Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 13 ). Moja praca higienisty, neurologa i biegłego sądowego – krótkie rozważania.

Jerzy T. Marcinkowski, chyba lata 80 ubiegłego wieku…

Przed laty rozpoczęliśmy pisanie pamiętników, które z różnych powodów do tej pory nie ujrzały światła dziennego. Ponieważ teksty już były, zaprosiłam do blogu Kolegów ze wspólnych lat spędzonych na studiach na ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (1965 – 1971). Przyjęli zaproszenie i dzięki temu Pamiętniki w raczej ich fragmenty są  dostępne w sieci i mogą poczytać choćby potomkowie…..a jak się okazuje, również zgłaszają się dawni pacjenci, dobrze wspominając swojego doktora. To jest bardzo miłe….

A oto ciąg dalszy kart z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego, profesora medycyny z którym odnalazłam to, co nas połączyło przy wspólnym stole w Anatomicum- młodość :),  pasję pisania, umiłowanie życia,  przyrody, ciekawość Świata i wieczne nim zadziwienie..

W rozmowach z koleżankami i kolegami często jestem postrzegany jako ten, co zna się tylko na higienie. W tym jednym słowie HIGIENA, mieści się obszar bardzo rozległy i dotyka nie tylko wszystkich specjalności medycznych, ale bywa, że jednoczy inne dyscypliny nauki w ich aspekcie dbałości o zdrowie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, jak np. architekturę, inżynierię głównie sanitarną, czy biologię z jej działami botaniki, zoologii, mikrobiologii, genetykę, ale także psychologię, czy socjologię a nawet prawo, politologię i ekonomię.

Od okresu po ukończeniu studiów w 1971 r. działam w tym szerokim obszarze teoretycznym, bo do takich zaliczany jest Zakład Higieny, i jednocześnie klinicznym jako neurolog oraz jako biegły sądowy w dziedzinie neurologii (od 1983 r.), co zmusza mnie do poznawania meandrów prawa, kontaktów z prawnikami, co nie zawsze bywa przyjemne (na sali sądowej) – o czym już pisałem, ale też stanowi ogląd tragedii życiowych innych ludzi i niesie ze sobą różne pytania – w jakim stopniu moja opinia wpłynie na czyjeś życie.

I myślę, że potrafiłbym przekonać wielu, iż taka praca na kilku polach naukowych i praktycznych, na kilku odmiennych obszarach działania, przynosi satysfakcję, nie mówiąc o nieustannym poszerzaniu horyzontów i częstym  zadziwieniu nad stale odkrywającymi się nowymi tajemnicami ludzkiego życia i zdrowia.

Chociaż są i tacy – i to dominuje we współczesnej nauce – którzy zajmują się bardzo wąskimi, ściśle określonymi tematami. Ma to oczywiście spore plusy, gdyż temat ten jest długo i dogłębnie drążony oraz daje możliwość wnikania do jądra tajemnicy z nim związanej. Ponadto taki rodzaj pracy związany jest z cechami osobowości, które determinują takie czy inne wybory życiowe.  Jako przykład mogę tutaj podać Panią docent z jednego z instytutów – w której komisji habilitacyjnej uczestniczyłem – która w swej pracy naukowej zawęziła się tylko i wyłącznie do badania spermy pod kątem postrzegania w niej zmian będących wynikiem narażenia na szkodliwe czynniki środowiskowe. Wniosek z jej badań był taki, że sperma mężczyzn z Polski jest coraz gorszej jakości, co w sytuacji niżu demograficznego ma narastające znaczenie. Można by tu przytoczyć słowa znanej piosenki Danuty Rinn „Gdzie ci mężczyźni?”

Moje doświadczenia z pracy w Zakładzie Higieny zawsze były i są nadal bardzo pozytywne. To miło jest przemawiać do studentów w duchu medycyny profilaktycznej, podawać przykłady, że każda złotówka zainwestowana w medycynę profilaktyczną przynosi wielokrotnie większe zyski aniżeli zainwestowana w medycynę naprawczą (kliniczną). I to jest prawda znana od dziesięcioleci, ale wciąż niedostrzegana przez decydentów – tych, którzy kierują ministerstwem zdrowia, jak i tych, którzy układają programy nauczania na wydziałach lekarskich. Przykładem niech będzie fakt, że gdy rozpoczynałem dydaktykę z higieny w 1971 r., to mieliśmy wówczas zajęcia trwające aż 3 tyg. na IV roku dla studentów medycyny, które potem stopniowo były „obcinane”. Spadaliśmy też niżej i niżej w sensie roku studiów i obecnie nauczamy na I roku w wymiarze zaledwie 15 godzin, tj. kilkakrotnie mniejszym aniżeli w przeszłości. Ten przykład dobitnie ilustruje rozbieżność pomiędzy tym, co mówi się o ważności profilaktyki a tym, co jest w rzeczywistości. Proszę przyjrzeć się, czym zajmuje się głównie Ministerstwo Zdrowia. Już z samej nazwy wynika, że powinno się ono zajmować stanem zdrowia Polaków, a tymczasem główne problemy, jakimi to Ministerstwo Zdrowia się zajmuje, to choroby. Może to w zbytnim uproszczeniu opisałem, ale generalnie tak się sytuacja przedstawia. Ważną kwestią są postawy ludzkie względem własnego zdrowia. Dobrze jest, jak ludzie sami działają na rzecz poprawy własnego stanu zdrowia i zdrowia swoich bliskich poprzez np. aktywność fizyczną, rekreacyjne uprawianie sportów, najlepiej na łonie przyrody, z całą rodziną. Dobrze, że pojawiła się moda na Nordic Walking, czy jednoczenie seniorów w Uniwersytetach Trzeciego wieku, których działalność obejmuje różnorodne formy zajęć i  w Polsce działaj bardzo prężnie. Ale od lat mamy wielkie problemy z zachowaniami antyzdrowotnymi, jak chociażby palenie tytoniu, uzależnienie od alkoholu, narkotyków i ostatnio wielki problem związany z tzw. dopalaczami. Dotyczy to zwykle młodych ludzi, którzy mają przed sobą jeszcze całe życie. Istotnym, narastającym problemem są ruchy antyszczepionkowe. Ich działalność  może doprowadzić do wybuchu epidemii różnych chorób zakaźnych,  już obecnych w bliskim nawet sąsiedztwie i powoli wkraczających do Polski, a często znanych jedynie starym lekarzom. Negatywna siła działania tych ruchów, zwłaszcza w Internecie, jest ogromna. Można obserwować „zalew” przekonywujących filmików, wielokrotnie drastycznych  rycin oraz danych w tabelkach, którym można by uwierzyć, gdyby nie znajomość jak są te dane układane i jak się nimi manipuluje.  Nie będę dłużej o tym pisał, bo temat jest niezwykle obszerny i należy do wiodących w epidemiologii naszych czasów. Wspominam o tym dlatego, że tą tematyką się zajmowałem i zajmuję nadal.  Praca na rzecz poprawy stanu zdrowia populacji, jak już wspominałem, jest często niedoceniana, gigantyczna,  żmudna, wymaga cierpliwości, rozwagi. Musi być kontynuowana przez młode pokolenia, które staramy się wychować, abyśmy w jak najlepszej kondycji jako naród przetrwali przez zawiłości historyczne.

c.d.n.

Jerzy T. Marcinkowski z siostrą Ewą i Andrzejem Colonna-Walewskimi. Jak opowiada Jurek- siostra , oczywiście lekarka, najstarsza z trójki rodzeństwa, to nie tylko pełna uroku osobistego, piękna, ciepła kobieta, ale także  mądra . Obraz ten należy uzupełnić o znaną na całym podwórku  historię   z lat dziecięcych Jurka, powtarzaną pewnie przez kolejne pokolenia , jak to obroniła swych młodszych braci przez bandą chuliganów, rzucając się na nich z pazurami  , czym wprowadziła bandziorów w osłupienie 🙂

P. dr Ewa wdraża   w czyn zalecenia higienistów, często ich zawstydzając- nie tylko przyjaźni się z roślinami w swoim bardzo wypielęgnowanym i obdarowywanym czułością ogrodzie, przemierza kilometry po polach i lasach z ukochanym psem, ale także maluje bardzo ciekawe, oryginalne obrazy….nic dodać, nic ująć ….

Jerzy T. Marcinkowski na jednym z sympozjów  poświęconych higienie…temat musi być ważny, sądząc po dynamicznej powadze współrozmówczyni oraz uśmiechu Jurka, który jednak słucha z uwagą, jak zwykle….

Te książki znalazłam w necie- może niezbyt dokładnie szukałam, ale wielka ich mnogość , jaką Jurek redagował zarzuciłaby pewnie cały mój blog 🙂

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 12 ). Praca w Zakładzie Higieny . Fragment z Wikipedii.

23.04.2018- Imieniny Jerzego –  część zespołu: od prawej-  dr n. biol. Aneta Klimberg , dr n. biol. Ewa Ulatowska, dr n. med. Daniel  Zielonka, sekretarka p. Lidia Pawlaczyk  i Kierownik Katedry Medycyny Społecznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu- prof. Jerzy T. Marcinkowski..

Jerzy T. Marcinkowski  w swoim gabinecie przy ul. Rokietnickiej 5c w Poznaniu z p. sekretarką Lidią Pawlaczyk i dr hab. Czesławem Żabą (kierownikiem Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu). Jurek pisze, że Zakład Higieny w 1996 roku przeniesiono  z Collegium Maius pod powyższy adres  ( od dwóch lat był już Kierownikiem tegoż Zakładu). Jak można się domyślać przeniesienie z laboratoriami włącznie nie było łatwe, a ponadto smutno było opuszczać te historyczne mury )

Jest 26.06.2013 roku. Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu. Jerzy T. Marcinkowski otrzymuje Nominację na profesora tytularnego z rąk Prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego .…

” Pracę w Zakładzie Higieny rozpocząłem 1 listopada 1971 r. i przeszedłem przez wszystkie szczeble, tj. od asystenta aż do profesora zwyczajnego. ”

Z  jakiegoś nieznanego mi powodu , Jurek  w swoim pamiętniku napisał tylko to jedno zdanie  ( które zamieściłam w cudzysłowie), na temat swojej ścieżki naukowej  i zawodowej wiodącej przez Zakład Higieny w Poznaniu . Dlatego pozwalam sobie, gwoli rzetelnej dokumentacji w blogu, skopiować i zamieścić odpowiedni fragment tego, co napisano na ten temat w Wikipedii:   W 1971 otrzymał dyplom lekarza medycyny i został pracownikiem naukowo-dydaktycznym Zakładu Higieny Ogólnej macierzystej uczelni. W 1973 został starszym asystentem, a rok później uzyskał stopień doktora nauk medycznych (1974) i awansował w 1975 na pozycję adiunkta. (…)

( …) W latach 1994-1996 pełnił obowiązki kierownika Zakładu Higieny Instytutu Medycyny Społecznej na Wydziale Lekarskim i zmienił profil prac badawczych Zakładu, dostosowując go do możliwości laboratoryjnych. W 1998 został powołany przez rektora do pełnienia obowiązków zastępcy dyrektora Instytutu Medycyny Społecznej Akademii Medycznej w Poznaniu; w 2001 był jego dyrektorem, a od likwidacji Instytutu w 2001 i przekształcenia go w Katedrę Medycyny Społecznej, pełni funkcję kierownika tej Katedry.

