Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 4 ) . Mistrzowie wykładów i dalsze refleksje.

Jerzy T. Marcinkowski , ten z aktualnego zdjęcia, opowiada o czasach studenckich ( 1965-1971) ,  mistrzach wykładów  oraz snuje własne refleksje…..

Mistrzowie wykładów

Pamiętam wykłady z pediatrii prowadzone przez prof. Olecha Szczepskiego, który polecał aby w trakcie wykładów przywożono z oddziału dzieci. Profesor omawiał te przypadki z nami, wspominał o wielu ważnych kwestiach klinicznych, w tym o zlecaniu leków. Pamiętam dobrze słowa profesora, który mówił do nas: „Ja więcej leków w życiu odstawiłem aniżeli zleciłem”. Po latach muszę stwierdzić, że to były mistrzowskie wykłady doskonałego klinicysty, które – niestety – nie były przez nas należycie doceniane, a przynajmniej przez większość z nas, bo nie cieszyły się zbyt dużą frekwencją i podczas wykładów prowadziliśmy rozmowy między sobą a nie z wykładowcą.

Wykład prof. Edmunda Chróścielewskiego z medycyny sądowej utkwił mi szczególnie w pamięci dlatego, że frekwencja na nim była tak liczna, że sala wykładowa dosłownie „pękała w szwach”. A chodziło o to, że był to właściwie wykład z seksuologii okraszany bardzo pikantnymi zdjęciami, które dla profesora przygotowywał mgr Józef Strzyż. Podśmiewaliśmy się z tego, że w naszej opinii najbardziej świątobliwe koleżanki najbardziej się pchały aby zająć miejsca w pierwszych rzędach. Mój ojciec, który wówczas był docentem w tymże zakładzie medycyny sądowej, bardzo się tym denerwował mówiąc, że „dla Edka prawie cała medycyna sądowa do seksuologia”. Nie przypominam sobie, aby mój ojciec na wykładzie cokolwiek z obszaru seksuologii powiedział.

Niezwykle ciekawe  były wykłady z histologii prowadzone przez prof. Kazimierza Miętkiewskiego, który zachwycał się poszczególnymi obrazami pokazywanymi na przezroczach, powtarzając – to były jego częste słowa – „to jest bardzo instruktywna rycina”. Profesor to słowo „instruktywna” wyraźnie lubił. Najgorsze było to, że później na ćwiczeniach trudno nam było dostrzec pod mikroskopem to wszystko, co pokazywano nam na rycinach. Mieliśmy za zadanie rysować to w zeszytach, co było jeszcze trudniejsze.

Wykład z neurochirurgii prowadzony przez prof. Hieronima Powiertowskiego wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Szczególnie to, iż profesor zademonstrował na przezroczach, że osoby, które mają zmasakrowaną twarzoczaszkę częściej jednak przeżywają niż osoby u których w obrębie głowy wyraźnie nie widać śladów obrażeń. Tutaj mieliśmy pokazane zdjęcie głowy takiego pacjenta i obraz sekcyjny, kiedy to okazywało się, że miał miejsce rozległy śmiertelny uraz czaszkowo-mózgowy.

Czego nas nie nauczono na studiach?

