Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 4 ) . Mistrzowie wykładów i dalsze refleksje.

Jerzy T. Marcinkowski , ten z aktualnego zdjęcia, opowiada o czasach studenckich ( 1965-1971) ,  mistrzach wykładów  oraz snuje własne refleksje…..

Mistrzowie wykładów

Pamiętam wykłady z pediatrii prowadzone przez prof. Olecha Szczepskiego, który polecał aby w trakcie wykładów przywożono z oddziału dzieci. Profesor omawiał te przypadki z nami, wspominał o wielu ważnych kwestiach klinicznych, w tym o zlecaniu leków. Pamiętam dobrze słowa profesora, który mówił do nas: „Ja więcej leków w życiu odstawiłem aniżeli zleciłem”. Po latach muszę stwierdzić, że to były mistrzowskie wykłady doskonałego klinicysty, które – niestety – nie były przez nas należycie doceniane, a przynajmniej przez większość z nas, bo nie cieszyły się zbyt dużą frekwencją i podczas wykładów prowadziliśmy rozmowy między sobą a nie z wykładowcą.

Wykład prof. Edmunda Chróścielewskiego z medycyny sądowej utkwił mi szczególnie w pamięci dlatego, że frekwencja na nim była tak liczna, że sala wykładowa dosłownie „pękała w szwach”. A chodziło o to, że był to właściwie wykład z seksuologii okraszany bardzo pikantnymi zdjęciami, które dla profesora przygotowywał mgr Józef Strzyż. Podśmiewaliśmy się z tego, że w naszej opinii najbardziej świątobliwe koleżanki najbardziej się pchały aby zająć miejsca w pierwszych rzędach. Mój ojciec, który wówczas był docentem w tymże zakładzie medycyny sądowej, bardzo się tym denerwował mówiąc, że „dla Edka prawie cała medycyna sądowa do seksuologia”. Nie przypominam sobie, aby mój ojciec na wykładzie cokolwiek z obszaru seksuologii powiedział.

Niezwykle ciekawe  były wykłady z histologii prowadzone przez prof. Kazimierza Miętkiewskiego, który zachwycał się poszczególnymi obrazami pokazywanymi na przezroczach, powtarzając – to były jego częste słowa – „to jest bardzo instruktywna rycina”. Profesor to słowo „instruktywna” wyraźnie lubił. Najgorsze było to, że później na ćwiczeniach trudno nam było dostrzec pod mikroskopem to wszystko, co pokazywano nam na rycinach. Mieliśmy za zadanie rysować to w zeszytach, co było jeszcze trudniejsze.

Wykład z neurochirurgii prowadzony przez prof. Hieronima Powiertowskiego wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Szczególnie to, iż profesor zademonstrował na przezroczach, że osoby, które mają zmasakrowaną twarzoczaszkę częściej jednak przeżywają niż osoby u których w obrębie głowy wyraźnie nie widać śladów obrażeń. Tutaj mieliśmy pokazane zdjęcie głowy takiego pacjenta i obraz sekcyjny, kiedy to okazywało się, że miał miejsce rozległy śmiertelny uraz czaszkowo-mózgowy.

Czego nas nie nauczono na studiach?

Bezpośrednio po studiach podjąłem pracę w dniu 19.07.1971 r. w szpitalu  im. Franciszka Raszei w Poznaniu, gdzie zostałem przyjęty na odbycie rocznego stażu podyplomowego, który obejmował choroby wewnętrzne, ginekologię i położnictwo, chirurgię i pediatrię. Staż rozpocząłem od oddziału wewnętrznego, gdzie ordynatorem był wówczas prof. Eligiusz Preisler – znany nam uprzednio ze studiów z tego, że zajmował się również nauczaniem fizjologii a także był bardzo zaangażowany w medycynę sportową. Mankamentem pracy początkującego lekarza było to, że nie miał przygotowania w obszarze prawidłowego kształtowania relacji pacjent – lekarz. Praktycznie nikt nam o tym na studiach nie mówił i jak rozpoczynaliśmy pracę jako lekarze, to w zasadzie domyślaliśmy się, jak z pacjentem należy postępować. Tu oczywiście ważną rolę odgrywały takie fakty, jak to, czy ktoś pochodził z rodziny lekarskiej – w moim przypadku oboje rodziców było lekarzami medycyny – oraz cechy osobowościowe i wyniesiona z domu kultura. W tym to okresie doskwierało mi bardzo to, że w czasie studiów nie miałem praktycznej nauki wykonywania iniekcji dożylnych i dopiero na stażu zacząłem się tego uczyć. Na szczęście były bardzo wyrozumiałe pielęgniarki na oddziale, które mi w tym pomagały. Jako młody lekarz byłem zatrudniany głównie przy pisaniu historii chorób, w tym wpisywania w nich obserwacji lekarskich oraz wklejania w odpowiednich miejscach wyników badań dodatkowych. Jak sobie przypominam, nie korzystaliśmy wówczas z maszyn do pisania i wszystko wpisywane było ręcznie. Obowiązkiem młodego lekarza było noszenie historii chorób za ordynatorem oddziału podczas przeprowadzanych wizyt lekarskich. Oczywiście pozytywne było to, kiedy ten młody lekarz potrafił bardzo szybko znaleźć w historii choroby i pokazać ordynatorowi te wyniki badań, o które właśnie zapytał. Kolejnym oddziałem, na którym odbywałem staż był oddział ginekologiczno-położniczy, którego ordynatorem był dr ???? Szłapka. Tutaj przekonałem się, jak ciężka jest praca na oddziale położniczym, kiedy to konieczne było asystowanie przy porodach także w nocy. Z tamtego okresu pamiętam sceny, kiedy to położne w sytuacji gdy rodząca przy rozwarciu szyjki macicy wynoszącym zaledwie 1 cm tak głośno krzyczała, że położne parę razy uderzyły ją po twarzy i , co w tamtym okresie uchodziło „na sucho”, a obecnie rzecz jasna byłoby ocenione zdecydowanie negatywnie. Bardzo dużo zmieniło się od tego okresu w tym obszarze na korzyść dla pacjentek. Wielkim wydarzeniem dla mnie było szycie krocza po porodzie, ale i samo rodzenie, do którego dopuszczały mnie położne. Pamiętam, że pierwszy poród, jaki odebrałem, to była dziewczynka, której nadano imię Dorota. Jeśli chodzi o samo szycie krocza, to wykonywałem to po uprzednim przyjrzeniu się, jak to czynią położnicy i starałem się wykonywać to tak samo pod nadzorem oczywiście starszego lekarza i wydaje mi się, że wychodziło mi to całkiem sprawnie.  Staż z chirurgii odbyłem w oddziale chirurgicznym, którym kierował prof. ???? Krokowicz. Byłem dumny z tego, że mogłem podczas zabiegów trzymać haki i przez to mieć bardzo dobry wgląd w pole operacyjne. Podziwiałem sprawność manualną chirurgów i w tym miejscu pragnę wstawić informację, którą zasłyszałem od naszego kolegi z roku, prof. Marka Tuszewskiego. Otóż pracował on w klinice, którą kierował wówczas prof. Roman Drews – niezwykle sprawny manualnie. Marek Tuszewski powiedział mi kiedyś tak: „Stary raz po raz kompletnie nas zaskakuje tym, że równocześnie wiąże węzeł prawa i lewą ręką, ale robi to tak szybko, że nie jesteśmy w stanie podpatrzeć jak to robi. Tutaj pragnę dodać jeszcze o tym, jakie były stawiane wymogi młodym lekarzom, którzy w okresie przedwojennym zgłaszali się do kierowników klinik poznańskich o zatrudnienie. Otóż w klinice chirurgii w szpitalu im. Przemienienia Pańskiego warunek stawiany młodemu lekarzowi chcącemu się specjalizować z chirurgii był taki, ażeby przez 9 lat pozostał on w stanie kawalerskim, dopiero później mógł się ożenić. Wspominał mi o tym nasz kolega z roku, Michał Ryglewicz, wskazując na okoliczności zatrudnienia jego ojca w klinice ginekologii i położnictwa. Otóż jego ojciec, późniejszy profesor, dlatego wybrał ginekologię i położnictwo, że ówczesny kierownik kliniki podał mu okres pozostawania w stanie kawalerskim krótszy – nie 9 lat a 8. Ci młodzi lekarze specjalizujący się w dziedzinach zabiegowych mieszkali – jak mnie informowano – na terenie szpitali i wykonywali czy też asystowali, przy bardzo dużej liczbie zabiegów, stąd dochodzili do niewiarygodnej wręcz zręczności manualnej. Warto o tym pomyśleć w kontekście współczesnych młodych lekarzy, którzy chyba również chcieliby wykonywać jak najwięcej zabiegów operacyjnych, ale nie są do ich wykonywania dopuszczani albo też dopuszczani są zbyt rzadko. Taki bardzo często operujący chirurg miał niejako obrzydzenie do prowadzenia dokumentacji lekarskiej i spychał ją zazwyczaj na młodszych lekarzy, w szczególności stażystów. Jeszcze jedną pragnę dodać uwagę o prof. Romanie Drewsie – byłem świadkiem tego, jak po wykonaniu najważniejszego fragmentu 1 operacji zmieniał fartuch i rękawiczki i przechodził do 2 sali operacyjnej, gdzie już wcześniej był prowadzony zabieg operacyjny i włączał się do tej operacji w najważniejszym jej momencie. Spostrzegałem w twarzach asystujących mu lekarzy, że z wielką atencja odnosili się do profesora i jego umiejętności. Staż  z dziedziny pediatrii odbyłem w szpitalu im. Św. Józefa, który później przemianowano na szpital im. Krysiewicza. Pamiętam, że niełatwo było mi się nauczyć pracy z małymi pacjentami.