W 1998 uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk medycznych  na podstawie oceny dorobku naukowego oraz rozprawy Studium higieniczno-socjomedyczne funkcjonowania chorych z przewlekłym wirusowym zapaleniem wątroby. W 2004 został mianowany na stanowisko profesora nadzwyczajnego Akademii Medycznej w Poznaniu. W 2013 otrzymał tytuł profesora nauk medycznych. W tym samym roku został zatrudniony jako profesor zwyczajny w Wyższej Szkole Bezpieczeństwa w Poznaniu. W 2015 awansował na stanowisko profesora zwyczajnego w macierzystym Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Od 2017 jest wykładowcą na Wydziale Medycznym Uczelni Łazarskiego. Od 2018 jest wykładowcą na Wydziale Lekarskim i Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Zielonogórskiego. cdn.

zdj własne , niebo nad Michałowicami, może symbol wielu zainteresowań Jerzego T. Marcinkowskiego albo Jego drogi zawodowej, nie wiem zresztą, tak mi przyszło…

Tu wyraźnie dominuje jedna chmura 🙂

Jerzy T. Marcinkowski na jakimś sympozjum…dla mnie świetnie uchwycony gest „Przewodnika ” …

Dla porządku w temacie tzw. praw autorskich, o których ostatnio rozmawiamy z kolegami, muszę zaznaczyć, że wszystkie zdjęcia z wizerunkiem Jerzego T. Marcinkowskiego zamieszczone w tym blogu, są Jego własnością.  Wszystkie inne podpisuję- albo są moje , albo z Wikipedii.

 

 

 

Collegium Maius w Poznaniu ( 11 ).

Zdjęcie z Wikipedii

Zanim zamieszczę kolejny  wpis  z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego (JTM) , mojego kolegi z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, zatrzymajmy się przy gmachu, który był tak ważny dla mnie jak i innych  medyków kształconych w tym mieście, a także dla Jurka, który ponadto spędził tu pierwsze lata pracy  . To tutaj wszystko  się zaczęło- to był  nasz początek medycznej drogi, jakże długiej, nie zawsze prostej i jasnej, zwłaszcza gdy się ją ogląda z perspektywy  prawie 50 lat w zawodzie….

Część mojej opowieści  może być nudna dla kogoś obcego, ale  blog jest głównie adresowany do mojej wielkiej Rodzinki, więc opowiadam dalej  🙂

O tym,  że chcę być lekarzem mówiłam od kiedy zaczęłam mówić 🙂 . Po pierwsze,  moi rodzice, starzy, schorowani i z traumą po II wojnie światowej ,  oswajali mnie niejako z widokiem cierpienia  a po drugie chyba opiekuńczość i chęć niesienia pomocy miałam we krwi , pewnie po tacie- Wacławie ( czy po Rodziewiczach,  czy po Łukaszewiczach, nie wiem) …o następnych moich „ kontaktach z medycyną „, spotkaniach z lekarzami opowiedziałam w tym blogu w rozdziale : Na medycznej ścieżce….a teraz ciąg dalszy o wielkim Gmachu Akademii Medycznej w Poznaniu i moich doznaniach  z wczesnych lat młodzieńczych.

Nie zapomnę, gdy  w 1965 roku, zachwycona i onieśmielona, bo budynek był  potężny urodą i jakąś tajemnicą a ja , niespełna 18 letnia  dziewczyna z niewielkiego relatywnie Gorzowa , przekraczałam  progi Collegium Maius , by w dziekanacie złożyć dokumenty z podaniem o przyjęcie do Akademii Medycznej  ( obecnie Uniwersytet Medyczny).  Tak pisałam  przed laty w tym blogu , o pierwszym spotkaniu i pierwszym zauroczeniu  dostojnym Collegium Maius  :

Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy weszłam do  gmachu rektoratu AM w Poznaniu przy ul. Fredry. Budowla piękna z zewnątrz, miała niezwykłe wnętrze. Wielki, sięgający nieba hall, a na dookolnym obwodzie wspinały się na wysokość kilku pięter malownicze krużganki. Stanęłam w osłupieniu nad urodą tego wnętrza….

Zdj. z Wikipedii

Potem tam, w tym gmachu przy ul. Fredry w Poznaniu  zdawałam wstępny egzamin ustny, zwany „ testem na inteligencję”, który poszedł mi świetnie , jak i pisemny z fizyki i chemii, w odróżnieniu od biologii, z której otrzymałam 3 z zaznaczeniem, że jest to raczej „dzieło” literackie a nie wypracowanie na temat ( powiedziano mi o tym, z uśmiechem,  w czasie owej „rozmowy na inteligencję”, czyli w czasie egzaminu ustnego). I kiedy wreszcie w tłumie innych młodych  wypatrywałam swojego nazwiska ( ówcześnie Łukaszewicz) na liście przyjętych na uczelnię. Stale mam w oczach to miejsce, gdzie wisiała tablica w przeszklonej gablocie i tę listę , pomimo  , że od tego dnia minęły już 53 lata 🙂  .

Potem, już unoszeni  na skrzydłach studenckich , mieliśmy tam zajęcia niezbyt pomnę jeszcze jakie, ale na pewno z farmakologii. Straszliwa to była „ kobyła” wiedzy, przebrnęłam szczęśliwie, zdając nawet na 4, co zaliczono  mi w kolejnej mojej uczelni, do której się przeniosłam po ślubie , tj w Akademii Medycznej w Warszawie.  I do tej pory  mam  w sobie jeszcze  jedno mocne wspomnienie z czasów kiedy tam uczyliśmy się farmakologii. Uczyliśmy się, to małe słowo- zakuwaliśmy jak szaleni…Otóż był wtedy pamiętny „marzec 1968 roku” a my kończyliśmy  III rok studiów , chyba nieświadomi tego, co się dookoła dzieje….może niektórzy z nas wiedzieli, ale należałam do grupy mieszkających w Poznaniu na stancjach, gazet nie czytywałam, radia po prostu nie miałam a rodzice, którzy zawsze mnie  uświadamiali politycznie, byli daleko…

Tego dnia siedzieliśmy na którejś z drewnianych, szerokich prostych  ław  z oparciami ( pamiętam je doskonale ) na parterze Collegium Maius, gdy gwałtownie, z wielkim hałasem  rozwarły się  drzwi wejściowe    i wpadła grupka młodych , mocno zziajanych i jakby zdezorientowanych, wystraszonych   ludzi . Prawie natychmiast, widać ktoś śledził  przez okno wydarzenia na ulicy,  otworzyły się drzwi do zakłady Farmakologii- cichutko wyszedł nasz asystent-i  niecierpliwym, pospieszającym  gestem zapraszał tę grupkę  do środka. Szybko się zorientowali, pobiegli w tym kierunku i po chwili zniknęli w czeluściach Zakładu Farmakologii a  drzwi za nimi się zamknęły  z ledwie słyszalnym szelestem …. ledwie to się stało,  ponownie z hukiem otwarto główne wierzeje i  wtargnęło kilku milicjantów  , pewnie ze słynnej grupy ZOMO ( o czym się dowiedziałam później),  uzbrojonych po zęby, z czapami  nasuniętymi nisko na czoło a paskami od nich zapiętymi  pod  brodą, agresywnych, wrogich ….najpierw rozglądali się nerwowo, bacznie, dyszeli jak psy gończe ….my, niemi świadkowie –  spokojni w kąciku,  jak trusie tylko nogi nam dygotały z przerażenia i oczy mieliśmy jak talerze….zrozumieliśmy od razu, że ścigali tę grupkę młodych,  tylko może nieco od nas starszych … Zachowaniem przypominali wściekłą sforę spuszczoną z łańcucha ,  stukając podkutymi butami obiegli  piękne krużganki , tupali po pięknych dostojnych schodach , spenetrowali wszystkie zakamarki i ostatecznie  jak niepyszni opuścili nasze dostojne Collegium….teraz sobie myślę, że pewnie  byli pod wpływem jakiś środków pobudzających….przecież byli też chłopcami , jak ci, których ścigali….

Jest tu zbyt mało miejsca, by streścić ten straszny czas, opisany  pod linkiem- ale warto poczytać….

https://marzec1968.pl/m68/mapa-1/6905,Poznan.html

I jeszcze jedna historia, już luźna, bez tamtej traumy,  też moja, blogowa,  spisana przed laty a teraz skopiowana . Dotyczy lat 80 ubiegłego wieku :

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się po raz kolejny na AM-  rozniosły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, na piętrze, korytarzem właśnie przemykał Jurek. Bardzo się ucieszyłam…ponieważ czekałyśmy na rozmowę z dziekanem, Jurek przysiadł się do nas , chyba były tam ławy jak w szkole , chwilę porozmawialiśmy…ot , dawne czasy się do mnie uśmiechnęły- kawałek wspólnej młodości spędzony w tym gmachu…Gdy spytałam o Jego losy i rodzinę, opowiedział,  że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM , ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów. Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy  do pociągu powrotnego  ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, zresztą nie proponował,  prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM. Pokiwał tylko głową, i sucho skomentował, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał. Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam. Ot, taki epizod….

zdjęcie własne

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, zresztą świetnie mu szło na filozofii, dostał się na wymarzone studia …..

A o naszym stosunkowo niedawnym spotkaniu z Jurkiem , które otworzyło fajne relacje,  pisałam we wstępie do  pierwszej części zamieszczanego tu Pamiętnika JTM …

Zdjęcia Collegium Maius w Poznaniu, w różnych projekcjach z  Wikipedii…

a oto zebrane z różnych miejsc w Wikipedii informacje o  dziejach  gmachu  Collegium Maius w Poznaniu – gmach w stylu neobarokowym z elementami stylu neoklasycznego, wzniesiony  w latach 1908- 1910 , przy ul. Fredry , położonej w części Dzielnicy Cesarskiej w Poznaniu .  Budynek powstał  na potrzeby Komisji Kolonizacyjnej. Komisję tę powołał Sejm Pruski z inicjatywy Otto von Bismarcka, w 1886. Jej zadaniem był wykup ziemi z rąk Polaków i przekazywanie jej niemieckim osadnikom.

