Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 1 ). Wstęp autorki bloga.

nasze „rodzinne ” Skrzyczne….moja Mama- Stefania Łukaszewicz z d. Jakubiec urodziła się u podnóża tej góry- a JTM w  nieodległych Wadowicach…..

Moi Kochani !

Pozwólcie, że przerwę na chwilę własną tu pisaninę, bo zaprosiłam Dostojnego Gościa- prof. Jerzego T. Marcinkowskiego. Stało się to z powodu, że zaplanowane zredagowanie i wydanie Pamiętników lekarzy, kolegów z naszego roku, na razie gdzieś drzemie, a tekst już jest.  Warto, by zaistniał w necie- choć w blogu miejsce niezbyt wygodne, bo dla lepszego czytania warto wrzucać  fragmenty a przy tym układają się one w kolejności- ostatni wpis na początku- czyli zaburzona jest chronologia. Ale stworzyłam nowy rozdział w blogu i każdy wpis ma dodatkowy podtytuł, co może ułatwić „ poruszanie się „ w meandrach Pamiętnika.

Jerzy jest moim kolegą z pierwszych trzech lat studiów, które odbyłam w Poznaniu ( 1965- 1968), by następnie przefrunąć  już z obrączką na palcu do Akademii Warszawskiej- o czym zresztą wiecie….

Spotkaliśmy się przy wspólnym stole w dostojnym Collegium Anatomicum ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu i przejęci oraz niektórzy z nas przerażeni oczekiwaliśmy chwili, gdy na kamiennym stole obok nas znajdzie się najprawdziwszy trup ….stało się to dopiero po pewnym czasie, gdyż wstępnie oswajaliśmy się z ludzkimi kośćmi, chłonąc bardzo obszerną wiedzę na temat różnych powierzchni, rowków dla nerwów czy naczyń i zdając codziennie kolokwia z wiedzy zawartej na setkach  stron słynnej Anatomii pod redakcją Bochenka…w moim wynajętym pokoiku w Poznaniu, na Osiedlu Warszawskim zamieszkał ze mną kościotrup rozłożony na elementy , umieszczony w pudle z czaszką na wierzchu…która na mnie patrzyła pustką oczodołów i trochę straszyła cudzym życiem, które kiedyś w niej pulsowało…

Jak się później okazało- a właściwie dowiedziałam się już po półwieczu- Jurek się tego nie bał, bo jeszcze w LO towarzyszył swemu Ojcu , który był pracownikiem naukowym w Zakładzie Medycyny Sądowej tejże uczelni- i potem już samodzielnie wykonał 250 sekcji . A na marginesie muszę dodać, że to, co pomnę z tzw. sądówki,  którą mieliśmy dopiero na VI roku ( byłam wtedy w wysokiej ciąży z Ewą ) zwłoki te nie były „ grzeczne”- jak te nasze pierwsze na anatomii- formaliną nasycone, wyglądem przypominające trochę pomidory suszone w zalewie kwaśno- oleistej. Zwłoki w zakładzie Medycyny Sądowej to topielcy wydobyci z wody po iluś tam tygodniach , czy miesiącach, wylewający się poza obręb stołu sekcyjnego , lub np. wisielcy, zwłaszcza liczni gdy pogoda była mocno wietrzna… etc….

Z Jurkiem jak i z całym moim poznańskim rokiem rozstałam się na pół wieku. I nagle, przed 1,5 rokiem zapragnęłam kontaktu z Moniką , z którą spędziłyśmy świetnie pierwszy rok studiów i rozpoczęłam poszukiwania , gdzież, ach, gdzież. Oczywiście na Facebooku . Jednak żadnej dziewczyny tam nie znalazłam , bo większość zapewne zmieniła nazwiska lub po prostu nie zaistniała na FB. Za to odkryłam kolegę- uroczego Leszka , który od razu się odezwał bo bardzo się lubiliśmy dawnymi czasy – co pozostało i też od razu rozdał moje „ namiary” innym kolegom. I w tenże oto sposób- dzięki temu, że dożyliśmy czasów tak wielce postępowych – odzyskałam kolegów a oni mnie :).

Zupełnie niespodziewanie  odezwał się też Jurek. Bo   podczas gdy jeszcze na  drugim roku studiów – mieszkając dość  blisko – wspólnie uprawialiśmy marszobiegi po okolicach Poznania, to już od następnych wakacji  byliśmy dla siebie ” niewidzialni”.  W tamtym czasie poznałam też Jego Tatę- fantastycznego- pełnego powagi mądrości i dobroci wyraźnie rysującej się na twarzy- ówczesnego docenta w Zakładzie Medycyny Sądowej . ..

Jak się okazało, te pół wieku, dobrze nam zrobiło, zaszłości zostały zapomniane, pozostał tylko ten radosny i pełen wrażeń pierwszy nasz rok studiów- czyli cofnęliśmy się do naszych niespełna 18 lat . …

Od tej pory mamy częsty kontakt wirtualny – razem opracowujemy przeróżne artykuły, jakieś wykłady- oczywiście Jerzy wrzuca temat i swoje teksty- ja dodaję,  czasem ubarwiam słowem i jest fajnie.

Tu muszę nadmienić, że jest profesorem zwyczajnym tzw. belwederskim, praktykującym nadal lekarzem- co bardzo mi się podoba-  oraz Prezesem wielkiej liczby różnych Organizacji, w tym Polskiego Towarzystwa Higienicznego z siedzibą przy ul. Karowej w Warszawie ( blisko Hotelu Bristol) . Ostatnio, z racji wygaśnięcia kadencji   oddał berło swojej bliskiej współpracownicy- ale pewnie w następnej kadencji- wystartuje ponownie. Bo jest to fighter – nie tylko dawny szermierz- mistrz polskich juniorów- ale życiowy i zawodowy:

„ Wojownik który musi zwyciężać  „……

Jeśli kto ciekaw, może zajrzeć do Wikipedii, gdzie można znaleźć  niezwykłą biografię Jerzego….

I teraz, jak wcześniej zapowiedziałam, oddaję Mu głos……

Na marginesie chcę  przypomnieć , że własne losy- jakże miejscami podobne,  zawarłam w rozdziale Na medycznej ścieżce…..

 

 

2 Replies to “Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 1 ). Wstęp autorki bloga.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *