O profesorze Tadeuszu Marcinkowskim…

Kiedy przed kilkoma dniami obecny kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu, prof. Czesław Żaba wręczył mi kilka pożółkłych kartek które zachowały się  w przepastnych szafach i wśród wielu annałów Katedry…nie ukrywałem wzruszenia. Chciałbym w tym miejscu podziękować mojemu Wielkiemu Przyjacielowi Czesławowi za utrwalanie pamięci która jest tak ważna dla zachowania tego co Najważniejsze w życiu, pamięci o ludziach którzy zapisali się w historii medycyny ale też kultywowanej pamięci o wszystkich zwykłych czasem szarych Pracownikach Katedry czego wyrazem są m. in. coroczne spotkania emerytów. W dzisiejszych pospiesznych czasach jest to NIEZWYKŁE – Jerzy T. Marcinkowski.

Referat poświęcony działalności prof. dr hab. Tadeusza Marcinkowskiego w Katedrze i Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu

Tadeusz Marcinkowski urodził się 16.10.1917 r. w Wilnie. Matką jego była Rozalia z domu Miakisz, a jego ojciec Stanisław Marcinkowski (1882-1939) był aptekarzem i pracował w bardzo wielu aptekach: m.in. w Berlinie (w 1912 r.), Królewcu (1913), gdzie równolegle rozpoczął, a w roku 1919 ukończył studia farmaceutyczne na tamtejszym Uniwersytecie Alberta oraz w Poznaniu, gdzie ochotniczo pełnił służbę w wojsku polskim odrodzonego Państwa Polskiego. Wcześniej brał udział w Powstaniu Wielkopolskim. Tutaj też w latach 1922-1929 Stanisław Marcinkowski był kierownikiem apteki Kasy Chorych przy ul. Prusa 19 w Poznaniu, aż do czasu jej likwidacji, po czym utworzył w końcu własną aptekę w Warlubiu na Pomorzu, lecz z nadejściem wojny w roku 1939 został aresztowany przez hitlerowców i najprawdopodobniej po wielu cierpieniach zgładzony podczas jednej z masowych egzekucji w Borach Tucholskich.

Tadeusz Marcinkowski dzieciństwo spędził we wsi Chodziuki w pobliżu rzeki Dzitwy, prawobrzeżnego dopływu Niemna. Swoje dzieciństwo tam spędzone wspomina bardzo ciepło i z nostalgią, często posługując się w opisie swego kraju rodzinnego słowami swego ulubionego poety i narodowego wieszcza Adama Mickiewicza z jego utworu „Pana Tadeusza”.

Tadeusz Marcinkowski uczęszczał do Państwowego Gimnazjum Humanistycznego im. Piotra Skargi w grodzie Halszki Ostrogskiej w Szamotułach, które to Gimnazjum, a przede wszystkim jego grono pedagogiczne upodobał sobie w sposób szczególny, jako że to tutaj w jego niezaspokojonym pędzie do pogłębiania wiedzy pomogło mu wielu doskonałych, wysoko wykwalifikowanych nauczycieli, którzy swoich podopiecznych wychowywali w przepojonym patriotyzmem duchu niezwykłego poszanowania dla nauki i otaczającego świata. W okresie gimnazjalnym Tadeusz Marcinkowski należał do Związku Harcerstwa Polskiego w Drużynie imienia Bolesława Chrobrego w Szamotułach, gdzie młodzież wspólnie nabywała dodatkowe umiejętności, organizowała wycieczki krajoznawcze i kształciła swą postawę patriotyczną w taki sposób, że – jak wspomina Tadeusz Marcinkowski – gdy śpiewali: „Wszystko, co nasze, Ojczyźnie oddamy…”, to rzeczywiście tak myśleli. Dowiodła tego później chociażby działalność Szarych Szeregów…, a i sam Tadeusz Marcinkowski w okresie okupacji nie raz wykazał się jako lekarz bohaterską postawą podczas m.in. kampanii wrześniowej, a następnie działalności konspiracyjnej w AK i w tajnym nauczaniu oraz w Powstaniu Warszawskim.

W roku 1936 Tadeusz Marcinkowski zdał egzamin na pierwszy rok Wydziału

Lekarskiego Uniwersytetu Poznańskiego w Poznaniu. Studenci tego rocznika jako pierwsi odbywali zajęcia z anatomii w nowoutworzonym Collegium Anatomicum przy ul. Święcickiego 6, który zresztą – wraz z poznańskim Zakładem Medycyny Sądowej – funkcjonuje w tym miejscu do dnia dzisiejszego. Wśród znamienitych wykładowców znalazł się m.in. doc. Tadeusz Tucholski, który w tym czasie, aż do wybuchu wojny w 1939 roku współpracował z prof. Stefanem Horoszkiewiczem, ówczesnym kierownikiem Katedry Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Poznańskiego w latach 1921-1939, któremu pomagał m.in. przy organizacji i kierowaniu w tym zakładzie pracownią chemiczno-toksykologiczną. Doc. Tucholski wkrótce miał zginąć w Katyniu… W tym miejscu na marginesie można wspomnieć, że prof. Sergiusz-Schilling-Siengalewicz, kolejny po prof. Stefanie Horoszkiewiczu kierownik poznańskiego Zakładu Medycyny Sądowej w latach 1946-1951 został po wojnie wraz ze słynnym krakowskim prof. Janem Olbrychtem poproszony o wydanie opinii, czy tezy zawarte w niemieckim dokumencie „Amtliches Material zum Massenmord von Katyń” wytrzymują krytykę z punktu widzenia nauki, a w szczególności m.in. z zakresu medycyny sądowej, antropologii, archeologii i kryminalistyki. Należy również dodać, że jego następca prof. Edmund Chróścielewski, kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu w latach 1951-1985 był gorącym orędownikiem wyjaśnienia, udokumentowania i podania do publicznej wiadomości okoliczności śmierci polskich oficerów w obozach jenieckich na terenie byłego Związku Radzieckiego. Nie szczędząc trudu kompletował listy żołnierzy tam poległych i publikował je. Tadeusz Marcinkowski pierwszy raz spotkał się z Edmundem Chróścielewskim (swoim późniejszym przełożonym) w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie, gdzie obydwaj w czasie wojny studiowali na zorganizowanym tam Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich, o czym będzie jeszcze mowa.

Wracając do okresu przedwojennego, Tadeusz Marcinkowski na III roku swych poznańskich studiów uczestniczył w zajęciach mikrobiologii, prowadzonych dr Franciszka Witaszka, który swe późniejsze wybitne zasługi na polu walki z niemieckim okupantem, również okupił męczeńską śmiercią zadaną w osławionym Forcie VII. Mianowicie przy wykorzystaniu swej wiedzy naukowej prowadził on bezprecedensową walkę epidemiologiczną w okręgu poznańskim w ramach utworzonej przez siebie specjalnej komórki Armii Krajowej. Wraz z nim śmierć ponieśli jego współpracownicy, m.in. Helena „Lusia” Siekierska. Ich zgilotynowane głowy zostały przekazane nomen omen do poznańskiego zakładu medycyny sądowej, którym zarządzał wówczas okupant, lecz przetrwały dzięki staraniom zatrudnionych tu polskich laborantów i po wojnie spoczęły na poznańskiej cytadeli. Laboranci ci: Andrzej Szymański i Michał Woroch, pracowali tutaj jeszcze długo po wojnie i współpracę z nimi w trakcie swe bytności w poznańskim Zakładzie Medycyny Sądowej Tadeusz Marcinkowski pamięta do dziś, tak jak i samego dra Witaszka, kiedy miał możność uczestniczenia w jego zajęciach.

Tadeusz Marcinkowski, w trakcie swoich studiów w Poznaniu wstąpił do Wielkopolskiego Związku Młodzieży Wiejskiej z siedzibą w lokalu Stronnictwa Ludowego przy ul. Ratajczaka, a niebawem został wybrany do Zarządu tej organizacji. W spotkaniach Związku nierzadko uczestniczył Stanisław Mikołajczyk.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej Tadeusz Marcinkowski ochotniczo podjął się uczestniczenia w zajęciach wojskowych w ramach Legii Akademickiej, co aktywnie wypełniało czas wakacyjny i wiązało się z możliwością wyjazdu w inną część kraju, dzięki czemu mógł odwiedzić m.in. Kraków, Lwów, a przede wszystkim swoje rodzinne strony w tym Wilno.

Podczas ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 roku Tadeusz Marcinkowski przebywał w Poznaniu, gdzie od początku starał się uczestniczyć w czynnościach obronnych, m.in. kopiąc rowy przeciwpancerne na Ławicy. Wkrótce chcąc wypełnić treść obwieszczonego nakazu mobilizacyjnego dla mężczyzn zdolnych do służby wojskowej, udał się pociągiem w kierunku Warszawy, lecz podróż w wyniku działań wojennych utknęła pod Gnieznem, więc zdecydował się na jej kontynuowanie piechotą. Po kilkudniowej wędrówce dotarł do jednostki wojskowej Giżycach, a tam skierowano go do szpitala polowego w charakterze sanitariusza. Cała ta okolica znalazła się w rejonie walk objętego największą w kampanii wrześniowej bitwą nad Bzurą. Warunki pracy były tam bardzo ciężkie i zawierało się w nich całe okropieństwo wojny. Tam Tadeusz Marcinkowski podczas opatrywania rannych został ranny w stopę w trakcie jednego z ostrzałów artyleryjskich, a wkrótce dostał się do niewoli i trafił do Żychlina, skąd po kilku tygodniach, i po nieudanym zabiegu wyjęcia odłamka został zwolniony, uchodząc za cywila na podstawie przedłożonego zaświadczenia o odroczeniu służby wojskowej. W ten sposób udało mu się wrócić do Poznania. Wkrótce jednak wyruszył do Warszawy, a tam udał się do Szpitala Ujazdowskiego z powodu wciąż tkwiącego odłamka w lewej stopie. Przebył tu aż dwa kolejne nieudane zabiegi usunięcia odłamka, co udało się zrobić dopiero za trzecim razem w Szpitalu Św. Rocha. Po jakimś czasie powrócił do Szpitala Ujazdowskiego, gdzie nie bez problemów i po trosze dzięki znajomościom wyniesionym z Poznania w trakcie praktyk studenckich m.in. w tamtejszym Szpitalu Wojskowym udało mu się w końcu zatrudnić w charakterze pracownika-wolontariusza, występując równocześnie w roli rekonwalescenta- inwalidy wojennego po przebytych operacjach. Po jakimś czasie już jako „pełnowartościowy” pracownik zaczął otrzymywać z tego tytułu wynagrodzenie, dzięki czemu mógł stale powiększać swój fachowy księgozbiór. Wkrótce, w uznaniu zasług za trud włożony uruchomienie elektrokardiografu i jego obsługę, pozwolono mu zamieszkać w jednym z pomieszczeń, przeznaczonym od tej chwili na pracownię kardiologiczną.