Po wybuchu  powstania wielkopolskiego,  jednego z nielicznych zwycięskich powstań Polaków o wolność przeciwko Rzeszy Niemieckiej , toczącego się w latach 1918-1919, do tego gmachu przeniosła swoją siedzibę Naczelna Rada Ludowa, a później Urząd Osadniczy likwidujący kolonie utworzone przez Komisję Kolonizacyjną .

Następnie budynek jako Collegium Medicum przejął  Uniwersytet Poznański.

13 maja 1926 odbył się tutaj bardzo liczny wiec studencki przeciwko Józefowi Piłsudskiemu, zakończony pochodem na Plac Wolności. Powzięto decyzję o zawiązaniu Akademickiego Komitetu Obrony. Działania te zakończyły się fiaskiem i Poznań pozostał pod rządami sanacji.  

W okresie okupacji hitlerowskiej w budynku tym mieściło się prezydium policji. Podczas wyzwalania miasta Poznania w styczniu i lutym 1945 o sam obiekt oraz w jego pobliżu toczyły się dość intensywne walki – ślady od odłamków do dziś widoczne są wewnątrz budynku.

Znamienne , świadczące o wielkiej bitności poznaniaków o Polskę było wydarzenie z 2 marca 1940,  gdy w czasie okupacji Harcerze Szarych Szeregów – Zygmunt Ciesielski i Bernard Intek, współpracując z Adamem Plucińskim, wywiesili na kopule polska flagę …..

A  róże  w hołdzie walecznym Poznaniakom ….zdjęcie własne

To zdjęcie otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego. Obecny profesor  w charakterystycznej pozie zamyślenia…jak dobrze pamiętam ze wspólnych studenckich czasów ten układ dłoni…tak mam, zapamiętuję dłonie….

Może ktoś zapyta , dlaczego zamieszczam w tym miejscu  to  zdjęcie ? –  może dlatego, że ten wpis znajdzie się wśród tekstów pamiętnika JTM, a może dlatego, że  ostatni mój ogląd  wspaniałego gmachu Collegium Maius to wspólne zwiedzanie dawno, dawno temu…

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 10 ). Biegły sądowy .

I nadeszła pora, by powrócić do ciągu dalszego Pamiętnika Kolegi ze studiów , Jerzego T. Marcinkowskiego, którego mam zaszczyt gościć w blogu….ale najpierw kilka zdjęć…

Jerzy T. Marcinkowski, …o czym myślisz Myślicielu ?

Zdjęcie sprzed lat.  Jerzy T. Marcinkowski z nieżyjącym od 2011 roku, Ojcem- prof. Tadeuszem Marcinkowskim i jego drugą żoną, Wiesią Bortel – mistrzem Polski w szybownictwie,  wymienianą wśród  polskich posiadaczy ZŁOTEJ ODZNAKI  SZYBOWCOWEJ Z TRZEMA DIAMENTAMI  w roku 1971. (http://www.zabytkoweszybowce.olsztyn.pl/index.php?page=lektury )   . Od razu Ją pokochały wszystkie dzieci Profesora i nadal utrzymują z nią serdeczny kontakt ….choć nigdy nie zastąpiła im  w pełni przedwcześnie zgasłej  Matki , która dała Im życie i otaczała Miłością jaką tylko Matka dać może……..” niedaleko pada jabłko od jabłoni”- Syn po latach, kiedy dość długo szedł własną drogą , spotkał się z drogą Ojca i już do dziś nią podąża , choć w znacznie szerszej i innej perspektywie  …

Jerzy T. Marcinkowski przy Chrzcielnicy w Andrychowie. To tu był ochrzczony, choć urodził się w Wadowicach…. nie wie dlaczego właśnie tu przyjmował swój Pierwszy Sakrament…. nie zdążył zapytać Rodziców….

A  oto ciąg dalszy fragmentów Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego:

  W mej pracy zawodowej jest jeszcze trzecia droga – od 1983 r. jestem stałym biegłym sądowym w dziedzinie neurologii. Zachęcił mnie ku temu śp. dr med. Aleksander Piechowski z Kliniki Neurologii, który tam funkcje biegłego sądowego pełnił od wielu lat. Podniosłym momentem było złożenie przeze mnie przysięgi biegłego sądowego, którą odebrał ode mnie w tymże 1983 r. ówczesny Prezes Sądu Wojewódzkiego, Jan Małek.

I tak stałem się biegłym sądowym a przeszkoliła mnie, szalenie krótko Pani kierownik sekcji lekarskiej mieszczącej się wówczas na terenie Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu przy ul. Marcinkowskiego 32. Ta przeurocza Pani pokazała mi, jak obchodzić się z aktami, na której stronie na co należy spojrzeć i jak opinię spisać w ten sposób, aby inni biegli sądowi znaleźli miejsce na dopisywanie danych z wywiadu, badania przedmiotowego, rozpoznania klinicznego i właściwej opinii. Dlatego o tym piszę, że na tym faktycznie zakończyło się moje zasadnicze szkolenie i bezpośrednio po tym zacząłem pisać pierwsze opinie sądowo-lekarskie dot. orzecznictwa rentowego dla Wydziału  Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu. Oczywiście później zastępcy Prezesa Sądu Wojewódzkiego, później Sądu Okręgowego wprowadzili szkolenia dla biegłych, ale ograniczały się one do parugodzinnych spotkań, na których znajdowali się biegli z wszystkich dziedzin.

Tak więc, od 1983 r.  stale  pełnię funkcję stałego biegłego sądowego w zakresie neurologii w Okręgowym Sądzie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, przekształconym następnie w Sąd Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (Wydziały VI, VII i VIII Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu, a obecnie Sądu Okręgowego w Poznaniu) oraz Sądzie Rejonowym dla m. Poznania – Wydziale IV – Sądzie Pracy i Wydziale Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Moje doświadczenia w opiniowaniu sądowo-lekarskim rozwijały się a wkrótce potem ówczesny kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu Pan prof. Zygmunt Przybylski zaproponował mi, abym pisał opinie sądowo-lekarskie w ramach tegoż zakładu. Od tego też okresu, do tej pory , ściśle współpracuję z Zakładem Medycyny Sądowej w Poznaniu. Jako biegły wydałem już kilkadziesiąt tysięcy opinii – niestety dokładnie nie liczyłem. Występowałem jako biegły na rozprawach w wielu sądach – w każdym z województw w kraju. Stąd też znam się na architekturze budynków sądowych. Prowadziłem badania sądowo-lekarskie na terenie wielu zakładów karnych i aresztów śledczych – stąd i tą architekturę i funkcjonowanie tychże jednostek nieźle poznałem. To są szczególne doświadczenia – bardzo ciekawe poznawczo. Na przykład dowiedziałem się od wychowawców w zakładach karnych o bardzo odmiennym traktowaniu przez współwięźniów ojcobójców i matkobójców. Otóż o ile współwięźniowie „są w stanie zrozumieć” i jakoś tam zaakceptować ojcobójców, to dla matkobójców „nie ma zmiłuj się” w tym środowisku – nigdy nie przebaczą! To zagadnienia warte szerszego opisania. W związku z tą działalnością napisałem szereg prac oryginalnych, w których analizowałem wydawane opinie sądowo-lekarskie oraz szereg prac poglądowych, opublikowanych głównie w „Orzecznictwie Lekarskim” – gdzie byłem najczęściej występującym autorem prac. To czasopismo zawiesiło swoją działalność, ale obecnie (w 2017 roku) następuje jego reaktywacja.

I ostatecznie  sprawdziło się stare porzekadło „niedaleko pada jabłko od jabłoni’-  zacząłem powtarzać drogę zawodową mojego ojca – pisząc opinie sądowo-lekarskie.

Na marginesie, muszę tu wspomnieć, że czasami odczuwam agresję ze strony niektórych adwokatów i radców prawnych, której sceną są sale sądowe. Za nieeleganckie uważam częste pisanie przez adwokatów i radców prawnych następującego zwrotu: „kwestionuję opinię biegłego w całości” a potem się okazuje, że zastrzeżenia dotyczą tylko względnie drobnego problemu. Zdarzają się kolejne zastrzeżenia, nieraz wielokrotne, do opinii z pytaniami na które już udzieliłem odpowiedzi. Takie zachowanie wspomnianych prawników jest szczególnie odczuwane w sprawach dotyczących obalania testamentów. Wielokrotnie występowałem w takich sprawach – około pół tysiąca spraw – i wiadomo, że końcowe konkluzje w opinii mogą być korzystne tylko na rzecz jednej ze stron. Chodzi o to, czy spadkodawca w dniu sporządzenia testamentu był świadomy i zdolny do czynności, jaką jest sporządzenie testamentu. Adwokat, który stoi po stronie, dla której opinia jest niekorzystna, potrafi atakować biegłego na wszystkie możliwe sposoby. Ja opinie sądowo-lekarskie staram się napisać jak najrzetelniej. Wypisać z akt sprawy wszystkie istotne fakty i opierając się na tychże faktach ostatecznie rozstrzygnąć, czy  spadkodawca/spadkodawczyni była zdolna do sporządzenie testamentu w danym dniu czy też nie. Adwokat jednej ze stron atakuje moją opinię i zachodzą różne sytuacje, chociażby taka: Pani mecenas na Sali sądowej mówi: „dlaczego biegły tak twierdzi, skoro tutaj – i wskazuje palcem na tekst z historii choroby, gdzie są obserwacje lekarskie – zostało napisane „kontakt z chorym zachowany”. Podchodzę do Pani mecenas i proszę, żeby mi pokazała, gdzie to jest napisane. Pani mecenas pokazuje palcem. Wobec tego, biorę wskazaną kartkę papieru, odwracam i pokazuję Sędziemu ze słowami: „Pani mecenas twierdzi, że tutaj jest napisane ‚kontakt z chorym zachowany’”. Sędzia zakłada okulary, patrzy uważnie na kartkę i mówi „ja nie wiem, co tutaj jest napisane”. W tym miejscu ja mówię – ja też nie wiem Wysoki Sądzie, ale Pani mecenas twierdzi, że jest napisane „kontakt z chorym zachowany”. To jest dotąd jeszcze wielki problem w polskich sądach albowiem obserwacje lekarskie a często całe historie chorób pisywane są ręcznie. Wiadomo, że pismo lekarskie bywa mało czytelne a czasami wręcz nieczytelne. Ja jako neurolog często mam problemy w odczytaniu zapisów poczynionych przez innych neurologów. I tu jeszcze wtrąciłbym uwagę o rzetelności, prawdziwości danych zawartych w dokumentach medycznych. W sprawach o obalanie testamentu wielokrotnie zwróciłem uwagę sądowi na to, że w aktach sądowych nie jest jeszcze pełna dokumentacja medyczna z pobytu w szpitalu. Chodzi o to, że istnieją jeszcze raporty pielęgniarski, pisywanie niezależnie od obserwacji lekarskich. I zdarzały się wielokrotnie takie przypadki, że wyraźnie co innego odnotowywano w obserwacjach lekarskich a co innego w pielęgniarskich. Pamiętam jedną sprawę z oddziału neurologicznego, gdzie pani ordynator wydała opinię dla sądu, że świadomość pacjentki w danym dniu była pełna, podczas gdy zupełnie co innego wynikało z raportów pielęgniarskich.

