dalej, na owe antypody…..

Przedtem Jacek bywał u moich Rodziców w Gorzowie a potem w Warszawie. Gdy zachorowała Gerta , zapadła cisza…..

     Po bardzo wielu latach , w 2011 roku wybrałam się z Mirkiem do Zielonej Góry na grób Brata  . I nagle  okazało się , że dokładnie w tym samym czasie do Zielonej przybył Jacek. To był Przypadek, zupełnie niesamowity. Jakby zaaranżowany przez kogoś , kto ogląda nas z góry, jakby figiel mojego Brata z zaświatów. Zjawiliśmy się niespodziewanie, nikt nie mógł przekazać Jackowi informacji, że będziemy ani nam, że On leci z dalekiej Australii.

Po prostu zjawiliśmy się dokładnie w tym samym miejscu i w tym samym czasie. I się po prostu spotkaliśmy …

„Przypadek”-  podkreśla teraz Jacek delektując się tym słowem z jakimś wewnętrznym skupieniem i namysłem

Po kilku dniach spotkań w Zielonej Górze, przyszedł czas pożegnania. Po powrocie do  domu   napisałam maila na podany przez Niego adres, ale list wrócił.

    Spasowałam więc i poświęciłam się spisywaniu wspomnień rodzinnych zamieszczając je w tym blogu. Jeden rozdział zatytułowany Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza zawiera to co zapamiętałam z Jego dzieciństwa, ze spotkań z Jego Mamą ….

Pisałam sobie i pisałam te listy bo przede wszystkim  chciałam  utrwalić dawne czasy, uratować wspomnienia z nadzieją, że może kiedyś wrócą stale żywe do naszych dzieci czy wnucząt .

Tak sobie właśnie myślałam, właściwie nie spodziewając się, że adresat je przeczyta.

      Aż tu nagle, wyobraźcie sobie , nagle zadzwonił telefon. Tu Jacek…oczywiście serce zadrżało, wszak to moja krew .

Zapytałam skąd dzwoni. Odpowiedział , że zdobył  numer mojego  telefonu a dzwoni z antypodów, czyli z Australii …Można się domyślić, jak długa była ta  rozmowa jaka serdeczna . Tyle nas łączy – On zachował ciepłe wspomnienia o dziadkach -moich Rodzicach- Stefanii i Wacławie od którego otrzymał nie tylko nazwisko. Ale o tym potem….

W pierwszym  mailu po tej rozmowie, Jacek  tak pisał:

 „ Witam Ciociu,

Nasze spotkanie w Zielonej Górze było jak bajka Andersena, tudzież kłania się Kornel Makuszyński podczas wakacji z duchami innego autora…..Prawdziwość słów, to jest prawda czasu, prawda ekranu, prawda…..

Przypadek- ciekawe- szukałem poetów zielonogórskich, a znalazłem Cioci listy do mnie….”

 

Odpisałam, prosząc  Go o jakieś opowieści z życia, bo spodziewałam się, że jest barwne…

Na to Jacek :

<< Skoro Ciocie to interesuje, coś tam będę pisał. Zresztą fajnie, bo na przykład moich chłopców w na razie jakoś nie interesuje cały ten zgiełk ( mówi o synach i Internecie – mój przyp.), a może to jest właśnie forma przekazu dla potomnych…>>

 

I tak się zaczęło…….

.

 

Złudzenie…

goni..jpg

 

 

 

Kiedyś otrzymałam od goni takie zdjęcie.

Najpierw się zastanawiałam co ono przedstawia, czy wielki bardzo symetryczny baobab na tle chmurzastego nieba, czy inne drzewo. Gdy nasyciłam wzrok przedziwną urodą tej  fotografii i oprzytomniałam z tego pierwszego wrażenia,  usiłowałam sobie wyobrazić, jak  ją wykonała. Może z  lustrem pracowała  albo wykorzystała jakiś super program .

Ale gdy  po prostu  odwróciłam je na bok,  okazało się zupełnie inne, też piękne, ale zwyczajne. Moje cudne jezioro lubuskie ujrzałam , tak dawno nie oglądane, ale wytęsknione i niebo cudne i odbicie lasu i chmur w wodzie ….

Teraz jestem  pod wrażeniem, nie tylko tej migotliwej podróży do krainy mojego dzieciństwa ale głównie tym, jak zmiana projekcji wpływa na nasz ogląd….

Mogę sobie wyobrazić co widzi pilot gdy wyczynia podniebne akrobacje, jaki inny zjawiskowy świat. Pewnie dlatego zarażeni tą pasją nie mogą przestać latać. Ale czy oni w swoim wielkim pędzie są w stanie oglądać ziemię? Nie wiem…

Dla mnie, istoty pełzającej po ziemi, jedynie zdjęcie potrafi zmienić mój świat…

 

 

goni..jpg

Na medycznej ścieżce. Tacy byliśmy w tamtych latach…

Bardzo często, a ostatnio właściwie stale występują trudności z wprowadzaniem zdjęć do blogu. Piszę i piszę w tej sprawie do redakcji portalu WP, ale efektu nie ma. Trudno, trzeba się z tym pogodzić, a szkoda, bo zdjęć dużo…jakimś cudem udało mi się wrzucić to zdjęcie. Wkleił je mój Tato do nowego rodzinnego albumu, który teraz zbrązowiał ze starości….napis na dole, którego nie umiałam usunąć  dotyczy anonsu prasowego o obronie mojej pracy doktorskiej, który Tato fantazyjnie wkleił poniżej. Obrona miała miejsce w 1991 roku, a nasz ślub 1. czerwca 1968. Boże , jak te lata lecą…..

 

 

 

 

Dzisiaj udało się wrzucić jeszcze to zdjęcie. Po ślubie. Przytulenie.  Moja Mama miała wtedy 61 lat, czyli 4 lata mniej niż ja teraz……

Śladami mojego Taty . Najstarszy brat Ojca- Witold

 

Rodzice Taty( Stanisława i Tomasz) z dziećmi. Po lewej Witold, ciocia Ancia w pięknej sukience ( podobnie jak jej mama) , a ciocia Bronia to rozkoszne bosonogie niemowlę. Jest początek XX wieku. Zdjęcie ma ponad 100 lat !

 

Najstarszy brat mojego Taty , Witold , urodził się w 1896 roku. Był chyba miłym ciepłym chłopcem. Wzruszyłam się, gdy obejrzałam pocztówkę, którą wysłał w 1911 roku do swojej babci Michaliny Rodziewicz i właściwie podobnej treści, w 1916 roku  do swojej mamy- Stanisławy Łukaszewicz.  Pamiętał o kobietach swojego życia i to było miłe. Wyrósł na wielkiego bardzo tęgiego mężczyznę. Aż dziw bierze, że ten szczupły chłopiec u boku swojej mamy na 1 zdjęciu to ten sam ogromniasty człowiek  u boku swojej żony.