Czego wymaga student medycyny od prowadzących zajęcia?

To pytanie często sobie zadawałem od czasu, kiedy rozpocząłem pracę w Zakładzie Higieny Ogólnej, a miało to miejsce 1.11.1971 r. Musiałem w szybkim czasie przyswoić sobie wiedzę z poszczególnych seminariów i ćwiczeń, a było ich sporo, gdyż zajęcia z każda grupą trwały przez okres 3 tygodni i był 1 asystent prowadzący. Później to zmieniono i poszczególni asystenci prowadzili tylko po kilka wybranych seminariów lub ćwiczeń. Ponieważ, jak już wyżej wspomniano, zajęcia z higieny trwały długo, to pamiętam, że przydzielono mi seminaria nt. hałasu i wibracji. Jeżeli asystent ma kilka godzin na to, aby omawiać ze studentami przykładowo tylko problematykę hałasu i jego wpływu na zdrowie, to oczywiście może mówić o szczegółach, przede wszystkim nawiązywać do zagadnień z obszarów stricte klinicznych, w tym np. głuchoty zawodowej, badań audiometrycznych, mówić o ochronach osobistych. Od tamtego okresu uważam, że ten kierunek w nauczaniu higieny, aby przybliżać ją jak najbardziej w kierunku działań profilaktycznych jest szczególnie interesujący. Niestety po latach widzę, że ciągle we współczesnej medycynie dominuje medycyna naprawcza (kliniczna) a nie medycyna profilaktyczna. Trwający od wielu dziesięcioleci nawoływania w podręcznikach ku temu by medycyna w przyszłości była przede wszystkim profilaktyczną, ciągle nie znajdują odzwierciedlenia w codziennej praktyce. Widać to, jak się analizuje w działania Ministerstwa Zdrowia, jak i NFZ.

Co robić, aby studenci nas polubili?

Oto wielkie wyzwanie, bo trzeba przede wszystkim poruszać zagadnienia z danego obszaru tematycznego w taki sposób, aby ich wciągać do dyskusji, zainteresować omawianym tematem. Jak rozpoczynałem pracę, to wówczas nowoczesnym narzędziem dydaktycznym były rzutniki przezroczy. Zadaniem asystenta było zrobienie odpowiednich zdjęć a po ich wywołaniu oprawienie w ramki i ułożenie w odpowiedniej kolejności. Wielkim zagrożeniem dla asystenta była możliwość, że te wszystkie starannie ułożone w pożądanej kolejności slajdy wypadły z wózka. I wówczas stawał się wielki problem, bo to wcale niełatwo jest szybko odtworzyć prawidłową kolejność. W tym momencie pragnę opowiedzieć o niezwykłej sytuacji, jaka miała miejsce na bardzo prestiżowej międzynarodowej konferencji neurologów w Nowym Jorku a co zasłyszałem od prof. Wojciecha Kozubskiego, kierownika katedry i kliniki neurologii UM w Poznaniu. Otóż w trakcie trwania tej ważnej konferencji nagle – ni stąd ni zowąd –urwał się z sufitu przymocowany tam rzutnik ze slajdami, które rozsypały się dookoła. Nastąpiła wielka konsternacja, bo wszystko to miało miejsce w bardzo nowoczesnej Sali konferencyjnej. I tutaj refleksja, że takie niespodzianki zdarzają się nawet w najlepszych ośrodkach.

Zawodność sprzętu audiowizualnego.

Oj, zdarzały się sytuacje nieprzewidziane, ze np. wyłączono prąd – no i cóż – trzeba było dalej prowadzić zajęcia bez sprzętu, mając do dyspozycji tylko tablice i kredę. Ale przecież wielkość wykładowcy poznaje się i po tym, ze w każdej sytuacji potrafi on wykładać swój przedmiot. Tutaj wspomnę o sytuacji, z jaką miała do czynienia moja pierwsza doktorantka, dr Aneta Klimberg. Otóż pomimo tego, że bardzo dobrze zna się ona na sprzęcie komputerowym, to jednak nie była w stanie uruchomić projektora, aby pokazać prezentację multimedialną. Na szczęście tuż przed samą obroną zrobiłem jej szybko foliogramy i zabrałem na obronę rzutnik pisma – i z pomocą tegoż sprzętu moja doktorantka wygłaszała tezy swej rozprawy doktorskiej. I tu był mały mankament, mianowicie foliogramy te ułożyłem w innej kolejności niż spodziewała się doktorantka. Komisja Doktorska, w tym i ja, siedziała w oddaleniu paru metrów od doktorantki i nie mogłem jej w niczym pomóc, bo fizycznie byłem odgrodzony szerokim stołem zasłanym zielonym suknem. I pamiętam, jak wówczas zwróciłem się z wyrazami niepokoju do siedzącego obok mnie śp. prof. Eugeniusza Piotra Wąsiewicza – mojego ówczesnego szefa –dyrektora Instytutu Medycyny Społecznej. A on mi na to dość głośno odpowiedział: „Nie martw się Jurek, to twarda baba, da sobie radę”. I rzeczywiście doktorantka sobie poradziła w tej trudnej dla niej sytuacji, co później komisja doktorska pozytywnie oceniła, podkreślając, że pomimo stresu psychicznego wybrnęła prawidłowo z sytuacji. Podobnych sytuacji w trakcie prezentacji tez rozpraw doktorskich przypominam sobie więcej. Na przykład pamiętam młodą kobietę, która wygłaszając swój doktorat i chodząc przy tym wokół laptopa okręciła wokół swej nogi kable i po chwili wszystkie wtyczki zostały wyciągnięte z gniazdek prądu znajdujących się w ścianie. Wszystko zgasło. I w tym momencie pamiętam, jak koledzy z komisji doktorskiej ubrani w togi podbiegli i zaczęli pomagać, wkładać wtyczki do kontaktu, uruchamiać laptop i rzutnik. Inny doktorat i zbliżona sytuacja, zapewne bardzo stresująca dla doktoranta – w połowie prezentacji zgasło na kilka minut światło w szpitalu. Doktorant opanowanym głosem zaczął przedstawiać bez żadnego sprzętu tezy rozprawy doktorskiej, a kiedy po kilku minutach znowu włączyło się światło to jeszcze raz pokazał w skrócie prezentacje multimedialną. Podane przykłady pokazują, że najprzeróżniejsze sytuacje mogą zaistnieć i że trzeba sobie z nimi szybko i sprawnie umieć poradzić.

Oczywistym jest, że nie wszyscy wykładowcy są jednakowo lubiani przez studentów. Obserwując moich własnych  asystentów zauważam, że jedni sobie radzą z dydaktyką lepiej, drudzy gorzej. W miarę upływu lat władze uczelni starają się coraz dokładniej sprawdzać, jak z dydaktyką radzą sobie poszczególni wykładowcy. W tym celu min. studenci proszeni są o podawanie swych opinii o poszczególnych wykładowcach. Ten system staje się coraz bardziej dokładny  a wyniki podawane są do publicznej wiadomości podczas rad wydziałów. Przynależę do rady wydziału lekarskiego I i raz w roku, w marcu bądź kwietniu, odbywa się połączona rada wydziałów lekarskich I i II poświęcona dydaktyce. Muszę przyznać, że jest to dla mnie stresujące i pewnie dla innych kierowników i zakładów również, bo jest nieprzyjemnie, gdy się kierownik dowiaduje, że jego asystenci w ocenie studentów wypadają słabo. Na szczęście w ostatnich latach o moich asystentach na tych radach nic nie słyszę, co świadczy, że nie było uwag krytycznych, bądź też słyszę pochwały o zaangażowaniu w proces dydaktyczny. Trzeba tutaj dodać, że podczas inauguracji roku akademickiego corocznie studenci wskazują swoich ulubionych asystentów, którym publicznie wręczają dyplomy uznania.

 

Tyle z pamiętnika JTM

w necie znalazłam informacje nt i czasem zdjęcia :

Olech Szczepski ( urodzony i zmarł w Poznaniu -1914- 1980)- pediatra, wykładowca Akademii Medycznej w Poznaniu, rektor ( 1962-1964). W czasie II wojny światowej uczestnik kampanii wrześniowej, walk o Tobruk i bitwy o Monte Cassino.

Miętkiewski Kazimierz ( 1906-1973), od 1954 profesor Akademii Medycznej, od 1960 – kierownik Zakładu Histologii Prawidłowej i Embriologii tej uczelni; współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Histochemii i Cytochemii. Największe osiągnięcia z zakresu histofizjologii, cytochemii i endokrynologii eksperymentalnej.

Hieronim Powiertowski ( 1915-1983), współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Neurochirurgów, opracował metodę leczenia kraniostenozy. Kierownik Kliniki Neurochirurgii Akademii Medycznej w Poznaniu ( 1952-1971)

Niestety nie udało mi się znaleźć zdjęć wspomnianych w pamiętniku osób, podaję jedynie bardzo skrócony biogram :

Edmund Chróścielewski ( 1914-1998) – przez 34 lata kierownik Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu. Na podstawie jego opinii naukowej podważono fałszywą wersję UB dotyczącą śmierci najmłodszej ofiary Czerwca 1956- Romka Strzałkowskiego. Cieszył się wielkim autorytetem i powszechnym szacunkiem. M.in. był mężem zaufania Episkopatu podczas badania ciała zamordowanego przez SB ks. Jerzego Popiełuszki.

Eligiusz Preisler ( 1908-2008); uczestnik kampanii wrześniowej 1939, żołnierz AK. W czasie okupacji niemieckiej pracował w Zakładzie Ginekologiczno- Położniczym im. Księżnej Anny Mazowieckiej w Warszawie, następnie w Sanatorium Przeciwgruźliczym w Otwocku i jako lekarz w Osiecku. Po wojnie m.in. asystent w II Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu kierowanej przez prof. Jana Roguskiego.

Zdj własne, w skromnym hołdzie naszym Mistrzom…..

 

 

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 3 ). Egzaminy na Akademię Medyczną.

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego. Egzaminy na Akademię Medyczną

W 1965 roku zdawaliśmy egzamin wstępny na studia lekarskie. Ten okres kojarzy mi się bardzo mocno z moim ogrodem – z domem rodzinnym przy ul. Dziewińskiej 25  w Poznaniu, w którym to ogrodzie godzinami przesiadywałem przygotowując się do tych egzaminów wstępnych. Najbardziej to się przygotowywałem z biologii – z dużego i obszernego podręcznika „Biologia” Villego. W moim odczuciu byłem bardzo mocno obkuty z tego przedmiotu jak również z fizyki i chemii. Inni z moich domowników i moich rówieśników robili co innego a ja tylko się uczyłem – do tego stopnia byłem przejęty egzaminami wstępnymi. Pamiętam, że egzaminy wstępne miały formę pisemną i były do wyboru 3 czy 4 tematy z biologii. Wg mojej pamięci 1 z tematów, który wybrałem, dotyczył opisania najważniejszych narządów wewnętrznych człowieka. I tutaj miałem olbrzymie pole do popisu i ostro walczyłem z czasem, żeby wszystko przelać na papier, co się wyuczyłem. Zastanawiam się, ile godzin trwał egzamin z biologii, wydaje mi się, że długo – 4 czy 5 godzin. Patrzyłem coraz bardziej niespokojnie na zegarek i coraz wyraźniej brakowało mi czasu, bo zdążyłem tylko opisać układ krążenia, układ oddechowy i w kolejności zabrałem się za układ moczowy szczegółowo opisując nerki – a to wszystko pisałem tak jak pamiętałem z tej książki „Biologia” Villego. W  międzyczasie zauważałem, że coraz więcej osób wychodzi z sali egzaminacyjnej – była to duża sala wykładowa szpitala przy ul. Polnej, no i w którymś momencie pozostałem sam jako ostatni zdający i prowadzący egzamin wg mojej pamięci był to doc. Zygmunt Kornacki – późniejszy profesor i kierownik Kliniki Położnictwa i Chorób Kobiecych w Szczecinie. Docent Kornacki w ostrych dość słowach zwrócił się do mnie, żebym natychmiast swoją pracę oddał, bo inaczej to on już ode mnie jej nie odbierze, więc oddałem – w moim odczuciu niegotową, bo miałem jeszcze mnóstwo tematów do ukończenia. Potem było  mi niezmiernie miło dowiedzieć się, że moja praca egzaminacyjna otrzymała bardzo wysoką ocenę, w szczególności za opis anatomiczny i funkcji nerki – ówczesna kierownik oddziału stomatologii w dziekanacie pani Drążkowska poinformowała o tym moja starszą siostrę, również studentkę medycyny – a pani Drążkowska była teściową mojej siostry. Słyszała ona, że ponoć ci, co sprawdzali egzaminy wstępne, podziwiali mój egzamin wstępny z biologii. I tak to było, że ja oceniłem swoją pracę jako niedokończoną a uzyskałem z niej ocenę bardzo dobrą.

Pamiętam, że jak egzaminy się rozpoczynały, to przed wejściem na salę egzaminacyjną był tłum kandydatów, z których nikogo nie znałem i nikogo nie zapamiętałem, a to dlatego, że miałem w głowie przede wszystkim jak najlepiej te egzaminy zdać. Wzbudził wówczas mój zachwyt wystrój sali egzaminacyjnej – dużej z ładnymi ławkami z jasnego drewna. Wówczas egzaminy wstępne kończyły się jeszcze rozmową kandydatów z komisją egzaminacyjną. Celem tej rozmowy było przyjrzenie się kandydatowi pod tym kątem, czy się on na studia medyczne kwalifikuje. Przypominam sobie, że miałem spotkanie z ta komisja egzaminacyjną na 2 piętrze Collegium Maius przy ul. Fredry 10, gdzie mieścił się Zakład Fizyki Lekarskiej. Niestety nie przypominam sobie już członków komisji ani zadawanych mi pytań.

Po latach tę formę egzaminowania zarzucono z uwagi na fakt, że stawiane przez ta komisję oceny mogły być subiektywne a więc niesprawiedliwe . Mogły być takie dlatego,  że o przyjęcie na  studia lekarskie ubiegało się bardzo dużo dzieci lekarzy i to nierzadko pracowników naszego Uniwersytetu. Jak zarzucono te rozmowy wstępne z kandydatami na studia lekarskie to pozostały już tylko same oceny z egzaminów. Z czasem wprowadzono egzaminy testowe i ta sytuacja utrzymywała się przez długi czas. Wtedy znowuż podniosły się glosy, że taka ocena jest również nie najlepsza, bo ktoś może się dostać na studia lekarskie a się na nie w ogóle nie nadawać – mam na myśli głównie cechy osobowości kandydatów na studia lekarskie.( np. na weterynarię, nie wiem jak teraz, ale przed laty były testy psychologiczne- czy kandydat lubi zwierzęta. O to, czy przyszły lekarz lubi ludzi nikt nie pytał i chyba nie pyta J . Przyp. Z.K.)  Od paru lat o przyjęciu na studia decydują wyłącznie wyniki z egzaminów maturalnych – czyli nadal nie funkcjonuje ocena kandydatów z rozmowy z nim. Wydaje mi się jednak, że taka rozmowa z kandydatem na studia prowadzona przez nauczycieli akademickich z dużym doświadczeniem była bardzo dobra. Oczywiście jest to temat na dłuższą dyskusję.

W późniejszym okresie – już jako nauczyciel akademicki – przez wiele lat byłem członkiem Komisji Egzaminacyjnej,  która zajmowała się kandydatami na studia lekarskie. Jak wymyślono egzaminy testowe, to oczywiście starano się maksymalnie zabezpieczyć książeczki z pytaniami na te egzaminy testowe. Szereg osób było zatrudnionych w tym obszarze. Wielokrotnie jeździłem wraz z innymi członkami komisji po odbiór książeczek testowych na egzaminy a następnie odwożąc karty, na których kandydaci na studia zakreślali odpowiedzi na pytania testowe. To wszystko było robione tak, aby nikt niepowołany nie zdobył książeczek z pytaniami przed egzaminami a później aby karty z wynikami odpowiedzi odpowiednio zabezpieczyć. Pamiętam te mocno zalakowane przesyłki w szczególności, jak odbywało się pakowanie publiczne kart egzaminacyjnych z odpowiedziami kandydatów, jak to pakowano, oblepiano różnymi taśmami, a na końcu sznurowano i sznurki były lakowane a na tym laku stawiana była pieczęć uczelni. Jak już wspomniałem jeździłem w tych konwojach do Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, do Warszawy ( wydaje mi się, że do Wojskowej Akademii Technicznej, która się tym obliczaniem wyników egzaminów zajmowała), do Krakowa. Jeden z tych wyjazdów pamiętam z tego powodu, że samochód służbowy, którym jechaliśmy – niebiesko-szara Nysa osobowa, mocno już wysłużony zepsuł się nam w szczerym polu i jak sprowadziliśmy z najbliższego miasteczka taksówkę osobową, do której przepakowaliśmy to, co najważniejsze, czyli paczki z odpowiedziami z egzaminów wstępnych i następnie jechaliśmy (niestety nie pamiętam już, czy to była Łódź czy Kraków). I w tej podróży taksówką był moment komiczny, bo wjeżdżając już do docelowego miasta w taksówce urwała się rura wydechowa, bo był to samochód bardzo wysłużony – i komentowaliśmy to żartobliwie w ten sposób, że to był kurs życia dla tego taksówkarza, co nas wiózł, który za otrzymane wynagrodzenie za kurs kupi sobie lepszy samochód. To były oczywiście czasy, kiedy jeszcze nie istniała telefonia komórkowa i internet do powszechnego użytku, bo teraz to oczywiście nadal trzeba pilnować zdających egzaminy ale to już głównie pod takim kątem, aby nie otrzymywali oni pomocy drogą telefonów komórkowych bądź innego sprzętu elektronicznego.