Kiedyś w sądzie karnym na rozprawie spotkałem się z niezwykłą wręcz agresją ze strony pani mecenas, która broniła męża oskarżonego o to, że wywiózł do lasu swoją żonę a następnie zarzucił jej niespodziewanie pętlę na szyję i udusił na śmierć. Z akt wynikało, że chodziło mu o przejęcie majątku żony. Badałem oskarżonego w areszcie i dowiedziałem się od niego, że nie ma żadnych napadów padaczkowych, nie bierze żadnych leków przeciwpadaczkowych, nie ma żadnych dolegliwości z kręgu padaczki. Ale pani mecenas odwoływała się do faktu, że w dzieciństwie rozpoznawano u oskarżonego na przestrzeni paru lat padaczkę, której napady później całkowicie ustąpiły. Pani mecenas chciała wymóc na mnie, jako na biegłym, że ta zbrodnia została popełniona w napadzie padaczkowym, jakimś zamroczeniu, czy czymś podobnym. Broniłem się zawzięcie w obliczu 3 sędziów, 4 ławników i 2 prokuratorów a także dość licznej publiczności na sali rozpraw. A potem zostałem ‚poczęstowany’ tym, że pani mecenas skierowała na mnie doniesieniu o popełnieniu przestępstwa na policję, aby to policja sprawdziła, czy rzeczywiście posiadam specjalizacje z neurologii i czy rzeczywiście mam tytuł naukowy profesora, jak podaję. Byłem w komisariacie policji, pokazywałem moje dokumenty – wszystko sprawdzono i okazało się, że wszystko jest prawdą.

A wspominam o tym dlatego, by zilustrować, a być może uprzedzić innych lekarzy, którzy podejmują się roli biegłego sądowego, z jaką agresją się mogą spotkać ze strony niektórych adwokatów. Jednocześnie chcę podtrzymać tych lekarzy na duchu, by się  nie zniechęcali, nie rezygnowali, i bez niepotrzebnie wzbudzanych emocji, które mogą się źle skończyć dla ich zdrowia – pewni swego zdania, bronili swojej opinii. Opinia ta musi być zgodna z ich sumieniem i wiedzą lekarską, którą nieustannie muszą pogłębiać. Jednym słowem rola biegłego lekarza to trudny przysłowiowy „kawałek chleba” ale równocześnie misja, by pomagać sądowi w ferowaniu sprawiedliwych wyroków.

cdn.

zdj własne…dziwny dmuchawiec z Horyńca…jakże złożona budowa, a całość tworzy piękną harmonię, powtarzalną- cud natury…trochę przypomina układankę pracy biegłego…

I jeszcze moje spostrzeżenia na marginesie – jak niełatwa jest  praca biegłego ,  przekonałam się choć tylko  w bardzo maleńkim zakresie.  JTM przysłał mi kilka opinii , bym poczytała, może dała jakieś swoje uwagi. I tak było w kilku  przypadkach. Zwykle potężna, zbierana przez wiele lat dokumentacja medyczna, przez którą należało przebrnąć – trzeba się naczytać, natrudzić by uzyskać pewność, że jest obiektywna i rzetelna. W dodatku zderzenie z prawnikami, czego na szczęście nie doznałam, musi być niezłą traumą. Ale jak widać, da się z tym żyć, o czym świadczy ten rozdział pamiętnika i pomimo tylu lat harówy – wciąż doskonała kondycja Jerzego T. Marcinkowskiego ….

Nasza Julka…

Jula z dyplomem zda się, frunie ….sama usportowiona radość …..

Na chwilę musiałam przerwać wrzucanie tu Pamiętnika Kolegi, bo w zamyślenie nad Jego dziejami, nad dziejami naszymi, lekarskimi   wdarła się radosna  aktualna Młodość !!! Stało się to za przyczyną Julki, jak wiadomo naszej trzeciej Wnuczki, która właśnie się obroniła – wcześniej pisząc bardzo wartościową pracę- mamy oceny dwóch recenzentów, kwalifikujących ją jako prawie magisterską i stawiających ocenę bardzo dobrą, a przed 3 dniami zdała egzamin i już jest inżynierem” pełną gębą „ J Wprawdzie do pełni jeszcze pełniejszej zostały studia magisterskie, ale to już jeden duży skok. Dziewczyna ma poukładane w głowie, co nie zawsze idzie w parze z urodą. W tym wypadku tak jest !!! Dwa w jednym J

A WSZYSTKO zaczęło się tak. Oczywiście opowieść moja, babcina, może nie zgadzać się z prawdą, ale zawsze mogę poprawić, jeśli uznacie, że było inaczej….albo wpisać swoje w komentarzu- pożądane !!! dla przypomnienia- gdy się kliknie na tytuł wpisu to on się podkreśla a na dole tworzy się miejsce na komentarze J

Otóż w tym samym co na zdjęciu powyżej,  dostojnym gmachu  Politechniki Warszawskiej, pięknego dnia – pewnie latem to było-  zebrali się świeżo upieczeni studenci wydziału Inżynierii Lądowej . Pewnie, jak to na Politechnice, w przeciwieństwie do np. Akademii medycznej, dziewczyny były okazami rzadkich kwiatów. Nieco starsi, już zaawansowani w edukacji koledzy postanowili się wybrać pod tablicę, gdzie ogłaszano wyniki, by obejrzeć młody narybek. Oczywiście , jak wszyscy się domyślają nie chodziło o narybek płci męskiei  🙂

I tak do pewien drągal, choć o sylwetce sportowca i urodzie aktora filmowego dojrzał uśmiechnięte piękne, słodkie dziewczę , jak zawsze radosne,  o  oczach jak płonący wielki błękit, mieniący się zielenią .  W tych oczach dało się wyczytać wszystko: i ogromne czułe serce, i dobroć i umiłowanie piękna i smutę nagłą …… I on, doświadczony już wilk morski, najnormalniej zatonął w tym  jarzącym się błękicie  🙂

I tak się zaczęła Ich znajomość, pewnie i przyjaźń a przede wszystkim Wielka Fascynacja , Zauroczenie i Miłość ….

Nie byli gotowi do wczesnego zawierania więzów małżeńskich, pewnie mieli chwile zwątpień, ale dali radę 🙂

Któregoś upalnego dnia, lub nocy, na brzegu Morza Egejskiego, wśród starożytnej scenerii pobliskiej Troi, Efezu itp., gdzie mieszkają jeszcze duchy dawnych Greków a teraz najnormalniejsi Turcy, dwie komórki tej pary postanowiły się spotkać. Dwie maleńkie,  mikroskopijne komórki , może przypadkowo lub nie ( zastanawiające), postanowiły stworzyć maleńką istotkę , w dodatku Dziewczynkę….

…..I tak to one, te dwie zakochane w sobie, ciupeńkie  komórki, zdecydowały, że  ślub Ewy i Marcina był iście królewski. Ten drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia stał się dla Nich i dla nas istnym majem, wiosną życia…. Odbył się w małym, krągłym kościółku, przy ul. Gdańskiej, który ufundował Jan Sobieski swojej Marysieńce. Romantyczne  to miejsce wypełnione tą legendarną miłością, posadowione  na wzgórzu nazwanym potem Marymont ( w tłumaczeniu : Wzgórze Marii)  , patrzące na Wisłę, szeroką, trochę leniwą miejscami, ocierającą się przymilnie o przyniesione z nurtem  piaszczyste łachy, lecz  nieustannie płynącą  do swojego morza. Ta piękna, całkiem nieuregulowana królowa naszych rzek, była wtedy jeszcze widoczna ze wzgórza zda się u stóp zakochanych, choć oddzielona osiedlami chałupek i nowych wieżowców  , położonych  w dole, w  pradolinie którą sobie przed milionami lat wyrzeźbiła ta rzeka….

…równie piękne przyjęcie w dużej Sali przy Teatrze Komedia- wszystko jak z cudownego filmu….całość ubarwiała trzyletnia może dziewczynka, która ganiała pomiędzy dorosłymi , tylko jej płowe włosięta fruwały, a gdy zaczynali grać- pierwsza biegła na parkiet. Znad stołów widać było tylko jej fruwające kudełki… To była pierworodna córka Justyny, Weronika. Od tej pory, a może już wcześniej bardzo pokochała chłopaka, a potem męża Ewy –Marcina, drugiego w naszym rodzinnym kręgu  i chyba z wzajemnością, bo wprawdzie  już nie siada mu na kolanach, jak kiedyś,  ale stale jest ciepło pomiędzy nimi…

….Gdy jesień już była w rozkwicie , a może właśnie  mierzyła się z zimą, nie pomnę, wychodząc do pracy, usłyszałam ciuchutkie wołanie Ewuni – mamo…. Cofnęłam się od drzwi wyjściowych, otworzyłam drzwi pokoju skąd dochodził głos – z niejakim lękiem- o co chodzi ? Na tapczanie , po lewej stronie pokoju leżała jeszcze, bo był bardzo wczesny poranek-  nasza mała córeczka – zawsze mała, choć miała wtedy już swoje lata- przysiadłam obok , a ona szeptem nieomal, jakoś lękliwie , powiedziała- jestem w ciąży. Jakże się ucieszyłam, wyściskałam. Nieomal ze łzami mówiłam, że to wielkie szczęście, taka wiadomość, bo dziecko to najpiękniejszy Dar. Córeczka chyba została uspokojona, a ja pognałam do swojego CZD, bo daleko było, na skrzydłach z tą wiadomością w głowie, sercu i oczach…..

….Gdy lato było już za drzwiami, wracałam sobie najspokojniej ze Zjazdu w Sztokholmie , spokojnie , bo do terminu porodu Ewci jeszcze chyba były dwa tygodnie, gdy na lotnisku Mirek i chyba nasz syn- takoż  Marcin witając mnie , oświadczyli, że Ewa już w  szpitalu. Tradycyjnie, jak wszystkie nasze Wnuki, tam lądowały ich brzuchate jeszcze Mamusie . Oczywiście, wszyscy wiedzą gdzie…ano nad Wisłą, przy ul. Karowej, w Klinice Położniczej, gdzie jak nasz Rodzinny Anioł Stróż czuwała Magda Broś. Ta młoda adeptka sztuki położniczo- ginekologicznej, o wielkiej sile osobowości i niesamowitym nosie położnika, wprowadzała  na ten świat nasze rodzinne pisklęta.

Już nie chciałam do domu, tylko z lotniska pognaliśmy czterema kołami prosto do szpitala. Ewunia miała bóle, jej mąż, Marcin czuwał w pobliżu i z dala równocześnie i zda się, że jednak był zdenerwowany- ale na pewno przejęty. Już nie pomnę detali…..pobyłam jakiś czas przy Ewuni mojej, ale nadeszła pora by wpaść do domu i przynajmniej schronić się pod prysznicem. Zostawiłam więc moje Dziecko, które oznajmiało, że chce znieczulenia nadoponowego- co wówczas dopiero wchodziło tak szeroko jak teraz, w praktyczne użycie. Ja, stary pediatra miałam jakieś lęki , że poród wtedy jest jakby nienaturalny ( no cóż, przeżyłam swoje cztery bez takich ułatwień) . Tak dalece nie byłam pewna jej decyzji, że ostatecznie po prostu stamtąd uciekłam, zapewniając, że niebawem wrócę. Zresztą z naszego Żoliborza daleko nie było, więc faktycznie wróciliśmy po niedługim czasie. Ewunia leżała wprawdzie na łożu boleści, ale z szerokim uśmiechem na buzi, co oznaczało, że już jest” pod wpływem „ leków o które prosiła… samej akcji porodowej nie widziałam, bo pewnie znowu gdzieś wybyłam- tylko potem już Maleństwo , jeszcze ocieplane w cieplarce, choć otrzymało , jak trzeba 10 punktów….śliczna byłaś Juleczko, śliczna od tych pierwszych dni……

A teraz nam wyrosłaś na dorosłą , choć jeszcze bardzo młodą kobietę….niech Ci się darzy w życiu, w Miłości, w zawodzie który wybrałaś,  z rodzicami którzy Cię kochają najbardziej i  z przystojnym i mądrym Bratem Michałem,  a także z całą naszą niemałą rodzinką ,  wśród  ludzi tylko dobrych , niech Ci się darzy…..

Jula z bratem Michałem ….ile mogli mieć wtedy lat ???? ….nieco szaleństwa i siła spokoju  ? 🙂 zdj ze zdjęcia 🙂

Ślub Ewy i Marcina Gregorowicza….

a to wspomnieniowo….myślę, że i wybaczycie, ale tak mi przyszło by pokazać to zdjęcie……

Jedno z ostatnich wspólnych Świąt Bożego Narodzenia ze Stefanią Łukaszewicz z d. Jakubiec  ( ur. 1907-zm.2000) , Wacławem Łukaszewiczem ( ur. 1908- zm. 2002). Od lewej stoją Mirek Konopielko ( ur.1935- ), w tyle Marcin Konopielko ( ur.1973- ), Ewa Gregorowicz z d. Konopielko ( ur.1970- ) z opisaną tu Julką na rękach ( ur.1995- ),  za nią fragment Justyny Jędrych z d. Konopielko ( ur. 1969- ), przed Justyną Paulina Rosińska z d. Konopielko ( ur.1979- ), za nimi Marcin Gregorowicz ( ur.1968 – ), potem Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz ( ur. 1947- ), z Dorotką  ( ur. 1993- ) na rękach , w prawym dolnym rogu- Weronika Jędrych ( ur.1991- )

Oczywiście jeszcze wtedy nie było pozostałych członków Rodziny, których tu wymieniać nie będę, bo wszyscy wiedzą z kim się spotykamy w każde Święta  Bożego Narodzenia i jest to dzień Najważniejszy cementujący rodzinę………….

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 9 ). Neurologia ( część 2 ).

Dr Teresa Owsianowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji w którym odbywałem staż specjalizacyjny z neurologii oraz kierownik mojej specjalizacji, o której poprzednio napisałem wiele ciepłych słów, była także  konsultantem neurologii zespołu opieki zdrowotnej Poznań-Grunwald. To Ona  poprosiła mnie, abym rozpoczął pracę w Poradni Neurologicznej tegoż zespołu zlokalizowanej w Poznaniu przy ul. Grochowskiej 110. Oczywiście wyraziłem zgodę, bo zawsze chciałem pracować z chorymi .

Tak więc w  1976 r. zostałem  zatrudniony w Poradni Neurologicznej Zespołu Opieki Zdrowotnej Poznań-Grunwald. Mój ówczesny rejon to była połowa dzielnicy Grunwald w Poznaniu. Zakres mojej pracy obejmował ambulatoryjne przyjęcia chorych oraz wizyty domowe. Moje zatrudnienie ustało z chwilą likwidacji ww. Zespołu w 1999 r. Przeprowadzono  wówczas reformę systemu opieki zdrowotnej i zespoły opieki zdrowotnej polikwidowano w całym kraju. Pracowałem tamże nieprzerwanie przez ponad 25 lat, nawet dostałem nagrodę jubileuszową. Do 31.03.2001 r. byłem zatrudniony Poradni Neurologicznej  Spółki Lekarskiej „Medic-Specjal” , ale potem założyłem  własny specjalistyczny jednoosobowy  gabinet lekarski neurologiczny. Do dziś zajmuję się szeregiem pacjentów , którymi opiekuję się od kilkudziesięciu lat – i to jest szczególnie cenne w pracy lekarskiej.

Czy pacjenci zawsze się stosowali do moich zaleceń? W jednym przypadku wyraźnie nie. Chodzi o moją pacjentkę, niezwykle sympatyczną, którą zajmowałem się przez ćwierć wieku. Cierpiała między innymi z powodu zawrotów głowy – więc ją wielokrotnie przestrzegałem aby nie wpadały jej do głowy takie czynności jak mycie okien, wchodzenie na stołki, czy wymiana żarówek. No i stało się, kobieta nie wytrzymała i postanowiła wymyć okna na święta – i wypadła z okna ponosząc śmierć na miejscu. To zrozumiałe, że lekarz bardzo przeżywa śmierć swoich pacjentów, zwłaszcza takich sympatycznych, wieloletnich….

Pracuję też jako neurolog w ramach działalności w EHDN (European Huntington’s Disease Network). Uczestniczyłem, po zdaniu testu (DIM20 CIBIC-plus Certification Test), w badaniach HORIZON – CIBIS/CIBIC-plus – DIM20:  A Phase 3, Randomized, Double-Blind, Placebo-Controlled Safety and Efficacy Study nad lekiem Dimebon wśród pacjentów lekką do umiarkowanej postacią kliniczną choroby Huntingtona – jako niezależny badacz (Independent Rater). Główne objawy kliniczne w zaawansowanej chorobie Huntingtona to ruchy pląsawicze i otępienie. To niezwykle ciekawe doświadczenia z badaniami z podwójnie ślepą próbą, kiedy to badacz nie ma pojęcia kto otrzymuje badany lek a kto placebo. Żartuję, że w tych badaniach stałem się ekspertem od miłości. Mianowicie badałem zawsze w odstępach czasowych chorego/chorą i jego opiekuna, którym najczęściej był współmałżonek/współmałżonka. I „po oczach” rozpoznawałem dwie sytuacje: 1) „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, albo 2) „mam już tego serdecznie dosyć”.

Ponadto byłem powoływany przez prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej w latach 1998-2002 do składu komisji egzaminacyjnej na II stopień specjalizacji z zakresu neurologii.

Moje wykształcenie i doświadczenie w pracy neurologa znajduje zastosowanie także na niwie sądowej. Ale o tym będzie w kolejnym rozdziale.

Jerzy T. Marcinkowski fotografuje świat….

..

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 8 ). Neurologia ( część 1 ).

Jerzy T. Marcinkowski , autor zamieszczanego tu pamiętnika, zdj. z 2017 roku….widać, czuje się  Moc, prawda ?

W 1972 roku ukończyłem staż podyplomowy i chciałem podjąć specjalizację z neurochirurgii, ale  już wówczas pracowałem w Zakładzie Higieny AM, więc  mogłem się specjalizować tylko w ramach wolontariatu (bo inna forma zatrudnienia była wówczas niemożliwa). Gdy poszedłem na rozmowę do  ówczesnego kierownika Kliniki Neurochirurgii AM doc. Feliksa Tokarza (późniejszy profesor), ten stwierdził, że z uwagi na specyfikę tej Kliniki, taka forma specjalizacji  z jednoczesną pracą w Zakładzie Higieny jest niemożliwa, gdyż wielokrotnie zabiegi się przedłużają i wyjście o określonej godzinie do miejsca właściwej pracy jest niemożliwe.

W tej sytuacji po przemyśleniu postanowiłem rozpocząć specjalizację z neurologii i moja  praca w ramach wolontariatu w Klinice Neurologii została zaakceptowana przez ówczesnego kierownika, Pana prof. Mieczysława Wendera. Tamże były wówczas następujące Oddziały: Intensywnej Terapii kierowany przez dr med. Mirosława Owsianowskiego , Męski – kierowany przez dr med. Olgę Mularek, Kobiecy – kierowany przez dr med. Jana Mularka, Dziecięcy kierowany przez dr. med. Bożenę Zgorzalewicz – późniejszą profesor i Neuroinfekcji – kierowany przez lek. med. Teresę Owsianowską.

Staż specjalizacyjny odbyłem kolejno na wszystkich tych oddziałach. Moim kierownikiem specjalizacji na pierwszy stopień była lek. med. Teresa Owsianowska (I stopień z zakresu neurologii uzyskałem 05.04.1976 r.). Dr Owsianowska wzorem dobrego ordynatora,  fantastycznym, zorganizowanym  , niezwykle skrupulatnym lekarzem, była  bardzo oddana pacjentom, którzy ją uwielbiali.  Do tego była kobietą bardzo urodziwą , wysoką, szczupłą o czarnych włosach. Była ona najlepsza w opisywaniu wyników EEG – i tego również mnie nauczyła.

Kiedy w późniejszym okresie przedwcześnie owdowiała, wykazywała się cechami bardzo dobrej koleżanki z pracy a mianowicie pełniła dyżury lekarskie w dniach, w których żaden inny lekarz pełnić by sobie ich nie życzył, a mianowicie chodzi o Wigilię, święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, święta wielkanocne i inne.

O neuroinfekcjach dowiedziałem się szczególnie dużo. Wrażenie robili na mnie chorzy na gruźlicze zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i mózgu z tego powodu, że codziennie otrzymywali intensywną terapię przeciwgruźliczą a poprawa kliniczna następowała niezwykle powoli. Taki pacjent leżał wówczas w Klinice około roku a nawet dłużej i w międzyczasie miał wykonanych kilkadziesiąt nakłuć lędźwiowych – jak ci pacjenci to wytrzymywali? Wykonałem mnóstwo nakłuć lędźwiowych i szło mi to bardzo dobrze i – co dla mnie niezwykłe – igłę punkcyjną trzymałem zawsze w prawej ręce a przecież jestem mańkutem. Jak zacząłem kłuć prawą ręką, to już nigdy nie spróbowałem lewą. W innych niż gruźlicze neuroinfekcjach udawało się zazwyczaj uzyskiwać szybką poprawę kliniczną – co bardzo cieszyło. Najczęstsze przypadki hospitalizowane w Klinice Neurologii to udary mózgu – więcej niedokrwiennych niż krwotocznych, pęknięte tętniaki mózgu, choroba Parkinsona, stwardnienie rozsiane, padaczka, zespoły bólowe kręgosłupa na tle zmian zwyrodnieniowo-dyskopatycznych, miastenia, guzy mózgu. W okresie jak rozpoczynałem specjalizację z neurologii to o neurologii mówiło się, że dominuje w niej „nihilizm terapeutyczny” – no i tak rzeczywiście było. Przez ostatnie półwiecze dokonał się jednak znaczący postęp – co wyraźnie widzę, także z racji pilnego uczęszczania na zebrania naukowe Oddziału Wielkopolsko-Lubuskiego Polskiego Towarzystwa Neurologicznego. Chyba ten postęp najbardziej jest znamienny w terapii stwardnienia rozsianego, bo wreszcie stosowane leki przynoszą coraz wyraźniejsze efekty.

Specjalizację drugiego stopnia z zakresu neurologii uzyskałem dnia 18.05.1982 r, również w ramach wolontariatu we wspomnianej Klinice Neurologii w Poznaniu .  Dnia 28.02.1983 r. Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Neurologicznego wyróżnił mnie I nagrodą w konkursie na najlepszą pracę przedstawioną w związku z egzaminem specjalizacyjnym II0 („Zespoły bólowe dolnego odcinka kręgosłupa – wybrane zagadnienia na temat etiopatogenezy, biomechaniki, epidemiologii, organizacji opieki zdrowotnej, absencji chorobowej i leczenia zachowawczego”).

W tamtym okresie mówiło się, że do zdania egzaminu specjalizacyjnego drugiego stopnia z neurologii należy przede wszystkim przygotować się z podręcznika: prof. Anatol Dowżenko „Neurologia kliniczna”. Uczyłem się z tego podręcznika – napisanego w formie encyklopedycznej – niezwykle pilnie dostrzegając, że aby dobrze sobie całą wiedzę przyswoić to nie jest się w stanie „przerobić” więcej w ciągu dnia niż kilkunastu stron – maksymalnie około trzydziestu. Pamiętam horror. Egzamin specjalizacyjny drugiego stopnia z neurologii – pierwszą część – zdawaliśmy w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie przy Al. Sobieskiego 9. Był to egzamin testowy. Kilka dni przedtem mieliśmy jeszcze konsultacje w tymże Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie – i mieszkałem wówczas w Hotelu „Polonia” w Warszawie (obecnie „Hotel Polonia Palace”) przy Alejach Jerozolimskich 45. Horror miał miejsce w autobusie w którym jechałem na egzamin testowy z Alei Jerozolimskich do Alei Sobieskiego – albowiem co otworzyłem podręcznik prof. Anatola Dowżenko „Neurologia kliniczna” na takiej czy innej stronie to okazywało się, że wiele faktów jeszcze sobie nie przyswoiłem. Jak to możliwe, że już ze dwa lata czytam tak pilnie tą właśnie książkę i jeszcze ją nie opanowałem? Tą jazdę autobusem zapamiętam do końca życia! Test był istotnie bardzo trudny a już seria pytań o zespół Pickwicka naprawdę „wyprowadzała w pole”. Najgorsze były podchwytliwe pytania testowe o to jaki z podanych objawów nie występuje w określonej chorobie. Przecież uczymy się zapamiętując przede wszystkim objawy które występują – i stąd była ta duża trudność. Potem był już egzamin praktyczny i egzamin ustny w Klinice Neurologii w Poznaniu – i dziwiłem się wręcz jak można egzaminowanemu zadawać tak proste pytania. I wszystkie oceny miałem „bardzo dobre” podobnie jak na pierwszy stopień. Ja po prostu byłem bardzo obkuty!

W tejże klinice pracowałem przez kilkadziesiąt lat i jak wspomniałem uzyskałem  I a następnie II stopień specjalizacji z neurologii klinicznej. cdn.

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 7 ). Staż podyplomowy i spotkanie z Higieną.

Jerzy T. Marcinkowski pod Pałacem Kultury i Nauki. Urodziliśmy się i wychowywali w cieniu duchów tych panów z księgi…..

Prawdziwej historii uczyli nas rodzice….a my podążaliśmy swoją medyczną ścieżką z uporem, zapałem i wiarą, że kiedyś będziemy pomagali ludziom….

Oto cd Pamiętnika Jerzego :

Po uzyskaniu dyplomu lekarza medycyny rozpocząłem pracę zawodową w dniu 19.07.1971 r. w Szpitalu im. Franciszka Raszei  w Poznaniu na oddziale chorób wewnętrznych, którego ordynatorem był wówczas prof. Eligiusz Preisler – był min. kierownikiem Zakładu Fizjologii. Odbywałem wtedy roczny staż podyplomowy obejmujący internę, chirurgię, pediatrię oraz ginekologię z położnictwem. Wówczas na tymże oddziale wewnętrznym pracował jako wolontariusz – specjalizując się w internie – dr Andrzej Laskowski – asystent Zakładu Higieny Ogólnej. I to on właśnie zaproponował mi  pracę w Zakładzie Higieny, bo właśnie był tam wolny etat asystenta. Ponieważ moim marzeniem była praca  w akademii Medycznej, to poszedłem na spotkanie z ówczesnym kierownikiem Zakładu Higieny Ogólnej, Panem doc. Adamem Jankowiakiem. To był przeuroczy człowiek, bardzo zaangażowany w działalność dydaktyczną, niezwykle życzliwy, do którego zwracano się per „Panie Profesorze”, gdyż przedtem był na stanowisku zastępcy profesora – takie stanowiska w tamtym okresie czasu istniały. A podkreślam ten fakt z uwagi na to, że Adam Jankowiak nigdy tytularnej profesury nie uzyskał a to za sprawa tego, iż nie należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, co było wówczas rzadkością w odniesieniu do osób piastujących stanowiska kierownicze.

Od tego okresu moje życie zawodowe było i nadal jest niejako podwójne, gdyż z jednej strony pracuję nadal w Zakładzie Higieny, obecnie Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu a z drugiej strony pracuję jako neurolog. I tutaj wyjaśnienie, dlaczego syn medyka sądowego nie został medykiem sądowym, a miałby bardzo ułatwioną karierę, a neurologiem. Otóż mój ojciec kształcił mnie w kierunku medyka sądowego i wykonałem osobiście około 250 sekcji zwłok, aby się w końcu przekonać, że to nie bardzo leży w mej naturze takie obcowanie ze zwłokami i że bardziej odpowiada mi praca z żywymi ludźmi. ( cdn )

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 6 ). Studia medyczne, praktyki wakacyjne.

Żeby nie było zbyt poważnie….zamieszczam to zdjęcie Jerzego T. Marcinkowskiego, które zresztą sam nam, kolegom,  przysłał  …..

I teraz cd Jego pamiętnika :

Praktyki wakacyjne

Przed podjęciem studiów zostałem zachęcony przez Zrzeszenie Studentów Polskich do wzięcia udziału w obozie letnim, który odbywał się w Państwowym gospodarstwie Rolnym w miejscowości Osowa Sień. Była to typowa pomoc w okresie żniw.

Po I roku studiów odbywałem praktykę – jak pamiętam, miała mieć charakter zapoznania się z podstawami pracy w szpitalu – w Katedrze i Klinice Dermatologii przy ul. Przybyszewskiego 39. Bardzo dobrze pamiętam ówczesne wyposażenie laboratorium diagnostycznego, kiedy to jeszcze laborantki szeroko posługiwały się szkłem laboratoryjnym, pipetami itp. Sprzętem, którego dzisiaj w nowoczesnych laboratoriach się nie uświadczy, bo wszystkie badania wykonują tzw. kombajny analityczne. W tejże klinice dostrzegłem wielką kulturę i szacunek względem byłych kierowników Katedry, którzy już przebywali na emeryturze.  Pamiętam dobrze, że mieli oni osobne gabinety położone w pobliżu urzędującego kierownika kliniki oraz brali oni udział w wizytach odbywających się na salach chorych. Pamiętam emerytowanego kierownika, prof. Adama  Straszyńskiego, autora podręcznika  z dermatologii. Na jednej z wizyt zagadnięto go na temat rozpoznania klinicznego u jednego z pacjentów, powiedział: „Dajcie mi tu Straszyńskiego – chodziło o jego podręcznik”. Profesor otworzył go na jednej ze stron i wskazał palcem na fotografię – tam była fotografia z rozpoznaniem klinicznym. Ten zwyczaj, że urzędujący kierownik kliniki czy zakładu udostępnia pokój byłemu kierownikowi jest wyrazem szacunku i winien być on naśladowany, ale niestety nie zawsze ma miejsce – a bywa, że czasem z winy emerytowanego kierownika, który wyraźnie nie godzi się ze swoim następcą.

Praktyka wakacyjna w szpitalu powiatowym w Świnoujściu – odbywałem ją, jak pamiętam, po III roku studiów. Była to praktyka bardzo ciekawa ze względu na lekarzy wówczas tam pracujących. Pamiętam, iż od ginekologów dowiedziałem się, że przypływały ze Szwecji promem pacjentki. Jeśli się  nie mylę, chodziło o aborcję, która wtedy w Szwecji była zabroniona ( ? ). Pamiętam też przypadek, że wówczas na oddziale chorób wewnętrznych leżał 1 pacjent – a może było ich więcej – który w szpitalu był już ponad rok a to z tej racji, że rodzina nie chciała go ze szpitala odebrać.

Praktyka wakacyjna w Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Będzinie – odbywałem ją po IV roku. Bardzo interesująca, gdyż zabierano mnie na pobieranie prób wody, powietrza, gleby oraz do zakładów pracy. Jedna z tych wizyt szczególnie była interesująca, albowiem zjechałem na dół do kopalni węgla kamiennego „Kazimierz Juliusz”. Za swym przewodnikiem z Sanepidu chodziłem a nawet przeczołgiwałem się przez bardzo wąskie chodniki, gdzie stropy były nisko i raz po raz słyszałem trzeszczenia w ścianach gdzieś w stropie, które mnie przerażały. Jak się rozpoczął kolejny rok studiów, to pamiętam, że każdy ze studentów był odpytywany na okoliczność tej praktyki i moja przez ta obecność w kopalni okazała się chyba najatrakcyjniejsza….

Jerzy T. Marcinkowski, aktualne zdjęcie które od Niego otrzymałam….

a teraz moje na marginesie ….podążam ścieżką wytyczoną przez Jurka w zamieszczonym fragmencie pamiętnika ….lubię chodzić śladami stóp ludzkich i rozmyślać….. 

Zdjęć wspomnianego prof. Adama Straszyńskiego w necie nie znalazłam, ale wzruszył mnie ten stareńki podręcznik…. zużyty mocno ze śladami dłoni studenckich – w tym naszych i na pewno nieraz oblany kawą, którą się wzmacnialiśmy zakuwając przez te lata studiów….

Szukając obrazów do Gospodarstwa Rolnego Osowa Sień, w którym Jurek , jak wspomina, odbywał praktykę wakacyjną trafiłam na zdjęcie pomnika byka- buhaja Ilona.

 

Znalazłam  też informację, że ów pomnik powstał w roku 1970 ( czyli później, niż czas opisany przez Jurka).  Ale to nie ma znaczenia, bo Jurek, zresztą urodzony pod znakiem byka 🙂 , zamieścił kiedyś w naszej grupie na Messengerze swoje zdjęcie pod tym pomnikiem. Szkoda, że tego zdjęcia nie umiem tu przenieść . Ale temat dla mnie stał się rozwojowy 🙂

Na stronie http://www.gazetalubuska.pl/strefa-agro/wiadomosci/a/buhaj-ilon-byl-gwiazda-prlu-ma-nawet-swoj-pomnik,12370178/ przeczytałam i skopiowałam stamtąd fajny fragment …”  Zanim betonowy Ilon ozdobił pagórek, rok przeczekał zamknięty w stodole. Pomnika przez pierwsze lata pilnowali nawet okoliczni myśliwi. Rogi, zad i… jajka Pomnik więc stał i bardzo szybko obrastał w historię i anegdoty. – Pomnik ustawili… no, w jakimś kierunku. Głowę ma w jedną stronę, zad ma w drugą – mówi C. Kryszkiewicz. – Często jak ktoś się mnie pytał o kierunki, odpowiadałem, że wszystko zależy od kontekstu. Czy tyłek do czegoś, czy rogi na coś. I zależności od tego kto przyjechał, to się mówiło dlaczego on tak ustawiony. Albo dupą do Zachodu, albo rogami na Wschód – śmieje się szef spółki. Najwięcej kontrowersji wzbudził jednak zwyczaj malowania tego, czym Ilon zapracował na swoją sławę. – Co roku przed Wielkanocą znajdowali się tacy, co wdrapywali się na pomnik i zmieniali bycze jajka w pisanki – śmieje się prezes Kryszkiewicz. A było to zadanie wręcz karkołomne, bo pomnik jest dość wysoki. – Raz wymalowali go w kolory biało-czerwone. To się ludziom nie spodobało, nawet telefony miałem w tej sprawie. Awantura się zrobiła, mówią do mnie: „weź chłopie przemaluj, bo jak to narodowe barwy na byczych jajach…”. – Czy ta tradycja trwa do dziś? – pytam prezesa. – W tym roku jakoś nie. Brak ducha w narodzie – odpowiada ze śmiechem.”

A kolejny temat poruszony w pamiętniku Jurka jest poważny :

Kopalnia Kazimierze- Juliusz w Będzinie, jeszcze wtedy żywa. zdjęcie z netu

Jerzy wspomina w swoim pamiętniku, że odbywał praktyki wakacyjne w Kopalni Kazimierz- Juliusz w Będzinie. Kiedyś zjechał na dół kopalni i nawet przeczołgiwał się przez bardzo wąskie chodniki…. było to zapewne wielkie przeżycie dla młodego mieszczucha nawykłego do całkiem innych widoków. Teraz czytam, że w 2015 roku Kopalnię zlikwidowano a w 2017 zburzono szyby. Tak zanotowano wtedy to wydarzenie : „Przy figurze św. Barbary już nikt nie składa kwiatów. Pod ziemią zaległa przeraźliwa cisza, a maszyny znieruchomiały. Trwa likwidacja kopalni Kazimierz-Juliusz, ostatniego takiego zakładu w Zagłębiu”……

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 5 ). Studium wojskowe na Akademii Medycznej.

Jerzy T. Marcinkowski chyba w okresie studiów, myślę, że ok. 1970 roku w roli  amerykańskiego bossa. Ponoć zdj. wykonane przy cmentarzu na poznańskim Junikowie a samochód  czyjś tam.  Jurek w berecie ułożonym w daszek i prochowcu- świetna kreacja 🙂 Jedyne zdjęcie z tego okresu które mi kiedyś przysłał…

A teraz cd Jego Pamiętnika :

Studium wojskowe

Podczas zajęć odbywanych w ramach studium wojskowego istniały 2 możliwości:

  1. W mundurach – odbywali je studenci, którzy posiadali kategorię zdrowotną A wg której nie mieli przeciwskazań zdrowotnych do odbywania tejże służby. Zajęcia te odbywali osobno mężczyźni i kobiety.
  2. Bez mundurów – czyli w cywilu, którą to służbę odbywali ci, u których stwierdzano przeciwskazania zdrowotne do odbywania tejże służby w takich warunkach, jakich odbywali ją ci w mundurach. Ta druga grupa była, jak pamiętam, liczna i zastanawiałem się nad tym, czy aż tak często stan zdrowia koleżanek i kolegów był tak zły, że dyskwalifikował ich od służby w wojsku. O ile pamiętam, to zajęcia wojskowe bez mundurów były koedukacyjne.

Sprawa płaszczy mundurowych

Odbieraliśmy z magazynów płaszcze, które szyte były wg takiego kroju, iż sięgały do połowy łydki a może i dalej.  Mój płaszcz, który odebrałem, był w słabej kondycji, bardzo wygnieciony i jak na niego spojrzała moja mama, to postanowiła, aby go poprawić, tj. wyprasować i trochę skrócić. Później, jak mieliśmy 1 zajęcia w mundurach, to dowódca kompanii, a były to osoby w stopniu majora bądź kapitana, robił przegląd przyglądając się, czy osoby nie powinny wzajemnie mundurów między sobą wymienić.  Ja wówczas bardzo drżałem o to, aby mi nie kazano oddać tak starannie przygotowanego munduru przez mamę, ale na szczęście to nie miało miejsca. Poza płaszczem mundurowym z magazynów dostaliśmy jeszcze czapki, na których było godło Polski, ale wówczas jeszcze bez korony, co większości z nas zdecydowanie się nie podobało. To były czapki polowe, a nie wizytowe, okrągłe i sztywne, w rodzaju rogatywek. Mundur noszony pod płaszczem też był polowy, drelichowy, z metalowymi guzikami. Do tego każdy z nas dostał nowy skórzany pas wojskowy i nowe buty skórzane wiązane na sznurowadła i zapinane wyżej na łydce na paski ze sprzączkami. Chcę tu podkreślić, że jakość tych butów była niezwykle dobra. Miały przyszytą podeszwę gumową z wrębami i trzeba tu mocno zaznaczyć, że tych butów nie można było zepsuć. Po zakończeniu służby wojskowej należało mundury i płaszcze mundurowe i czapki oddać, natomiast pozostawiono nam pasy wojskowe i buty. I ja te buty jeszcze po studiach używałem a później używali moi synowie i oni również nie zdołali ich zniszczyć. Taka to była dobrej jakości obuwie wojskowe, bo przecież pełni ono znaczenie strategiczne – cóż ma robić żołnierz na polu walki, skoro buty mu spadną lub się rozpadną. Dodam jeszcze, ze kolor tych butów i pasa był brązowy.

Podzielono nas   na kilka kompanii – wydaje mi się, że były 2 kompanie męskie i 2 żeńskie. I tutaj uwaga,  bardzo śmieszna, że mundury kobiet miały od tyłu tzw. klapy, co na początku wzbudzało naszą radość i różne uwagi.

Tajne zeszyty do notatek

To też dość ważny szczegół, bo część notatek mogliśmy prowadzić w zeszytach tzw. jawnych a część w tajnych. Każdy tajny zeszyt miał na sobie pieczęć okrągłą z godłem i drugą pieczęć z napisem „tajne”. Jego wszystkie strony były przeszyte i związane sznurkiem, na końcu opieczętowane. Po zajęciach te tajne zeszyty były zamykane w szafie pancernej. Trudno mi uwierzyć, żeby w tych notatkach były jakieś kwestie istotnie tajne i niebezpieczne, gdyby dostały się w ręce obcego wywiadu i raczej robione to było po to, aby nauczyć nas obchodzenia się z tajnymi dokumentami. W tych zeszytach pisaliśmy mnóstwo szczegółów, na jakie oddziały dzieliła się armia polska, amerykańska czy też RFN. Ile żołnierzy było tam w kompaniach, ile w drużynach, jaką broń mieli na wyposażeniu, jakie mieli armaty, haubice, czołgi, itp. Dzisiaj, po latach, nie sposób przypomnieć sobie tych szczegółów, ale jest to dobrze opisane w ogólnodostępnej bibliografii wojskowej, do nabycia w księgarniach bez żadnych przeszkód, wraz ze zdjęciami, szkicami, itd. Jeśli chodzi o broń, to przede wszystkim należy wspomnieć o karabinach maszynowych kałasznikowa – tych to właśnie, co zrobiły furorę na początku w armii czerwone, później w krajach demokracji ludowe, a od dziesiątków lat te „kałachy” to jest podstawowa broń terrorystów islamskich, z którą oni się nader chętnie fotografują. Tyle razy kazano nam rozkładać i składać te „kałachy”, że do dzisiaj potrafiłbym to w sposób płynny zrobić. Z „kałachów” raz po raz strzelaliśmy na strzelnicy. Oczywiście te stanowiska były przygotowane tak, aby nie doszło do nieszczęśliwych wypadków. Jak pamiętam strzelaliśmy w pozycji leżącej. To nie było takie proste trafić w środek tarczy. Wyniki tych strzelań były ogłaszane przez dowódcę kompani i trzeba przyznać, że była rywalizacja o to, komu uda się wystrzelać najwyższą liczbę punktów. Jeśli chodzi o broń, to pragnę dodać, ze już na obozie wojskowym strzelaliśmy jeszcze z pistoletów TT – bardzo znanych, które nosiło się w kaburze przytroczonej do pasa. Pamiętam, że podczas jednego z takich strzelań jeden z kolegów tak się ucieszył, jak trafił do tarczy, którą była sylwetka nieprzyjacielskiego żołnierza i po trafieniu przewracała się, że odwrócił się gwałtowanie i wypalił niechcący a kula przeszła tuż obok ucha majora, który zapewne był przyzwyczajony do takich sytuacji, ale wyraźnie zbladł. Kilka centymetrów dalej a byłby trafiony w głowę.

Kilka słów o kadrze oficerskiej studium wojskowego

Kierownikiem studium wojskowego za czasów naszych studiów był pułkownik Psuja a po nim pułkownik Góra. To byli bardzo mili lekarze i należało na początku zajęć po wojskowemu witać ich przed drzwiami studium wojskowego. Jak pamiętam, jeden ze studentów był wówczas wyznaczony do tej służby i siedział a raczej bardziej stał obok stolika do drzwi studium, patrząc uważnie, kiedy kierownik studium lub któryś z jego następców się pojawiał. Należało wówczas podejść ku niemu sprężystym krokiem wojskowym, następnie stanąć na baczność, zasalutować i złożyć raport, tzn. powiedzieć, że taki szeregowiec się melduje.

Kadra oficerska w studium wojskowym w części złożona była z byłych żołnierzy frontowych, który brali czynny udział w walkach i zdarzało im się potem udzielać bardzo praktycznych porad z tego zakresu, np. pamiętam majora Andrejczuka (spr), który bardzo się denerwował, jak leżeliśmy płasko na ziemi, celowaliśmy z karabinów a nasze stopy nie leżały przyłożone do ziemi, tylko podpieraliśmy się czubkami palców, przez co stopy sterczały. Major Andrejczuk mówił wówczas: Nie zdajecie sobie sprawy z tego, że jak będziecie pod ogniem nieprzyjaciela w tak głupi sposób leżeć, to nieprzyjaciel wam pięty odstrzela. Należy leżeć jak najbardziej płasko na ziemi. Po tym majorze widać było bardzo wyraźnie tą jego frontowość i znajomość żołnierskiego zachowania na polu walki.

Jak sobie przypominam, jeden z zastępców kierownika studium wojskowego był zastępcą ds. politycznych – czyli był „politrukiem”. Oj, to trzeba mocno podkreślić, że mieliśmy zajęcia właśnie z tymi oficerami politycznymi, którzy w sposób odpowiedni – tzn. zgodnie z ówczesną doktryną komunistyczną – opisywali nam 2 wojnę światową, w tym powstanie warszawskie. Oczywiście z tych wykładów jasno i niezbicie wynikało, że tylko PPR a następnie PZPR miała patent mądrości na wszystkie swoje postepowania a wróg polityczny, a szczególnie AK, jak i rząd tymczasowy w Londynie mylili się we wszystkim; nie przypominam sobie ani 1 podanego faktu, że w czymkolwiek postąpili słusznie. Tutaj trzeba też dobitnie podkreślić, ze jak zajęcia wojskowe rozpoczęliśmy w roku 1965 to jak byliśmy na 3 roku doszło do znanych wydarzeń antykomunistycznych na terenie Czechosłowacji. Pamiętam wtedy, jak bardzo nasilona była propaganda socjalistyczna, podkreślająca, że jedyną i słuszną drogą była interwencja wojskowa, w tym wojsk polskich, na terenie Czechosłowacji. My oczywiście w to nie wierzyliśmy, ale zdarzały się wśród nas takie jednostki, które miały odwagę wprost o tym mówić do oficerów. Pamiętam, że to kolega Michał Krzak bardzo ostro potrafił protestować, głośno mówił na zajęciach prowadzonych przez politruków, że nie było tak a tak a wręcz inaczej.

Obóz wojskowy w Kłodzku

Ci studenci, którzy odbywali zajęcia wojskowe w mundurach, to po 5 roku studiów byli kierowani na 6 tygodniowy obóz wojskowy w Kłodzku. Z tamtejszej jednostki pamiętam, że zakwaterowani byliśmy w typowych budynkach wojskowych, które otaczały bardzo duże podwórze. na tymże podwórzu stało ok. 60 transporterów opancerzonych
„SKOT”. W tychże Skotach byliśmy wożeni na zajęcia w terenie. Później docierały do mnie opinie, że tylko niektóre i to nieliczne  z tych transporterów miały zamontowane liczniki, które mierzyły czas pracy silnika i co za tym idzie zużycie paliwa. I ten fakt był wykorzystywany przez dowódcę jednostki w ten sposób, że od czasu do czasu zarządzał on ćwiczenie wojskowe, w którym brał udział ten transporter wyposażony we wspomniane liczniki. Tymczasem w oficjalnych sprawozdaniach wyliczano zużycie paliwa jak dla 60 transporterów, co miało pokryć różne lewe wycieki paliwa z jednostki. Trudno mi się odnieść do tego, na ile to było prawdą, ale sądzę, że prawdą być mogło. Jak nas w tych transporterach wożono na ćwiczenia, to raz po raz przejeżdżaliśmy przez bardzo ciekawe okolice, np. pamiętam, że przejeżdżaliśmy pod Bazyliką w Wambierzycach, ale oczywiście nikt nam nic na temat tego kościoła nie mówił.

Ćwiczenia w terenie

Pamiętam ćwiczenia, które w niektórych momentach były humorystyczne. Na przykład pamiętam mjr Dybasia (spr), który wszedłszy na niewielką górkę głośno mówił, że właśnie mówił i wskazywał palce, doszło do wybuchu broni atomowej. No i następnie opisywał, co się wtedy by mogło stać, jak wielu byłoby zabitych i rannych. Potem pamiętam inscenizację tych zajęć i utkwił mi fakt, że najwięcej było chętnych do udawania trupów na polu walki. Niektórzy mieli ciężkie zadania, bo np. musieli nosić „rannych” kolegów. Kilka z tych dni ćwiczeń spędziliśmy na polu w rozbitych namiotach. Namordowaliśmy się z rozbiciem a następnie z urządzeniem tych namiotów a potem w nich spaliśmy i najgorsze było to, że było wtedy bardzo zimno. Nałożyłem na siebie wszystko co mogłem, nie zdejmując butów. Taka sytuacja trwała kilka dni co skutkowało tym, że byliśmy niewiarygodnie brudni. Ale trudno było wówczas odważyć się rozebrać i umyć, bo takie było wszechogarniające zimno, pomimo, że to było lato.

Egzamin na oficera

Jak pamiętam, gdy przyjechaliśmy na obóz, to wszyscy byliśmy w stopniu starszego szeregowca poza kilkoma kolegami, którzy już wówczas mieli stopień kaprala (2 paski na pagonach) oraz tych, którzy za różne podpadnięcia na zajęciach ciągle byli szeregowcami. W trakcie tego obozu zdarzały się nominacje na wyższy stopień i niektórzy dostali starszego kaprala (3 paski) a nawet plutonowego (4 paski).  Ciągle byłem w tym okresie starszym szeregowcem. Bardzo istotne było to, że pod koniec obozu wojskowego odbywał się egzamin na oficera. Trudno mi przypomnieć sobie pytania, jakie otrzymywałem i oceny, ale egzamin zdałem i wydaje mi się, że chyba wszyscy obecni na tym obozie egzamin zdali. Potem miała miejsce uroczysta przysięga wojskowa i otrzymaliśmy wszyscy „2 gwiazdki”, czyli stopień oficerski podporucznika. Odnośnie przysięgi wojskowej chcę wspomnieć o pewnym fakcie. Jedna rzecz to to, kto co rzeczywiście wówczas mówił, bo w tej przysiędze były słowa o socjalizmie a druga rzecz to to, czy po złożeniu przysięgi złożył stosowny podpis. Zdarzyło się, że do nie składania podpisu nakłaniał dowódca kompanii major jednego ze studentów, który miał pochodzenie żydowskie (spr). I tenże kolega był skłonny tego podpisu nie złożyć myśląc, że dowódca kompanii dobrze mu doradza, ale w tym momencie kolega tegoż studenta Lesław Maziarz wytłumaczył mu dosadnie: „nie będzie twojego podpisu pod przysięgą, to nie zaliczą ci obozu wojskowego. A jak nie zaliczą ci obozu wojskowego, to nie zaliczą ci roku studiów i będziesz miał kłopoty”. Dzisiaj po latach należy bardzo negatywnie ocenić postawę tego majora.

Alkohol na obozie wojskowym w Kłodzku.

Osobiście nie piłem alkoholu w trakcie całych ćwiczeń wojskowych. Inna rzecz to picie alkoholu w drodze do Kłodzka – pamiętam, jak dojechaliśmy pociągiem do Kłodzka – jak wesoło było w pociągu i w pieszej wędrówce z dworca do jednostki wojskowej. W drodze powrotnej raczej nikt od alkoholu nie stronił. Ale zupełnie inna była sytuacja na obozie wojskowym, gdzie nas zdecydowanie ostrzeżono przez bardzo surowymi konsekwencjami picia alkoholu. Ja się do tego stosowałem i miałem wyobrażenie, że inni też, ale dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że niektórzy koledzy pili i to razem z dowódcami – oficerami.

Może tęsknota za wojskiem ? Jerzy T. Marcinkowski ze statystami filmu realizowanego na poligonie w Biedrusku…

Jerzy T. Marcinkowski , Jego koń Juror i świetnie upozowany spaniel Tobi. Jak widać wszyscy dobrze się czują na planie filmowym na poligonie Biedrusko…

Jerzy T. Marcinkowski….jeździectwo, które było Jego pasją przez wiele lat….czyżby  romantyczna tęsknota za zwyczajami przodków – którzy  na pewno dosiadali koni, czy za poligonem Biedrusko, gdzie były ćwiczenia wojskowe w czasie naszych studiów….czy za wolnością wreszcie….nie wiem

Najbardziej lubię to zdjęcie…