Bezpośrednio po studiach podjąłem pracę w dniu 19.07.1971 r. w szpitalu  im. Franciszka Raszei w Poznaniu, gdzie zostałem przyjęty na odbycie rocznego stażu podyplomowego, który obejmował choroby wewnętrzne, ginekologię i położnictwo, chirurgię i pediatrię. Staż rozpocząłem od oddziału wewnętrznego, gdzie ordynatorem był wówczas prof. Eligiusz Preisler – znany nam uprzednio ze studiów z tego, że zajmował się również nauczaniem fizjologii a także był bardzo zaangażowany w medycynę sportową. Mankamentem pracy początkującego lekarza było to, że nie miał przygotowania w obszarze prawidłowego kształtowania relacji pacjent – lekarz. Praktycznie nikt nam o tym na studiach nie mówił i jak rozpoczynaliśmy pracę jako lekarze, to w zasadzie domyślaliśmy się, jak z pacjentem należy postępować. Tu oczywiście ważną rolę odgrywały takie fakty, jak to, czy ktoś pochodził z rodziny lekarskiej – w moim przypadku oboje rodziców było lekarzami medycyny – oraz cechy osobowościowe i wyniesiona z domu kultura. W tym to okresie doskwierało mi bardzo to, że w czasie studiów nie miałem praktycznej nauki wykonywania iniekcji dożylnych i dopiero na stażu zacząłem się tego uczyć. Na szczęście były bardzo wyrozumiałe pielęgniarki na oddziale, które mi w tym pomagały. Jako młody lekarz byłem zatrudniany głównie przy pisaniu historii chorób, w tym wpisywania w nich obserwacji lekarskich oraz wklejania w odpowiednich miejscach wyników badań dodatkowych. Jak sobie przypominam, nie korzystaliśmy wówczas z maszyn do pisania i wszystko wpisywane było ręcznie. Obowiązkiem młodego lekarza było noszenie historii chorób za ordynatorem oddziału podczas przeprowadzanych wizyt lekarskich. Oczywiście pozytywne było to, kiedy ten młody lekarz potrafił bardzo szybko znaleźć w historii choroby i pokazać ordynatorowi te wyniki badań, o które właśnie zapytał. Kolejnym oddziałem, na którym odbywałem staż był oddział ginekologiczno-położniczy, którego ordynatorem był dr ???? Szłapka. Tutaj przekonałem się, jak ciężka jest praca na oddziale położniczym, kiedy to konieczne było asystowanie przy porodach także w nocy. Z tamtego okresu pamiętam sceny, kiedy to położne w sytuacji gdy rodząca przy rozwarciu szyjki macicy wynoszącym zaledwie 1 cm tak głośno krzyczała, że położne parę razy uderzyły ją po twarzy i , co w tamtym okresie uchodziło „na sucho”, a obecnie rzecz jasna byłoby ocenione zdecydowanie negatywnie. Bardzo dużo zmieniło się od tego okresu w tym obszarze na korzyść dla pacjentek. Wielkim wydarzeniem dla mnie było szycie krocza po porodzie, ale i samo rodzenie, do którego dopuszczały mnie położne. Pamiętam, że pierwszy poród, jaki odebrałem, to była dziewczynka, której nadano imię Dorota. Jeśli chodzi o samo szycie krocza, to wykonywałem to po uprzednim przyjrzeniu się, jak to czynią położnicy i starałem się wykonywać to tak samo pod nadzorem oczywiście starszego lekarza i wydaje mi się, że wychodziło mi to całkiem sprawnie.  Staż z chirurgii odbyłem w oddziale chirurgicznym, którym kierował prof. ???? Krokowicz. Byłem dumny z tego, że mogłem podczas zabiegów trzymać haki i przez to mieć bardzo dobry wgląd w pole operacyjne. Podziwiałem sprawność manualną chirurgów i w tym miejscu pragnę wstawić informację, którą zasłyszałem od naszego kolegi z roku, prof. Marka Tuszewskiego. Otóż pracował on w klinice, którą kierował wówczas prof. Roman Drews – niezwykle sprawny manualnie. Marek Tuszewski powiedział mi kiedyś tak: „Stary raz po raz kompletnie nas zaskakuje tym, że równocześnie wiąże węzeł prawa i lewą ręką, ale robi to tak szybko, że nie jesteśmy w stanie podpatrzeć jak to robi. Tutaj pragnę dodać jeszcze o tym, jakie były stawiane wymogi młodym lekarzom, którzy w okresie przedwojennym zgłaszali się do kierowników klinik poznańskich o zatrudnienie. Otóż w klinice chirurgii w szpitalu im. Przemienienia Pańskiego warunek stawiany młodemu lekarzowi chcącemu się specjalizować z chirurgii był taki, ażeby przez 9 lat pozostał on w stanie kawalerskim, dopiero później mógł się ożenić. Wspominał mi o tym nasz kolega z roku, Michał Ryglewicz, wskazując na okoliczności zatrudnienia jego ojca w klinice ginekologii i położnictwa. Otóż jego ojciec, późniejszy profesor, dlatego wybrał ginekologię i położnictwo, że ówczesny kierownik kliniki podał mu okres pozostawania w stanie kawalerskim krótszy – nie 9 lat a 8. Ci młodzi lekarze specjalizujący się w dziedzinach zabiegowych mieszkali – jak mnie informowano – na terenie szpitali i wykonywali czy też asystowali, przy bardzo dużej liczbie zabiegów, stąd dochodzili do niewiarygodnej wręcz zręczności manualnej. Warto o tym pomyśleć w kontekście współczesnych młodych lekarzy, którzy chyba również chcieliby wykonywać jak najwięcej zabiegów operacyjnych, ale nie są do ich wykonywania dopuszczani albo też dopuszczani są zbyt rzadko. Taki bardzo często operujący chirurg miał niejako obrzydzenie do prowadzenia dokumentacji lekarskiej i spychał ją zazwyczaj na młodszych lekarzy, w szczególności stażystów. Jeszcze jedną pragnę dodać uwagę o prof. Romanie Drewsie – byłem świadkiem tego, jak po wykonaniu najważniejszego fragmentu 1 operacji zmieniał fartuch i rękawiczki i przechodził do 2 sali operacyjnej, gdzie już wcześniej był prowadzony zabieg operacyjny i włączał się do tej operacji w najważniejszym jej momencie. Spostrzegałem w twarzach asystujących mu lekarzy, że z wielką atencja odnosili się do profesora i jego umiejętności. Staż  z dziedziny pediatrii odbyłem w szpitalu im. Św. Józefa, który później przemianowano na szpital im. Krysiewicza. Pamiętam, że niełatwo było mi się nauczyć pracy z małymi pacjentami.