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 2 ). Rodzice.

Oto ciąg dalszy zapisków prof. Jerzego T. Marcinkowskiego, mojego kolegi ze wspólnego stołu w Collegium Anatomicum poznańskiej ówczesnej Akademii Medycznej  o którym napisałam we wstępie….

Ponieważ nie otrzymałam zdjęć  rodzinnych, znalazłam w necie fotografię Taty autora pamiętnika, prof. Tadeusza Marcinkowskiego….takiego Go pamiętam…..powaga,  mądrość i dobroć w oczach…..siła spokoju….jednocześnie jakby ojcowskie obejmowanie spojrzeniem….

Zapraszam do czytania…..tekst podaję w formie oryginalnej, bez żadnych poprawek redakcyjnych. Bo któż by śmiał poprawiać redaktora naczelnego kilku polskich czasopism ……. 🙂

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego. Rodzice.

Pamiętniki lekarzy ukazywały się w piśmiennictwie polskim parokrotnie już począwszy od okresu międzywojennego.  W 1967 roku wydawnictwo „Czytelnik” wydało „Pamiętniki lekarzy”, na które składały się prace autorów złożone na ogłoszony wcześniej konkurs, i które to prace po wspomnianym postępowaniu konkursowym zostały zakwalifikowane do druku. Były to głównie wspomnienia pokolenia lekarzy, które studiowało bądź już pracowało w okresie II wojny światowej. Był to bardzo trudny okres dla studentów medycyny bądź już lekarzy i piszę o tym dlatego, że wśród prac, które wygrały wspomniany konkurs, były między innymi  pamiętniki mojego ojca, którego zapewne koleżanki i koledzy z mego roku studiów na Wydziale Lekarskim pamiętają, albowiem prowadził on wykłady z medycyny sądowej. W późniejszych latach, już po zakończeniu naszych studiów w 1971 roku, mój ojciec – Tadeusz Marcinkowski (ur. 16.10.1917 r. w Wilnie  – zm. 08.11.2011 r. w Szczecinie) wygrał konkurs na Kierownika Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej ówczesnej Akademii Medycznej w Szczecinie, obecnie Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. I ponownie mieszkając i pracując tamże powrócił do myśli napisania pamiętników lekarskich, które następnie własnym sumptem wydał pt.: „Moja droga ku medycynie – dość wyboista”.  Pokolenie moich rodziców miało bogate życiorysy, co związane było z tym, że przeżywali bardzo trudny okres II wojny światowej. W tym miejscu muszę się pochwalić, że mój ojciec miał niezwykle barwny i heroiczny życiorys, albowiem, gdy 1 września 1939 r. wybuchła  II wojna światowa, zgłosił się na ochotnika do wojska i brał udział w bitwie nad Bzurą, gdzie był ranny w nogę 17 września 1939 r. Okoliczności zranienia były takie, że gdy opatrywał rannego żołnierza polskiego w jakiejś stodole – ojciec do wybuchu II wojny światowej ukończył 2 lata studiów na Wydziale Lekarskim ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego – doszło do wybuchu jakiegoś pocisku, chyba szrapnela i został ranny. Ponieważ odniesione obrażenia dyskwalifikowały ojca od dalszego udziału w działaniach wojennych, został on przetransportowany razem z innymi rannymi żołnierzami transportem wojskowym – były to wozy drabiniaste ciągnione przez konie. Trafił do nie istniejącego już obecnie Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie. Tutaj warto przypomnieć, że tenże szpital zlokalizowany jest w okolicy Parku Łazienkowskiego w Warszawie – jest tam nawet tablica upamiętniająca istnienie tegoż szpitala. Budynek z czerwonej cegły, w którym mój ojciec leżał, istnieje do dzisiaj i mieści się w nim filia Głównej Biblioteki Lekarskiej. Ojciec we wrześniu 1939 r. był parokrotnie operowany, ale nie zdołano usunąć mu z nogi wszystkich metalowych odłamków po pocisku i 2  z nich pozostały w jego ciele aż do końca życia. Chciano mu wówczas dokonać amputacji kończyny dolnej z uwagi na zakażenie, do którego doszło, czemu ojciec się jednak stanowczo sprzeciwiał. Jak wspominał, przez dłuższy okres czasu był na granicy życia i śmierci, ale ostatecznie przeżył. Od czasów, kiedy ojciec został ranny w nogę, istniała u niego trwała wielka miłość do jodyny, której – w jego ocenie –zawdzięczał życie. Jak opowiadał bezpośredni po zranieniu prosił podoficera sanitarnego, aby wylał na jego ranna stopę całą butelkę jodyny – co tenże uczynił. Później wielokrotnie kurował się tą jodyną. Z upływem czasu stan zdrowia mego ojca poprawiał się i pojawiła się przed nim możliwość kontynuowania studiów lekarskich na Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich. Tamże mój ojciec poznał studentkę medycyny, Marię Aleksandrę Rzewuską (ur. 24.02.1918 r. w Petersburgu – zm. 05.05.1975 r. w Poznaniu). To była później żona mojego ojca i moja matka. Ich wielka miłość zakończyła się ślubem, do którego doszło w 1944 r., jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Tu następuje ciekawy moment, a mianowicie, że ich ślub miał miejsce w kościele, w którym później po wielu latach działał i pracował bł. ks. Jerzy Popiełuszko ( Kościół pw. Św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – przyp. Z.K.) . Rodzice brali udział w Powstaniu Warszawskim ale też z tamtego okresu pochodzi najgorsze wspomnienie mojej matki, które często za swego życia przypominała. Chodzi o kradzież, do której doszło w 1944 r. – włamanie do mieszkania. Miał później o tą kradzież wielki żal do mego ojca jego teść, Aleksander Rzewuski. Teść mianowicie zabronił pozostawiania otwartych okien w nocy. Mój ojciec jednak uchylił maleńkie okienko, tzw. lufcik i poprzez to małe okienko włożył łapę jakiś zbir, otworzył całe okno i banda złodziei opanowała mieszkanie, kradnąc z niego wszystko, co tylko się dało. Ten najtragiczniejszy moment dla mojej matki, to lufa pistoletu przykładana do jej głowy tak blisko, że widziała nagwintowanie tejże lufy. Bardzo bolesnym jest fakt, że ci, którzy okradli teściów mojego ojca i rodziców, to byli Polacy płynnie mówiący po polsku. Stąd jakże bolesny wniosek, że poza licznymi bohaterami z 1944 r. również grasowali polskie rzezimieszki.

Moi rodzice po II wojnie światowej kontynuowali studia lekarskie na Wydziale Lekarski ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego, które razem ukończyli. Ich nazwiska widnieją na pierwszej liście absolwentów powojennych Uniwersytetu Poznańskiego.

Te wszystkie okoliczności mój ojciec szczegółowo opisał w swoich pamiętnikach, a lekarzom wojskowym, którzy go wówczas operowali i leczyli w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie poświęcił kilka książek, które wydał własnym kosztem. Tak okazywał swoją wielką wdzięczność pacjenta do swoich lekarzy.

O moim ojcu pragnę jeszcze dodać opowieść o tym, jak pod koniec życia leżał w szpitalu w Szczecinie i został odwiedzony przez rodzinę, w tym moich synów Macieja i Michała. I moi synowie zadawali dziadkowi pytania w rodzaju: dziadku, jakie są twoje największe przeżycia , itp.? I można byłoby się spodziewać, że ich dziadek – profesor zwyczajny – będzie mówił o swoich największych dokonaniach zawodowych i naukowych. Jakiż było ich zaskoczenie, gdy zaczął opowiadać o roku 1945, kiedy to pracował w miejscowości Pakość na Kujawach jako lekarz w ówczesnych warunkach „od wszystkiego”. W tym opowiadaniu najwięcej uwagi poświęcił odbieraniu porodów. Nie był wzywany do zwykłych porodów, takich fizjologicznych, tylko do bardzo ciężkich przypadków położniczych, gdzie od jego umiejętności zależało, czy ta i tak już mocno wykrwawiona kobieta przeżyje czy też nie. Opowiadał, że nabył wielkiej wprawy położniczej w tamtym okresie i koncentrował się na tym, z jakiego sprzętu korzysta. Dużo miejsca w tym opowiadaniu było o konstrukcji latarki własnego pomysłu, którą montował sobie do głowy, żeby cokolwiek dostrzec podczas udzielania pomocy w przypadku porodów w porze nocnej. Nie było wtedy jeszcze światła w mieszkaniach, których tej pomocy udzielał, zwłaszcza na wsi. I tą opowieść dziadek moich Synów, zakończył słowami podkreślającymi, że wtedy najbardziej czuł, iż to tylko od niego zależało, czy pacjentka i noworodek przeżyją czy umrą. Przecież w tamtym okresie nie było jeszcze możliwości wezwania kogokolwiek innego na konsultacje, do pomocy czy odesłanie do szpitala….

W przedstawionym rysie moich Rodziców, nie było dziwne, że troje ich dzieci, w tym ja, wybrało studia medyczne….

Oto niektóre tytuły ( wszystkich się nie da, taka jest liczba publikacji) , które znalazłam w necie…. w książce podanej na końcu ( warto zwrócić uwagę na cały tytuł)   chyba jeden lub dwa rozdziały napisał syn, Jerzy- jeszcze w czasie trwania studiów….w kilku badaniach brałam udział- nie zapomnę , gdy J. przynosił z laboratorium krew, i rzucaliśmy jej krople na bibułę ustawioną w pionie-oglądaliśmy jak wyglądają ślady -……

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 1 ). Wstęp autorki bloga.

nasze „rodzinne ” Skrzyczne….moja Mama- Stefania Łukaszewicz z d. Jakubiec urodziła się u podnóża tej góry- a JTM w  nieodległych Wadowicach…..

Moi Kochani !

Pozwólcie, że przerwę na chwilę własną tu pisaninę, bo zaprosiłam Dostojnego Gościa- prof. Jerzego T. Marcinkowskiego. Stało się to z powodu, że zaplanowane zredagowanie i wydanie Pamiętników lekarzy, kolegów z naszego roku, na razie gdzieś drzemie, a tekst już jest.  Warto, by zaistniał w necie- choć w blogu miejsce niezbyt wygodne, bo dla lepszego czytania warto wrzucać  fragmenty a przy tym układają się one w kolejności- ostatni wpis na początku- czyli zaburzona jest chronologia. Ale stworzyłam nowy rozdział w blogu i każdy wpis ma dodatkowy podtytuł, co może ułatwić „ poruszanie się „ w meandrach Pamiętnika.

Jerzy jest moim kolegą z pierwszych trzech lat studiów, które odbyłam w Poznaniu ( 1965- 1968), by następnie przefrunąć  już z obrączką na palcu do Akademii Warszawskiej- o czym zresztą wiecie….

Spotkaliśmy się przy wspólnym stole w dostojnym Collegium Anatomicum ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu i przejęci oraz niektórzy z nas przerażeni oczekiwaliśmy chwili, gdy na kamiennym stole obok nas znajdzie się najprawdziwszy trup ….stało się to dopiero po pewnym czasie, gdyż wstępnie oswajaliśmy się z ludzkimi kośćmi, chłonąc bardzo obszerną wiedzę na temat różnych powierzchni, rowków dla nerwów czy naczyń i zdając codziennie kolokwia z wiedzy zawartej na setkach  stron słynnej Anatomii pod redakcją Bochenka…w moim wynajętym pokoiku w Poznaniu, na Osiedlu Warszawskim zamieszkał ze mną kościotrup rozłożony na elementy , umieszczony w pudle z czaszką na wierzchu…która na mnie patrzyła pustką oczodołów i trochę straszyła cudzym życiem, które kiedyś w niej pulsowało…

Jak się później okazało- a właściwie dowiedziałam się już po półwieczu- Jurek się tego nie bał, bo jeszcze w LO towarzyszył swemu Ojcu , który był pracownikiem naukowym w Zakładzie Medycyny Sądowej tejże uczelni- i potem już samodzielnie wykonał 250 sekcji . A na marginesie muszę dodać, że to, co pomnę z tzw. sądówki,  którą mieliśmy dopiero na VI roku ( byłam wtedy w wysokiej ciąży z Ewą ) zwłoki te nie były „ grzeczne”- jak te nasze pierwsze na anatomii- formaliną nasycone, wyglądem przypominające trochę pomidory suszone w zalewie kwaśno- oleistej. Zwłoki w zakładzie Medycyny Sądowej to topielcy wydobyci z wody po iluś tam tygodniach , czy miesiącach, wylewający się poza obręb stołu sekcyjnego , lub np. wisielcy, zwłaszcza liczni gdy pogoda była mocno wietrzna… etc….

Z Jurkiem jak i z całym moim poznańskim rokiem rozstałam się na pół wieku. I nagle, przed 1,5 rokiem zapragnęłam kontaktu z Moniką , z którą spędziłyśmy świetnie pierwszy rok studiów i rozpoczęłam poszukiwania , gdzież, ach, gdzież. Oczywiście na Facebooku . Jednak żadnej dziewczyny tam nie znalazłam , bo większość zapewne zmieniła nazwiska lub po prostu nie zaistniała na FB. Za to odkryłam kolegę- uroczego Leszka , który od razu się odezwał bo bardzo się lubiliśmy dawnymi czasy – co pozostało i też od razu rozdał moje „ namiary” innym kolegom. I w tenże oto sposób- dzięki temu, że dożyliśmy czasów tak wielce postępowych – odzyskałam kolegów a oni mnie :).

Zupełnie niespodziewanie  odezwał się też Jurek. Bo   podczas gdy jeszcze na  drugim roku studiów – mieszkając dość  blisko – wspólnie uprawialiśmy marszobiegi po okolicach Poznania, to już od następnych wakacji  byliśmy dla siebie ” niewidzialni”.  W tamtym czasie poznałam też Jego Tatę- fantastycznego- pełnego powagi mądrości i dobroci wyraźnie rysującej się na twarzy- ówczesnego docenta w Zakładzie Medycyny Sądowej . ..

Jak się okazało, te pół wieku, dobrze nam zrobiło, zaszłości zostały zapomniane, pozostał tylko ten radosny i pełen wrażeń pierwszy nasz rok studiów- czyli cofnęliśmy się do naszych niespełna 18 lat . …

Od tej pory mamy częsty kontakt wirtualny – razem opracowujemy przeróżne artykuły, jakieś wykłady- oczywiście Jerzy wrzuca temat i swoje teksty- ja dodaję,  czasem ubarwiam słowem i jest fajnie.

Tu muszę nadmienić, że jest profesorem zwyczajnym tzw. belwederskim, praktykującym nadal lekarzem- co bardzo mi się podoba-  oraz Prezesem wielkiej liczby różnych Organizacji, w tym Polskiego Towarzystwa Higienicznego z siedzibą przy ul. Karowej w Warszawie ( blisko Hotelu Bristol) . Ostatnio, z racji wygaśnięcia kadencji   oddał berło swojej bliskiej współpracownicy- ale pewnie w następnej kadencji- wystartuje ponownie. Bo jest to fighter – nie tylko dawny szermierz- mistrz polskich juniorów- ale życiowy i zawodowy:

„ Wojownik który musi zwyciężać  „……

Jeśli kto ciekaw, może zajrzeć do Wikipedii, gdzie można znaleźć  niezwykłą biografię Jerzego….

I teraz, jak wcześniej zapowiedziałam, oddaję Mu głos……

Na marginesie chcę  przypomnieć , że własne losy- jakże miejscami podobne,  zawarłam w rozdziale Na medycznej ścieżce…..

 

 

Kati….

I od tego dnia, gdy się dowiedzieliśmy, że jest z nami Kati,  WSZYSTKO już stało się inne.

Bo rozpoczął się kolejny rozdział naszej rodziny. Oczekiwanie na potomka, kontynuacji rodu to piękny czas. Tak właściwie imię Kati ( tak Ją nazywam, choć Rodzice i wszyscy- Cati, a pełen Jej imię to Cataleya) , przyszło dopiero wtedy, gdy na USG okazało się, że jest dziewczynka….czyli nieco później niż opisywany czas początku naszego bycia pradziadkami 🙂

Mówiłam Weronice, że uwielbiałam być w ciąży- , że to niezwykłe czuć w sobie nowe życie…..że kobiety są wyróżnione bo mogą tego doznawać, co mężczyźni poznają jedynie pośrednio….Nie bardzo słuchała babci, mocno zaangażowana w swoją pracę, którą bardzo lubi- co nas napawa dumą- gdyż wiemy jak ważne jest wykonywanie zawodu, który jest jednocześnie pasją. Nasza Pierworodna Wnuczka mówiła więc, że ciąża to nie dla niej, choć czuła się znakomicie, jednak dominowało pewnie uczucie niejakiego ograniczenia wolności związanego z ciążą. Wpadała do dziadków swoim samochodzikiem, nieodmiennie w butkach na obcasach czy koturnach, zwiewna, lekka , jakby nie w ciąży- tylko z coraz bardziej wyniosłym brzuszkiem z najcenniejszą w życiu zawartością, bo rosnącym tak bardzo dynamicznie, zachwycająco Dzieckiem- co nas ogromnie cieszyło. Gdy się okazało na USG , że wszystko w porządku a w kolejnym, że to Dziewczynka nasza radość wypełniała michałowicki domek, zresztą jak widziałam, radość wypełniała też wszystkie domki ciociobabć i wujkodziadków oraz naturalnie wujów i cioć –szczególnie tych nieletnich – ale obwieszczających z dumą, że czeka ich nobilitacja- bo być wujem , jak pisał Sienkiewicz – to duma , odpowiedzialność i oznaka dojrzałości.

W święta Bożego Narodzenia Kati już rączo podskakiwała w brzuszku Mamy- co nawet widać było czasem przez świetne ciuszki w które ubierała się Weronika.

Stale czuliśmy opiekuńcze skrzydła Madzi, która czuwała nad ciążą i ostatecznie z wielką wprawą, zręcznością, używając dyplomacji i przełamując opory Wedzi ( opisywanie szczegółów sobie i Wam którzy czytają- daruję ) doprowadziła, że nasza Prawnuczka przyszła na świat w szpitalu przy ul.Karowej- co wobec  licznych porodów odbywających się w Warszawie ( efekt słynnego już 500 plus- czy efekt remontów innych oddziałów- nie wiem ) – wcale nie było oczywiste, że przybywanie w trakcie porodu do Izby Przyjęć wybranego szpitala wiedzie do ostatecznego rozwiązania w tymże miejscu. Bywało bowiem nierzadko, że ciężarna taka była odsyłana do szpitali podmiejskich. Tak więc, wszystko się udało- nasza Prawnuczka urodziła się tam, gdzie wszystkie nasze Wnuki , pozwoliła sobie jednak wydobywać rączkę razem z główką- ale obyło się bez jakiś zabiegów – choć na pewno sprawiało i matce i dziecku dodatkowy problem. Jak dobrze, że prababcia, dowiedziała się o tym jakiś czas po porodzie, bo pewnie by wpadała w panikę- zresztą zwykle  hamowaną „ twarzą pokerową”- co oczywiście niszczyło ją wewnętrznie i pogłębiało i powielało pomarszczenia twarzy typowe dla Rodziewiczów ( po babci Staśce i ojcu- Wacławie) 🙂

Na pewno Kati wiedziała- i była szczęśliwa, że Tatuś jest przy niej, dzielnie towarzyszył wszystkim etapom porodu i z dumą odciął pępowinę.  Te kobiety, które rodziły w naszych czasach ,  tak łaknęły obecności kogoś bliskiego , by choćby potrzymał za rękę a było to niedozwolone ( nawet wizyty w szpitalu po porodzie były surowo zakazane) , nie miały szans doświadczenia tego uczucia …..

I tak w przeddzień urodzin pradziadka Mirka tj 18.01. 2018 roku po raz pierwszy obejrzała świat nasza Kati…..oczywiście rodzice piszą Cati, ale prababcia może sobie pozwolić na spolszczenie wybranego przez rodziców dość dla nas egzotycznego imienia Cataleya- które oznacza odmianę storczyka…..tak więc otrzymaliśmy w darze od Weroniki i Łukasza najpiękniejszy KWIAT na świecie- najcudniejszą odmianę storczyka, bo żywą, krzyczącą dzielnie, strojącą  różne śmieszne miny i cieplutką maleńką istotkę ….którą niebawem mogliśmy trzymać w ramionach, a dzielna jej Mama od razu karmiąca obficie i poruszająca się tak, jakby nie przebyła porodu ( zadziwiające, gdy pomnę mój stan po każdym z 4 porodów) ….

 

Kati

Na chwilę przerwę opowieść o swoim, życiu, bo nagle dojrzałam do napisania o naszej Prawnuczce…

Jest najpiękniejszym i najmądrzejszym Niemowlaczkiem  na świecie

Weronika i Kati……zdjęcie z dziś 🙂

Kati

Wszystkie nasze  Wnuki zajmują myśli, po świecie buszują, czasem się odezwą, czasem wpadną i już pogłaskane są  nasze serca.

A tymczasem Kati śpiewa, gaworzy, pokrzykuje na zabawki , przewraca się z plecków na boki i brzuszek , z zapałem ssie pierś swojej Mamy i pięknie nam rośnie. To rośnie mała globtroterka, bo mieszka w Anglii, ale samolotem latała już wielokrotnie- jeszcze w brzuszku Mamy a potem na jej  kolanach , ale niedługo już na swoim miejscu odrębnym będzie siedziała J .

Bo Kati ma niepełne 4,5, miesiąca i jest naszą Pierwszą Prawnuczką. Dlaczego jeszcze o Niej nie napisałam ?- nie wiem. Może przyczyną jest  gonitwa myśli Prababci- oznaczona takim nazwaniem ma prawo mieć gonitwę myśli, czasami zagubienie i ogólne niepozbieranie. Aż Jej Mama- Weronika kiedyś zwróciła mi uwagę- dlaczego w tym blogu nic nie ma o Kati. …a przecież Kati jest , istnieje w naszym życiu od tamtego pamiętnego dnia. A było tak.

Szłam ci ja , tradycyjnie, jak od dziesięcioleciu naszą piękną drogą w nadbużańskim lesie, jak zwykle łapałam w obiektyw jakieś cudne kadry, rozmyślałam o życiu, wspominałam- bo tak, moi Mili- to już pora przyszła na odsłanianie tego co było, wygrzebywanie z pamięci, analizowanie swoich błędów, cudzych słów czy zachowań z nadzieją zrozumienia  siebie i innych oraz  ogólne refleksje o życiu. Szłam więc ja zadumana, zapatrzona i zasłuchana w to, co mówi mi las…gdy nagle  rozszczebiotaną ptakami ciszę  przerwał telefon . A może już wtedy ptaki nie śpiewały tak intensywnie jak wiosną- o, nie,  jednak śpiewały wiosną, bo jak szybko obliczyłam była to ta pora- majowa , gdy zadzwonił ten Niezwykły telefon. Patrzę- na ekranie pojawiło się Weronika. Zachwycona odebrałam, bo nieczęsto telefony od Wnuków- a przecież to nasza Pierwsza, Pierworodna, wyczekiwana, urodzona w Rezurekcję Wnuczka. Jeszcze wtedy , w tym 1991 roku nie było tak zaawansowanych badań USG, by określać płeć dziecka – więc rezurekcyjna niespodzianka, że to Dziewczynka….I tak się rozpoczęła nasza dziewczyńska historia- bo u nas dwie córki najpierw- Justynka i Ewunia , potem przerywnik męski- Marcin a na końcu Najmłodsza- też Dar Nieba- bo każde Dziecko to Dar i Cud- Paulinka. I Wnuczki układały się kolejno w płeć żeńską- rodziły się Piękne, Silne Kobiety- najpierw więc Weronika, potem Dorotka i Julka. Dopiero za nimi ciąg męski- Michał prawie 18 letni i seria młodszych po 8 latach- Wiktor, Mikołaj – ukwiecony o dwa lata starszą  Majusią. Korowód Wnuków zakończył Patryk ….

I nagle ten leśny telefon- babciu, jestem w ciąży…..i nagła radość, bo wszak Weronika- emancypantka- stale mówiła- żadnych związków, dzieci. Mieliśmy więc w głębi lęk, że tak pokieruje swoim życiem…aż tu nagle ten telefon…..więc radość ale nagłe przerażenie też- bo prababcia-słowo jak z prehistorii, jak jakiś praszczur- przypływ lęku  że jestem już prehistoryczna – tylko chwilowy ten lęk …Bo Radość i Szczęście zagościło w naszych sercach i duma, że Rodzina się rozrasta- wszak to Najpiękniejsze w życiu i Najważniejsze…od razu pognałam z tą Wiadomością do Mirka. Przyjął tę Wieść z ogromną Radością , bez zastanawiania się , że od tej pory już jest pradziadkiem. I fajnie- cały Mirek bez wahania akceptujący i pełen Optymizmu….

a jeszcze niedawno…..ledwie się urodziła, w przeddzień urodzin Pradziadka ……

 

Zapiski z mojego życia. Moi Rodzice…

Kochani, jeśli już tu zajrzeliście, możecie się zdziwić, że zmieniłam tytuł na ten ogólny, już podjęty przy okazji opisu mojej Mamy…

To tylko prolog, bo dalej już będzie o mojej ścieżce zawodowej co nieco…..

Jak wspomniałam, Stefka z d. Jakubiec , góralka beskidzka natury twardej choć po swojemu romantycznej ,  gdy w roku 1923  przybyła jako nauczycielka, by nieść „kaganiec oświaty „ na wschodnie rubieże Polski- do Rakowa, miasteczka położonym w tzw. międzywojniu przy samej granicy polsko- rosyjskiej, słynnego ze szlaku przemytniczego co bardzo ciekawie opisał Sergiusz Piasecki w swojej powieści „ Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy”, zakochała się w miejscowym , choć przebywającym na edukacji w Wilnie chłopaku- Wacławie Łukaszewiczu i wówczas zapłonęła pomiędzy nimi Miłość. Ba Miłość Ich ogarnęła totalnie i pomimo wielu zda się nie do pokonania przeszkód przetrwała Wszystko.  …..