W Szpitalu Ujazdowskim Tadeusz Marcinkowski pracowicie spędził niemal całą okupację, aż do Powstania Warszawskiego. Praca w Szpitalu Ujazdowskim w tamtych trudnych czasach stała się dla Tadeusza Marcinkowskiego szczególnym błogosławieństwem, gdyż oprócz tego, że zapewniła mu byt i schronienie, to bezpośrednio wiązała się z obranym kierunkiem przez niego kierunkiem studiów, umożliwiając nabycie bogatego i wszechstronnego doświadczenia zawodowego, gdyż z czasem zajmował coraz bardziej odpowiedzialne funkcje w procesie leczenia pacjentów, dokonując również wiele zabiegów o wysokim stopniu trudności. Co więcej – w Szpitalu Ujazdowskim Tadeusz Marcinkowski mógł kontynuować, przerwane wojną na trzecim roku w Poznaniu, studia medyczne w ramach zorganizowanego tam Tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich (TUZZ), który to Uniwersytet dzięki poświęceniu swej wysoko wykwalifikowanej kadry wykładowców oraz dobrej organizacji i solidarnej współpracy w warunkach konspiracyjnych, i przy umiejętnym wykorzystaniu sprzyjających warunków, zdołał zapewnić swym studentom wysoki poziom kształcenia. Wydział Lekarski TUZZ rozpoczął swą działalność roku akademickim 1942/1943 zainicjowany w 1940 r. przez tzw. Komitet Pięciu, w skład którego weszli: ks. dr Maksymilian Rode, prof. dr. Roman Pollak, prof. dr Ludwik Jaxa-Bykowski, doc. dr Władysław Kowalenko (wszyscy z Poznania) oraz dr Witold Sawicki z Uniwersytetu Warszawskiego. Prof. Jaxa-Bykowskiego Tadeusz Marcinkowski miał okazję spotkać jeszcze w Gimnazjum Szamotulskim, gdy ten przeprowadzał tam badania psychologiczne. Później już w czasie studiów odkrył w swoich dokumentach adnotację prof. Jaxa-Bykowsko, który uznał go młodego Tadeusz Marcinkowskiego „wybitnie uzdolnionego”, co decyzją ministerstwa oświaty wystarczało, żeby być zwolnionym z egzaminu na wszelkie uczelnie wyższe.

Przed wybuchem powstania warszawskiego na TUZZ było czynnych 95 wykładowców, w tym 18 z Uniwersytetu Poznańskiego. Realizowano prawie niezmieniony przedwojenny program studiów. W wyniku nadspodziewanej frekwencji słuchaczy – nawet było to 500 osób,  wykładali oni nawet po 8 godzin dziennie. Wykłady odbywały się na tajnych kompletach w prywatnych mieszkaniach zaufanych osób. Ćwiczenia z prosektorium były płatne, odbywały się w różnych Szpitalach i trudno było na nich pomieścić wszystkich zainteresowanych, których liczba sięgała 500 osób.

Równolegle z TUZZ konspiracyjnego kształcenia podjął się również Tajny Uniwersytet Warszawski oraz funkcjonująca w jego ramach oficjalnie zalegalizowana przez władze okupacyjne „Prywatna Szkoła Zawodowa dla pomocniczego Personelu Sanitarnego Jana Zaorskiego”, która kształciła przyszłych lekarzy, oficjalnie istniejąc jako szkoła zawodowa, lecz z czasem potajemnie rozwinęła swój program nauczania starając się w toku 12-miesięcznego kursu, przekazać wiedzę zawierającą 2 lata studiów. Podczas jednego ze wspólnych zajęć z byłymi „zaorszczakami” Tadeusz Marcinkowski poznał Marię Aleksandrę z d. Rzewuską, z którą 10 kwietnia 1944 r. wziął ślub.

W Szpitalu Ujazdowskim Tadeusz Marcinkowski został w październiku 1942 r. także wcielony w szeregi Armii Krajowej, przybierając imię „Dobrosław”. Przysięgę wojskową odebrał od niego dr Cyprian Sadowski, przydzielając go do swojej komórki organizacyjnej o nazwie „Rola”. Od tej pory Tadeusz „Dobrosław” Marcinkowski miał stale w pogotowiu podręczna apteczkę z materiałami opatrunkowymi i lekami potrzebnymi do udzielenia pierwszej pomocy. Sam Cyprian Sadowski w swoim powojennym zeznaniu dla ZboWiD-u z roku 1981 dot. działalności Tadeusza Marcinkowskiego w AK przedstawił go jako lekarza do zadań specjalnych, wykazującego się odwagą i bezgranicznym poświęceniem, do którego obowiązków poza udzielaniem pomocy i opiekowaniem się rannymi żołnierzami AK (m.in. w tajnych lokalach na ul. Szustra i na Nowym Świecie) należało też dostarczanie do macierzystej Komórki poczty i pieniędzy z Komendy Głównej AK, a w czasie Powstania Warszawskiego Tadeusz Marcinkowski pracował na punkcie opatrunkowym w Śródmieściu.

Powstanie Warszawskie zastało go w Klinice Położniczej na ul. Karowej, gdzie od tej pory pełnił swój powstańczy „dyżur”. Pod koniec walk Tadeusz Marcinkowski wraz z żoną i pozostałym personelem został internowany przez Niemców i po wielu przystankach w różnych miejscach zbornych na przestrzeni kilku dni dostali się do obozu w Pruszkowie, gdzie Tadeuszowi Marcinkowskiemu zwyczajowo powierzono obowiązki jednego z lekarzy obozowych. W obozie pruszkowskim Tadeusz Marcinkowski zaczął uprawiać proceder polegający na tym, iż w przypadkach, gdzie było to konieczne, diagnozował u pewnych pacjentów określone choroby, pouczając ich przy tym jak mają symulować ich objawy przed lekarzem niemieckim, i w ten sposób, zadbawszy także o całą procedurę administracyjną, doprowadził do bardzo wielu skutecznych ucieczek, zwolnień z obozu osób, którym groziło prześladowanie za powstańczą przeszłość.

Po jakimś czasie dzięki pomocy szkolnego kolegi Tadeusz Marcinkowski wraz z żoną uzyskał przepustkę na odwiedzenie go w Nowym Sączu, gdzie doczekali wyzwolenia, po czym 6 lutego 1945 dopełnił obowiązku rejestracji wojskowej, a 8 marca urodziła się ich córka Ewa. 25 marca w Krakowie odwiedził tymczasowe miejsce pobytu ewakuowanego tam Szpitala Ujazdowskiego, a 31 marca 1945 dotarł do Poznania, gdzie zarejestrował siebie i żonę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Natomiast 11 kwietnia 1945 r. otrzymał tymczasowe prawo praktyki lekarskiej, zarejestrował się w Izbie Lekarskiej oraz w Wydziale Zdrowia Zarządu Miejskiego, gdzie skierowano go do pracy w Ubezpieczalni. Po kilku dniach była już przy nim żona i parotygodniowa córka.

Na uniwersytecie urzędująca wówczas komisja, złożona z prof. Stefana Różyckiego i prof. Tadeusza Kurkiewicza, zobowiązała Tadeusza Marcinkowskiego do zdawania wielu przedmiotów, co też uczynił, zdając odpowiednio: położnictwo u prof. Kowalskiego, pediatrię u prof. Karola Jonschera, chirurgię u prof. Kazimierza Nowakowskiego oraz Medycynę Sądową u dr Stanisława Łaguny, który był krótkotrwale był pierwszym powojennym kierownikiem Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu, zanim objął to stanowisko prof. Sergiusz Schilling-Siengalewicz (w latach 1946-1951), a po nim kolega Tadeusza Marcinkowskiego z tajnych kompletów w Warszawie Edmund Chróścielewski (w latach 1951-1983) i wreszcie prof. Zygmunt Przybylski (w latach 1984 do chwili obecnej).

Po tych egzaminach końcowych w dniu 9 czerwca 1945 r. Tadeusz Marcinkowski otrzymał upragniony dyplom ukończenia studiów medycznych w postaci „zaświadczenia dyplomowego” (właściwy dyplom otrzymał dopiero kilka lat później).

Pod koniec wojny Tadeusz Marcinkowski został powołany do wojska polskiego w 37 batalionie saperów w II brygadzie sapersko-inżynieryjnej. Stacjonowała ona wówczas w Tarnowie, i zamieszkiwał on wtenczas w mieszkaniu prywatnym, gdzie otrzymał kwaterunek, i skąd codziennie udawał się do szpitala wojskowego. Po jakimś czasie znalazł się wraz ze swoim batalionem w miejscowości Brzostek za Pilznem. Do jego czynności należało m.in. transport wozem konnym rannych żołnierzy saperów do szpitala w Tarnowie – po uprzednim zaopatrzeniu ich na miejscu. Ponieważ zadania batalionu związane były z rozminowywaniem coraz rozleglejszego terenu, po jakimś czasie przeniósł się on do miejscowości Siedliska Bogusz. Po kilku z kolei miesiącach batalion ów przez Bochnię, Kraków, Mysłowice dotarł do Strzelina, na południe od Wrocławia. Tutaj również właściwych żołnierzy kwaterowano w mieszkaniu prywatnym. T. Marcinkowski poza badaniem żołnierzy i prowadzeniu dla nich pogadanek na temat zdrowia zajmował się tu też pobieraniem próbek wojskowej kuchni do ewentualnych analiz. Oczywiście najbardziej odpowiedzialnym i głównym jego zajęciem było nadal opatrywanie rannych, ich transport do szpitala we Wrocławiu, a także asystowanie przy operacji.

Z nastaniem zimy batalion przy pomocy transportu kolejowego, w towarowych wagonach, przedostał się daleką i okrężną drogą do Poznania.

W Poznaniu Tadeusz Marcinkowski szybko się zorientował, że – z uwagi na to, iż były tu kliniki i zakłady naukowe – w wojsku nie prędko zrealizuje w pełni swoje zawodowe plany, toteż rozpoczął właściwe starania o zwolnienie ze służby wojskowej, co wcale nie przychodziło łatwo, i wiązało się z częstymi wizytami w Głównej Komisji Lekarskiej w Warszawie, która zresztą chętniej zwalniała oficerów od stopnia pułkownika wzwyż. Po jakimś czasie jednak T. Marcinkowski awansowany ze stopnia podporucznika do porucznika został skierowany do sanatorium pod nazwą „Odrodzenie” w Zakopanem. Wkrótce w miejscowości tej na pewien czas zatrudnienie znalazła Jego żona Maria (również lekarz) – z którą zawarł ślub w Warszawie, na krótko przed Powstaniem Warszawskim – pozostawiając ich niedawno urodzoną córeczką Ewę (dziś emerytowanego lekarza pulmonologa) w Poznaniu, pod opieka jego matki.

Po kolejnej wizycie przed Główną Komisją Lekarską, doczekał się w końcu zwolnienia ze służby wojskowej. Następnie wraz z małżonką zatrudnili się najpierw w Szpitalu Powiatowym w Żninie, potem w prowadzonym przez siostry zakonne Szpitalu Powiatowym w Kościanie, a następnie w Pakości pod Inowrocławiem. W Pakości Tadeusz Marcinkowski chwalił sobie warunki do wielorakiej praktyki lekarskiej, przy czym często, we dnie i w nocy wzywano go do chorych. Najczęściej były to przypadki poporodowe wymagające ręcznego odklejenia łożyska, czy szycia krocza, niejednokrotnie w ciężkich warunkach, i zabiegi te nigdy nie skończyły się powikłaniem. Niekiedy trzeba było np. likwidować odmę płucną. Sprostać też musiał zabiegom stricte dentystycznym jak wyrywanie zębów i korzeni. Leczył tam też chorych na kiłę (syfilis). Jednocześnie był zatrudniony w tym samym czasie, aż w dwóch ubezpieczalniach społecznych: bydgoskiej i inowrocławskiej oraz opiekował się pracownikami Cukrowni w Janikowie. W tym okresie jego żona odbywała staż lekarski w Szpitalu im. Kopernika w Toruniu. Po jakimś czasie jednak Tadeusz Marcinkowski przeniósł się tym razem do Sanatorium w Andrychowie, otrzymując tam etat ordynatora w ramach współpracy z Ubezpieczalnią Społeczną w Bielsku-Białej. Tak więc drugie dziecko z małżeństwa Marcinkowskich – syn Jerzy Tadeusz (obecnie profesor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu) urodził się w Wadowicach, a ponieważ stało się to akurat w dzień świąteczny (1 maja), to poród syna – tak jak i zresztą wcześniej również córki – odebrał w Szpitalu osobiście. Poza zwyczajnymi zajęciami T. Marcinkowski dozorował opiekę nad młodymi pensjonariuszami prewentorium dla dzieci w Kętach, gdzie przede wszystkim zwracał uwagę na ewentualne nosicielstwo płonicy (szkarlatyny) i zapobieganie tej chorobie. Po około trzech latach objął stanowisko ordynatora w sanatorium dla dzieci w Jaworzu koło Bielska Białej. W sanatorium tym dokonywał też na swych podopiecznych drobniejszych zabiegów. Z Jaworza dojeżdżał do Krakowa, gdzie w Zakładzie Farmakologii prof. Janusza Supniewskiego i pod jego kierunkiem opracował swoją pracę doktorską pod tytułem: „Własności farmakologiczne chlorowodorku ?-dwufenylo-?-N-piperydylo- butylonitrylu”. Prace tą opublikowano w 1948 r. w wydawnictwie Polskiej Akademii Umiejętności. Dodatkowo prowadził tu badanie nad preparatem zsyntetyzowanym przez prof. Supniewskiego: „Tiosemikarbazon para-dwu-metyloaminobenzylowy”. Pobyt w Krakowie zaowocował też ukończeniem w roku 1951 przez Tadeusza Marcinkowskiego pracy magisterskiej na tamtejszym wydziale Matematyczno-Przyrodniczym pod kierunkiem prof. Franciszka Górskiego w Zakładzie Fizjologii Roślin. Jej tytuł brzmi: „Przyczynek do badań nad działaniem moczu kobiet ciężarnych na kiełkujące rośliny” i autor własnym staraniem opublikował ją po 43 latach w 1994 r.

Po jakimś czasie doktor Tadeusz Marcinkowski został przeniesiony wraz z rodziną najpierw do Ambulatorium Kopalni „Silesia” w miejscowości Czechowice-Dziedzice, a następnie jako lekarz pediatra do Zielonej Góry, gdzie sprawował kolejno funkcje: lekarza w poradniach Dl i D2, kierownika Kolumn Szczepień BCG, kierownika Oddziału Chorób Płuc dla Dzieci Szpitala Wojewódzkiego. Zorganizował też Przychodnię Radiologiczną dla Dzieci i prowadził audycje radiową na temat zdrowia w tamtejszym radiowęźle.

Po tym jak minął okres nakazu pracy dr T. Marcinkowski zdecydował się zatrudnić w Zakładzie Medycyny Sądowej AM w Poznaniu. Pracę znalazła też jego małżonka jako pediatra otrzymując rozległy teren lekarski. W okresie tym dr Marcinkowski rozpoczął udział w pierwszych zjazdach naukowych, krajowych i zagranicznych, np. W Berlinie, Dreźnie, Lipsku, Rostocku. To właśnie w poznańskim Zakładzie Medycyny Sądowej dr Tadeusz Marcinkowski napisał swoją rozprawę habilitacyjną: „Cechy strzałów z pobliża – na powierzchni kości – z broni sportowej małokalibrowej”, uzyskując w roku 1964 tytuł docenta. Recenzentami tej pracy byli: prof. Bronisław Puchowski i prof. Jan Walczyński.

W okresie, kiedy docent Tadeusz Marcinkowski pracował w Poznaniu, ukazały się jego trzy podręczniki:

1. „Dowody rzeczowe w praktyce sądowo-lekarskiej: ślady krwi”.

  • „Medycyna Sądowa dla prawników” (ukazały się cztery wydania). Pozycja ta została skierowana do prawników, gdyż jej autor przez szereg lat miał zajęcia dydaktyczne (i egzaminy) dla studentów Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, dokąd dojeżdżał z Poznania a później ze Szczecina.
  • „Badania serologiczne w dochodzeniu ojcostwa” (ukazały się dwa wydania).

Ponadto opublikowano i inne Jego prace.

W okresie kiedy dr Tadeusz Marcinkowski wstąpił w szeregi pracowników Zakład zwyczajowo zajmował się nadal problematyką: tanatologii sądowo-lekarskiej, walki z umieralnością okołoporodową, zatruć grzybami, metodyki badań chemiczno-toksykologicznych, zwłaszcza wykrywania alkaloidów, serohematologii sądowo-lekarskiej. Szczególnym przedmiotem zainteresowania pracowników Zakładu i jego ówczesnego kierownika Edmunda Chróścielewskiego stały się zagadnienia wypadkowości drogowej. W okresie od 1952 r. 5 osób uzyskało w Zakładzie Medycyny Sądowej stopień doktora, a obok dra T. Marcinkowskiego (w roku 1964) habilitowały się jeszcze Halina Seyfriedowa, Stefan Raszeja uzyskując przy tym stopnie naukowe docenta.

W roku 1957 w Zakładzie zorganizowano Krajową Naradę Roboczą, poświęconą urazowości wśród dzieci, przy czym dominował tam aspekt profilaktyczny.

W Poznańskim Zakładzie w owym czasie zajmowano się też zagadnieniem patomorfogenezy niedodmy płuc u noworodków, co zaowocowało to m.in. napisanym przez E. Chróścielewskiego i H. Seyfriedową podręcznikiem sekcji zwłok płodu i noworodka, który ukazał się w dwu wydaniach w języku polskim (1954 i 1956), w którym podano własne spostrzeżenia nad zależnością między wyglądem błon szklistych a długością życia dziecka po urodzeniu. Stosunkowo liczne w owym czasie sekcje zwłok płodów i noworodków umożliwiły T. Marcinkowskiemu ukończenie w roku 1958 pracy na temat zmian morfologicznych w ośrodkowym układzie nerwowym płodów i noworodków w zespole niedodmowym. Wykazał on w niej m.in., że zmiany w warstwie ziarnistej móżdżku mogą pomóc w rozpoznawaniu śmierci wskutek niedotlenienia.

W Zakładzie Medycyny Sądowej w Poznaniu po raz pierwszy w Polsce wprowadzono do rutynowych badań na zawartość alkoholu etylowego w płynach ustrojowych metodę enzymatyczną (ADH), opracowaną w 1951 r. w Niemczech i w Szwecji, a zarazem dołożono starań do spopularyzowania tego sposobu analizy nie tylko w naszym kraju, ale i w Czechosłowacji (J. Pfeiffer, 1958, 1961). Posługując się tą metodą wykonano szereg prac eksperymentalnych, m.in. nad jej przydatnością w ocenie źródeł błędów w badaniach sądowo-lekarskich (J. Pfeiffer, 1963), przenikaniem płynów konserwujących przez ścianę pęcherza moczowego (T. Marcinkowski i J. Pfeiffer, 1962) oraz przemianą alkoholu etylowego.                            

 

Jednym z problemów, któremu poświęcono nieco więcej uwagi, było zagadnienie ubocznego działania antybiotyków. Na ten temat napisano kilka doniesień w językach: polskim, francuskim, czeskim i niemieckim oraz dość obszerną monografię pt.: „Śmiertelne powikłania po zastosowaniu antybiotyków” (E. Chróścielewski i T. Marcinkowski), która ukazała się w dwu wydaniach w 1964 i 1966 r. Podkreślano w niej potrzebę i celowość zapobiegania tym groźnym powikłaniom. Wspólnie z K. Gniewkowską T. Marcinkowski wykazał, że dodatnia próba penicylinowa u dzieci wypada znacznie częściej w następstwie uprzedniej hydrolizy penicyliny (1964).

Oprócz tego docent T. Marcinkowski opracował praktyczną modyfikację próby Lattesa oraz wykazał, że zagęszczenie rozcieńczonych roztworów krwi za pomocą bibuły może okazać się bardzo przydatne, gdyż przy wykrywaniu obecności barwnika krwi metoda ta swą czułością dorównuje metodzie spektograficznej, a nawet ją przewyższa (1958-1959). Stwierdził on ponadto, że posłużenie się bibułą umożliwia uzyskanie przeźroczystych roztworów do próby perecypitacyjnej Uhlenhutha z roztworów mętnych, z których nie można tego zmętnienia usunąć przez wirowanie lub innymi sposobami (1960). Docent Tadeusz Marcinkowski opracował również m.in. sposób wykrywania antygenów grupowych w śladach krwi za pomocą połączonych i zmodyfikowanych metod absorpcji, elucji aglutynin i potrójnie wiążącej aglutynacji (1965), ułatwiający badanie dowodów rzeczowych.

W roku 1968 ukazała się jego obszerna monografia na temat badania śladów krwi na dowodach rzeczowych, oparta o najnowsze zdobycze serohematologii sądowo-lekarskiej, o których wiadomości rozproszone są w różnojęzycznym piśmiennictwie. Z pracowni serologicznej Zakładu wyszło też szereg prac dotyczących genetyki populacyjnej, częstości wykluczeń ojcostwa w różnych układach i innych. Niemałym usprawnieniem badania śladów nasienia jest wykrywanie kwaśnej fosfatazy po uprzednim dokonaniu elektroforezy w żelu skrobiowym. Temat ten był przedmiotem pracy doktorskiej Z. Przybylskiego (1967) pt. „Zastosowanie elektroforezy w żelu skrobiowym w wykrywania kwaśnej fosfatazy w sądowo-lekarskich badaniach śladów nasienia”.

Problem uszkodzeń postrzałowych był kolejnym tematem kilku prac T. Marcinkowskiego, a m.in. również i jego pracy habilitacyjnej, dotyczącej zmian spostrzeganych w kościach po wystrzałach broni sportowej małokalibrowej. Wykazał on, że dużą rolę odgrywa tu działanie termiczne. Dzięki temu możliwa jest w pewnym zakresie ocena odległości strzału, nawet wtedy, gdy dysponujemy tylko samym materiałem kostnym lub jego fragmentami. Z tym to działaniem termicznym związane jest w dużej mierze zjawisko zniekształcenia się pocisków, co wykazał Tadeusz Marcinkowski w roku 1964 oraz wspólnie z Zygmuntem Przybylskim w roku 1967.

Dokładne oznaczenie czasu śmierci jest jednym z czołowych zagadnień tanatologii sądowo-lekarskiej. W pierwszym okresie po zgonie możliwe to jest m.in. dzięki badaniu pobudliwości mięśniowej na bodźce elektryczne. Dr Tadeusz Marcinkowski jeszcze w roku 1960 skonstruował taki przyrząd, opierając się na znanych schematach, co umożliwiło wykorzystanie tych badań w praktyce i opublikowanie doniesienia na ten temat (1961).

Celem pogłębienia osiągnięć w zakresie profilaktyki choroby hemolitycznej noworodków, Zakład nawiązał współpracę z I Kliniką Położnictwa i chorób kobiecych AM w Poznaniu. Owocem tego była praca doktorów Zygmunta Słomki i Tadeusza Marcinkowskiego wskazująca na istotną rolę oznaczeń cech fenotypowych i genotypowych układu Rh dla oceny prawdopodobieństwa wystąpienia konfliktu serologicznego między matką a płodem.

Tekst referatu opracował wnuk, Maciej Jerzy Marcinkowski na prośbę prof. Zygmunta Przybylskiego, kierownika Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu w latach 1985-2007.

Uzupełnienie:

Tadeusz Marcinkowski od 1974- 1988 r. kierował Zakładem Medycyny Sądowej na Wydziale Lekarskim Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, w 1979 r. otrzymał tytuł naukowy profesora zwyczajnego nauk medycznych.  

8. listopada 2011 r. ukończywszy 94 lata odszedł na Wieczną Służbę…pozostaje w pamięci Bliskich, dawnych współpracowników, w tekstach książek które napisał i wiedzy w nich zawartej która jest przekazywana następnym pokoleniom medyków sądowych.

Był przykładem Prawdziwego Lekarza który działał w różnych specjalizacjach i poznał wszystkie tajemnice życia.

Odwiedzamy Go na Cmentarzu Junikowskim w Poznaniu by przeżyć chwilę zadumy nad przemijaniem ale też uporządkować tłoczące się w umysłach myśli i wreszcie porozmawiać. Porady których nam udzielał w trudnych sytuacjach życiowych i udziela nadal gdy stoimy nad Jego grobem, są nie tylko trafne mądre,  bezcenne … były i są naszym Drogowskazem i Światłem…

Syn, prof. dr hab. n. med. Jerzy T. Marcinkowski

WSZYSTKO W ŻYCIU ZALEŻY OD … MOTYLA

Wszystko zależy od … motyla

Ta opowieść nie jest tylko moim wyobrażeniem, czy jakąś bajeczką. To jest prawda, zauważona przez poważne naukowe głowy.  Aż dziw, że nie opisali tego zjawiska Starożytni. Może mieli umysły  zajęte czymś innym, a może widzieli – tylko wydawało im się to takie zwykłe.

A tymczasem to zjawisko jest niezwykłe i wszystkich nas dotknęło. Ale o tym będzie potem….więc ab ovo.  

W 1898 roku Jacques Salomon Hadamard (18651963) – bardzo poważny matematyk francuski, zajmujący się teorią liczb, mechaniką teoretyczną, geometrią, teorią poznania, teorią całkowitych funkcji analitycznych, równaniami różniczkowymi i równaniami fizyki matematycznej – znany z teorii liczb pierwszych … uff, dość wymieniania tych sucho i nijako dla mnie brzmiących terminów – zaczął obserwować poruszające się gładkie kule (bile) po powierzchni równie gładkiej i  cokolwiek by to znaczyło – i tak nie rozumiem 🙂 – powierzchni o ujemnej krzywiźnie. Otóż wbrew przewidywaniom naukowca  trasy tych kul –  okazały się niestabilne tak – że kule zaczęły się oddalać od siebie.

 Podaję ten opis z Wikipedii niewiele rozumiejąc, ponad to, że  ów słynny matematyk  był tym zadziwiony a także zadziwiali się inni o tęgich matematycznych i fizycznych głowach, nie bardzo rozumiejąc zjawisko. Było to powodem ich licznych teorii i niejakiego zamętu.

Wiedzę uporządkował  – nazywając ją teorią chaosu – niejaki  Edward Norton Lorenz (1917-2008) – amerykański matematyk zajmujący się od 1960 r. komputerowym prognozowaniem pogody. Stworzył on w tym celu układ 12 równań wyrażających relacje między temperaturą, ciśnieniem, prędkością wiatru, itd. Sądził – jak większość ówczesnych naukowców – że prawie dokładne dane wejściowe dają prawie dokładne wyliczenia prognozy,

To przekonanie okazało się jednak całkiem błędne – wynik diametralnie odbiegał od przewidywanych na podstawie symulacji. Matematyk ów, zauważył bowiem, że wyniki są zaskakująco czułe na minimalną zmianę warunków początkowych – i był pierwszym meteorologiem, który odkrył, że nie sposób przewidzieć pogody na dłużej niż kilka dni naprzód, bo równania opisujące stan atmosfery są chaotyczne. W 1963 r. opublikował wyniki swoich prac.

Ów Lorenz obrazowo mawiał, że „nawet machnięcie skrzydeł motyla w Brazylii może wywołać tornado w Teksasie.” 

Od tej pory butterfly effect został rozpowszechniany i rozumiany też w aspekcie zdarzeń życiowych, pozornie zwykłych – które potrafią zmienić całe życie  ….niektórzy mawiają, że gdy nagle jeden tylko motyl zatrzepoce skrzydłami potrafi zywołać nawet  burzę  piaskową w odległym miejscu na ziemi.

To Cud jednego motyla, tylko jednego i jego zachowania….

Tej nieprzewidywalności wszystkiego doświadczamy na co dzień także w czasie panującej pandemii COVID-19. Stąd różne prognozy a co za tym idzie zda się chaotyczne, często zmieniające się poglądy i zalecenia. Żyjemy Kochani w świecie który jest nieprzewidywalny, niepoliczalny matematycznie – nawet gdy modele są idealne  …. wszystko zależy od tego, że gdzieś tam zatrzepotał motyl…..

         Tak tak, moi Drodzy. Wszystko mamy poukładane, zaplanowane, oczekiwane – dzień po dniu płynie nasze życie – zda się swoim utartym korytem, jesteśmy pewni, że nasz czas jak pociąg przyssany do swoich torów nie zboczy z drogi, radujemy się że plan doskonały a sukces na wyciągnięcie ręki, czasem pogrążamy się w smucie bo widzimy czarną przyszłość, kochamy i jesteśmy kochani, oczekujemy lepszego, spodziewamy się gorszego. Wszystko na nic.

Nie myślmy w kategoriach że coś jest pewne. Żyjmy chwilami zatrzymując te dobre, zapominając złe. Bo gdzieś tam daleko zerwie się do lotu motyl, zatrzepocze skrzydełkami .

Bo gdy motyl zatrzepocze skrzydłami….

Nie muszka bo ma maleńkie skrzydełka i prawie niewidoczne w locie, nie bzyczący komar, bo przypomina raczej śmigłowiec –  tylko motyl – piękny, delikatny i zwiewny. To on przyczyną, że dalekie plany, poczucie stabilności życia i jego przewidywalności – nagle  rozpada jak domek z kart, czy budowla z klocków  z której usunięto jakiś element.  I płaczemy i miotamy się bezsilnie. Na nic. Już nic nie można. Stało się. Nieodwracalne…..Gdy zatrzepoce skrzydełkami motyl – nasze życie które płynęło jakiś uporządkowanym torem, mijaliśmy kolejne stacje a w domu ktoś czekał, planował, obiad dymił na stole a w wazonie kwiaty – nagle osłupiałe się zatrzymało. I  zwiędły w wazonie czekające powitania  kwiaty, obiad zamienił się w szaroburą breję, matka tkwiąca z uporem  w oknie nie wypatrzyła syna czy córki, narzeczony czy narzeczona nie doczekała. Zmieniło się wszystko. Niektórym zawalił się bezpieczny świat. Bo były szpitale, bo były narkotyki na dworcach czy ulicach kupowane, wykradane czy zarabiane przez chude cherlawe ciało które kiedyś dostało po raz pierwszy dawkę narkotyku…. Nasz chłopak nagle poszedł za inną i runęło nasze myślenie o wspólnej drodze życiowej, rozwoju naukowym ale nagle się okazało – też za sprawą trzepotu motyla – że spotkaliśmy nowego człowieka z którym wiedliśmy ciekawe, pełne życie, nawet czasem kolorowe. Zakładaliśmy rodziny, rodziliśmy dzieci, dzieci rodziły dzieci i tak . I było pięknie, inaczej niż sobie wyobrażaliśmy kiedyś, inaczej – ale pięknie.

Może się nie zastanawialiśmy nad tym do tej pory. A może tak.  Ale czy chcemy czy nie, czy pragniemy czy nie,  motyl gdzieś tam daleko na nas czeka. I w chwili gdy mu się po prostu zechce nagle polecieć w błękit – zatrzepocze skrzydełkami….

I wtedy nastąpi rozprzestrzeniający się w świecie efekt, dotrze do nas i wszystko nam się zmieni.

I stanie się cud odnowy ….

Cud soczystego pełnego życia….  

Tylko czekajmy cierpliwie….

 

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 31 ). Moja praca w tajdze.

zdjęcie własne

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Jan spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony, Heleny

 Wyrąb

  W okolicach  Tajszetu,   na południu Rosji , dokąd przywieźli nas, politycznych pociągami – znad Morza Białego , pokonując w 12 dni 4000 km , pracowaliśmy przy wyrębie tajgi ….  

 Po sporządzeniu przesiek i zrobieniu wyżek rozpoczął się wyrąb drzew – przede wszystkim modrzewi, sosny niewiele, jodły też, a najmniej drzew orzechowych.

Po przyjściu na miejsce pracy konwój obejmował straż – szedł na wyżki z automatami.

Naczelnicy konwoju z psami zostawali w budce stojącej u wrót przesieki.

Rozpalali sobie ognisko i czuwali nad swoim konwojem, by czujnie i pilnie wykonywał swoje zadania.

Nas, pracowników wpuszczano na wyrąb brygadami. Każda brygada miała swoje miejsce pracy : jedni ścinali drzewa piłami elektrycznymi i ręcznymi ( na jedną brygadę wydawano jedną piłę elektryczną). Inni ściągali – zwozili już zwalone drzewo do sterty. A tam układano je w sterty z podkładami.

Z tych stert zabierano je na samochody ciężarowe i odwożono na stację kolejową. A stamtąd ładowano do wagonów i odprawiano w głąb kraju. Sęki- gałęzie są palone.

Wszystkie te wyżej wymienione prace wykonywali więźniowie za pajkę chleba, jakże często za garantijke – to jest  650 gram chleba.

Gdyby  do tej pajki dodawali chociaż trochę więcej tłuszczów, choćby nawet roślinnych, praca byłaby wydajniejsza, no i korzystniejsza dla wszystkich.

     W 1949 roku wprowadzono w łagrach gospodarczy rachunek- chozrasczat.

 Państwo zabierało z zarobionej sumy 65 % , a łagru zostawiała 35%.

Łagier utrzymywał pracowników – więźniów, odziewał ich, a resztę , jeśli jakaś suma zostawała, rozdzielano ją między zakluczonymi, którzy wykonywali pracę powyżej 100%.

To była zachęta dla zdrowych pracowników, bo i na większą pajkę to też wpływało.

Pieniędzy zarobionych nie wypłacano na ręce, ale składano na książeczkę oszczędnościową. Po upływie terminu odbycia kary w obozie, książeczkę wraz z wkładem, zwracano adresatowi- więźniowi.

Ta zachęta z początku nie dawała pozytywnych rezultatów. Nikt nie wierzył, że kiedyś te zarobione pieniądze będzie mógł otrzymać.

Z tej oszczędnościowej książeczki można było podjąć 3- 5 rubli, na zakup słodyczy, które raz w miesiącu przywoził sklepik do obozu.

Wiadomem mi jest, że niektórzy więźniowie opuszczając łagier- obóz, otrzymywali książeczki z wkładem 1000- 2000 tys. rubli .

Ja nie zarobiłem w tym obozie, bo najczęściej wyrabiałem pracę tylko na pajkę chleba- garantijkę.

Praca w zonie nie wliczała się do prac, za które płacono gotówką.

 Sprawdzenie zdrowia

  Dwa razy do roku sprawdzano zdrowie uwięzionych .

Przyjeżdżał do obozu lekarz – wolny i on albo ona przy pomocy lekarza więźnia sprawdzali stan zdrowia wszystkich uwięzionych. Podczas sprawdzania wystawiali kategorię : I, II, III i IV- inwalida.

Lekarz cywil pytał : „Czym żałujetieś? „ ( na co narzekasz?).

Skazany najczęściej odpowiadał – na serce.

Lekarz dotykał słuchawką do serca i odpowiadał, że serce jest zdrowe.

Dalej oceniał stan odżywienia.

Obmacywał pośladki i jeśli ogon ( kości ogonowe kręgosłupa)  jeszcze nie wystawał , mówił: „ Pierwaja katiegorija”, a jeśli pośladki trochę wystawały i były chude: „Wtaraja katiegorija”, a jeśli już kości ogonowe między pośladkami mocno się uwypuklały, mówił: „ Trietija katiegorija”.

Gdy nadeszła na mnie kolej, też zapytał: „ Czem żałujeś ?”.

Odpowiadam: sercem.

Przystawił mi słuchawkę i natychmiast ją odjął mówiąc: „ Kompensirowanyj porok sierdca –  trietija katerorija, bez wychoda na rabotu za zonu”.

Ucieszyłem się z tego wyniku.

Nazajutrz do pracy za zonę już nie poszedłem.

Naczelnik zony- więzień- skierował mnie do pracy w zonie, do wywożenia fekalii z zony poza zonę.

Pierwszy wóz z beczką pociągnąłem i wywiozłem, ale przekonałem się, że ta praca nie jest na moje siły- za ciężka dla mnie.

Zameldowałem naczelnikowi zony- więźniowi – , że ja tak ciężkiej pracy – podejmowania ogromnej balii  z brudami nie mogę wykonać, ponieważ mam chore serce.

Podskoczył do mnie z pięściami i uderzył.

Ja upadłem.

Poleżałem pół godziny.

On- ten Fin- kazał mi znowu zabierać się do roboty.

Powiedziałem mu, że ty – faszyst ( ten więzień – naczelnik zony był Finem, a ten kraj współpracował z Niemcami w czasie wojny ) , sam pójdziesz teraz za mnie pracować, a ja idę ze skargą do pełnomocnika od spraw politycznych.

Ten przyjął mię i wysłuchał mojej skargi.

W końcu zapytał mię, czy ja będę mógł być pożarnikiem w zonie- strażakiem?- .

A co mam robić? Pilnować, żeby w nocy nie powstał pożar w barakach: a więc gasić ogień wieczorem w piecach baraków przed ich zamknięciem, napełniać wodą beczki znajdujące się przy barakach, całą noc do pobudki chodzić po zonie, i zaglądać do piekarni i kuchni , by tam nie kradli i ostrożnie obchodzili się z ogniem.

Zgodziłem się i zostałem pożarnikiem.

Oprócz mnie, więźnia,  w zonie każdej nocy przebywali dwaj strażnicy( bez broni) .

Oni także kręcili się po zonie, ale ze mną nie nawiązywali kontaktów- nie rozmawiali.

 Ich pouczano na każdym zebraniu komsomolskim, jak mają pilnie czuwać, będąc na swoim posterunku.

W czasie zimowym trudno było znosić mróz.

Toteż tak jak strażnicy, tak i ja zachodziliśmy do kancelarii, by się pogrzać.

Siedząc przy piecu, często zasypialiśmy na ławkach.

Ja często jeszcze kreśliłem karty dla sporządzania menu.

Brak było odpowiednich druków do sporządzania jadłospisów.

Za tę pracę sowicie mnie karmili kaszą i rybą.

Pewnej nocy, gdy skończyłem kreślenie tych kart do jadłospisu, wychodzę z pokoju kancelaryjnego do pieca, by się ogrzać.

Widzę śpiących na ławkach nadziratielej – wartowników.

Widząc, że w piecu dopalają się ostatnie kawałki drewna, sięgam po polano leżące przy piecu i podnoszę, by włożyć do pieca.

W tym momencie zrywa się jeden, a za nim drugi z ławki, na której spali, krzycząc:

” Szto wy chotieli nas ubić etom polanem?”

„ Niet, ja chaczu eto polano położyć na pieczku, potomu szto drewa w pieczku konczajetsia”- odpowiadam.

  Wyjaśnić im ten fakt  jest niemożliwością.

Oni są otumanieni przez swoich przełożonych i wierzą, że my czuwamy żeby ich zabić i uciec od nich.

Dalej mówię : „A jeżeliby ja zabił jednego z was, mienia by rozerwali na kawałki żywego jeszcze Wasi przyjaciele.

My tak samo chcemy żyć jak i wy.

Na mnie czeka żona z dwoma synami w Polsce. Synowie uczą się w liceach i myślą o ukończeniu uniwersytetu.

Wy przestańcie wierzyć we wszystko co wam mówią wasi naczelnicy o naszym stosunku do was- bolszewików- komunistów. Tu jest dużo kłamstwa. Pożyjecie więcej, dowiecie się więcej prawdy.”

Przypuszczałem, że oni nie powtórzą moich słów swoim, nawet bliskim.

Będą się bali przyznać, że rozmawiali ze mną i że zasnęli w czasie dyżuru w mojej obecności. Dawali mi do zrozumienia, żebym się nie wygadał przed pełnomocnikiem o tym zajściu, bo bylibyśmy mocno ukarani.

Zapewniłem, że o tym nikt się nie dowie.

     Inne noce upływały bez spotkania ze stróżami tych 500 ludzi – więźniów – którzy spali spokojnie po ciężkiej pracy.

Do snu przygrywało im dynamo stukając miarowo przez całą noc.

Reflektory jasno oświetlały całą zonę.

Ja, jak upiór kręciłem się między barakami.

Zachodziłem do kuchni, gdzie już była gotowa kasza, którą częstowano mię.

Razu pewnego, gdy kucharz nalał mi miskę pełną tego jadła, spożyłem ją i zapytałem:

czym ta kasza była przyprawiona, że tak mi smakowała?”.

 Odpowiedział:

„ tajgą syberyjską”- głodem.

     Miałem obowiązek zaglądania i do piekarni, która znajdowała się poza zoną dla więźniów, w zonie gospodarczej.

Tam zawsze obdarowywali  mię półbochenkiem chleba, gdy ich opuszczałem.

Pracę – stróżowanie – kończyłem, gdy dano sygnał na pobudkę.

Spałem tyle, ile chciałem, najczęściej do obiadu.

W dzień, w lecie tylko, od czasu do czasu zmieniałem wodę w beczkach pożarniczych.

Przy takiej pracy miałem lepiej niż stacjonarze. Więcej miałem chleba, bo mogłem za każdym razem otrzymać w piekarni co najmniej trzysta gramów chleba. Ryby miałem no i kaszy, też nie brakowało.

Taki odpoczynek dobrze podziałał i na moje serce:” kompensirowanyj porok serca”. Przybyłem na wadze za sześć miesięcy pięć kg.

A więc, na następnej komisji uznano mnie za zdrowego i dano mi d r u g ą  k a t e g o r i ę.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 25). Życie łagiernika w Mołotowsku ( obecnie Siewierodwińsku ) , przy kole podbiegunowym na tundrze nad Morzem Białym.


zdjęcie z albumu Teściów – Helena, Jan i Mirek sprzed aresztowania – pewnie ten obrazek pomagał Janowi przetrwać w łagrze ..

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Karantin  – kwarantanna

Karantin  –  piętnastodniowy wolny czas kwarantanny  spędza się w zonie swego łagru. Jest przeznaczony na odpoczynek  po przebytej drodze ( takie są przepisy dla zakluczonych).

Co ja robię w tym czasie?

 Idę z baraku swego  do oglądania innych baraków , z których więźniowie wyszli do pracy.

W baraku, tak jak w pierwszym tak i w innych spotykam dyżurnych tego domu dla zakluczonych.

Przedstawiam się, że jestem z tego nowego etapu ( transportu) , który przybył tu do was z Orszy.

Pytam, jak się macie w tym łagrze. „ Ot, tak, kak widno”- goworit- mówi:

 „ Uże kończaju swój srok- 10 liet. ( Już kończę odsiadywanie swojego 10 letniego wyroku).  Za miesiąc, dwa ujedu damoj , a możet na zsyłku. I eto bywajet.” .

Przy okazji pyta mnie : „ Niet li u was na prodaż switrow, rubak wierzchnich, bocinek choroszych a może palto- paletiszko ?”.

Obiecuję jemu przynieść cośkolwiek. Żegnam się ze swoim nowym znajomym.

Zachodzę do drugiego baraku. Tu też musiałem się przedstawić dyżurnemu baraku. W rozmowie z nim dowiedziałem się także, że on już zbiera się do wyjścia z łagiera. Przepracował w tych łagierach piętnaście lat.

Ostatnie pięć lat nie mógł już chodzić na ogólne roboty, więc „pracował w zonie w charakterze stróża baraku, stołowoj, podmietajłam.

Kilka razy leżał w stacjonarze –oddechowym domie. Kogda był ja  mołod, dzierżali mienia na katorżnych rabotach”.

Jednym słowem, tutaj postradał i potierał  molodść i zdarowije .( utracił  młodość i zdrowie).

Oprócz tych słów wypowiedzianych  z  gorzkim żalem zapytał mię, czy nie można kupić „ u nowiczów” czegoś z ubrania. Odpowiedź moja była, że tak.

      Ponieważ nadchodził już czas obiadu, więc wróciłem do swego baraku.

Tu zacząłem poszukiwać  wśród znajomych osób , kto ma coś dobrego do zbycia- sprzedania. Pokazali mi swetry i koszule. Zaproponowałem im, że będę  pośrednikiem w tej transakcji. Zgodzili się. Spytałem , za ile rubli można sprzedać sweter , koszulę. Sweter- za 8 rubli, koszulę- za 5 rubli.

Po obiedzie poniosłem te rzeczy proszącym.

Gdy obejrzał , zmierzył sweter, powiedział, że bardzo mu się podoba. „ A skolko budziet stać?”. Dziesięć rublej. Nie targował się i zapłacił. Koszula także podobała się jemu, ale była trochę za mała. Po namyśle wziął ją za 8 rubli. Sprzedaż się udała. Zarobiłem na tej transakcji 4 ruble- więcej jak bochenek chleba.

 Wszystko- sprzedaż i kupno odbywa się w tajemnicy.

Taką spekulację uprawiam przez cały „ karancin”- kwarantannę.

Zarobiłem na tym interesie 15 rubli. A więc mam już gotówkę na pajdki chleba. Pajdka chleba- 350 gram- kosztuje w zonie 1 rubel.

Miejscem targowym , chociaż niedozwolonym jest miejsce koło jednego baraku, wszystkim dobrze znanym.

Często to targowisko rozgania naczelnik  zony – tak samo zakluczony.

Na to targowisko  często wynoszą porcje cukru- 27 gram- ci, którzy chcą palić.

Ci palacze w łagrze, to są naprawdę nędzarze.

Sprzedają oni za parę papierosów  ostatnią pajdkę chleba albo porcję cukru.

Oni są przeważnie zdechlakami.

    Rzecz zrozumiała, że najwięcej  na targowisku było chleba i cukru od tych, którzy pracowali w „chleboreskach „ – krajali chleb i od tych , którzy dzielili cukier.

Nigdy nie dawali pełnej porcji chleba lub cukru. Wolno im było nie doważać na pajce 2-3 gramy , ale oni kombinowali i po 5 gramów.

Takich kombinatorów , gdy tylko złapano na gorącym uczynku , natychmiast zwalniano z tego zajęcia, a nieraz osadzano do izolatki. Dokonywała tego specjalna komisja, składająca się z cywilów.

     Te ostatnie dni kwarantanny  upływały na wyborach brygadzistów i tworzeniu brygad.

c.d.n.

    P i e r w s z e  d n i  p r a c y  p o  k w a r a n t a n n i e

  Już był miesiąc marzec. ( 1946 rok )

Słońce świeciło jasno i było dość ciepło, chociaż ziemi była jeszcze trochę przemarznięta.

       O godz. 6 rano rozlegał się sygnał- dzwon z rejką- by wychodzić na robotę.

Brygady zgromadzone na leżniówce są liczone. Było ich około dwustu. W każdej co najmniej po 25 zakluczonych.

Po sprawdzeniu obecności przychodzimy do wrot – drzwi zamknięte.

Strażnicy wychodzą z wartowni i otwierają wrota. Skrzypią one jak nieboskie stworzenie.

Przy otwartych wrotach stoi pięciu strażników i dwóch podliczających i zaraz że  sprawdzają pierwszą piątkę – obmacują ubranie, kieszenie, obuwie itp.

Od bramy odprowadzają pierwszą sprawdzoną piątkę i zatrzymują ją po 40 m.

Podchodzi następna piątka, w której też robią szman.

Dołączają ją do pierwszej, przy której już stoją konwojenci ze swoimi naczelnikami i psami. Konwojenci są uzbrojeni w automaty gotowe do strzału .

Odprowadzają naszą brygadę ( 30 osób) , która była pierwsza w tej kolumnie brygad, o 30-40 m od bramy- zatrzymują i każą przykucnąć.

Teraz zaczyna się sprawdzanie przez naczelnika konwoju danych personalnych każdego więźnia wyprowadzonego poza zonę.

 Z listy czyta on nazwisko skazanego – ten odpowiada-„ jest”, stacja- artykuł?-  63 ( białoruski kodeks, rosyjski- 56), srok?- termin na który został skazany- „dziesięć lat”.

Koniec sroka- 1954 – odpowiadam.

Daje komendę- Wstać!

Podrywamy się na nogi, mówi naczelnik konwoju: Uprzedzam, krok w prawo, krok w lewo – bez uprzedzenia strzelamy-strzelamy!

Naprzód !- Ruszyła brygada do pracy.

Idąc piątkami rozluźniają się.

Więc konwojenci, jak psy, krzyczą: „Podciągnij się !”.

Już się nie trzymamy pod ręce, a tylko staramy się iść w piątce.

c.d.n.

Pląsawica – luźne moje myśli ujęte w słowa…

Niejako kończąc rozmyślania, przylegania do podjętego tematu pląsawicy Hungingtona- takie oto słowa mi się ułożyły- więc kończąc prowadzenie tego blogu ( likwidacja platformy) – pozwalam sobie je wrzucić….

a więc najpierw wynik badania genetycznego- wiadomo już od życia płodu- albo później, jeśli ktoś nie zna tej choroby i jej nie rozpozna wcześniej….potem życie z wyrokiem, oczekiwanie na pierwsze objawy- trud towarzyszenia…..

 

 

 

 

 

Otwierasz
Kopertę
Czytasz
I widzę

Tak

Tak

Tak

 

Twoja
Twarz
Jest
Blada
To
Zaszło
Słońce
Miła
Ma

 

Rozmowa
Płaczesz
To
Rzęsa
Wpadła
Mi
Do
Oka
Tylko
Rzęsa

 

Źle
Spałaś
Niespokojnie

Zmęczenie

Zwyczajne
Tyle

Pracy

W pracy

 

Zauważyłem
Drżenie
Może
Za
Mało
Magnezu
Weź
Wapń
I witaminę  D

A

więc
Przyszło

TO
Co miało
Przyjść

 

Obejmiesz
Obejmuję
Przytulisz
Przytulam
Zespolenie
Spazm
Deszcz
Na
Szybach
Tętni

 

Jest
Sama
Pod
Oknem

 

Ciężki
Oddech
Drżenia
Niepokój
Pampers
Za
Drzwiami

Fotografia
W
Jej
Oczach
Uśmiech
Ukochany
Szepcze
Mój
Tylko
Mój

Otwiera
Drzwi

 

Myje
Ubiera
Znosi
Złe
Słowa
Wyciera
Podłogę
Pampersy
Zdobywa
Pieniądze
Potrzebne
Pieniądze
Na
Wszystko

Siedzi
Pod

Tym

Zamkniętym
Oknem

Jego
Oczy
Błękitem
Jarzą
Czuprynę
Głaszcze

Nie
Miał
Innej

Kobiety

Nie
Zdążył
Odejść
Dał
Siebie
Do
Końca
Zabrała
Zamknęła
W
Pudełku
Wspomnień

 

Pląsawica
Jest
Z
Nami
Szczerzy
Zęby
Wytrzeszcza
Oczy
Jadem
Zieje

To tylko
Mgła
Za
Oknem
Pamiętasz
Pamiętam
Tamtą
Łąkę
Zieloną
Zrywałeś
Kwiaty

 

Z
Sercem
Wychodzę
Obraz
Wynoszę
Naszej
Miłości

 

Trzymam
Twoje
Serce
Zobacz

Nie

Poznaje

To
Pampers

Tylko

Pampers

Ktoś mówi

 

To
Ja
Miły
Twoja
Przyjaciółka
Milczenie

 

I
Tylko
Kawa
Rozlana
Pusta
Filiżanka

 

 

 

 

 

Lepiej zrozumieć Andersena.

SAM_9158.JPG

 

 

Bajki Andersena to moje dzieciństwo. Ale nie tylko moje, nawet teraz, gdy rynek księgarski zalewa morze przeróżnych kolorowych książek dla  dzieci , Andersen jest stale obecny.

Nie zapomnę łez, które wylałam nad dziewczynką z zapałkami.

A tymczasem okazuje się, że sam Andersen uważał, że jest to bajka optymistyczna, bo dziewczynka umiera z ufnością. Zresztą był oburzony, gdy uważano że adresatem jego bajek są tylko  dzieci. Mówił, że te bajki przypominają pudełko. Dzieci oglądają je z zewnątrz a dorośli zaglądają do środka.

Tego się właśnie dowiedziałam , gdy w  weekendowej Wyborczej znalazłam artykuł Jarosława Mikołajewskiego ( sekretarza Wisławy Szymborskiej)  o  niedawno wydanych

„ Dziennikach” Hansa Christiana Andersena w znakomitym wyborze i tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej. Mikołajewski pisze, że to  „dla mnie jedna z najważniejszych książek wydana po polsku w ostatniej dekadzie”.

…postanowiłam sobie zapisać to, co znalazłam w ww artykule a także w necie. Bo pewnie po 700 stronicowe wydanie „ Dzienników” nie sięgnę. Ale kto wie? Na pewno teraz  inaczej będę myślała o Andersenie, bo przecież nic nie dzieje się w próżni. Niewielu  potrafi piękne bajki pisać. A jego bajki to” światło odbite z mrocznej , pełnej zahamowań natury i trudnego życia”.

        Hans Christian Andersen urodził się w 1905 roku w najbiedniejszej dzielnicy miasteczka Odense, na Duńskiej wyspie Fionia, w biednej ale kochającej się rodzinie. Ojciec był szewcem a matka, niepiśmienna, zajmowała się domem. Ojciec czytał mu bajki a matka musiała być osobą odważną jak na tamte czasy, bo gdy syn się poskarżył na złe traktowanie w szkole przeniosła go do szkoły żydowskiej pomimo nasilających się już nastrojów antyżydowskich w Europie.

Klimat miasteczka był niezwykły, bo pomimo tego, że było drugie co do wielkości w Danii, w odróżnieniu od Kopenhagi zachowało i pielęgnowało  mnóstwo  ludowych zwyczajów jak barwne okolicznościowe pochody, prowadzenie wołu ubranego w girlandy kwiatów itp. Było rozległe, miało niską trochę bajkową zabudowę z górującą strzelistą gotycką katedrą św. Kanuta z powtarzającymi się  architektonicznymi motywami stopni do nieba…

     Andersen był samotnikiem, unikał zabaw z rówieśnikami, uwielbiał czytanie. Bawił się zabawkami, które mu robił ojciec, szył im ubranka, stworzył sam dla siebie teatrzyk kukiełkowy. W krainę baśni, poza ojcem wprowadziła go matka ojca, z którą  odwiedzał przytułek dla chorych, bo tam zajmowała się ogrodem a potem przebywał tam jego chory psychicznie dziadek.

Gdy Andersen miał 11 lat, wskutek powikłań zdrowotnych po udziale w wojnie napoleońskiej 1816 r, zmarł ojciec. Matka zmarła z powodu alkoholizmu, ale przedtem bardzo się starała, by  zapewnić byt synowi, więc  zarabiała jako służąca i praczka a dziecko wysłała  do pracy w fabryce sukna.

Chłopiec lubił śpiewać, więc w ten sposób umilał sobie pracę. Gdy jeden z robotników uznał, że to dziewczyna, inni zdarli z niego ubranie, by sprawdzić. To wydarzenie miało wpływ na jego późniejsze zahamowania. Ponadto gdy miał 13 lat, matka wyszła ponownie za mąż i syn był świadkiem burzliwego życia seksualnego odbywającego się w maleńkim mieszkaniu. Potem doszedł lęk przed chorobami wenerycznymi i w efekcie nigdy nie ułożył sobie życia osobistego.

Gdy miał 14 lat zapragnął zostać aktorem, więc sam powędrował do Kopenhagi. Chciał wstąpić do trupy Teatru Królewskiego , próbował grać, ale ostatecznie go nie przyjęto. Uczęszczał do szkoły baletowej, kontynuował śpiew ale po mutacji głosu stracił swój wysoki sopran. Jednak stale fascynował go teatr. Postanowił zostać autorem sztuk teatralnych. Pierwsza, „ Miłość na Wieży Mikołaja” napisana w  1829 r. została nawet wystawiona , potem napisał   ich sporo , ale z powodu braku wykształcenia, popełniał wiele błędów ortograficznych , stylistycznych co m.in. było powodem odrzucania ich przez krytyków.

Debiutował wcześniej, bo w  1822 r. zbiorem utworów pisanych pod pseudonimem William Christian Walter, pt ” Młodzieńcze próby”.

W tym samym roku otrzymał stypendium królewskie, dzięki czemu mógł kontynuować naukę a potem studia. Oczywiście uważał, że to niezwykłe społeczeństwo duńskie opiekuje się młodymi zdolnymi, ale tak naprawdę pomagał mu Jonas Collins, który od początku wierzył w talent młodego człowieka. Andersena  wydał kilka tomów wierszy, wiele opowiadań, szkiców, powieści , a także dziennik swojego życia.

W 1851 r. uznano jego wiedzę i zasługi i przyznano mu tytuł profesora.

       Do pisania dla dzieci początkowo nie przywiązywał wagi, traktując je jako pisanie dla dorosłych. Jak wspomniałam na wstępie, zastrzegał, że jego baśnie są jak pudełka: dzieci oglądają opakowanie, a dorośli mają zajrzeć do wnętrza. Zżyłamał się gdy określano te bajki jak twórczość wyłącznie dla dzieci, nie widząc ich głębszego sensu. Jednak to one przyniosły mu wielki rozgłos. Pierwszy ich zbiór wydano w Kopenhadze w 1835 r,.  a potem , aż do r.1872, ukazywały się ich kolejne tomy. „To on był brzydkim kaczątkiem, dziewczynką z zapałkami, umarłym dzieckiem, choinką. Był tymi, o których pisał. Miał nadzwyczajną umiejętność mówienia od środka każdej postaci, którą powołał na bohatera baśni: z wnętrza ludzi, zwierząt, przedmiotów. Jego moc była tu czarnoksięska…

….O czym tak naprawdę jest bajka „ Dziewczyna z zapałkami”, czy o nieszczęściu biedy czy o szczęściu umierania w ufności? ” mówił.

        Na licznych zdjęciach zwracają uwagę bardzo długie stopy, i jak pisze jego przyjaciel William Bloch: „ramiona i nogi miał nieproporcjonalnie długie i chude, dłonie płaskie i szerokie, a stopy tak gigantyczne, że z pewnością nikt nigdy nie próbowałby mu ukraść butów. Miał tak zwany rzymski nos, ale był on tak nieproporcjonalnie wielki, że zdawał się dominować nad całą twarzą…podczas gdy oczy , jasne i bardzo małe, głęboko schowane w oczodołach, do połowy przykryte powiekami, nie zostawiały żadnego wrażenia…” i dalej napisał Bloch: ” z jego wysokiego otwartego czoła i wyjątkowego wykroju ust emanowały dusza i piękno..”

     Powoli poprawiała się  sytuacja materialna Andersena, co pozwoliło mu na liczne podróże po Europie. Był ciekawy świata i ludzi, stale niespokojny duchem , samotny, z licznymi kompleksami, ze skomplikowanym charakterem, nadmierną wrażliwością i skupieniem na sobie. To nie pozwalało mu na stabilizację życiową.  Martwił się, że oszaleje jak dziadek, miewał stany depresyjne. Wg biografów miał naturę biseksualną, o czym świadczą listy do przyjaciół, np. „ Moje uczucia do ciebie są takie, jak uczucia kobiety. To moje kobieca natura musi pozostać tajemnicą…”

Miał wielu sławnych znajomych jak Bertel Thorvaldsen, Karol Dickens czy bracia Grimm .

„ Dzienniki” zaczął pisać w roku 1825, gdy porzucił marzenia by zostać aktorem.

     „ W Muzeum Andersena w Odensie są fotografie, pierwsze wydania książek, rękopisy, listy i buty. Są  kwestionariusze zadawane sobie na zasadzie hasło- skojarzenie. Hasło ulubiony kolor – błękit. Pejzaż- morze. Zmysł orientacji-przeciętny. Pobożność i miłość do dzieci-ogromne. Gdyby nie był tym, kim był, chciałby być Andersenem. Czyli sobą. Chciałby mieszkać w Rzymie. Najpiękniejsza rzeźba- „ Jazon” Thorvaldsena. Słuch- doskonały. W ludziach lubił dobroć, nienawidził kłamstwa….są także nożyczki- wycinał nimi sylwetki….dla zabawy własnej i dla dzieci zaprzyjaźnionych rodzin.” Tu Jarosław Mikołajewski, wieloletni sekretarz Wisławy Szymborskiej widzi” jakieś pokrewieństwo pomiędzy ich  bajecznością a poetyckim purnonsensem wycinanek Wisławy Szymborskiej …wycinanka jako prywatny list poza słowami….”.

 

   I w ten sposób mam nowy temat do rozmyślań. Rozmyślań  nad losami człowieka. Nad jego dolą i niedolą, nad siłą, mądrością, konsekwencją. Postanawiam wrócić do dziecięcej lektury Bajek Andersena , ponownie przeczytać, tym razem ze zrozumieniem właściwym dla bardzo dorosłego człowieka i w świetle tego, co teraz wiem o autorze… To było ważne spotkanie z Andersenem…dziękuję panu Jarosławowi Mikołajewskiemu za ten artykuł

 

 

SAM_9158.JPG

 

 

Zapatrzenie zapamiętanie…

 

 

ja18lat.jpg

Ja sprzed półwiecza.

 

Tego dnia szczególnie intensywnie rozmyślam o oczach.

Dotykam tego problemu wprawdzie  już  od dawna, ale najpierw powierzchownie i przelotnie ale ostatnio coraz częściej i coraz bardziej zanurzam się w czeluściach swojego prawie minionego  życia.

Tak mi jakoś przyszło w tym czasie michałowickim, emeryckim, dużowolnogodzinowym, poddomkowym .

Wracam więc do dni gorzowskich, poznańskich i tych ostatnich warszawskich.

I układają się wspomnienia , czasem nanizane jak paciorki w łańcuchu wydarzeń . A w nim widzę ludzi wprawdzie  zamkniętych jak w sieci czasu, zatrzymanych w kadrze ale stale żywych w mojej pamięci.

I zadaję sobie pytanie dlaczego tak się stało, że mam ich w oczach, w mózgu , dlaczego tak bardzo zapadli mi w pamięć.

I wiem, że to nie były tylko niezwykłe ich oczy, to była odnaleziona w tych oczach  dusza. Odnaleziona bratnia dusza.

Nic oryginalnego w tym co piszę, bo przecież ktoś już dawno powiedział, że oczy są zwierciadłem duszy…wybaczcie….

Losy moich Rodziców. Normalizacja życia rodzinnego.

Wydawało się, że życie Mamy i całej rodziny jakoś się normalizuje.

Tato przyjeżdżał co tydzień do domu i sielanka rodzinna mogła rozkwitać.

Postanowili, że będę mieli jeszcze jedno dziecko.  Z radością oczekiwali na to dziecko.

Ich starszy syn, Zenon miał już 6 lat i lubił zabawy z synem właścicieli domu- Kolą oraz samotne wyprawy do pobliskiego lasu.

Gdy wracał, opowiadał Mamie, jak tam było pięknie.

Miał romantyczną liryczną i wrażliwą naturę.

Niedziela na Głównym czyli fantasmagorie peronowe w mieście G.

 

I znowu sentymentalny powrót do Gorzowa. Przeglądam swoje stare zdjęcia i znajduję to- Dworzec PKP w moim mieście rodzinnym. A potem mój tekst zamieszczony pod nickiem Łuka w MM- Gorzów w pażdzierniku 2010 roku. I cofam się w czasie…

 

Niedziela na Głównym czyli fantasmagorie peronowe w mieście G.

 

 

Niedziela i noc na gorzowskim peronie. Właśnie wyjeżdżam. Jestem sama. Ogłaszają , że pociąg będzie opóźniony o 30 minut. Mam czas, dłużej pobędę w Gorzowie.

Rozglądam się i robię zdjęcia.

Peron jest oświetlony, może mało przytulny i przypomina perony dworcowe winnych miastach. Na jego końcu lśni tajemniczy drzewokrzew.

Siadam na ławce. Rozmyślam sobie. To jest mój dworzec i mój peron.

Główny w życiu. Nie wiem, ile razy stąd wyjeżdżałam (z Domu) i wracałam (do Domu).
Peron jest chropowaty, zdeptany nogami podróżnych.
Poniżej proste, gładkie, idealnie równoległe tory prowadzące gdzieś w świat. Za nimi następny peron.
Niedługo przyjedzie pociąg.

Rozmyślam i widzę jak te perony zamykają fragmenty mojego życia.

Są jak nawiasy.

Muszą być w parze.

Każdy się otwiera, a jego lustrzane odbicie zamyka treść, zdarzenia.

Chcę opowiadać o swoim życiu, ale zamiast zdań podrzędnych umieszczam te peronowe nawiasy.

Urodziłam się w Gorzowie  ( bo tutaj rodzice próbowali odbudować swoje życie po wojnie).

Gdy miałam 5 lat, razem z przyjaciółką uciekłyśmy z domu na działki  (bo chciałyśmy być dorosłe).

Często wyjeżdżałam nad morze  (było bezkresne, piękne i bardzo szumiało – teraz każdy szum lasu wydaje mi się szumem morza).

W pierwszej szkole zobaczyłam zadziwiające muszelki w podłodze  (bo często się dziwiłam, jak widziałam coś niezwykłego).

Miałam krzywe zęby  (bo oddziedziczyłam po przodkach).

W Gorzowie w latach 50. nie było ortodonty  (bo w Polsce ta specjalność dopiero raczkowała).

Dlatego jeździłam z ojcem do Poznania (bardzo lubiłam tam jeździć, bo smakowała mi masa plastyczna, z której wyrabiano aparat).

W Poznaniu zawsze chodziliśmy do baru mlecznego (bo lubiłam jeść leniwe w prawdziwym barze) oraz do sklepu z ołówkami (ołówki miały napisy Kooh-I-Noor i przyjemnie pachniały).

Zgryz mam nadal trochę nieprawidłowy ( bo nie lubiłam aparatu, aż sam się w końcu zgubił).

Potem chodziłam do LO za Wartę (bo kusiły mnie most i wielka rzeka w dole).

Studiowałam w Poznaniu  (bo tam była wonna Palmiarnia z ławkami i można było sobie czytać).

Często przyjeżdżałam do Gorzowa (bo tu jeszcze był mój Dom).

Wyszłam za mąż               (wcześnie, bo tak było najlepiej).

Urodziłam dużo dzieci       (bo chciałam mieć dużą, radosną rodzinę).

Potem tylko pracowałam     (bo to była moja pasja).

Teraz jestem na emeryturze (bo zawsze bardzo tęskniłam za luzem w życiu).

Jeszcze pracuję, a ponadto gadam sobie w MM-Gorzów (bo jednak bardzo lubię ludzi).

Czasami się modlę (bo muszę dziękować za to, co dobre i proszę o siłę).

Nie przyjeżdżam do mojego miasta rodzinnego (bo czuję, że tam nie mam już Domu).

Rozmowy na MM G wystarczają mi zupełnie (więc nie muszę tak naprawdę podróżować).

Stale myślę, że jeszcze coś zobaczę i zrobię (bo podobno jestem optymistką – mówią, że noszę różowe okulary).

Umiem się cieszyć i oglądać to, co bardzo duże i to, co bardzo małe (bo w środku chyba jestem jeszcze dzieckiem).

Lubię tańczyć (ale nie mam z kim).

Mam już zmarszczki (głównie na twarzy, ale raczej nie na duszy).

To odziedziczyłam po przodkach (chyba po to, żeby zachwycać się genetyką).

Teraz mam coraz bliżej końca wędrowania (ale jestem pogodzona, bo każdy tak ma).

Potem przyjdą młodzi i piękni  (widzę ich dookoła i są naprawdę ładni).

Przede mną ostatni peron  (bo muszę w końcu zamknąć ten największy nawias) .

Cieszę się  (bo w tym innym świecie podobno jest też ciekawie i mówią, że tam grają trąby anielskie).

Kończę tę opowieść    (bo właśnie ktoś zachrapał).

Wypiłabym jeszcze piwo   (ale podobno na peronie nie można).

Zaraz będzie pociąg (i sobie gdzieś pojadę).

Nikt mnie nie żegna (bo i nikt nie witał).

Ta opowieść jest trochę dziwna (ale można czytać tylko to, co bez nawiasów – albo nie czytać w ogóle).

Ale to wina tych peronów i Wojtka Młynarskiego

(bo on jeszcze mi śpiewa w głowie ,,Na wszystkie smutki niedziela na Głównym…”)