Czego wymaga student medycyny od prowadzących zajęcia?

To pytanie często sobie zadawałem od czasu, kiedy rozpocząłem pracę w Zakładzie Higieny Ogólnej, a miało to miejsce 1.11.1971 r. Musiałem w szybkim czasie przyswoić sobie wiedzę z poszczególnych seminariów i ćwiczeń, a było ich sporo, gdyż zajęcia z każda grupą trwały przez okres 3 tygodni i był 1 asystent prowadzący. Później to zmieniono i poszczególni asystenci prowadzili tylko po kilka wybranych seminariów lub ćwiczeń. Ponieważ, jak już wyżej wspomniano, zajęcia z higieny trwały długo, to pamiętam, że przydzielono mi seminaria nt. hałasu i wibracji. Jeżeli asystent ma kilka godzin na to, aby omawiać ze studentami przykładowo tylko problematykę hałasu i jego wpływu na zdrowie, to oczywiście może mówić o szczegółach, przede wszystkim nawiązywać do zagadnień z obszarów stricte klinicznych, w tym np. głuchoty zawodowej, badań audiometrycznych, mówić o ochronach osobistych. Od tamtego okresu uważam, że ten kierunek w nauczaniu higieny, aby przybliżać ją jak najbardziej w kierunku działań profilaktycznych jest szczególnie interesujący. Niestety po latach widzę, że ciągle we współczesnej medycynie dominuje medycyna naprawcza (kliniczna) a nie medycyna profilaktyczna. Trwający od wielu dziesięcioleci nawoływania w podręcznikach ku temu by medycyna w przyszłości była przede wszystkim profilaktyczną, ciągle nie znajdują odzwierciedlenia w codziennej praktyce. Widać to, jak się analizuje w działania Ministerstwa Zdrowia, jak i NFZ.

Co robić, aby studenci nas polubili?

Oto wielkie wyzwanie, bo trzeba przede wszystkim poruszać zagadnienia z danego obszaru tematycznego w taki sposób, aby ich wciągać do dyskusji, zainteresować omawianym tematem. Jak rozpoczynałem pracę, to wówczas nowoczesnym narzędziem dydaktycznym były rzutniki przezroczy. Zadaniem asystenta było zrobienie odpowiednich zdjęć a po ich wywołaniu oprawienie w ramki i ułożenie w odpowiedniej kolejności. Wielkim zagrożeniem dla asystenta była możliwość, że te wszystkie starannie ułożone w pożądanej kolejności slajdy wypadły z wózka. I wówczas stawał się wielki problem, bo to wcale niełatwo jest szybko odtworzyć prawidłową kolejność. W tym momencie pragnę opowiedzieć o niezwykłej sytuacji, jaka miała miejsce na bardzo prestiżowej międzynarodowej konferencji neurologów w Nowym Jorku a co zasłyszałem od prof. Wojciecha Kozubskiego, kierownika katedry i kliniki neurologii UM w Poznaniu. Otóż w trakcie trwania tej ważnej konferencji nagle – ni stąd ni zowąd –urwał się z sufitu przymocowany tam rzutnik ze slajdami, które rozsypały się dookoła. Nastąpiła wielka konsternacja, bo wszystko to miało miejsce w bardzo nowoczesnej Sali konferencyjnej. I tutaj refleksja, że takie niespodzianki zdarzają się nawet w najlepszych ośrodkach.

Zawodność sprzętu audiowizualnego.

Oj, zdarzały się sytuacje nieprzewidziane, ze np. wyłączono prąd – no i cóż – trzeba było dalej prowadzić zajęcia bez sprzętu, mając do dyspozycji tylko tablice i kredę. Ale przecież wielkość wykładowcy poznaje się i po tym, ze w każdej sytuacji potrafi on wykładać swój przedmiot. Tutaj wspomnę o sytuacji, z jaką miała do czynienia moja pierwsza doktorantka, dr Aneta Klimberg. Otóż pomimo tego, że bardzo dobrze zna się ona na sprzęcie komputerowym, to jednak nie była w stanie uruchomić projektora, aby pokazać prezentację multimedialną. Na szczęście tuż przed samą obroną zrobiłem jej szybko foliogramy i zabrałem na obronę rzutnik pisma – i z pomocą tegoż sprzętu moja doktorantka wygłaszała tezy swej rozprawy doktorskiej. I tu był mały mankament, mianowicie foliogramy te ułożyłem w innej kolejności niż spodziewała się doktorantka. Komisja Doktorska, w tym i ja, siedziała w oddaleniu paru metrów od doktorantki i nie mogłem jej w niczym pomóc, bo fizycznie byłem odgrodzony szerokim stołem zasłanym zielonym suknem. I pamiętam, jak wówczas zwróciłem się z wyrazami niepokoju do siedzącego obok mnie śp. prof. Eugeniusza Piotra Wąsiewicza – mojego ówczesnego szefa –dyrektora Instytutu Medycyny Społecznej. A on mi na to dość głośno odpowiedział: „Nie martw się Jurek, to twarda baba, da sobie radę”. I rzeczywiście doktorantka sobie poradziła w tej trudnej dla niej sytuacji, co później komisja doktorska pozytywnie oceniła, podkreślając, że pomimo stresu psychicznego wybrnęła prawidłowo z sytuacji. Podobnych sytuacji w trakcie prezentacji tez rozpraw doktorskich przypominam sobie więcej. Na przykład pamiętam młodą kobietę, która wygłaszając swój doktorat i chodząc przy tym wokół laptopa okręciła wokół swej nogi kable i po chwili wszystkie wtyczki zostały wyciągnięte z gniazdek prądu znajdujących się w ścianie. Wszystko zgasło. I w tym momencie pamiętam, jak koledzy z komisji doktorskiej ubrani w togi podbiegli i zaczęli pomagać, wkładać wtyczki do kontaktu, uruchamiać laptop i rzutnik. Inny doktorat i zbliżona sytuacja, zapewne bardzo stresująca dla doktoranta – w połowie prezentacji zgasło na kilka minut światło w szpitalu. Doktorant opanowanym głosem zaczął przedstawiać bez żadnego sprzętu tezy rozprawy doktorskiej, a kiedy po kilku minutach znowu włączyło się światło to jeszcze raz pokazał w skrócie prezentacje multimedialną. Podane przykłady pokazują, że najprzeróżniejsze sytuacje mogą zaistnieć i że trzeba sobie z nimi szybko i sprawnie umieć poradzić.