Rodzice Wacława to Stanisława z d. Rodziewicz i Tomasz Łukaszewicz.

Rodzice Staśki byli   kresową szlachtą tzw. mieszczanami co ponoć oznaczało jakiś ważniejszy szczebel, bo mogli pełnić służbę u boku najważniejszych w kraju. Ojciec Staśki, Bolek Rodziewicz był organistą w Rakowie ( obecnie Białoruś). Jego ojciec walczył i zginął w  Powstaniu Styczniowym, żonę wywieziono na Sybir i słuch po niej zaginął a władze carskie skonfiskowały majątek . Niestety nie znam imion  tych moich prapradziadków.

Jedyny ich syn, wspomniany Bolek , późniejszy mój pradziadek  został sam . Przygarnął go przyjaciel rodziny ksiądz Eustachy Karpowicz, wychował i wykształcił.  Bolek ożenił się z Michaliną Dowhopouł. Ich córka, a moja babcia Stasia Rodziewiczówna była  kuzynką Marii , pisarki. O jej wykształceniu nic nam nie wiadomo, prowadziła dom,  zajmowała się  liczną rodziną i ogrodem pełnym ziół i kwiatów.

Babcia Stasia, jak już napisałam wyszła za mąż za  Tomasza  Łukaszewicza,  zubożałego kresowego szlachcica.  Zajmował się produkcją mleczarską na dużą  skalę. Ponoć sery jego firmy były  sprzedawane nie tylko w okolicy ale też daleko w głębi Rosji.

Z tego związku Stasi i Tomasza, w 1908 roku. w Rakowie urodził się mój Tata . Już  w dzieciństwie zakochał się w pociągach  i był  wierny tej miłości do końca swoich dni. Ukończył Wyższą Szkołę Techniczną w Wilnie, a dopiero po wojnie studia. Był   inżynierem dróg i mostów a w Gorzowie i stopniowo awansując ,  został  Naczelnikiem  Oddziału Drogowego PKP ( potem zmieniono te kolejowe struktury). W tamtych czasach  w moim Gorzowie było to stanowisko najwyższe na kolei.

Mój brat –Zenon wbrew woli rodziców, został  dziennikarzem, pisywał jakieś małe formy i był  cytowanym krytykiem .

W całej rodzinie  byli m.in. nauczyciele, architekci, ludzie pióra,  ale nikt nie zajmował się  profesjonalnie  zdrowiem ludzi.

Tak więc jako medyk wyrosłam na ugorze…..

Mój Tato , Wacław Łukaszewicz na ukochanych torach kolejowych

Zapiski z mojego życia…..

Dziś wraca dawny temat. Są to moje  zapiski do pamiętnika lekarzy,  miały zostać wydane przez Akademię Medyczną w Poznaniu ( obecnie Uniwersytet Medyczny). Tam spędziłam upojnie pierwsze trzy lata studiów, po czym wyszedłszy za mąż za znanego Wam Mirosława 🙂 , przeniosłam się na uczelnię warszawską….. Jak na razie koleżanka opracowuje te nasze wspominki i nie widać końca jej twórczości :)….pożyjemy , zobaczymy….. na razie, moi Mili,  zapraszam tu ….

O rodzinie

 Wybaczcie , że najpierw będzie przydługi wstęp. Ale człek się nie rodzi w próżni. Kształtują go geny , wychowanie w rodzinie. Mają swój udział znajomi , przyjaciele,  szkoła , uczelnia, wychowawcy , praca, nauczyciele zawodu, pacjenci  i wreszcie samo życie.

Moja Mama , Stefania Jakubiec, córka Michała i Marianny urodziła się w 1907 roku w pięknej Kotlinie Żywieckiej, u stóp  Skrzycznego,  we wsi Godziszka. Jej Rodzice byli prostymi góralami beskidzkimi. Hodowali piękne czerwone krowy,  bardzo kochali konie i z trudem uprawiali swoją gliniasto kamienistą ziemię. Nie wyobrażali sobie, że można żyć bez gór…mieli dużo dzieci, ale tylko Stefkę, moją Mamę ciągnęło do książek. Często bywało tak, że zaczytana,  zapominała o bożym świecie a krowy, które pasała, wchodziły w szkodę. Skutki były wiadome, długo widoczne pręgi na plecach od bata. No cóż, twarde warunki życia, twardzi ludzie…

Miejscowa szkoła miała tylko 3 lub 4 klasy, ale był to liberalny zabór austriacki, więc uczono po polsku. Któregoś dnia do Jej ojca przyszedł ksiądz i długo rozmawiał, przekonywał aż przekonał, że to dziecko należy dalej kształcić. Oddano ją do Bielska, mieszkała kątem w jednej izbie u Niemki, raz na kilka miesięcy ojciec przywoził  worek ziemniaków i mleko w kankach. Najpierw piła świeże, potem kwaśne. To było jej jedyne pożywienie.

Miała dopiero 10 lat, gdy samotnie wędrowała ulicami wielkiego dla niej miasta i nawet nie miała odwagi by rozpłaszczyć nos na witrynie cukierni, tylko obserwowała z daleka i wąchała  zapachy ciepła i słodyczy. Nigdy tam nie wchodziła, bo była biedna.

Potem zamieszkała w internacie przy Seminarium Nauczycielskim w Białej, które prowadziły suche czasami okrutne niemieckie zakonnice. Pobyt tam to temat na inną opowieść.

W 1923 roku została nauczycielką  i wyjechała do pracy na Wileńszczyznę . Jak mawiała, poza problemami ze znalezieniem pracy na miejscu,  miała misję „ by nieść kaganek oświaty”  na rubieże odrodzonej Polski. Ale jak mniemam przyciągało ją nowe bo do końca życia była bardzo ciekawa świata.

Tam poznała Wacława Łukaszewicza, późniejszego mojego Tatę.  Był synem Stanisławy z d. Rodziewicz i Tomasza Łukaszewicza.

I wtedy WSZYSTKO  się zaczęło, bo przyszła do Nich WIELKA TRWAJĄCA AŻ DO KOŃCA ICH DNI , PIĘKNA MIŁOŚĆ, KTÓRA PRZEŻYŁA WSZYSTKIE BURZE ŻYCIOWE !!!!!

Niebo nad Skrzycznem…. światełka w Godziszce, gdzie przyszła na świat moja Mama – Stefka z domu Jakubiec….

Niebo nad Skalitem…..znacię też górę, prawda ? …po lewej obniżenie niewielkie to Siodło- przełęcz wiodąca do Szczyrku i na Skrzyczne też……

Po lewej Siodło, i świerki które się wspinają na zbocze Skalitego ….

idzie deszcz, bo mgła unosi się do góry- Skrzyczne ” zatopione”. Jedynie widać ok 800 m wysokości po prawej Niesłychany Groń , po lewej Palenica- jakich wiele- gdyż wszędzie tam, gdzie wieki temu  zapalano ognie informujące o przemarszu wojsk i tym, co się dzieje dalej – góry takie zwano Palenicami…więc sianko nakryte….to widoki, które oglądała Babcia Stefa- czyli dziewczyna niesforna, niepokorna walcząca o prawo do edukacji ( oj, dobrze znają ją moje Dzieci- opowiedzą swoim….)

A tak zapala się słońce za Babią Górą, która zamyka Kotlinę Żywiecką, gdzie Godziszka od strony Wadowic . Zawsze czuję tu unoszący się Duch Naszego Papieża….moja Mama miała zadziwiająco podobne rysy ….

 

 

 

Zatrzymać ten cudny czas….

Pozwalam sobie wrócić do tego wpisu ……

 

Opublikowane w Maj 28, 2014

Zatrzymać ten cudny czas….

 

Zdjęcia w albumie rodzinnym opisane ręką Ojca ( odszedł w 2002 roku). Na pierwszym aleja parkowa i fajny wózek dziecięcy, potem ja w kraciastej flanelowej koszuli, którą uwielbiałam…

Jeszcze kwitną  w naszym ogródku wiosenne azalie i rododendrony. Niewielkie to krzaki i chyba wyższe nie urosną, bo nie za bardzo dbamy o nasze rośliny a prawdę mówiąc nie dbamy w ogóle. Jedynie się cieszymy, gdy  pomimo wszystko kwiatowo się uśmiechają …

A ja mam w oczach  tamten maj w moim życiu, maj z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Właśnie dobijałam do 11 roku życia.

Moi rodzice byli starsi, schorowani , wyczerpani przeżyciami wojennymi więc usiłowali ratować resztkę zdrowia leczeniem sanatoryjnym. Wówczas na taki wyjazd nie czekało się długo , teraz są to średnio dwa lata. Gdy otrzymali skierowanie na pobyt majowy w Szczawnie Zdroju,  postanowili mnie ze sobą zabrać. Miałam wówczas niepełne 11 lat i nikogo z bliższej rodziny w Gorzowie, więc nie chcieli mnie zostawić bez nadzoru. Później już nie było problemu, sama siedziałam w domu, a nawet przejęta rolą w tym czasie urządzałam gruntowne sprzątanie.

Cieszyłam się tym wyjazdem,  bo już wtedy miałam żywe pasje podróżnicze. Jednak czułam niewielki niepokój , że opuszczę zajęcia szkolne bez wyraźnego powodu gdyż jak teraz oceniam miałam wówczas naturę dość pilnej uczennicy.  Teraz moje wnuki, a pewnie przedtem i dzieci ochoczo wykorzystują takie szanse.

Jednak Mama mnie uspokoiła, bo oficjalnie zwolniła mnie z zajęć i obiecała przerabiać ze mną zadane lekcje. Okazało się, że wcale nie było to takie złe, zajęcia zajmowały mi mniej czasu niż siedzenie w szkole i mogłam łazikować po ciekawych zakątkach uzdrowiska. Może nauczanie indywidualne w domu , coraz bardziej popularne jest jednak ciekawym rozwiązaniem…Nie marnuje się czasu na wysłuchiwanie jak inni dukają lub plotą bzdurki, skrzypią kredą po tablicy- czego nie cierpiałam. Ale też  nie uczestniczy się w szaleństwach na przerwie i po lekcjach.  Chyba tylko tego byłoby mi żal przy takim systemie edukacji….

Tak więc rodzinnie wyjechaliśmy do Szczawna Zdroju, które było urocze ale zwyczajne, poza wielką Górą Parkową ( teraz zwaną Wzgórzem Gedymina) ukrytą za ozdobną bramą ogrodzenia . Byłam zachwycona rajem, który się tam otwierał.

Wielka zielona ściana zapraszała do swojego wnętrza. Poza grzecznymi alejami, gdzie były ławki, dobrze zapamiętałam inne, wąskie otulone krzewami , którymi się wdrapywałam na górę by potem  zbiegać na łeb i na szyję w dół .

Jednak nie zawsze zbiegałam, często stawałam w zachwycie. Bo wielkie krzewy były obsypane dużymi kwiatami misternie zebranymi w pęki. Grały śnieżną bielą, różem, złotem, czerwienią i gdy wtulałam nos pomiędzy owo kwiecie by sprawdzić czy pachnie, czułam tylko wilgoć po nocnym ciepły deszczu i upojny majowy zapach zieleni.

To, że ja nigdy nie widziałam podobnych krzewów i kwiatów nie dziwota, ale rodzice też nie znali takich roślin. Na szczęście pod nimi a także pod innymi ciekawymi drzewami były umieszczone tabliczki z nazwami. Czytaliśmy więc rozkoszując się egzotycznymi dla nas nazwami i podziwialiśmy.

I w ten to oto sposób poznałam rododendrony i azalie. Były różne, azalie nieco pachnące, miały inne liście. Jedne z nich ponoć nie traciły ich przed zimą a inne gubiły.

Teraz wiem, że stanowią jeden rodzaj zwany różanecznikami ( Rododendron L.) i należą do wrzosowatych ( Ericaceae) . Rosną sobie dziko w Azji, w obu Amerykach ale też w Europie. …..

Gdy wróciłam do domu, uniosłam ze sobą trwale zapamiętany tamten maj, tamte kwiaty i tamten pierwszy zachwyt …

A teraz widząc moje drobiny działkowe wracam do tamtych dni pierwszych, do góry zielenią obsypanej i tonącej w kwieciu ….i zapachy czuję i jestem tą  dziewczyną, której już dawno nie ma…..

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Manna z nieba” i tamaryszek

Teraz przerywnik w opowieści o Kutnie, bo właśnie pięknie kwitnie mój ogródkowy tamaryszek. Wróciłam więc do wpisu z maja 2014 roku…..

„Manna z nieba” i tamaryszek

Plaża na Sardynii. Drzewa tamaryszkowe zadziwiły nas , bo rosły na nadmorskim piasku  i były wielkie w porównaniu z krzewami, które widywaliśmy w Polsce. ….

Jak podaje Biblia , ludzie widząc pożywienie leżące na ziemi w obfitości  pytali w języku hebrajskim „ co to jest?” czyli man hu. Czyli manna….

A „ było to coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi” ,  „ …miało smak placka z miodem”.

Jedynym warunkiem, który postawił Bóg swojemu ludowi , było zebranie manny do ostatniego ziarna. Tak też zrobili, a w nagrodę 6 dnia zebrali podwójną porcję która się nie psuła do 7 dnia , tj. dnia szabatu. W ten sposób Bóg żywił wędrowców – uciekinierów przez kolejnych 40 lat , aż do czasu dojścia Izraelitów do Kanaan.

Przez lata badacze zastanawiali się skąd owa manna pochodziła. Wg Wernera Kellera, autora książki „ Śladami Biblii” była to wydzielina krzewów tamaryszkowych powstająca w wyniku symbiozy tego krzewu i jednego z gatunków czerwców, czyli pluskwiaków. Wydzielina ta posiada konsystencję żywicy i formuje się w białe grudki….

Arabowie zaś uważają, że jest to czysta  żywica tamaryszka, która się wydobywa z pędów pod wpływem ukłuć owadów… Ponoć do tej pory jest zbierana i spożywana z ochotą przez wielu jej miłośników….

Nie zapomnę czasu, gdy  zobaczyłam go po raz pierwszy. Było to krótko po zainstalowaniu się  w stolicy.

Nieopodal naszej dawnej ul. Stołecznej a obecnie Popiełuszki był ( i na szczęście jest nadal)  park przy teatrze Komedia. Lubiliśmy ten uroczy zielony zakątek i wędrując nad Wisłę lub Cytadelę przez  Plac Wilsona ( za tamtych czasów zwanym Placem Komuny Paryskiej) zawsze przemierzaliśmy alejki tego parku. Był też na drodze do maleńkich cichych  zatopionych w zadumie nad czasami, które minęły, żoliborskich uliczek z uroczymi domkami…

Jeszcze czuję zapach tamtej Warszawy, gdzie wszystko było dla mnie nowe, właściwie pierwsze i zachwycające….

Ale miało być o tamaryszkach , a ja jak zwykle rozwijam tematy poboczne….

Tak więc był rok 1968, gdy  po raz pierwszy zobaczyłam duży  krzew o zjawiskowej urodzie. Przypominał wielki wrzos pokrojem i barwą drobnych kwiatków które chmurką otaczały  wiotkie  igrające z wiatrem gałązki. Stałam przed nim w zachwycie. Zawsze tak było. W moim Gorzowie ani potem w Poznaniu nie zauważyłam podobnych krzewów. Może tam też rosły , ale widać wtedy wzrok zajęty był czym innym . Pewnie uwagę odwracały  zajęcia sportowe, randkowe, edukacyjne albo  wielgaśne tomy anatomii Bochenka ….

teraz otrzymałam okazję na to spotkanie. Pierwsze spotkanie z tamaryszkiem nazwanym oficjalnie Tamarix gallica

W necie  piszą o nim , że jest kurierem  pustyń i stepów. Przybył z  południowej Europy, północnej Afryki, Azji Mniejszej środkowej Azji. Wytrzymuje suszę, zasolenie gleby, zanieczyszczenie powietrza. Uwielbia słońce i lekkie piaszczyste ziemie. W stanie wolnym rośnie często w wyschniętych korytach rzek gdzie sól w glebie….

Gdy zakładaliśmy pierwszy ogródek, oczywiście pierwszym krzewem o którym pomyślałam, był tamaryszek. Ale nad Bugiem nie czuł się dobrze, marniał, pewnie tęsknił za solą ziemi i ostatecznie umarł. Było nam przykro.

Ale nie straciliśmy nadziei. Po latach kupiliśmy maleńką krzewinkę i nie wierząc , że tym razem nas polubi, posadziliśmy ją nieopodal daglezji i michałowickiej siatki ogrodzeniowej. Ale tym razem nagrodził nasze oczy pięknym kwieciem i luźnym pokrojem długich jak rozwichrzone włosy gałązek. W rezultacie wokół niego zrobiło się ciasno. Ale nic to, cieszymy się, że jest z nami…

I tak dobrnęłam do końca opowiadania o tamaryszku, ale to nie oznacza, że temat jest zamknięty. Może zajmę się poszukiwaniem biblijnej manny na ziemi u jego stóp

a może tylko będę stała i patrzyła jak wiatr  bawi się  jego włosami  a słońce igra z kolorytem kwiecia nadając barwy ciemnego wrzosu albo nagle je rozświetlając …

i wtedy wrócę do mojej dawnej Warszawy , młodości i pierwszych zachwytów  tamaryszkiem i pieszczotliwie będę go nazywała, mój ty Tamarix gallica co dałeś innym ” mannę z nieba” a nam swoją urodę….

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.