Oczywistym jest, że nie wszyscy wykładowcy są jednakowo lubiani przez studentów. Obserwując moich własnych  asystentów zauważam, że jedni sobie radzą z dydaktyką lepiej, drudzy gorzej. W miarę upływu lat władze uczelni starają się coraz dokładniej sprawdzać, jak z dydaktyką radzą sobie poszczególni wykładowcy. W tym celu min. studenci proszeni są o podawanie swych opinii o poszczególnych wykładowcach. Ten system staje się coraz bardziej dokładny  a wyniki podawane są do publicznej wiadomości podczas rad wydziałów. Przynależę do rady wydziału lekarskiego I i raz w roku, w marcu bądź kwietniu, odbywa się połączona rada wydziałów lekarskich I i II poświęcona dydaktyce. Muszę przyznać, że jest to dla mnie stresujące i pewnie dla innych kierowników i zakładów również, bo jest nieprzyjemnie, gdy się kierownik dowiaduje, że jego asystenci w ocenie studentów wypadają słabo. Na szczęście w ostatnich latach o moich asystentach na tych radach nic nie słyszę, co świadczy, że nie było uwag krytycznych, bądź też słyszę pochwały o zaangażowaniu w proces dydaktyczny. Trzeba tutaj dodać, że podczas inauguracji roku akademickiego corocznie studenci wskazują swoich ulubionych asystentów, którym publicznie wręczają dyplomy uznania.

 

Tyle z pamiętnika JTM

w necie znalazłam informacje nt i czasem zdjęcia :

Olech Szczepski ( urodzony i zmarł w Poznaniu -1914- 1980)- pediatra, wykładowca Akademii Medycznej w Poznaniu, rektor ( 1962-1964). W czasie II wojny światowej uczestnik kampanii wrześniowej, walk o Tobruk i bitwy o Monte Cassino.

Miętkiewski Kazimierz ( 1906-1973), od 1954 profesor Akademii Medycznej, od 1960 – kierownik Zakładu Histologii Prawidłowej i Embriologii tej uczelni; współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Histochemii i Cytochemii. Największe osiągnięcia z zakresu histofizjologii, cytochemii i endokrynologii eksperymentalnej.

Hieronim Powiertowski ( 1915-1983), współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Neurochirurgów, opracował metodę leczenia kraniostenozy. Kierownik Kliniki Neurochirurgii Akademii Medycznej w Poznaniu ( 1952-1971)

Niestety nie udało mi się znaleźć zdjęć wspomnianych w pamiętniku osób, podaję jedynie bardzo skrócony biogram :

Edmund Chróścielewski ( 1914-1998) – przez 34 lata kierownik Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu. Na podstawie jego opinii naukowej podważono fałszywą wersję UB dotyczącą śmierci najmłodszej ofiary Czerwca 1956- Romka Strzałkowskiego. Cieszył się wielkim autorytetem i powszechnym szacunkiem. M.in. był mężem zaufania Episkopatu podczas badania ciała zamordowanego przez SB ks. Jerzego Popiełuszki.

Eligiusz Preisler ( 1908-2008); uczestnik kampanii wrześniowej 1939, żołnierz AK. W czasie okupacji niemieckiej pracował w Zakładzie Ginekologiczno- Położniczym im. Księżnej Anny Mazowieckiej w Warszawie, następnie w Sanatorium Przeciwgruźliczym w Otwocku i jako lekarz w Osiecku. Po wojnie m.in. asystent w II Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu kierowanej przez prof. Jana Roguskiego.

Zdj własne, w skromnym hołdzie naszym Mistrzom…..

 

 

 

 

 

2 Replies to “Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 4 ) . Mistrzowie wykładów i dalsze refleksje.”

  1. Jurek kiedyś wspomniał to czego nie wiedzialam i nie ma w tym wpisie, że wymienieni Profesorowie Anatomii, Histologii byli równocześnie stale aktywnymi lekarzami …. może kiedyś uzupełni. Bo to ważna karta w historii medycyny w ogóle

  2. Mistrzowie wykładów z lat naszych studiów lekarskich (1965-1971), z histologii – prof. Kazimierz Miętkiewski – i anatomii prawidłowej – prof. Józef Kołaczkowski – byli nie tylko teoretykami, ale prowadzili i to z powodzeniem prywatne internistyczne praktyki lekarskie. Cieszyli się wielkim uznaniem wśród pacjentów, gdyż poświęcali im dużo czasu, wsłuchując się w wywiady chorobowe, oraz sprawdzając już w trakcie wizyt swoje wątpliwości w podręcznikach klinicznych. To jest bardzo ważne dla lekarza – sprawdzać na bieżąco, jeśli się ma wątpliwości. Dzisiaj jest to o wiele łatwiejsze aniżeli wówczas, bo mamy coraz doskonalsze programy internetowe dla lekarzy, np. http://www.drw.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *